Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Trans Am Bike Race 2018

Dystans całkowity:6888.18 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:56718 m
Suma kalorii:1712 kcal
Liczba aktywności:37
Średnio na aktywność:186.17 km
Więcej statystyk

Trans Am Bike Race - zakończenie

Wtorek, 10 lipca 2018 Kategoria do 50, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 12.33 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 136m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Następnych kilka dni to leniwy czas w Yorktown. Z zawodnika, staję się obserwatorem – obserwuję pozostałe osoby, które jeszcze jadą.



Wraz z Simone (razem mieszkamy w hostelu) wychodzimy ich witać na metę. Takich radosnych spotkań jest kilka. Szczególne są dla mnie dwa powitania. Chwila gdy na metę wpada duet ojciec i syn, tj. Graham i Ben. Tasowaliśmy się na początku wyścigu, fajnie jest spotkać ich znowu, uściskać, pogratulować i wymienić doświadczenia. Drugim takim powitaniem jest moment, gdy na metę wjeżdża duet mieszkających w USA Polaków: Krzysztof i Michał.



Jest pierwsza od bardzo długiego czasu okazja, by pogadać po polsku! Gdy tak rozmawiamy, Krzysztof i jego rodzina proponują mi podwózkę samochodem do Baltimore, skąd mam lot powrotny. Jutro. Nie planowałam tak szybkiego powrotu, ale skoro trafia się okazja...



Zgadzam się więc mimo, że nie mam zmienionej rezerwacji biletu lotniczego. Myślę sobie, że zrobię to na miejscu w Baltimore. Wieczór przed wyjazdem spędzam na mieście. Jest fajnie i trochę żal, że to już koniec…



Następnego dnia rano spotykamy się pod monumentem. Jest piękny, słoneczny i gorący dzień. Jadąc do Baltimore gadamy o Nowym Jorku. Oni tam właśnie wracają i proponują, że przecież mogę zamiast wysiadać w nieciekawym Baltimore, pojechać z nimi do Nowego Jorku, posiedzieć tam parę dni i dopiero potem wracać. Przecież tam jest tak ładnie! Sprawdzam cenę przebukowania biletu na inny lot. Na lot z Nowego Jorku. Cena wychodzi wysoka. Znacznie wyższa niż przebukowanie polegające na zmianie wyłącznie daty lotu. Niestety… kompletnie mnie nie stać.



Wysiadam więc w Baltimore. Zakładam na rower wszystkie torby i jadę przez miasto. W pierwszej kolejności do sklepu rowerowego by załatwić karton do zapakowania roweru na lot samolotem. Nie ma z tym żadnego problemu. Mogę przyjść jutro rano i wziąć karton. Potem lokalizuję wyjątkowo tani hotel. W przeliczeniu na złotówki noc kosztuje jakieś 60 zł. Okazuje się, że warunki są spartańskie. Noclegi na 10 osobowych salach. Łóżka piętrowe. Na szczęście sale są podzielone na żeńskie i męskie. Wszystkie łóżka dolne są wyrezerwowane, dostaję więc jedno z łóżek górnych. Drabinka ma wąskie, okrągłe szczebelki, które wpijają się nieprzyjemnie w stopy, a na samym końcu drabinki nie ma obniżenia, by wygodnie wtoczyć się na posłanie. Trzeba się więc trochę pogimnastykować.



Zjadam kanapkę i idę na miasto. Powrót do hotelu nie jest zbyt fajny. Na ulicy jest sporo ludzi. Prawdziwa mieszanka kulturowa. Niektórzy patrzą przenikliwie, inni wręcz zaczepiają. Wiem już więc, że wieczorem nie będę szukała na mieście jedzenia, tylko czym prędzej wrócę do hostelu.



W hostelu, siedząc na łóżku, załatwiam przebukowanie biletu. W końcu lot już jutro, a jest wieczór. Więc najwyższy czas na to, prawda? Wszystko mam już wyklikane, gdy nagle coś idzie nie tak. Nie mogę dokończyć rezerwacji i uiścić płatności! Próbuję kilka razy i nic. W niewesołym nastroju zasypiam z myślą, że pomyślę o tym jutro. Na lotnisku.



Po śniadaniu (szwedzki stół) pakuję się i jadę pod sklep rowerowy, w którym wczoraj zamówiłam karton. Czekam pod sklepem na otwarcie. Gdy tylko otwierają, wchodzę i pytam, czy mogę na miejscu rozmontować rower i złożyć go do kartonu. Nie ma problemu. Pracuję schowana przed innymi klientami w warsztacie. Trochę czasu to zajmuje, bo muszę jeszcze podzielić bagaż na ten, który będzie bagażem podręcznym i ten, który w kartonie, wraz z rowerem, trafi do luku bagażowego. Kiedy mam już wszystko gotowe, pytam ile płacę za karton i możliwość porozkręcania i spakowania wszystkiego w warsztacie. Serwisanci się dziwią tym pytaniem i z uśmiechem mówią, że nic. Proszę ich jeszcze o pomoc w zamówieniu taksówki, która zawiezie mnie na lotnisko. Nie znam miasta i nie wiem, do jakiej korporacji powinnam zadzwonić. To również nie jest problem. Jeden ze sprzedawców zamawia. Teraz pozostaje posiedzieć wygodnie i chwilę poczekać.

Chwila za chwilą mijają… a taksówki nie ma. Zaczynamy się wszyscy niepokoić. Ucieka mój cenny czas, a ja przecież muszę jeszcze jakoś na lotnisku załatwić płatność za zmianę rezerwacji, bo inaczej nigdzie nie polecę! Nerwowo patrzymy w okno, sprzedawca dzwoni jeszcze raz. Czekamy znowu i nic. W końcu podejmujemy decyzję, że dzwonimy w inne miejsce. Tyle, że aby móc zamówić taxi, trzeba najpierw przez Internet zapłacić. Można to zrobić jeśli ma się konto klienta. Ten sprzedawca ma. Proszę, by zrobił dla mnie tę rezerwację. Mam w końcu jeszcze 104 USD w gotówce, więc mam z czego zapłacić. Przejazd kosztuje 30 USD. Podaję banknot 100 USD. I… niestety nie ma jak mi wydać. Kasa jeszcze pusta. W swoich zasobach też nie ma z czego wydać. Proszę go więc, by zatrzymał te 100 USD. Za całą tę pomoc i uprzejmość. Odmawia, twierdząc, że to absurd, że nie będę przecież tak przepłacać. Kiedy taxi podjeżdża, pomaga mi jeszcze wpakować pudło z rowerem do auta. Serdeczny uścisk na pożegnanie i już jestem w drodze na lotnisko. Kierowca co chwilę z kimś gada przez zestaw głośnomówiący. Mówi w różnych językach. A to ciekawe! Kiedy kończy ostatnią rozmowę, podpytuję go skąd jest i ile tych języków zna. Okazuje się, że pochodzi ze środkowej Afryki i zna aż 6 języków. Gadamy po angielsku, bo polskiego (jeszcze) nie umie. Na lotnisku pomaga mi z wielkim pudłem. I dopiero potem odjeżdża.



Przychodzi teraz chwila, by załatwić płatność za bilet lotniczy. Do odlotu zostało już tylko kilka godzin. Niestety wszystkie bramki są jeszcze nieczynne, a czas ucieka… Dowiaduję się, że zostaną otwarte ok. godzinę przed odlotem i że nie są tu przyjmowane płatności. Wszystko trzeba załatwić on-line. Dzwonię więc na infolinię. Bo przecież przez Internet próbowałam już zapłacić kilka razy! Rozmowa trwa jakieś 5 minut i kosztuje mnie ponad 50 zł. Ale udaje się wszystko załatwić i płatność przechodzi. Uff! Teraz pozostaje odprawa on-line. Tę odprawę mogę załatwić przy stanowisku odprawowym, ale robię to internetowo.

Dalej, samo fizyczne odprawienie roweru idzie szybko. Potem mam jeszcze trochę czasu do odlotu. Zjadam obiad w McD, robię w łazience zastrzyk antyzakrzepowy i lecę.

Lot jest nieco krótszy niż ten pierwszy, który odbyłam w maju, bo lecę jednak ze wschodniego wybrzeża. Nie jest zbyt wygodnie i dlatego przez te długie godziny nie udaje mi się zasnąć. To niedobrze, bo to przecież nie jest lot bezpośredni. Mam długą przesiadkę, jakieś 10 godzin, na Islandii…

Islandia wita fatalną pogodą. Jest wprost obrzydliwie. Leje, wieje i zimnica. W tych warunkach wiem już, że przez cały czas trwania oczekiwania na lot do Poznania pozostanę na lotnisku. Zresztą i tak trudno by było gdzieś dalej wyjść, bo ogranicza mnie wielkie pudło z rowerem. Na lotnisku w pierwszej kolejności chcę załatwić zmianę rezerwacji lotu. Tak, tak – lot jest dziś, a ja jeszcze nie mam zmienionej rezerwacji. To dlatego, że w WizzAir zmiany mogę dokonać tylko na 2 sposoby: dzwoniąc na infolinię (stawki za minutę są kosmiczne) albo na stanowisku Wizz na lotnisku. Mam dużo czasu, więc odnajduję kolejkę do pierwszego lepszego stanowiska odpraw Wizz i tkwię w tej kolejce ponad godzinę. Gdy opowiadam w czym rzecz, dowiaduję się, że niczego nie załatwię. Wizz nie ma swojego stanowiska na tym lotnisku. Odbywają się tu wyłącznie odprawy, za które odpowiadają firmy zewnętrzne. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko telefon na infolinię. Niestety nikt tam nie odbiera... Wtedy dociera do mnie, że muszę kupić nowy bilet, bo nie da się tej rezerwacji zmienić. Dekuję się w kąciku pod ścianą. Siedzę na ziemi, w dłoni trzymam tablet i działam. Palce chodzą mi po klawiaturze nerwowo. Jeśli nie uda mi się teraz, 7 godzin przed odlotem, kupić biletu, to… chwilowo utknęłam na Islandii…



Wszystko trwa kilka długich minut. I… udaje się! Mam bilet! Co równie fajne, prawdopodobnie wykupiłam jedno z ostatnich wolnych miejsc w samolocie, bo system z automatu, przydzielił mi miejsce przy oknie, z większą przestrzenią na nogi, przy wyjściu awaryjnym. Super! Teraz pozostaje poczekać na lot. To czekanie nieco się dłuży. Krążąc po niezbyt dużym lotnisku i przesiadując w sympatycznej kawiarence, spotykam i poznaję inne osoby, które tak jak ja mają długie przesiadki. Amesley jest z Korei, Blake z USA. Jest też z nami niesamowicie wesoły i wygadany Żyd – niestety nie zapamiętałam jego imienia. Wszyscy jesteśmy w podobnym wieku. Razem mile spędzamy czas. Amesley czeka na ten sam samolot co ja – obie lecimy do Poznania. Nasze oczekiwanie wydłuża się. Przez fatalne warunki pogodowe, lot jest opóźniony aż o 2 godziny.

W samolocie jest wygodnie. To miła odmiana po poprzednim locie. Udaje mi się zasnąć. Śpię przez prawie cały lot. Po wylądowaniu w Poznaniu wyjmuję rower z kartonu, składam go w jedną całość, montuję torby i wychodzę na zewnątrz. Jest około 5 rano. Próbuję kupić bilet na autobus, by nie musieć jechać przez całe miasto. Nie chce mi się jechać rowerem po mieście, to żadna przyjemność. Jednak biletomat mnie pokonuje. Sama z siebie się trochę śmieję: tyle w ostatnich godzinach różnych rzeczy załatwiałam, a pokonał mnie zwykły biletomat w Polsce! Kiedy podjeżdża autobus podchodzę więc do kierowcy i pytam, czy mogę kupić bilet u niego. Mówi, że niestety nie i pyta, czy rower stojący obok jest mój. Potwierdzam. Wtedy wysiada z kabiny i pomaga mi wnieść rower do autobusu. Pytam co z biletem, a on uśmiecha się tylko i mówi, że mam po prostu sobie usiąść wygodnie i jechać. To jest piękne. Dojeżdżam tym autobusem na dworzec kolejowy Poznań Główny i tam łapię pociąg do domu.
Mój Amerykański Sen właśnie się zakończył.



PODZIĘKOWANIA

Składam serdeczne podziękowania przede wszystkim mojej Rodzinie, która bardzo mi kibicowała i wierzyła, że to szaleństwo ma sens i wszystko się uda.

Dziękuję Robertowi Janikowi za obłędnie szybką akcję z załatwieniem mi jedynego na świecie kompletnego różowego stroju Bałtyk-Bieszczady Tour 1008 km. Z radością promowałam nasz najbardziej znany polski ultra maraton i z dumą o nim opowiadałam.

Dziękuję moim Koleżankom i Kolegom z pracy za wyrozumiałość, zastępowanie mnie podczas nieobecności i za zgodę na tak długi urlop.

Dziękuję wszystkim moim miłym Kibicom! Wasze życzliwe wsparcie przez Internet dodało temu wyścigowi dużo smaku.

Dziękuję wreszcie wszystkim moim Czytelnikom! Jeśli przeczytaliście całą relację, to pewnie choć w części poczuliście jak tam było. A było super. Jeżeli po przeczytaniu tego wszystkiego zastanawiacie się, czy jechać i korci Was, by spróbować, powiem jedno: na co jeszcze czekacie? Do dzieła! Ameryka na Was czeka :)

Powrót do początku

Trans Am Bike Race (35)

Piątek, 6 lipca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 261.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1506m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy się budzę wiem, że to ostatni dzień wyścigu. Jeszcze dziś będę na mecie. Dziwna jest to świadomość. Pakuję się, zapalam światło na mojej ostatniej poczcie – w końcu ono powinno się palić cały czas, zgasiłam je wyłącznie na potrzeby swojego noclegu. Na zewnątrz jest jeszcze kompletnie ciemno, 5 nad ranem. I od razu jest gorąco. Aż 24 stopnie... dzień zapowiada się ciężki...



Po 32 km docieram do Mineral. Jest wcześnie rano, kręcę się tu chwilę w poszukiwaniu dinera. Dziś do zrobienia mam łącznie 261 km. Dobrze by było zacząć od porządnego śniadania. Oczywiste jest dla mnie, że cały ten odcinek przejadę dzisiaj. Choć wiem, że w Polsce są osoby, które zastanawiają się, czy rozbiję to na dwa dni. Otóż… nie ma takiej możliwości. Z pomocą jednego z mieszkańców miasteczka trafiam w miłe miejsce, w którym zjadam pożywne śniadanie. Jestem gotowa by znów zmagać się z upałem i pagórkami.
Ten ostatni dzień obfituje w spotkania z kibicami. Pierwszą osobą, która wyjeżdża mi na spotkanie jest Holly. Przyjechała na wspaniałej tytanowej kolarzówce Lynskey, jaką sama bym chętnie miała! Potem spotykamy jeszcze jednego kibica i we trójkę idziemy na śniadanie.



Holly pyta na co mam ochotę i kupuje mi cały zestaw pysznego jedzenia! Jedziemy potem jeszcze kawałek razem i Holly wykręca na Richmond. Ja jadę dalej trasą. A trasa prowadzi przez bardzo ładne tereny. W dodatku na bardzo długim odcinku wiedzie wygodnymi drogami dla rowerów. Jadąc spotykam kolejnych kibiców. Już teraz, choć przecież jeszcze cały czas jadę, składają mi gratulacje ukończenia wyścigu.

Jest gorąco i duszno. To wszystko jednak się zmienia. Na niebie pojawiają się burzowe chmury. Burza rozkręca się szybko, jest wyjątkowo gwałtowna i trwa długo. Jakieś 20 minut stoję pod gęsto ulistnionym drzewem. Leje jak z cebra. Samochody ledwo jadą. Część z nich stoi na światłach awaryjnych, bo w sumie nie widać drogi. Cieszę się, że ruch samochodowy jest odseparowany od rowerowego. Kiedy deszcz przestaje przypominać ścianę wody i zamienia się w zwykły prysznic, jadę.



Nie ma na co czekać, to już późne popołudnie, a do mety brakuje jeszcze jakieś 47 km. Burza oczywiście nadal trwa. Trasa idzie teraz lasem i tylko w jednym momencie boję się – wtedy gdy pośród błyskawic przejeżdżam po moście nad Chickahominy River. Rzeka jest szeroka i nagle jestem najwyższym punktem na otwartej przestrzeni.

Willamsburg to prawie meta, brakuje do niej już tylko 20 km. Można zacząć odliczanie. Miasteczko jest ładne. Kwitną tu kwiaty. Kwitnie również coś, co mocno mnie uczula. Niespodziewanie zaczynam bardzo mocno kaszleć. Kaszel jest tak mocny, że trudno mi złapać normalny oddech i muszę się na chwilę zatrzymać. Po wyjeździe z miasta, na szczęście, to wszystko mija bez śladu.
Pada cały czas i jest już ciemno. W deszczu jadę aż do samego końca. Nad York River, potem ścieżkami rowerowymi przez Yorktown (trochę się gubię, ale jak się dowiem potem na tych ścieżkach nie tylko ja się gubiłam) i ostatni podjazd na metę, pod Victory Monument.



W tych ostatnich chwilach, zamiast radości, w głowie siedzi mi myśl, że przecież nie tak to sobie wyobrażałam. Miałam wjechać na metę w piękny słoneczny dzień. Tymczasem jest to późny wieczór, ciemno i deszcz, w dodatku nie mam pojęcia gdzie tu jest najbliższa poczta.

Mimo takich deszczowo-wieczornych okoliczności, na mecie czeka na mnie i wiwatuje całkiem pokaźny tłum ludzi! Tom Alford i John Sprock to dwie osoby, które otaczają mnie prawdziwą opieką. Robią zdjęcia, dają jedzenie i picie. Potem idziemy razem do restauracji na pizzę, a następnie Tom ładuje mnie i mój rower (zarówno ja jak i rower jesteśmy przemoczeni od deszczu) do swojego samochodu i zawozi do przykościelnego hotelu.



Dostaję od chłopaków czyste ubranie, które dla mnie załatwili i wspaniałe klapki z motywem amerykańskiej flagi. Dowiaduję się też, że Lech Kiedrowski, którego do końca próbowałam dorwać zameldował się na mecie zaledwie ok. 6 godzin przede mną. Tak niewiele zabrakło!

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (34)

Czwartek, 5 lipca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 153.10 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2214m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
To było dobre, by nocować tutaj, tuż pod górą i od rana zacząć wspinaczkę... pieszą. To bardzo ciężki podjazd. Normalnie do zrobienia w siodle. Ale nie po ponad 6000 km wyścigu. Pod koniec góry (4 km marszu), spotkam motocyklistę.



To jeden z „Road Angels” – obserwuje wyścig i widząc, że ktoś z nas zaczyna podjazd, wyjeżdża mu motocyklem na spotkanie. Doskonale wie jak tu jest. Wie, że to odosobniona góra, że od wielu kilometrów nie było możliwości, by zaopatrzyć się w jedzenie i picie. Widział już wielu zawodników kompletnie wycieńczonych tą ścianą. I dlatego w swoich motocyklowych kuferkach ma wszystko co może być zawodnikowi potrzebne.



Mi wystarcza trochę arbuza i picie. Miłe spotkanie.
Zjazd jest niejednorodny. Z elementami podjazdu.



Od 11 godz. znowu spiekota. Masakra. Raz po raz nawierzchnią znowu jest loose gravel. Można to wziąć w ręce i przepuścić pomiędzy palcami.



A na rowerze można się na tym elegancko wyłożyć. W końcu zajeżdżam do White Hall, mając w nogach 76 km i 1400 m pionu, jest 13.50. Na wjeździe do miejscowości dogania mnie samochód, a w nim cztery dziewczyny. Mówią, że obserwowały na mapie jak jadę i wsiadły do samochodu, by mnie złapać. Mają dla mnie niespodziankę. Jest to przepyszny napój przecierowy z truskawek i bananów oraz ciastko. Odpoczywam wraz z nimi w klimatyzowanym sklepie. Mówią, że dziś moim punktem końcowym pewnie będzie Palmyra, to 61 km dalej. Żadna z nas jeszcze nie wie, że nie zostanę tam na noc, lecz dokręcę jeszcze 15 km.



Do końca dnia jest gorąco. Bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem jest przejazd przez Charlottesville - duże miasto. Ogromny ruch, wąskie, kręte i pagórkowate drogi. Dramat. Jest to chyba jedyny fragment wyścigu, gdy nie czuję się bezpiecznie na szosie. Dalej, gdy trasa ucieka z drogi nr 20, jest już lepiej. Nadal są pagórki, jest ich sporo, ale nie ma już tego strasznego ruchu.



Pod wieczór docieram do Kents Store. Nie ma tu nic. To mała wioska. Jednak tuż przy drodze zauważam pocztę. A to niespodzianka! Tej poczty nie mam na swojej rozpisce. Wchodzę do środka. To mała, kameralna i nieco zagracona poczta. Jest stare krzesło na kółkach, coś w rodzaju stolika oraz oczywiście skrytki na listy. Nie spodziewam się, by ktokolwiek miał tu przyjść. Przecież tu nic nie ma! Kilka domków na krzyż. Kiedy na ścianie znajduję wyłącznik światła, wiem już, że to jest to! Zostanę tu na noc. Klimatyzacji nie ma, jest ciepło, ale nie skwarnie. Moja ostatnia poczta wyścigu… wiele ich było, wiem, że tę zapamiętam bardzo dobrze. Rozkładam materac. Śpiwór nie jest potrzebny, bo ciepło. Zatem zwijanie się o poranku będzie szybkie.



Gaszę światło. Dobranoc, jutro ukończę Trans Am Bike Race i znajdę się w elitarnym gronie finiszerów.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (33)

Środa, 4 lipca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 177.50 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1945m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Noc na poczcie była spokojna. O 5 rano jestem już na rowerze. Jest jeszcze kompletnie ciemno. Po ciemku robię liczne pagórki po mieście. Od samego początku jest bardzo ciepło. Jeszcze w sumie noc, a już 21 stopni... to nie wróży dobrego dnia.



Jak to kiedyś usłyszałam: „it is too hot to have a good day”. No więc dziś na tapecie to, czego nie lubię. Trasa bardzo interwałowa. Ciągle ostre zjazdy i podjazdy/podejścia. Do tego dziury zabite dechami - nie ma gdzie zjeść normalnego śniadania. Po 70 km jazdy zjadam... chipsy. Daje mi to energię na kolejne 30 km pagórków. Co za rzeźnia! Jakby mało było atrakcji, tuż przed Buchanan trafia się jakieś 7-9 km po drodze wysypanej luźnym żwirem.



Dość gruba warstwa nawierzchni, którą można wziąć w dłoń i przesypywać między palcami. Jest to fatalne do jazdy na szosowych oponach. Czy wspominałam już, że jest ciężko?
Dopiero po przebyciu 101 km i 1043 m pionu, o godz. 12.49 jem śniadanie. Lepiej późno niż wcale. W zestawie frytki, cola i grzyby. Tylko to uznałam za jadalne. Z jedzeniem jest tu katastrofa. Czasami myślę sobie, że nie mogłabym mieszkać na stałe w USA ze względu na jedzenie. Choć z drugiej strony, uczestnicząc w wyścigu stołuję się zawsze na mieście, jem to co mogę dostać szybko, bez zbędnego czekania. Pewnie mając więcej czasu, lub gotując samodzielnie, można tu całkiem dobrze zjeść.

Czuję się chora od upału i stromych gór. Docierając do Lexington, na liczniku mam 146 km i 1554 m pionu. Poważnie myślę o poczcie i noclegu tutaj. A jest dopiero 18! Zbiera się na jakaś burzę. Jeśli zdecyduję się jechać dalej, to chyba czeka mnie noc w siodle, bo przez najbliższe 63 mile praktycznie nie ma sklepów, poczt. To już będzie wjazd na Wezuwiusz, ponad 1000 m n.p.m. Ostatnia bardzo duża góra wyścigu. W niewesołym nastroju szukam jakiegoś dinera. Jadę przez miasteczko uważnie się rozglądając.



I nic. Wchodzę więc do restauracji. Jest to elegancka restauracja. Białe obrusy, gustownie ubrani ludzie. No i ja. W stroju sportowym, tym samym niezmiennie od… ostatnich dni maja, gdy wylatywałam z Polski. Na szczęście nie capię i wyglądam zupełnie znośnie. Oglądam menu, mili kelnerzy pilnują mi stojący na zewnątrz pod oknem rower, kiedy idę do łazienki umyć ręce i twarz. Zamawiam dobre danie. Dokładnie to na co mam ochotę. Nie patrzę na koszty, ponieważ to jest wyścig, a mój organizm domaga się porządnego i wartościowego posiłku.



Biorę zatem gorącą, czarną herbatę (jak już kilka razy wcześniej pisałam – gorąca, czarna herbata nie jest tu dobrem powszechnym), łososia z cytryną, szpinakiem i pure ziemniaczano-marchewkowym. Tego pure zamawiam podwójną porcję. Obiad jest pyszny i sycący! W restauracji klimatyzacja jest ustawiona w taki sposób, że chłodzi w sposób przyjemny, nie jest nieznośnie zimno. Jedząc gadam sobie przez Internet. Mile jest jeść dobry obiad i rozmawiać. Tak, to prawda – do końca już niedaleko. Jeszcze tylko dwa razy trzeba będzie się zerwać ze snu przed świtem i mam to! Czuję w sobie energię. Nie zostanę tu na poczcie.

Jadę dalej jeszcze ponad 30 km, lekko pod górę, do wsi Vesuvius. To maleńka wioska u stóp góry o tej samej nazwie. Stąd właśnie zaczyna się ostatni duży podjazd TransAm. Jest tu poczta. Mikroskopijna. Oświetlona. Wszystko widać z ulicy. Raczej nie jest to dobre miejsce na sen. Jadę kawałek dalej, przekraczam tory kolejowe i wdrapuję się pod całkiem spory kościół. Kościół jest zamknięty, ale jest tu dużo przestrzeni na zewnątrz. Jest też bardzo duża wiata, już prawie zupełnie ciemno, ale widać, że ona chyba jest jeszcze w budowie. Wchodzę pod wiatę i rozbijam pod nią namiot.



W najciemniejszym punkcie. Samą sypialnię, bez tropiku. W dole ludzie puszczają sztuczne ognie i świętują. Dziś święto, Dzień Niepodległości, 4 lipca.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (32)

Wtorek, 3 lipca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 180.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2242m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Dzień zaczynam od śniadania z Mary i Jerry`m. Potem zakładam na siebie wypraną, wilgotną nadal nieco koszulkę. Jeszcze tylko Jerry smaruje mi łańcuch i po chwili jestem już na trasie. Wilgotna koszulka przyjemnie chłodzi mnie, w dodatku sam poranek też jest raczej chłodny. To miła odmiana od poprzednich dni. Zaczynam od podjazdu. Z wysokości 604 m n.p.m. wjeżdżam na 1161 m n.p.m.. Podjazd jest długi, ciągnie się przez 28 km. Jedzie mi się go bardzo dobrze, szybko. Kiedy kończę, jestem zadowolona, przefrunęłam dosłownie nad tą górą!



Mam na liczniku 110 km, jest godz. 15 i siedzę w McDonald`s, w Fort Chiswell. Znowu na zewnątrz jest spiekota, po przyjemnym poranku pozostało jedynie wspomnienie. Żar odbiera siły. Niemniej cały czas, niezależnie od poziomu marudzenia jestem szczęśliwa. Cieszę się z tego, że mogę tu być, uczestniczyć w tym szaleńczym wyścigu. Zmagać się z pogodą, jaka w Polsce nie występuje nigdy. To piękne. Życie jest bardzo proste tutaj: jazda, jedzenie, picie, spanie, walka ze zmęczeniem i pogodą oraz górami. Gdyby tylko takie problemy istniały, to życie byłoby bajką.



Po raz drugi tego dnia ląduję w McDonald`s. Jest to w Fairlawn. Aby tu zjeść na chwilę zjechałam z trasy, która na ostatnich kilometrach malowniczo biegła lewym brzegiem rzeki New River. Teraz przekraczam most i wjeżdżam do dość sporego miasta – Radford. W mieście, nieoczekiwanie, ślad prowadzi do parku. Parkowymi ścieżkami jadę więc dalej. Taki sposób wytyczenia drogi sprawia, że przejazd przez miasto zupełnie nie stresuje. Super.





Po drodze do Christiansburg spotykam jeszcze dwoje kibiców, a potem, już po ciemku, wjeżdżam do miasta. Na wjeździe widzę znak ustawiony przy ulicy dla uczestników TABR. Znak informuje o możliwościach noclegowych dla zawodników w mieście. Mi jednak nie chce się już szukać. Bo mam namierzoną pocztę. Lubię spanie na pocztach. To jedna z tych rzeczy, które tworzą klimat wyścigu. To nie jest chyba legalne. Ale też nie jest zakazane. Nigdy nie wiem też co zastanę. Niektóre poczty są duże, nowoczesne, klimatyzowane. Inne są małe, ciasne. Jeszcze inne – zabytkowe. Jedną z zabytkowych poczt jest właśnie ta w Christiansburg.



Stara posadzka, malowidła na ścianach. Miło jest zasypiać w takim pięknym wnętrzu!

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (31)

Poniedziałek, 2 lipca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 138.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2323m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Około 7 rano wjeżdżam do Virginii. Jest to już ostatni z 10 stanów, przez które prowadzi wyścig.



Przed Haysi są trzy bardzo ciężkie podjazdy. Wszystkie one w części zamieniają się dla mnie w podejścia. Dalej nie jest wiele lepiej. Spotykam jednego z zawodników. Tasujemy się. Jedzie nieznacznie szybciej niż ja.



Od długiego czasu, od wielu dni, staram się dorwać Lecha Kiedrowskiego. Wisi przede mną w stałej odległości około 100 km. Czasem nieco mniej. Wygląda to niezmiennie tak samo: on jedzie wolniej niż ja. Jednak bardzo mało śpi. Kiedy ja go lekko doganiam w ciągu dnia, on odskakuje w nocy.



O 13.28 docieram do Honaker. Mam na liczniku ledwie 68 km, które zdołałam wykręcić jadąc od samego rana. W pionie są to 1292 m. Jest ostro! Pokonuję prawie drugie tyle km i jestem w Meadowview, to 115 km dzisiejszej trasy, w pionie już 2111 m. Jest tu duży węzeł drogowy, leci tędy droga nr 81. Sama miejscowość jest mała. Nic tu nie ma. Nie ma nawet gdzie wpaść na żarcie. Wszystko zamknięte na głucho. Na szczęście na wyjeździe jest McD. Co za radość! Idę na obiad. Zamawiam to co zwykle. Kiedy jem, podchodzi do mnie miły człowiek, który zaprasza na nocleg do kościoła. Kusząca jest to propozycja, bo czuję się zmęczona, no ale jest to wyścig. Trzeba jechać dalej.



Niespodziewanie do Damascus docieram sprawnie. Może to dlatego, że porządnie się najadłam i zregenerowałam w klimatyzowanym wnętrzu. A może dlatego, że podjazdy są mniej strome. A może… to wszystko razem. Na głównym skrzyżowaniu, rozglądając się już powoli za pocztą do spania, zauważyłam kibiców. Stali z wymalowaną na kartce flagą Polski (odwrotną – ale w tym momencie zupełnie tego nie zauważyłam!) i wypisanym moim imieniem. Widząc, że nadjeżdżam, zawołali mnie po imieniu. Co zaskakujące, wymówili moje imię zupełnie poprawnie – co wcale nie jest takie oczywiste! Z tego wszystkiego odpowiedziałam im po polsku. Oczywiście po chwili przeszłam na angielski.



Byli to Mary i Jerry. Czekali na mnie! Spotkanie niezwykle miłe. Obserwowali jak jadę i zastanawiali się, czy dziś zdecyduję się tu przyjechać, czy odłożę to na jutrzejszy poranek. Powiedzieli, że znają mój zwyczaj nocowania na pocztach i zaraz mogą mnie na najbliższą pocztę zaprowadzić. Dodali jednak, że serdecznie zapraszają na nocleg do siebie, jeśli tylko mam ochotę. Kusili prysznicem! To wydawało mi się tak cudowne, że aż nierealne! Zjedliśmy więc razem kolację, potem poszłam pod prysznic i uprałam w ręku swoją sfatygowaną koszulkę kolarską. Dostałam na noc piżamkę w rowerki i był to podczas wyścigu jedyny moment gdy przez kilka godzin nie miałam na sobie stroju BBT 1008 km.



Spałam w prawdziwym łóżku. Cudownie, wspaniale!
Mile spędzony wieczór, noc w prawdziwym łóżku i rano wspólne śniadanie z ulubioną, gorzką, czarną herbatą.

https://ridewithgps.com/trips/27433446
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (30)

Niedziela, 1 lipca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 156.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1782m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od samego rana pogoda jest ciężka. Duszno i wilgotno. Jak można tu żyć na co dzień? Pracować, uczyć się, odpoczywać? Wydaje mi się to nierealne. Tu samo oddychanie tą skwarną zupą męczy…



Mijam kolejne biedne wioski. Widok jest porażający. Zdjęć robię bardzo mało, bo najzwyczajniej w świecie głupio mi robić zdjęcia, dokumentować, czyjąś biedę… Ludzie często mieszkają tu w nędznych barakach, czasem nawet pod plandekami.



Baraki obrośnięte glonami i mchami od wilgoci. W barach też zupełnie inaczej, jakoś tak niechlujnie, choć nadal sympatycznie. W miejscach publicznych ludzie normalnie palą papierosy. Dużo jest tu osób palących. Palą prawie wszyscy. Inna Ameryka.



Dziś jest tak strasznie gorąco, że nawet psy pozbawione są sił. Na mój widok zazwyczaj nie rzucają się w pogoń. Szczekają z daleka, czasem leniwie podnoszą łby. Kiedy więc nadciąga burza, a wraz z nią ulewa, odczuwam radość. Myślę sobie o tym miłym ochłodzeniu, które zwykle następuje po burzy. Tu jednak naprawdę jest inaczej: po burzy powietrze nie robi się rześkie. Jest jeszcze gorzej niż przed burzą. Temperatura nie spada. Rośnie za to wilgotność powietrza. Drogi parują.



Widać jak kłęby pary unoszą się nad asfaltem. Jak w takich warunkach robić podjazd? To tak, jakby wrzucić rower do sauny i jechać w saunie. Nic miłego.



Tego dnia dopadła mnie jeszcze jedna burza. Nie zmokłam jednak, bo w tym czasie robiłam zakupy na stacji. Kiedy wyszłam, było już po wszystkim. Szybko i gwałtownie. Pod wieczór wszystko wskazywało na to, że jednak zmoknę, ale znowu się udało.



Z burzą na plecach, pośród błyskawic rozcinających niebo, dotarłam do Elkhorn City.



Szybko zlokalizowałam pocztę. To była bardzo przyjemna poczta, choć bez klimy. W środku zakamarkowo i nie gorąco. Szło normalnie oddychać.



Ciepło. Położyłam się więc na samym materacu, bez śpiwora. Zasypiałam ze świadomością, że dzięki temu z rana urwę kilka cennych minut.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (29)

Sobota, 30 czerwca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 131.60 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1792m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od rana góry, Apallachy. Gdyby nie psy, bieda i brud, to byłoby tu tak cudownie! Jest zielono, bardzo zielono, w tej zieleni góry wyglądają wprost przepięknie. Dziś zgubiłam krem przeciwsłoneczny, nowy - wczoraj kupiony. Już mam nowy. Niestety jestem dość mocno opalona. Nie lubię opalenizny, nie podoba mi się ona, w mojej opinii wygląda mało estetycznie. Wolę bladą skórę, bladą karnację i mimo, że dużo jeżdżę na rowerze, cały czas staram się dbać, by nie złapać zbyt dużo opalenizny. Tu, podczas jazdy w wyścigu, nie zawsze jestem w stanie odpowiednio zadbać o skórę. Więc jestem opalona i wyglądam przez to strasznie. Wszystko do siebie pasuje, bo jadę również strasznie. Powoli.



Od paru dni mam narastające problemy ze skórą. W panujących tu gorączkach oraz bardzo wysokiej wilgotności powietrza, coś dziwnego zaczęło się dziać ze skórą na brzuchu i klatce piersiowej. Pojawiły się zaczerwienienia, które przekształciły się w krwawiące ranki. Ranki te w kontakcie z koszulką kolarską pieką, szczypią. No generalnie, dokuczają. Dokucza też ranka otarciowa na tyłku. Czyszczę ją na noc, a za dnia mocno smaruję kremem i masakruję kolejnymi kilometrami po górach i w upale. Krew miesza się z kremem, ale dzięki kremowi przynajmniej jest znośnie i nie boli zbytnio. Da się przeżyć. Krem dokupiłam dziś nowy, w aptece. Spotkałam akurat grupkę miejscowych szosowców, którzy w tym czasie popilnowali mi rower. Jeszcze tylko wspólna fotka i w drogę!

Popołudniem zrobiło się gorąco: 38 stopni i pełne słońce. Do tego duże podjazdy w tym skwarze. Mój organizm nie wyrabia w takim upale. Podjazd przed Buckhorn męczyłam na raty. Do Buckhorn dotarłam ledwo żywa. A tam... sklepik, w którym śmierdziało stęchlizną. Było tam chyba tylko jedno jedyne okno, bo w środku panował półmrok, drzwi otwarte na oścież. Brak klimatyzacji. Strach było cokolwiek dotknąć, miałam wrażenie, że wszystko jest tu brudne, wilgotne i oblepione kurzem. Wziąłem napój i lody. Najgorsze lody w moim życiu. Prawie niejadalne, nie zdołałam się przemóc i zjeść całej porcji. Lody jadłam w cieniu, na ławce pod sklepem, pocąc się niemiłosiernie od samego tylko siedzenia. Kiedy wstałam z drewnianej ławki, zobaczyłam, że pozostała po mnie duża mokra plama. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek w życiu była aż tak spocona w warunkach naturalnych (sauny nie liczę). Zażenowana tym widokiem, czym prędzej wsiadłam na rower i uciekłam.



Późnym popołudniem dotarłam do Chavies. Na stacji zrobiłam drobne zakupy, potem jadąc przez tę niewielką miejscowość wypatrzyłam pocztę. Zdumiewające! Na moim wykazie poczt tej poczty nie miałam! Weszłam do środka. Wspaniale! Są gniazdka elektryczne do podładowania elektroniki, na podłodze leży dywan, a światło (co rzadkie) da się zgasić! Ta poczta mogłaby być genialną miejscówką na nocleg. Ale nie jest. A to dlatego, że nie ma tu klimatyzacji. W dodatku okna są nieotwieralne. Jest nieprzeciętnie duszno. Temperatura przekracza 30 stopni.



Pocę się od samego tylko leżenia. To bez sensu. Wychodzę i jadę kilkadziesiąt metrów dalej, pod kościół. Kościół jest zamknięty, rozbijam więc namiot na jego tyłach. Samą tylko sypialnię, bez tropiku. Jak gorąco!



Widzę jak drogą jedzie dwóch zawodników. Ich migające tylne lampki. Ten widok doprowadza mnie do rozpaczy. Ta tropikalna pogoda kompletnie mnie rozwala. Na nic nie mam siły. Zasypiam w złym nastroju. Przebyłam dziś zaledwie 131 km, a ujechałam się okrutnie.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (28)

Piątek, 29 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 186.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2107m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Życie poczty zaczyna się czasem bardzo wcześnie. Tutaj jest to 4 nad ranem – o tej godzinie przychodzi dostawca gazet i mnie budzi swoim wejściem. A skoro już otwarłam oczy, to zaczynam się zbierać do wyjazdu. Przed 5 już jestem na rowerze. Zmieniłam strefę czasową – o 5 rano jest tu kompletnie ciemno. W tych ciemnościach robię podjazd, by wrócić na trasę. Gdy jestem na trasie, nadal jest ciemno. Wtedy właśnie spotyka mnie najgorsza przygoda z psem podczas całego wyścigu: bez żadnego ostrzeżenia, szczekania, czy choćby warknięcia, dolatuje do mnie bydlę wyglądające jak amstaf. Wydzieram się przerażona i wtedy ten pies na chwilę głupieje, a ja zyskuję cenny ułamek sekundy na potraktowanie go gazem na niedźwiedzie i ucieczkę. Cała się trzęsę z nerwów po tej akcji i długo nie mogę dojść do siebie.

Kiedy później, podczas jedzenia, otwieram Internet i widzę, że znajomi zaczęli niby żartobliwie wysyłać mi zdjęcia różnych psów, naprawdę się wściekam! Co za brak taktu, wyczucia i zrozumienia! Piszę więc na FB ostrzeżenie dla wszystkich tych żartownisiów, by nie wysyłali mi zdjęć żadnych kundli, bo będę usuwać ze znajomych.



Potem jest normalna jazda. Psy raz po raz się pojawiają, ale już nie tak groźnie jak ten poranny. Dzień zrobił się ładny, nie tak gorący jak wczoraj, więc wilgotność powietrza tak nie przeszkadza. Po przejechaniu 111 km, o godz. 14 docieram do Burgin i udaje mi się tu zjeść dobrą pizzę.



Za Burgin droga to wznosi się, to opada. Podjazdy i zjazdy nie są długie, jest za to ich sporo. Dłuższa górka do zdobycia pojawia się dopiero w lesie, na dojeździe do drogi nr 563. To na tej górce atakuje mnie mocno agresywny pies. Mam dużo szczęścia, bo tą wąską drogą jedzie akurat samochód. Kierowca widząc rozwścieczonego psa, zaczyna zajeżdżać mu drogę. Robi to bardzo skutecznie. Pies próbuje skakać na samochód, ale karoseria samochodu to materiał nie do ugryzienia. W tym czasie udaje mi się zwiać.
Przy drodze nr 563, na którą wkrótce wyjeżdżam, czeka mnie miła niespodzianka. Po prawej stronie szosy jest gospodarstwo. Jego właściciel kibicuje wyścigowi i gości zawodników. Najfajniejsze jest to, że do drewnianego domu przyklejona jest kabina prysznicowa. Z ciepłą wodą zasilaną panelem solarnym. Udaje mi się więc (w końcu!) wziąć prysznic. Woda leci wprost gorąca, co w połączeniu z upałem czyni piorunującą mieszankę.



Właściciel opowiada o zawodnikach, których miał okazję gościć. Z prysznica, podczas jednej z poprzednich edycji, korzystała m.in. Sarah Hammond! Ona akurat dotarła tu po ciemku. U mnie wypadło późne popołudnie. W międzyczasie przyjeżdża żona właściciela gospodarstwa. Dostała informację, że jestem kolejną uczestniczką TABR, która właśnie tu dotarła i na tą okoliczność załatwiła z miasta pizzę. Pogadaliśmy trochę o wyścigu oraz największej zmorze – psach. Mówią zgodnie, że Kentucky, zwłaszcza wschodnie Kentucky, to biedny stan i dlatego ludzie mają psy. Psy jako zabezpieczenie dobytku, alarm przeciwko złodziejom, psy, których jest za dużo. Umyta i najedzona, z nowymi siłami ruszyłam przed siebie.

Wschodnie Kentucky i jego psy - to jeszcze przede mną. Wszystko ma się zmienić za miastem. Za Bereą. Przyjdą dłuższe i ostrzejsze podjazdy oraz więcej psów. Berea to niepisana granica między zachodnim a wschodnim Kentucky.
Po pizzy i prysznicu oraz miłym odpoczynku mam jeszcze 18 mil do Berea. Na dojeździe do miasta spotykam kolejną osobę, która na mnie czeka. To Paul Wells, który poza tym, że kibicuje TABR, jest również miłośnikiem starych rowerów, które poddaje renowacji. Stoi samochodem na szczycie górki. A w samochodzie ma jedzenie i picie. Dużo jedzenia i picia. Miłe jest to spotkanie.



Kiedy wjeżdżam do miasta, jest już po zachodzie słońca.



Szybko robi się ciemno. Po ciemku lokalizuję pocztę, zjeżdżając nieco z trasy.



Miasto jest duże, więc i poczta duża. Idę spać.



Zasypiając myślę o tym, co będzie jutro. Jutro wjadę we wschodnie Kentucky.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (27)

Czwartek, 28 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 169.80 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1576m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od samego rana czuję się niemożliwie zmęczona. Może to dlatego, że w nocy bardzo słabo spałam. Świadomość, że każda przechodząca ulicą osoba widzi mnie sprawiła, że mój sen był przerywany i wyjątkowo niespokojny. Od samego rana jest też gorąco i wilgotno. Na wyjeździe z Whitesville, mimo wczesnej pory, zauważam czynną knajpę.



Od razu jest mi jakoś tak lepiej, bo wygląda na to, że zacznę ten dzień od dobrego śniadania. Szyby baru są całe zaparowane. Wilgoć wdziera się dosłownie wszędzie. W środku siedzi przy dużym stole kilku mężczyzn. Mają kowbojskie kapelusze i, jedząc śniadanie, wesoło oraz głośno gadają. Biorę danie i siadam przy jednym z wielu wolnych stolików.



Kiedy kończę posiłek, wchodzą dwaj zawodnicy wyścigu – ci sami, których wczoraj spotkałam na poczcie i którzy poszli spać pod kościół. Po ich twarzach widzę, że też są zmęczeni i raczej nieweseli. Życzę im smacznego i wychodzę.
Powietrze jest gorące i wilgotne. Nie ma czym oddychać. W Polsce takich warunków nigdy nie doświadczyłam. One u nas po prostu nie występują.



Mieszanka jest to okropna. Ma się wrażenie, że w tym wilgotnym powietrzu można się utopić. Kiedy tak jadę w pełnym słońcu oraz wysokiej wilgotności, zauważam biały kościółek. Wreszcie trochę cienia! Zajeżdżam tam i na chwilę kładę się pod drzwiami. Nie oddycham normalnym powietrzem, lecz jakąś zupą.



Pod koniec dnia mijam podtopione tereny. Widać, że chyba są to pozostałości po powodzi. Pola pod wodą, łąki pod wodą. Woda podchodząca pod ulicę.
Na noc odbijam trochę od trasy i jadę do New Haven na pocztę spać. Tuż przy poczcie jest duża stacja BP. Robię tam zakupy i spotykam miłego człowieka, który proponuje, że w tych zakupach mi pomoże. Jest kibicem wyścigu i z radością kupuje mi trochę jedzenia. Zaprasza też do swojej pizzerii na pizzę, ale pechowo akurat zupełnie nie jestem głodna.



Poczta jest niezbyt duża, ale zakamarkowa. Kończę ten niezbyt łatwy dzień. Dziś raczej pełzłam, niż jechałam. O psach – nawet szkoda gadać…
Przed zaśnięciem odkażam jeszcze małą rankę, która zrobiła mi się na tyłku od ciągłej jazdy. Czyszczę z krwi i pozwalam przez te parę godzin snu się goić. Jutro rano nałożę grubą warstwę kremu i będę jechała dalej.

Mapa
Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum