Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(101)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Trans Am Bike Race - zakończenie

Wtorek, 10 lipca 2018 Kategoria do 50, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 12.33 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 136m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Następnych kilka dni to leniwy czas w Yorktown. Z zawodnika, staję się obserwatorem – obserwuję pozostałe osoby, które jeszcze jadą.



Wraz z Simone (razem mieszkamy w hostelu) wychodzimy ich witać na metę. Takich radosnych spotkań jest kilka. Szczególne są dla mnie dwa powitania. Chwila gdy na metę wpada duet ojciec i syn, tj. Graham i Ben. Tasowaliśmy się na początku wyścigu, fajnie jest spotkać ich znowu, uściskać, pogratulować i wymienić doświadczenia. Drugim takim powitaniem jest moment, gdy na metę wjeżdża duet mieszkających w USA Polaków: Krzysztof i Michał.



Jest pierwsza od bardzo długiego czasu okazja, by pogadać po polsku! Gdy tak rozmawiamy, Krzysztof i jego rodzina proponują mi podwózkę samochodem do Baltimore, skąd mam lot powrotny. Jutro. Nie planowałam tak szybkiego powrotu, ale skoro trafia się okazja...



Zgadzam się więc mimo, że nie mam zmienionej rezerwacji biletu lotniczego. Myślę sobie, że zrobię to na miejscu w Baltimore. Wieczór przed wyjazdem spędzam na mieście. Jest fajnie i trochę żal, że to już koniec…



Następnego dnia rano spotykamy się pod monumentem. Jest piękny, słoneczny i gorący dzień. Jadąc do Baltimore gadamy o Nowym Jorku. Oni tam właśnie wracają i proponują, że przecież mogę zamiast wysiadać w nieciekawym Baltimore, pojechać z nimi do Nowego Jorku, posiedzieć tam parę dni i dopiero potem wracać. Przecież tam jest tak ładnie! Sprawdzam cenę przebukowania biletu na inny lot. Na lot z Nowego Jorku. Cena wychodzi wysoka. Znacznie wyższa niż przebukowanie polegające na zmianie wyłącznie daty lotu. Niestety… kompletnie mnie nie stać.



Wysiadam więc w Baltimore. Zakładam na rower wszystkie torby i jadę przez miasto. W pierwszej kolejności do sklepu rowerowego by załatwić karton do zapakowania roweru na lot samolotem. Nie ma z tym żadnego problemu. Mogę przyjść jutro rano i wziąć karton. Potem lokalizuję wyjątkowo tani hotel. W przeliczeniu na złotówki noc kosztuje jakieś 60 zł. Okazuje się, że warunki są spartańskie. Noclegi na 10 osobowych salach. Łóżka piętrowe. Na szczęście sale są podzielone na żeńskie i męskie. Wszystkie łóżka dolne są wyrezerwowane, dostaję więc jedno z łóżek górnych. Drabinka ma wąskie, okrągłe szczebelki, które wpijają się nieprzyjemnie w stopy, a na samym końcu drabinki nie ma obniżenia, by wygodnie wtoczyć się na posłanie. Trzeba się więc trochę pogimnastykować.



Zjadam kanapkę i idę na miasto. Powrót do hotelu nie jest zbyt fajny. Na ulicy jest sporo ludzi. Prawdziwa mieszanka kulturowa. Niektórzy patrzą przenikliwie, inni wręcz zaczepiają. Wiem już więc, że wieczorem nie będę szukała na mieście jedzenia, tylko czym prędzej wrócę do hostelu.



W hostelu, siedząc na łóżku, załatwiam przebukowanie biletu. W końcu lot już jutro, a jest wieczór. Więc najwyższy czas na to, prawda? Wszystko mam już wyklikane, gdy nagle coś idzie nie tak. Nie mogę dokończyć rezerwacji i uiścić płatności! Próbuję kilka razy i nic. W niewesołym nastroju zasypiam z myślą, że pomyślę o tym jutro. Na lotnisku.



Po śniadaniu (szwedzki stół) pakuję się i jadę pod sklep rowerowy, w którym wczoraj zamówiłam karton. Czekam pod sklepem na otwarcie. Gdy tylko otwierają, wchodzę i pytam, czy mogę na miejscu rozmontować rower i złożyć go do kartonu. Nie ma problemu. Pracuję schowana przed innymi klientami w warsztacie. Trochę czasu to zajmuje, bo muszę jeszcze podzielić bagaż na ten, który będzie bagażem podręcznym i ten, który w kartonie, wraz z rowerem, trafi do luku bagażowego. Kiedy mam już wszystko gotowe, pytam ile płacę za karton i możliwość porozkręcania i spakowania wszystkiego w warsztacie. Serwisanci się dziwią tym pytaniem i z uśmiechem mówią, że nic. Proszę ich jeszcze o pomoc w zamówieniu taksówki, która zawiezie mnie na lotnisko. Nie znam miasta i nie wiem, do jakiej korporacji powinnam zadzwonić. To również nie jest problem. Jeden ze sprzedawców zamawia. Teraz pozostaje posiedzieć wygodnie i chwilę poczekać.

Chwila za chwilą mijają… a taksówki nie ma. Zaczynamy się wszyscy niepokoić. Ucieka mój cenny czas, a ja przecież muszę jeszcze jakoś na lotnisku załatwić płatność za zmianę rezerwacji, bo inaczej nigdzie nie polecę! Nerwowo patrzymy w okno, sprzedawca dzwoni jeszcze raz. Czekamy znowu i nic. W końcu podejmujemy decyzję, że dzwonimy w inne miejsce. Tyle, że aby móc zamówić taxi, trzeba najpierw przez Internet zapłacić. Można to zrobić jeśli ma się konto klienta. Ten sprzedawca ma. Proszę, by zrobił dla mnie tę rezerwację. Mam w końcu jeszcze 104 USD w gotówce, więc mam z czego zapłacić. Przejazd kosztuje 30 USD. Podaję banknot 100 USD. I… niestety nie ma jak mi wydać. Kasa jeszcze pusta. W swoich zasobach też nie ma z czego wydać. Proszę go więc, by zatrzymał te 100 USD. Za całą tę pomoc i uprzejmość. Odmawia, twierdząc, że to absurd, że nie będę przecież tak przepłacać. Kiedy taxi podjeżdża, pomaga mi jeszcze wpakować pudło z rowerem do auta. Serdeczny uścisk na pożegnanie i już jestem w drodze na lotnisko. Kierowca co chwilę z kimś gada przez zestaw głośnomówiący. Mówi w różnych językach. A to ciekawe! Kiedy kończy ostatnią rozmowę, podpytuję go skąd jest i ile tych języków zna. Okazuje się, że pochodzi ze środkowej Afryki i zna aż 6 języków. Gadamy po angielsku, bo polskiego (jeszcze) nie umie. Na lotnisku pomaga mi z wielkim pudłem. I dopiero potem odjeżdża.



Przychodzi teraz chwila, by załatwić płatność za bilet lotniczy. Do odlotu zostało już tylko kilka godzin. Niestety wszystkie bramki są jeszcze nieczynne, a czas ucieka… Dowiaduję się, że zostaną otwarte ok. godzinę przed odlotem i że nie są tu przyjmowane płatności. Wszystko trzeba załatwić on-line. Dzwonię więc na infolinię. Bo przecież przez Internet próbowałam już zapłacić kilka razy! Rozmowa trwa jakieś 5 minut i kosztuje mnie ponad 50 zł. Ale udaje się wszystko załatwić i płatność przechodzi. Uff! Teraz pozostaje odprawa on-line. Tę odprawę mogę załatwić przy stanowisku odprawowym, ale robię to internetowo.

Dalej, samo fizyczne odprawienie roweru idzie szybko. Potem mam jeszcze trochę czasu do odlotu. Zjadam obiad w McD, robię w łazience zastrzyk antyzakrzepowy i lecę.

Lot jest nieco krótszy niż ten pierwszy, który odbyłam w maju, bo lecę jednak ze wschodniego wybrzeża. Nie jest zbyt wygodnie i dlatego przez te długie godziny nie udaje mi się zasnąć. To niedobrze, bo to przecież nie jest lot bezpośredni. Mam długą przesiadkę, jakieś 10 godzin, na Islandii…

Islandia wita fatalną pogodą. Jest wprost obrzydliwie. Leje, wieje i zimnica. W tych warunkach wiem już, że przez cały czas trwania oczekiwania na lot do Poznania pozostanę na lotnisku. Zresztą i tak trudno by było gdzieś dalej wyjść, bo ogranicza mnie wielkie pudło z rowerem. Na lotnisku w pierwszej kolejności chcę załatwić zmianę rezerwacji lotu. Tak, tak – lot jest dziś, a ja jeszcze nie mam zmienionej rezerwacji. To dlatego, że w WizzAir zmiany mogę dokonać tylko na 2 sposoby: dzwoniąc na infolinię (stawki za minutę są kosmiczne) albo na stanowisku Wizz na lotnisku. Mam dużo czasu, więc odnajduję kolejkę do pierwszego lepszego stanowiska odpraw Wizz i tkwię w tej kolejce ponad godzinę. Gdy opowiadam w czym rzecz, dowiaduję się, że niczego nie załatwię. Wizz nie ma swojego stanowiska na tym lotnisku. Odbywają się tu wyłącznie odprawy, za które odpowiadają firmy zewnętrzne. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko telefon na infolinię. Niestety nikt tam nie odbiera... Wtedy dociera do mnie, że muszę kupić nowy bilet, bo nie da się tej rezerwacji zmienić. Dekuję się w kąciku pod ścianą. Siedzę na ziemi, w dłoni trzymam tablet i działam. Palce chodzą mi po klawiaturze nerwowo. Jeśli nie uda mi się teraz, 7 godzin przed odlotem, kupić biletu, to… chwilowo utknęłam na Islandii…



Wszystko trwa kilka długich minut. I… udaje się! Mam bilet! Co równie fajne, prawdopodobnie wykupiłam jedno z ostatnich wolnych miejsc w samolocie, bo system z automatu, przydzielił mi miejsce przy oknie, z większą przestrzenią na nogi, przy wyjściu awaryjnym. Super! Teraz pozostaje poczekać na lot. To czekanie nieco się dłuży. Krążąc po niezbyt dużym lotnisku i przesiadując w sympatycznej kawiarence, spotykam i poznaję inne osoby, które tak jak ja mają długie przesiadki. Amesley jest z Korei, Blake z USA. Jest też z nami niesamowicie wesoły i wygadany Żyd – niestety nie zapamiętałam jego imienia. Wszyscy jesteśmy w podobnym wieku. Razem mile spędzamy czas. Amesley czeka na ten sam samolot co ja – obie lecimy do Poznania. Nasze oczekiwanie wydłuża się. Przez fatalne warunki pogodowe, lot jest opóźniony aż o 2 godziny.

W samolocie jest wygodnie. To miła odmiana po poprzednim locie. Udaje mi się zasnąć. Śpię przez prawie cały lot. Po wylądowaniu w Poznaniu wyjmuję rower z kartonu, składam go w jedną całość, montuję torby i wychodzę na zewnątrz. Jest około 5 rano. Próbuję kupić bilet na autobus, by nie musieć jechać przez całe miasto. Nie chce mi się jechać rowerem po mieście, to żadna przyjemność. Jednak biletomat mnie pokonuje. Sama z siebie się trochę śmieję: tyle w ostatnich godzinach różnych rzeczy załatwiałam, a pokonał mnie zwykły biletomat w Polsce! Kiedy podjeżdża autobus podchodzę więc do kierowcy i pytam, czy mogę kupić bilet u niego. Mówi, że niestety nie i pyta, czy rower stojący obok jest mój. Potwierdzam. Wtedy wysiada z kabiny i pomaga mi wnieść rower do autobusu. Pytam co z biletem, a on uśmiecha się tylko i mówi, że mam po prostu sobie usiąść wygodnie i jechać. To jest piękne. Dojeżdżam tym autobusem na dworzec kolejowy Poznań Główny i tam łapię pociąg do domu.
Mój Amerykański Sen właśnie się zakończył.



PODZIĘKOWANIA

Składam serdeczne podziękowania przede wszystkim mojej Rodzinie, która bardzo mi kibicowała i wierzyła, że to szaleństwo ma sens i wszystko się uda.

Dziękuję Robertowi Janikowi za obłędnie szybką akcję z załatwieniem mi jedynego na świecie kompletnego różowego stroju Bałtyk-Bieszczady Tour 1008 km. Z radością promowałam nasz najbardziej znany polski ultra maraton i z dumą o nim opowiadałam.

Dziękuję moim Koleżankom i Kolegom z pracy za wyrozumiałość, zastępowanie mnie podczas nieobecności i za zgodę na tak długi urlop.

Dziękuję wszystkim moim miłym Kibicom! Wasze życzliwe wsparcie przez Internet dodało temu wyścigowi dużo smaku.

Dziękuję wreszcie wszystkim moim Czytelnikom! Jeśli przeczytaliście całą relację, to pewnie choć w części poczuliście jak tam było. A było super. Jeżeli po przeczytaniu tego wszystkiego zastanawiacie się, czy jechać i korci Was, by spróbować, powiem jedno: na co jeszcze czekacie? Do dzieła! Ameryka na Was czeka :)

Powrót do początku

komentarze
ZUCH!!!
login
- 12:08 niedziela, 27 stycznia 2019 | linkuj
Wielkie brawa za ukończenie najdłuższego rowerowego ultramaratonu świata!

Zacna jest Twoja amerykańska opowieść :)

Mam wrażenie, że dążenie świata do automatyzacji, nie zawsze prowadzi do czegoś dobrego. Kiedyś ze sprawą można było uporać się dzięki rozmowie z konkretnym człowiekiem. Dziś czasami porozumiewanie się z maszynami prowadzi na manowce. Gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Czyżby świat zmierzał do przyszłości, w której kontakt z żywym człowiekiem będzie należał do dóbr luksusowych?
PS. Fotka z ławką to piękna alegoria uskrzydlenia ;)
malarz
- 05:50 sobota, 26 stycznia 2019 | linkuj
Kot. Uwielbiam Twoje opowieści. "Kocia czytelnia" to mój ulubiony zakątek. Jeśli Kot jest za sterem, coś musi się zdarzyć. ;) Jeśli długo nic się tutaj nie dzieje, z pewnością zdarzy się coś większego.
lutra
- 23:50 piątek, 25 stycznia 2019 | linkuj
Komentować mogą tylko znajomi. Zaloguj się · Zarejestruj się!

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum