Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(101)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Trans Am Bike Race (35)

Piątek, 6 lipca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 261.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1506m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy się budzę wiem, że to ostatni dzień wyścigu. Jeszcze dziś będę na mecie. Dziwna jest to świadomość. Pakuję się, zapalam światło na mojej ostatniej poczcie – w końcu ono powinno się palić cały czas, zgasiłam je wyłącznie na potrzeby swojego noclegu. Na zewnątrz jest jeszcze kompletnie ciemno, 5 nad ranem. I od razu jest gorąco. Aż 24 stopnie... dzień zapowiada się ciężki...



Po 32 km docieram do Mineral. Jest wcześnie rano, kręcę się tu chwilę w poszukiwaniu dinera. Dziś do zrobienia mam łącznie 261 km. Dobrze by było zacząć od porządnego śniadania. Oczywiste jest dla mnie, że cały ten odcinek przejadę dzisiaj. Choć wiem, że w Polsce są osoby, które zastanawiają się, czy rozbiję to na dwa dni. Otóż… nie ma takiej możliwości. Z pomocą jednego z mieszkańców miasteczka trafiam w miłe miejsce, w którym zjadam pożywne śniadanie. Jestem gotowa by znów zmagać się z upałem i pagórkami.
Ten ostatni dzień obfituje w spotkania z kibicami. Pierwszą osobą, która wyjeżdża mi na spotkanie jest Holly. Przyjechała na wspaniałej tytanowej kolarzówce Lynskey, jaką sama bym chętnie miała! Potem spotykamy jeszcze jednego kibica i we trójkę idziemy na śniadanie.



Holly pyta na co mam ochotę i kupuje mi cały zestaw pysznego jedzenia! Jedziemy potem jeszcze kawałek razem i Holly wykręca na Richmond. Ja jadę dalej trasą. A trasa prowadzi przez bardzo ładne tereny. W dodatku na bardzo długim odcinku wiedzie wygodnymi drogami dla rowerów. Jadąc spotykam kolejnych kibiców. Już teraz, choć przecież jeszcze cały czas jadę, składają mi gratulacje ukończenia wyścigu.

Jest gorąco i duszno. To wszystko jednak się zmienia. Na niebie pojawiają się burzowe chmury. Burza rozkręca się szybko, jest wyjątkowo gwałtowna i trwa długo. Jakieś 20 minut stoję pod gęsto ulistnionym drzewem. Leje jak z cebra. Samochody ledwo jadą. Część z nich stoi na światłach awaryjnych, bo w sumie nie widać drogi. Cieszę się, że ruch samochodowy jest odseparowany od rowerowego. Kiedy deszcz przestaje przypominać ścianę wody i zamienia się w zwykły prysznic, jadę.



Nie ma na co czekać, to już późne popołudnie, a do mety brakuje jeszcze jakieś 47 km. Burza oczywiście nadal trwa. Trasa idzie teraz lasem i tylko w jednym momencie boję się – wtedy gdy pośród błyskawic przejeżdżam po moście nad Chickahominy River. Rzeka jest szeroka i nagle jestem najwyższym punktem na otwartej przestrzeni.

Willamsburg to prawie meta, brakuje do niej już tylko 20 km. Można zacząć odliczanie. Miasteczko jest ładne. Kwitną tu kwiaty. Kwitnie również coś, co mocno mnie uczula. Niespodziewanie zaczynam bardzo mocno kaszleć. Kaszel jest tak mocny, że trudno mi złapać normalny oddech i muszę się na chwilę zatrzymać. Po wyjeździe z miasta, na szczęście, to wszystko mija bez śladu.
Pada cały czas i jest już ciemno. W deszczu jadę aż do samego końca. Nad York River, potem ścieżkami rowerowymi przez Yorktown (trochę się gubię, ale jak się dowiem potem na tych ścieżkach nie tylko ja się gubiłam) i ostatni podjazd na metę, pod Victory Monument.



W tych ostatnich chwilach, zamiast radości, w głowie siedzi mi myśl, że przecież nie tak to sobie wyobrażałam. Miałam wjechać na metę w piękny słoneczny dzień. Tymczasem jest to późny wieczór, ciemno i deszcz, w dodatku nie mam pojęcia gdzie tu jest najbliższa poczta.

Mimo takich deszczowo-wieczornych okoliczności, na mecie czeka na mnie i wiwatuje całkiem pokaźny tłum ludzi! Tom Alford i John Sprock to dwie osoby, które otaczają mnie prawdziwą opieką. Robią zdjęcia, dają jedzenie i picie. Potem idziemy razem do restauracji na pizzę, a następnie Tom ładuje mnie i mój rower (zarówno ja jak i rower jesteśmy przemoczeni od deszczu) do swojego samochodu i zawozi do przykościelnego hotelu.



Dostaję od chłopaków czyste ubranie, które dla mnie załatwili i wspaniałe klapki z motywem amerykańskiej flagi. Dowiaduję się też, że Lech Kiedrowski, którego do końca próbowałam dorwać zameldował się na mecie zaledwie ok. 6 godzin przede mną. Tak niewiele zabrakło!

Mapa
Ciąg dalszy


komentarze
Piękna przygoda - świetnie mi się czyta Twoje teksty! A taką Amerykę sam chciałbym zobaczyć i poczuć :)
artd70
- 13:14 piątek, 25 stycznia 2019 | linkuj
Dzięki za miłe słowa, a Tobie Malarzu za piękny wierszyk! Super :)
Zapraszam Was na ostatnią część amerykańskiej opowieści: http://kot.bikestats.pl/1727221,Trans-Am-Bike-Race-zakonczenie.html
Kot
- 08:53 piątek, 25 stycznia 2019 | linkuj
Kawał drogi. Kawał pięknej historii.
Czasem dobrze jest znać zakończenie przed rozpoczęciem czytania. :)
Dzięki Kot za wspaniałą opowieść.
lutra
- 18:34 czwartek, 24 stycznia 2019 | linkuj
Kot jest cyklistką w różowej koszulce,
w swoim Colnago ma zawsze sprawne hamulce.
W świat daleki samolotem poleciała,
za Wielką Wodą na pocztach nocowała.
Rowerem ścigała się z Oregonu do Virginii
i to wcale nie w prostej linii!

Cisnęła korbą z olbrzymią mocą,
przeszkody pokonywała z Bożą pomocą.
Przejechała najdłuższy rowerowy ultramaraton świata,
a na trasie nie czekała na Nią przystankowa wiata.
Na bikestatsie napisała fascynującą relację,
a ja Ci Kocie składam wielkie gratulacje!
malarz
- 17:29 czwartek, 24 stycznia 2019 | linkuj
Komentować mogą tylko znajomi. Zaloguj się · Zarejestruj się!

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum