Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Trans Am Bike Race 2018

Dystans całkowity:6888.18 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:56718 m
Suma kalorii:1712 kcal
Liczba aktywności:37
Średnio na aktywność:186.17 km
Więcej statystyk

Trans Am Bike Race (26)

Środa, 27 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 215.50 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2202m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano pobudka wcześniej niż zwykle. Cały czas w pośpiechu. Mam ok. 30 km do Elizabethtown.



Kiedy już tam docieram, biorę dobre śniadanie i pędzę na prom na rzece Ohio. Na prom muszę chwilkę poczekać. Nawet się cieszę – przynajmniej mogę nieco odpocząć. Siedzieć kilka minut w bezruchu, bez żadnych wyrzutów sumienia.



Siedzę na ziemi, obok stoi rower i czekam.
Rzeka jest ogromna. Kiedy już płyniemy, patrzę na jej wody. Są to wody bardzo mętne, mające kolor kawy mocno zabielonej mlekiem. Nurt niesie gałęzie, a nawet duże drzewa. Myślę sobie, że musi tu pewnie być głęboko. Prom lekko buja i robi mi się niedobrze.



Z ulgą więc wysiadam na drugim brzegu. Krótko po przeprawie mijam tablicę stanową – wjeżdżam do stanu Kentucky. Stanu owianego złą sławą, ze względu na psy. Hmm... to może być jeszcze gorzej?



Wyjazd ze stanu Illinois nie oznacza, że skończą się burze. Illinois zapamiętam jako stan ciągłej burzy. Jednej za drugą, jednej przechodzącej w drugą. Teraz, na wjeździe do Kentucky, goni mnie znowu burza. Na moment chowam się pod chatką pilotów. Jednak początkowo burza nie jest tak silna i gwałtowna, więc ruszam. I to był błąd... W Marion zatrzymuję się w McDonald. Stała jakość. Nie muszę się zastanawiać co zamówić. Idzie szybko.

Jest deszczowo, burzowo i ciepło. Bardzo duża wilgotność powietrza. Jeśli chodzi o psy, to sposób mam jeden. Bardzo uważnie oglądam wszystkie posesje. Gdy widzę, że pies szykuje się do ataku, to się zwykle zatrzymuję (choć na stromych zjazdach się nie da!!!). To na ogół pomaga. Jak nie pomaga, to psikam w nie gazem na owady, a dalej gazem na niedźwiedzie. Nic się nie zmieniło, nie lubię psów. Żadne inne zwierzęta domowe nie są tak agresywne i napastliwe. Lubię za to koty. Dziś spotkałam jednego. W rowie, przy drodze, przed Sebree. Mały kotek z zakrwawionym noskiem.



Czas! Jestem tu na wyścigu!
Dlaczego akurat mi trafia się akcja z małym kotem potrzebującym pomocy? Odstawiam rower i wyjmuję z rowu tego kota. Trochę mnie ofukał, ale to nic strasznego. Idę z nim do pierwszego najbliższego domu. Jakieś 200 m spaceru i przekazuję miłemu panu, który kręcił się po obejściu.



Potem są górki i deszcze. Mniejsze stromizny, więc da się normalnie jechać.



Pod wieczór mała przygoda na stacji. Zacięły się drzwi od toalety i nie mogłam wyjść! Waliłam ręką w drzwi i wolałam o pomoc. W końcu ktoś przyszedł i mnie uwolnił. Potem szarówka zamieniła się w nocną jazdę do Whitesville. W małych miejscowościach jest dziwnie. Nie ma lamp ulicznych. Są domki i ciemna ulica. Nic nie widać. Nie widać psów, a one przecież są i czasem wylatują, by atakować. To takie irytujące! Poczta w Whitesville jest okropna. Mała i ciasna, żadnych zakamarków, przez przeszklone drzwi wszystko widać. Każdy idący sobie ulicą widzi całe wnętrze tej poczty. No ale nic lepszego tu nie ma. Na myśl o jeździe dalej i kolejnych kilometrach nerwówki, czy z ciemności nie wyleci jakiś wstrętny, agresywny kundel, mam dość. Dziś już dalej nie pojadę.



Na chwilę dołącza tu do mnie 2 chłopaków z wyścigu. Kręcą nosami, że poczta beznadziejna. To fakt, mają rację. Wolą więc iść spać pod kościół – tu ładują jedynie przez jakiś kwadrans elektronikę. Cieszy mnie to. Wolę być na poczcie sama.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (25)

Wtorek, 26 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 164.10 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1618m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ładna, zabytkowa poczta okazała się dodatkowo spokojna, nikt nocą nie przyszedł po listy.



Rano duchota, burza wisi nade mną. Ile sił w nogach jadę do Campbel Hill. Chmura burzowa wygląda przerażająco.



Udaje mi się zdążyć przed nawałnicą w ostatniej chwili.



Leje tak, że wszystko za oknem jest sine. Ulica stoi w wodzie, wszystko spływa. Samochody zatrzymują się. Nieliczni kierowcy decydują się jechać, raz po raz widzę przez okno stacji, na którą udało mi się wbić, jadący powolutku samochód.



Ostra ulewa towarzysząca burzy trwa ponad godzinę. Potem… nadal jest burza, ale już nie tak gwałtowna, więc decyduję się jechać. Przez 30 km, w burzy, jadę do Murphysboro.
Tego dnia są jeszcze 2 burze. Jedną przeczekuję na dużej stacji w Goreville. Ta sama sytuacja: z nieba leje się strumień wody, wieje silny wiatr i wszystkiemu towarzyszy mega burza. Gdy mija pierwsze, najcięższe uderzenie, ruszam. Kolejna burza łapie mnie pośrodku niczego: przed sobą widzę oddalające się chmury minionej burzy, natomiast za mną robi się dziwnie ciemno. To dziwne, to jeszcze nie wieczór. Gdy odwracam się, wszystko staje się jasne. Za mną pędzi chmura burzowa szeroka na całe niebo. Niebo jest granatowo-sine. Wygląda to strasznie.



Nie ma gdzie się schować przed tą katastrofą. Chociaż… zaraz! Jadę właśnie jakimś wiaduktem kolejowym. Jedyny pomysł to wejść pod wiadukt. Widać, że trwają tu jakieś roboty – przy torach stoi ciężki sprzęt budowlany. Jednak teraz, wieczorem, nikogo tu nie ma. Biegnę z rowerem po kamieniach na dół. A oto jest i toaleta przenośna! Z lekką niepewnością otwieram drzwiczki. To nowa kabina, w środku jest zupełnie czysto. To idealna miejscówka, by przetrzymać główne uderzenie nawałnicy. Rower niestety zostaje na zewnątrz i otrzymuje solidny prysznic prosto z nieba. Kiedy najgorsze mija, na zewnątrz jest już głęboka szarówka. Pada deszcz. Pada w sposób normalny – nie jest to już ściana wody, a ulicami nie płynie rzeka. Jadę po ciemku i w deszczu do Eddyville, na pocztę, spać. Na drodze skacze pełno małych żabek. Jest mgła. W powietrzu latają świetliki.
Jest nastrojowo jechać w tym deszczu i ciemności.



Na poczcie w Eddyville urządzam wielkie suszenie. Ubrania mam mokre od deszczu. Mokre są też buty. Nie pachnie to wszystko zbyt pięknie, więc jestem szczęśliwa, że podczas całego mojego pobytu na tej poczcie nikt nie przychodzi po przesyłki.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (24)

Poniedziałek, 25 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 175.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1939m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano budzę się w nieco lepszym stanie. Odczyn po użądleniu zmalał, uczucie ogólnego rozbicia też uciekło. To bardzo dobrze, dzięki temu mam w sobie energię do zmagań z pagórami Missouri. Poranek jest mglisty i parny. Nie są to łatwe warunki do jazdy.



Coraz większym problemem stają się biegające luzem psy. Psy gonią, atakują. Generalnie prawie wszystkie są agresywne i trzeba się przed nimi bronić. Okazuje się, że najlepszą obroną jest psikanie w nie gazem lub zatrzymanie się. Wtedy odpuszczają. Psie sytuacje kosztują dużo nerwów, odbierają też radość z jazdy. Każdy przejazd przez miejscowość związany jest z ryzykiem spotkania wrednego psiura lub całej psiurskiej sfory. Po wczorajszej akcji, gdy zaatakowało mnie aż 6 psów podobnych do pitbulli, serdecznie znielubiłam psy. Pies to nie jest przyjaciel człowieka. Pies to PROBLEM!!! Poza tym cały czas jest stromo pod górę, albo stromo w dół. W tych warunkach szybkie zatrzymanie się, by pies odpuścił atak, nie zawsze jest wykonalne. W każdym razie ciągła czujność i stres przy każdym wjeździe do miejscowości są męczące.



Podczas krótkiego odpoczynku przy drodze, mija mnie dwóch chłopaków na rowerach. Siedzę akurat oparta o barierkę drogową i jem chipsy. Zatrzymują się i chwilę gadamy o wyścigu. Oni jadą jego trasą. Do granicy ze stanem Illinois jeszcze jakieś 100 km. Mówią, że jeśli idzie o stromizny, to Missouri jest najcięższym stanem. Uśmiechając się krzepiąco dodają, że wkrótce będę mieć to już za sobą. Czyli wkrótce będzie lepiej! Uśmiecham się również. W głowie mojej siedzi jednak myśl, wspomnienie spotkania z dziewczynami na wyjeździe z Kansas – one mówiły, że w Missouri jest ciężko, natomiast najciężej jest na końcu, w Virginii.



Nie dumam zbyt długo. Kolejny podjazd sprawia, że myśli uciekają i zastępuje je swojska pustka w głowie. Skupienie wyłącznie na jeździe i otaczającej rzeczywistości. Lubię ten stan.
Do granicy stanów dojeżdżam wieczorem. Końcówka to były w większości zjazdy, a przed samą granicą zrobiło się w zasadzie… płasko. A to niespodzianka! Wreszcie mogłam porządniej depnąć. Jeszcze tylko szybkie zakupy wieczorne na stacji i już pędzę na spotkanie z Illinois. Na plecach mam burzę. Grzmi i niebo wygląda złowrogo. Jednak nie pada. Na rzece Missisipi most jest w remoncie. Ruch wahadłowy. Jadę w sznurze samochodów. Widoki są super, jednak nie sposób się tu zatrzymać na zdjęcie – nie ma gdzie i jak. Wyciągam aparat i szybko pstrykam jedną jedyną fotkę podczas jazdy. Wychodzi nieco krzywo, ale nieważne. Mam pamiątkę!
W narastającym zmroku melduję się pod tablicą stanową z napisem Illinois.



Robię fotkę i zaczynam podjazd znad rzeki. Podjazd jest stromy i długawy. Jakoś tak dziwnie przypomina to co było w Missouri. Szybciej, szybciej – myślę – burza goni. W końcu dotaczam się do centrum miejscowości Chester. Jest tu piękna, stara poczta. Czas na sen.



Burza już nie martwi mnie.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (23)

Niedziela, 24 czerwca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 148.60 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1880m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Poranek nie jest czysty. Na niebie widać niewesołe chmury i wszystko wskazuje na to, że „coś z tego będzie”. Powietrze szybko robi się duszne i ciężkie, aż w końcu za Houston (32 km dzisiejszej trasy) łapie mnie deszcz, a potem burza z ulewą. Jest za to ciepło i nie wieje.



W takich deszczowo-burzowych warunkach przemierzam ok. 40 km do Summersville. Tam zjadam obiad i w przelotnych deszczach lecę do Eminence.



Za tą miejscowością zaczyna się ciężki odcinek z wieloma ściankami po naście procent. Niektóre wpycham, bo za ciężko jest jechać. Chwilami zastanawiam się nawet nad tym co ja robię na tak ciężkim wyścigu. Bo to cały czas jest wyścig. Niezależnie od tego, czy idę, czy jadę. W końcu osiągam Ellington. Po prawie 30 km ciągłych ścian. Masakra. Zaraz potem łapię się jednak na myśli o tym, że właśnie spełniam swoje marzenie, że jestem tu z własnej woli, chcę tu być oraz, że przyjedzie dzień gdy, już po zakończeniu wyścigu, będę sama zazdrościła sobie z tych dni. Uśmiecham się. To cudowne, że tu jestem. Że mam tę możliwość uczestniczenia w wyścigu.

Ellington to dziura zabita dechami, miejscowość wygląda tak, jakby wszyscy z niej uciekli. Pusto. Ale ponoć jest tu poczta. Teoretycznie mogłabym jechać dalej, ale kilka dni temu jakaś dziwna muszka ugryzła mnie nieco poniżej szyi. Akurat dziś z tej okazji zaczął się powiększać odczyn uczuleniowy. Tradycyjnie obrzęk, zaczerwienienie, swędzenie i uczucie ogólnego rozbicia. Najchętniej poszłabym spać do hotelu, bo jest tu hotel, ale niestety finansowo nie stać mnie na ten luksus. Krążę więc chwilę po Ellington, szukając poczty. W końcu jedna z mieszkanek podpowiada gdzie ta poczta jest. Jadąc zgodnie z jej wskazówkami, trafiam bez pudła. Obok jest kościół. Kościół to zawsze lepsza miejscówka od poczty. Przede wszystkim dlatego, że w nocy można sobie zgasić światło. No i nikt nie przyjdzie, by odebrać przesyłkę. Niestety kościół jest zamknięty. Pogoda znowu się psuje i zaczyna padać deszcz. Chowam się więc szybko na poczcie.



Kiedy jestem już zakopana w śpiworze, wchodzi mocno zarośnięty, brodaty mężczyzna. Odbiera list i chwilę ze mną gada. Zaprasza nawet do domu, na normalny nocleg do swojej rodziny, ale ja nie mam już siły, by wszystko zwijać i iść. Jedyne o czym marzę, to sen.

mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (22)

Sobota, 23 czerwca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 149.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1906m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
W nocy, o ironio, spałam słabo. Moje serce pracowało dziwnie i nie pozwoliło na spokojny sen.
Ranek jest więc jakiś taki byle jaki. Czuję się zmęczona. Plączę się po kuchni i pokoju. Jem, piję, pakuję klamoty na rower i… zmuszam się do wyjścia na zewnątrz. Pogoda jest piękna, ale trasa jest trudna. Wykres wysokościowy nie kłamie – tu jest ścianka za ścianką. Ostry podjazd się kończy i zaraz zaczyna się równie ostry zjazd. Nie ma czasu, ani możliwości, by robić więcej zdjęć podczas jazdy, jedno albo dwa muszą wystarczyć. Tu cały czas trzeba być skupionym i dawać z siebie wszystko.



Po 76 km bardzo interwałowej jazdy docieram do Marshfield. W sumie więcej było pod górę, niż w dół. Na tym odcinku zrobiłam 1087 m pionu. Pora coś zjeść, trafia się McD, więc jest super. Biorę jak zwykle zestaw frytki + Fish burger.



Zjadam z apetytem, jednocześnie odpoczywając od stromych ścianek i gorąca. Kiedy kończę, podchodzi do mnie nieznajomy. Pyta, czy jestem jedną z tych osób, które jadą rowerem przez całą Amerykę. Wyścig jednak jest znany. Potwierdzam. Pan kładzie mi na tacce 20 USD i mówiąc: „be safe”… ucieka. Stan mojego konta bankowego uszczupla się szybciej niż bym chciała, dlatego cieszy mnie ten niespodziewany, miły gest. Potem w ślady tego pana idą moi kibice z Polski. To piękne i wzruszające. Wreszcie nie muszę rozcieńczać izotoników wodą!

Dalsza droga to niekończące się górki, po około 50 km docieram do Hartville. Udaje mi się tutaj znaleźć miłe miejsce, gdzie mimo późnego popołudnia, zjadam pyszne danie śniadaniowe. Z nowymi siłami jadę do Graff. Wg rozpiski ma być tutaj poczta. Budynek pocztowy rzeczywiście jest. To mała poczta, wszystko wygląda dobrze. Jednak gdy naciskam klamkę, okazuje się, że drzwi są zamknięte na klucz. Z noclegu nici.

Rozczarowana jadę dalej. Docieram do Bendavis. Poczty co prawda tu nie ma, ale jest… Kościół Baptystów. Budynek jest duży. No i nie jest tu pusto. Przy wejściu kręcą się kobieta i mężczyzna. Szybko mnie zauważają, zaczynamy rozmawiać. Mówią, że co prawda w kościele nie można spać, ale mogę rozbić namiot w przykościelnym ogródku, a potem przyjść do kościoła na kolację. Rozbijam więc namiot w zapadających ciemnościach. Kiedy wszystko już prawie jest gotowe, Toni wychodzi z kościoła i mówi, że rozmawiała z pastorem i mogę jednak spać w kościele. Zwijam więc szybko namiot i ładuję się do środka.



Wraz z Toni i jej mężem zjadam kolację, a potem zasypiam w kościele. Dziś przejechałam jedynie 150 km. To bardzo mało. Ciężka poprzednia noc z dziwnymi problemami sercowymi, późny wyjazd z Ash Grove, wymagające ukształtowanie terenu i upał zrobiły swoje.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (21)

Piątek, 22 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 174.50 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 932m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Gdy wychodzę z poczty, jest już jasnawo. Niebo pełne chmur, ale domyślam się, że będzie jak co dzień: gdy tylko słońce wyjdzie wyżej, chmury wyparują. No i tak się dzieje.



Każdy ze stanów, przez które dotąd jechałam, był inny. Bardzo często po przekroczeniu granicy między stanami wszystko się diametralnie zmieniało. Teraz też tak będzie: krajobraz już kilkadziesiąt km przed granicą, zaczyna się robić inny: pojawiają się drzewa, zieleń – coś czego dawno nie było. Po 64 km docieram do Pittsburga. Odwiedzam sklep z kosmetykami, bo właśnie kończy mi się krem przeciwsłoneczny. Bardzo nie lubię być opalona, a tu słońce praży niesamowicie mocno i jeśli nie chce się spalić skóry, to trzeba ją mocno smarować. Potem lokalizuję sklep rowerowy. Przerzutki działają bardzo średnio, a płaskości właśnie się kończą. Wraz z wjazdem do stanu Missouri zaczną się bardzo wymagające wzgórza. W sklepie spotykam innego zawodnika TABR. Ma poważny problem z kołem. Jestem więc następna w kolejce.



Czekam bardzo długo, bo naprawa awarii koła okazuje się czasochłonna. Czekając wybieram się nawet na pocztę, by wreszcie odesłać grube ubrania do Polski. Gdy wracam, nadal… czekam i końca tego czekania nie widać. Tracę powoli cierpliwość. Ja tu jestem na wyścigu, a nie na wczasach pod gruszą! Spieszy mi się i jestem coraz bardziej zdesperowana. Myślę nawet, czy nie jechać dalej. Na szczęście nie popełniam tego błędu. Powściągam w sobie całą gwałtowność, która wprost kipi pod skórą. Mój rower, wzięty na warsztat, wymaga solidnej regulacji. Sama bym sobie z tym nie poradziła – trzeba nawet ciąć osłonkę linki. Dużo roboty. Wreszcie jednak rower działa jak należy (i będzie działał nienagannie aż do końca wyścigu). Dodatkowo kupuję jedną lekką oponę zwijaną – jako zapas. Moje już są zużyte. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy opona uszkodzi się na tyle, że nie da się jechać, a ja będę na to nieprzygotowana. Wyregulowana i obkupiona idę na szybki makaron z sosem pomidorowym i jadę! Wreszcie mogę jechać!



Niecałe 10 km dalej opuszczam Kansas i wjeżdżam do Missouri. Na granicy stanów spotykam kilka dziewczyn na kolarzówkach. Częstują mnie winogronami i mówią, że jadą trasą TABR, ale w odwrotną stronę. Opowiadają pokrótce, że zaraz zacznie się rzeźnicki etap wyścigu, który… w sumie potrwa aż do samego końca. Jadę. Z lekką niepewnością myślę o ich słowach. Co one miały na myśli? Czy faktycznie będzie tak strasznie, że będzie trzeba pchać rower? Zerkam na wykres wysokościówki dla stanu Missouri. No cóż… wygląda co najmniej soczyście…



Górek jest coraz więcej i bywają coraz bardziej strome. Jednak prawdziwa zabawa zaczyna się za Golden City: ścianka w górę – ścianka w dół. To konkretna praca nie tylko dla nóg, ale też dla dłoni, które cały czas muszą zmieniać przełożenia. W duchu gratuluję sobie, że odczekałam swoje i dałam wyregulować rower. Bez sprawnie działających przerzutek lepiej nie wjeżdżać do Missouri! Widoki są zupełnie niezwykłe. Czasem słabo mi się robi, gdy widzę wyłaniającą się zza zakrętu kolejną ścianę. Droga jest kręta i najeżona podjazdami. Zupełnie inna charakterystyka trasy niż w Kansas, gdzie szosa była płaską i prostą kreską.

Missouri jest jak prawdziwe życie: dużo zakrętów i często pod górę. Za kolejnym zakrętem – kolejna góra. Są też zjazdy i wtedy jest przyjemnie, ale jak każda przyjemność – trwają tylko przez chwilę. Co jest za następnym zakrętem? Raczej następna ściana… chociaż może zamiast ściany czeka… coś wspaniałego.

Mocno interwałowo. I tak aż do Ash Grove. To szczególne miejsce, bo mieszkają tu Wendy i Mike Davis. Obydwoje bardzo kibicują wyścigowi od lat i mogą pochwalić się tym, że bardzo wielu z nas gościli u siebie. Wiem o nich z FB i wjeżdżając do miasteczka jestem bardzo ciekawa, czy dane będzie mi ich spotkać. Udaje się! Mike czeka na mnie na skrzyżowaniu w centrum. Ma ze sobą kanapki i picie, które specjalnie dla mnie przygotowali. Czuję wzruszenie. Chwilę gadamy, gadam i jem jednocześnie. Jest wczesny wieczór, Mike zaprasza na noc do hoteliku i dodaje, że Wendy już czeka. Wsiada do samochodu, ja rowerem jadę za nim. Ash Grove jest niemożliwie pagórkowate! Przejeżdżamy w ten sposób może kilometr i jesteśmy na miejscu. Rower wstawiam do pokoju, a potem autem, we troje, jedziemy na zakupy. Wendy pokazuje mi w dość sporym markecie co jest warte uwagi, pyta czego potrzebuję. Wszystko idzie szybko i sprawnie. W hoteliku jest już kilkoro rowerzystów, ale to nikt z wyścigu. Wendy daje mi pamiątkowy medalion przedstawiający kontur USA z zaznaczoną trasą wyścigu oraz Ash Grove.



Mówi, że bardzo niewiele jest osób, które po dotarciu do tego miejsca wycofują się z maratonu. Prawie każdy, kto tu dociera, kończy wyścig. Przypomina mi się wykres wysokościówki dla Missouri… Dostaję osobny pokój, abym mogła porządnie się wyspać. No i co najważniejsze: wreszcie, po wielu dniach wyścigu, mam okazję wziąć prysznic! Jak cudownie i wspaniale. Więcej do szczęścia dziś nie trzeba mi.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (20)

Czwartek, 21 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 261.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1173m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzik dzwoni, jest jeszcze kompletnie ciemno. Pracownicy poczty już są na miejscu - po drugiej stronie ściany ze skrzynkami na listy. Nie mogę ich zobaczyć, ale słyszę jak przerzucają przesyłki. Słyszę też delikatną muzykę – to gra radio. Miły start w kolejny, długi dzień. Po pogrążonym w ciemnościach Newton chwilę się kręcę. Odwiedzam dworzec kolejowy – muszę uzupełnić wodę. Potem jadę już normalnie trasą.

Odcinek Newton – Cassoday to idealnie prosta droga, 64 km bez zakrętów. Potem nagle zwrot o 90 stopni i kurs na południe. Kiedy tak jadę, dogania mnie Mark. Ostatni raz widzieliśmy się na samym początku wyścigu, jeszcze w stanie Oregon. Teraz, gdy coraz bliżej mety, spotykamy się ponownie. Jedziemy mając przeszkadzający wiatr boczny na kawałku Cassoday – Rosalia. Jest gorąco. Obydwoje się śmiejemy, że gdy tylko dojedziemy do miasteczka o nazwie Eureka, zacznie się radosne patatai z wiatrem. Rozstajemy się, gdy docieramy do Rosalia. Jest tu poczta. Czynnej poczty szukam już od jakiegoś czasu. Zwykle odwiedzam placówki, gdy są już zamknięte. Potrzebuję odesłać do Polski grube ubrania, które były przydatne w górach, na dużych wysokościach. Teraz jest gorąco i stanowią zbędny balast. Poczta niestety okazuje się być zamknięta. Mark poleciał, pora więc i na mnie.

Naraz droga staje się trudna. Wiatr, który miał pomagać jest nagle bardzo silny. Podmuchy przesuwają mnie po ulicy. Oj! Wcale nie jest wesoło. Do Eureki docieram zmęczona gorącem i silnym wiatrem. Wiem, że Mark gdzieś tu je obiad. Ja też zatrzymuję się na jedzenie. Tak, w nogach od rana już ponad 120 km, to dobra pora na obiad. Najedzona przystępuję do dalszej walki z wiatrem. Nadal tak samo silny i nadal trzeba bardzo uważać. Droga nr 54 jest z tych umiarkowanie obciążonych ruchem, jedzie się średnio przyjemnie. Z ulgą przyjmuję odbicie z 54. Jadę teraz do Toronto. Drogi są bardzo spokojne, praktycznie kompletnie puste. Gdyby jeszcze tak nie wiało, to by było super.



Coś dziwnego dzieje się z moim rowerem. Miękko z tyłu, koło toczy się inaczej niż powinno. Kapeć. Tracę dużo czasu na wymianę dętki. Po pierwsze muszę wyjąć narzędzia, które są schowane głęboko w torbie podsiodłowej. To co wyjmuję na zewnątrz, grzebiąc w torbie, muszę zabezpieczyć przed odlotem w kosmos. Wieje niemożliwie i ubrania nabierają odlotowo-znikających właściwości. Zresztą nie tylko ubrania. Wszystko lata! Po założeniu nowej dętki najbardziej znielubiona robota – pompowanie. A na koniec szarpanie się z rowerem, by to koło założyć. Nie wiem jak to możliwe, ale mam z tym bardzo duży problem. Dobre kilkanaście długich minut się mocuję. W końcu jest, udało się!



Dłonie mam upaprane od smaru. Jednak któż by się przejmował takimi drobiazgami podczas wyścigu? Bardziej myślę o stanie moich opon. Przejechały tu już parę tysięcy km. Zastanawiam się, czy nie kupić zapasowej opony, jeśli gdzieś trafię sklep rowerowy. A jak już znajdę – to przede wszystkim potrzebna będzie porządna regulacja przerzutek.



Przed Chanute mijam cmentarz, przy jego bramie stoi kobieta z aparatem. Robi mi zdjęcie. Potem wsiada do samochodu i niedługo spotykamy się – na stacji paliw. Okazuje się, że kibicuje mi. Z prawdziwym entuzjazmem pomaga mi w zakupach. Pyta czego potrzebuję i szybko oraz bezbłędnie prowadzi do półek sklepowych gdzie znajduję wszystko czego szukam. Ale fajnie! Tej nocy planuję spać w hotelu – by wreszcie wziąć prysznic, więc pytam, czy jest tu jakiś. Są dwa i to bliziutko. Dobre i niedrogie, stoją przy ulicy, nie trzeba nigdzie szukać. Warto jednak wcześniej coś zjeść, jakiś obiad. Na koniec spotkania Corina kręci ze mną krótki wywiad.



Zaraz za stacją jest Subway. Jest wczesny wieczór i za chwilę zamykają. Wpadam na jedzenie w ostatnim momencie! Jedząc otwieram tableta i jak zwykle podczas takich przerw sprawdzam wiadomości. Szybko zaczynam żałować, że Internet działa i, że go otwarłam. Wygląda na to, że dziś nici z hotelu. Michał podaje prognozę pogody. Powinnam dziś jechać do bólu, najdalej jak się da, by maksymalnie zbliżyć się do granicy ze stanem Missouri. Wkrótce dobry wiatr się obróci i wtedy będzie masakra. Jest mi żal straconego planu na noc w hotelu. Teraz, kiedy minęło kilka miesięcy od wyścigu, wspomnienie tamtych emocji jest we mnie nadal silne i bardzo jaskrawe. Dobijam się do Michała, próbuję wydobyć dalsze informacje. Czy naprawdę muszę jechać?! Tak bardzo już dziś nie chcę! Wszystko to jednak nadaremnie. W Polsce jest teraz środek nocy. Czuję jak schodzi ze mnie powietrze, mój wspaniały plan właśnie legł w gruzach. Nie będzie prysznica, ani spania w łóżku. Słucham Michała, wypełniam grzecznie jego zalecenie. Aż nie poznaję siebie. To na pewno ja?

Jadę 42 km za Chanute, do Walnut. Po drodze atakuje mnie jeden mocno agresywny pies. Nic nie działa: ani krzyk, ani zatrzymanie się. Gdy przystawia pysk do mojego uda, pryskam go sprejem na niedźwiedzie. Odpuszcza natychmiast! To działa! Działa też na mnie. Sama trochę oberwałam, krztuszę się teraz. Ale ważne jest to, że ten wstrętny psiur dał mi spokój. W Walnut śpię na poczcie. Standardowa noc wyścigowa. Do granicy stanów zostały 72 km. Nie tak źle.



Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (19)

Środa, 20 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 250.40 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 417m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Po wyjątkowo długim nocnym wypoczynku, na rowerze jestem o 5 rano. Nie pada i jest jeszcze zupełnie ciemno.



W końcu słońce wchodzi leniwie na Wielką Równinę. Pokazuje się i zaraz chowa za deszczowymi chmurami. To dość typowe dla tego obszaru. Wczesny poranek to często niebo chmurne. Potem te chmury znikają i jest pełne słońce i niesamowite gorąco.



W Larned zjadam śniadanie. Tym razem niezbyt smaczne. No ale jeść trzeba. Dalsza trasa to znowu upał. Do tego umiarkowany, nieco pomagający, wiatr. Droga ma, znaną już od dość długiego czasu, postać prostej jak drut kreski. Monotonia, kolejne niemal identyczne miasteczka i ogromne, puste przestrzenie zupełnie mi nie przeszkadzają, choć… momentami mam wrażenie, że stoję w miejscu.



Po przejechaniu około 170 km, zatrzymuję się w Nickerson. Tu, w bardzo przyjemnej restauracji, zjadam obiad. Rower jest w środku razem ze mną. Kiedy wytłumaczyłam właścicielce, że ów rower i to co jest do niego przyczepione stanowią tu, w Ameryce, cały mój dobytek, przyznała mi rację, że rower musi być wszędzie tam gdzie ja.



Dziś jest dzień, gdy planuję dotrzeć do Newton. Jest to znany wśród zawodników punkt wyścigu – w mieście znajduje się sklep rowerowy, którego właściciele i pracownicy kibicują uczestnikom Trans Am. Ponoć można tu liczyć na dużą życzliwość, pomoc w regulacjach/naprawach roweru, a nawet prysznic i nocleg.



Na dojeździe do miasta spotykam kilku cyklistów, którzy wyjeżdżają mi na spotkanie. Jedziemy sobie kawałkami razem, tj. obok siebie, rozmawiając.



Od jednego z nich dowiaduję się, że Lech Kiedrowski, którego usiłuję od dłuższego czasu dorwać był tu rano. Ponoć jechał mniej żwawo niż ja. To daje mi pewną nadzieję. Może się uda go dogonić? Kto wie.



W samym Newton, jadąc trasą, omijam słynny sklep. Planowałam w nim nocować, więc widząc, że wyjeżdżam z miasta, sprawdzam na tablecie lokalizację tego sklepu. Miasto – a więc działa net. Od razu dostaję pełno wiadomości, że pojechałam źle, że ominęłam sklep. Fajnie – cieszę się, że ludzie obserwują mój wyścig, że są czujni.



Wracam do sklepu, nie jest on ściśle na trasie, to dlatego poleciałam za daleko. Tymczasem… czeka mnie niemiła niespodzianka. Okazuje się, że sklep jest zamknięty. Na szybie podany jest namiar na hotel. W zasadzie to drzwi obok. Pukam. Wchodzę do środka i niestety… nie zrobiłam wcześniej rezerwacji, więc nici z noclegu. Na serwis roweru też nie mogę liczyć – tzn. nie dziś. Dopiero jutro, od 9, czy 10 rano. Cóż… tak długo nie mogę czekać. To wyścig!

W międzyczasie odzywa się Gen, której już dość długo nie widziałam. Pyta, czy rano będę jeszcze w Newton. Odpowiadam, że ruszę przed świtem i nie będę czekała na serwis roweru, bo to w końcu wyścig i trzeba jechać. Nie wiem jeszcze, że w ten sposób tracę ostatnią podczas TABR szansę na spotkanie jej. Ponieważ ona w Newton podejmie decyzję o wycofaniu się z wyścigu.



Wychodzę z hotelu na zewnątrz lekko zdruzgotana. Inaczej to miało wyglądać. Prysznica dziś nie będzie. Szkoda. Idę na żarcie. Zamawiam pizzę. Potem jeszcze market. Trzeba kupić prowiant na jutro na śniadanie i picie. Dzień kończę tradycyjnie: lokalizuję pocztę. Jest to duża poczta. Bardzo fajna, bo są zakamarki. Nie muszę się układać przy skrzynkach. Na dobrą sprawę, najpewniej przez całą noc nie przyjdzie mnie oglądać zupełnie nikt. W dodatku są gniazdka elektryczne w ścianie. Mogę doładować elektronikę. Doskonale! Zasypiam w dobrym nastroju.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (18)

Wtorek, 19 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 159.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 185m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Powtarzam schemat z dnia wczorajszego: budzik dzwoni chwilę po trzeciej w nocy, o 4 jestem już na trasie. Bardzo długo jest ciemno. Dzień chyba zapomniał, że miał wstać, albo… to ja zapomniałam, że przejechałam przecież przez strefę zmiany czasu. Jadę więc długo nocą.



Cały czas wieje. Droga to kompletnie prosta kreska. Przede mną prawie 100 km prostej jak strzelił drogi. Żadnych zakrętów. Prawie zupełnie płasko, na tym odcinku tracę 200 m wysokości.



Przed Scott City mam krwawienie z nosa. Sama nie wiem, czy to jeszcze uznać za pamiątkę po przebywaniu na dużych wysokościach, czy może jest to efekt zmęczenia. Tak czy owak – jestem nieco wystraszona. Daję sobie więc trochę luzu – do Scott City jadę zupełnie spokojnie. Na ulicach raz po raz ruch jest spory. Jeżdżą też ogromne big trucki. Niektóre z nich, zwłaszcza nocami (choć nie tylko), przewożą dziwne ładunki. Jeden taki wiózł np. … drewniany, pełnowymiarowy dom! Samochód osobowy pilotujący z przodu, drugi z tyłu, a po środku takie dziwactwo! Big trucki przewożą również kombajny i przyczepy kempingowe – w ramach jednego ładunku. Ich kierowcy na ogół są ostrożni, lecz często najzwyczajniej w świecie zajmują swoimi samochodami i wystającymi na boki ładunkami całą szerokość drogi. Incydentalnie trafiają się nieprzyjemne wyprzedzania w bliskiej odległości.

Koniki polne są tu wszędzie. W sklepach, na pocztach, na drodze. Pogoda cały czas skwarna i wietrzna. Natomiast w sklepach, na stacjach rozkręcona na maksa klimatyzacja i czasem aż nieprzyjemnie zimno. Bywa, że gdy wchodzę na jedzenie lub zakupy… muszę zakładać kurtkę!

Coraz bardziej we znaki daje mi się niedobre jedzenie. Nie zawsze udaje mi się znaleźć dinera i ulubione danie śniadaniowe, które jest smaczne i pożywne. Często muszę się zadowolić byle czym. Jadam słodycze w dużych ilościach, chipsy, orzeszki, pizzę, frytki, kanapki z Subway (zupełnie bez smaku). Czasem trafi się jakiś makaron albo wyżerka w McD. Łatwo można za to kupić dania, które uważam za niejadalne: różne hamburgery, hot dogi itd. Trudno jest dostać zwykłą, gorącą czarną herbatę. Jest duży wybór napojów słodkich i gazowanych, jest kawa w wielu odsłonach oraz obrzydliwa ice tea. W małych sklepach i na stacjach, które są na trasie wyścigu na próżno szukam niewielkich, standardowych jogurtów. Jeśli coś jest, to w opakowaniu wielkim jak wiadro… owoce to też jest rarytas, który nie wszędzie można kupić. Jednym słowem żywieniowo jest do bani.

Ze Scott City jadę do Ness City. Kilkadziesiąt kilometrów w straszliwej spiekocie. Coś potwornego. Trudno jest opisać te warunki. Palące powietrze, prażące słońce, żar odbijający się od asfaltu. Będąc niespełna 10 km od miasteczka zaczynam czuć się bardzo źle. Widzę je już na horyzoncie, to blisko, ale organizm mam zupełnie przegrzany. Tu nie ma drzew. Tu nie ma NIC. Źle mi się oddycha, mam dziwne uczucie w głowie, ale najgorsze jest to, że serce zaczyna mi inaczej pracować. Czuję, że jakoś tak przeskakuje, a potem przyspiesza i zwalnia – bez wyraźnego powodu. Ogarnia mnie strach. Strach, że te warunki są chyba niebezpieczne. W głowie tylko jedna alarmowa myśl: muszę się schłodzić. Natychmiast! Z boku drogi stoi stary, czarny silos. Zajeżdżam pod niego. Promieniuje od niego gorąco, ale daje minimalną ilość cienia – pasek szeroki na jakieś pół metra. Tyle mi wystarczy. Odstawiam rower i siadam pod silosem. Zdejmuję kask, rękawiczki, okulary, buty, skarpetki, rozpinam koszulkę. Siedzę długo i dochodzę do siebie. Czekam przede wszystkim na ustabilizowanie pracy serca. Nigdzie dalej nie pojadę, jeśli nie przestanie tak dziwnie przeskakiwać…



Po dłuższej przerwie ruszam do Ness City. Docieram do miasta i chowam się w restauracji. Zamawiam makaron z sosem pomidorowym. Do picia zimna woda. Dużo wody. Potem idę do herbaciarni. Idę pod murem - w cieniu, bo na słońcu nie da się wytrzymać. Piję herbatę i czytam Internet. Michał Książkiewicz jest akurat online. Rozmawiamy o tym co najważniejsze, tj. o pogodzie. Piszę, że nigdzie dalej nie pojadę, jeśli się nie ochłodzi. Tu jest dramat. Dowiaduję się, że Gen jest dość sporo za mną. Za mną jest też burza, która mnie dopadnie. Idzie sobie powoli, a wraz z nią ochłodzenie. Jeszcze zanim mnie dorwie, powinno się lekko ochłodzić. No to co? Jadę!

Gdy wychodzę z herbaciarni, główną ulicą miasta jedzie big truck, który wiezie… skrzydło samolotu, albo wiatraka. Ładunek jest tak długi, że robię 2 zdjęcia, a i tak nie łapię całości. Kierowca mocno manewruje, próbując skręcić, ale mu się to nie udaje. Musi dalej jechać prosto.



Do Bazine jadę z burzą na plecach. Mam silny wiatr boczny, jest też – zgodnie z zapowiedzią – nieco chłodniej. W wiosce ładuję się do dziwnego sklepu. Jest to połączenie sklepu z warsztatem samochodowym. W środku duża przestrzeń i stoliki. Wybór mały. Właściciel bardzo sympatyczny. Otwiera automat z napojami i pyta na co mam ochotę. Daje mi w prezencie izotonik. Mówi, że niedługo zamyka, ale na burzę przecież mnie nie wyrzuci… mogę siedzieć jak długo zechcę.



Tkwię w niezdecydowaniu. Nie wiem, czy jechać, czy czekać aż burza się rozkręci i przeminie. Wszystko trwa długo. Sprawdzam mapę – do następnej miejscowości (Alexnader) nie jest daleko, 8 mil. Wychodzę na zewnątrz. Patrzę na niebo i stwierdzam, że chyba zdążę. Żegnam się więc z miłym właścicielem sklepo-warsztatu i jadę. Po mniej więcej 3 km wiem już, że popełniłam błąd. Burza jest tuż nade mną. I wtedy... przy drodze spotykam Boga. Na wzgórzu widzę wielki napis: "Christ pilot me". I wiem już, że będzie dobrze. W szalonym tylno-bocznym wietrze, bez kręcenia, jadę 38 km/h, robi się zimno i sino od piachu unoszącego się w powietrzu. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam.



To wstrząsające. W Alexander miejsce postojowe „rest area”. W tym rejonie prawie tego nie ma. Budynek jest klimatyzowany, z łazienkami. Za oknem ściana wody - leje jak z cebra. Tu wszystko czyste i nowe. Sucho, miło. Zostaję na noc, śpię w łazience.



Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (17)

Poniedziałek, 18 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 226.40 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 426m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wstaję tuż po 3 w nocy, przed 4 siedzę już na rowerze. Pada delikatnie deszcz. Wiatr przeszkadza. Ale na razie nie ma takiego dramatu jak wczoraj wieczorem. Łydka i nos od rana mają się lepiej.



Dość długo jadę po ciemku. Jest płasko, nie jest jeszcze gorąco. Upał i wiatr to teraz są największe trudności. Przez kompletne pustkowia jadę kilkadziesiąt kilometrów.



Wyobrażam sobie różne rzeczy. Tzn. myślę o tym, że fatalnie by tu było być podczas takiego wiatru, jaki miałam wczoraj. Nie ma gdzie się schować. Na szczęście teraz jest jeszcze spokojnie. Korzystam z tego i jadę zawzięcie. W końcu nic nie jest dane na zawsze. Ten spokój też ma gdzieś swój kres…



Po 100 km jazdy przez pustkowia docieram do Eads. Wysokość 1268 m n.p.m. Tu zjadam śniadanie. Wreszcie chwila odpoczynku! No i głodna już jestem mocno. Dzień znowu robi się skwarny. Nie ma tu drzew. Są tylko rozległe, odkryte przestrzenie. Nie ma gdzie odpocząć od prażącego słońca.



W kolejnej miejscowości wchodzę do sklepu/stacji. W toalecie zdejmuję koszulkę. Staram się ją wyprać w wodzie z mydłem, a przynajmniej porządnie przepłukać, by pozbyć się soli z potu. Na koniec moczę ją w lodowatej wodzie, lekko wykręcam i taką zimną i kompletnie mokrą zakładam na siebie. Jaka ulga! Tego mi było trzeba – zimnego kompresu! Wychodzę na zewnątrz, wsiadam na rower. Mija jakieś 20 minut… koszulka jest już zupełnie sucha. Takie warunki.

To już są końcowe kilometry w stanie Colorado. Towner wyznacza granicę między stanami. Przy tablicy stanowej z napisem Kansas, zatrzymuję się i robię pamiątkowe zdjęcie. Nie da się stać spokojnie w miejscu - jest tu pełno much! Nie są zbyt duże, ale są ich niesamowite wręcz ilości. A najgorsze jest to, że te muchy boleśnie gryzą! Fotki robię więc błyskawicznie, podskakując. Od jakiegoś czasu wszystko wygląda podobnie i podobnie będzie przez setki kolejnych kilometrów: długa prosta i płaska droga pod wiatr przedni lub przednio – boczny. Dokoła pustkowie. Raz po raz w oddali widać wysoki silos i zabudowania. Jest jak nad morzem, gdy się idzie plażą i gdy widzi się odległy cel. Wydaje się, że to blisko, ale można tak iść i iść i…. nic. Cel się nie przybliża. Bo to wcale nie jest blisko. To tylko złudzenie. Tu jest to samo. Widzę na horyzoncie coś, co jest np. 20 km dalej.



Na liczniku mam blisko 200 km, gdy docieram do Tribune. Tribune jest podobne do innych miast: silos, wieża ciśnień, sklep. Zjadam tu pizzę. Czuję się zmęczona. Przede wszystkim upałem i wiatrem. Wiatr przeszkadza już od kilku dni. Dziennie robię ok. 200 km. A to oznacza, że walczę z wiatrem już od … kilkuset kilometrów… Myślę, że to zmęczenie po mnie widać. Przede wszystkim widać w oczach. Nikt tu jednak mi nie zagląda w oczy. Może się więc wydawać, że jestem ok.





O zmierzchu docieram do Leoti. Kościół jest zamknięty, nie szukam innego, jadę na pocztę. Poczta jest z tych gorszych – nie ma tu zakamarków i jest zlokalizowana w ścisłym centrum miasta.



Tradycyjnie pali się światło. Nie idzie się schować. Trudno, nic nie poradzę, potrzebuję się wyspać. Rozkładam materac i śpiwór, ustawiam budzik. Co chwilę ktoś przychodzi po przesyłkę, chyba pół miasta mnie tu ogląda. Raz, w środku nocy, przychodzi gość, który mnie budzi. Moje legowisko zastawia mu dojście do skrzynki. Budzę się półprzytomna, wstaję i przepraszając odblokowuję dojście do skrzynki. Ten pan też mnie przeprasza - za to, że musiał obudzić. Jest dziwnie, ale wcale nie źle. Potem śpię dalej spokojnie – aż do momentu gdy ze snu wyrywa mnie budzik.

Mapa
Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum