Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 250

Dystans całkowity:15612.19 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:376:49
Średnia prędkość:20.24 km/h
Maksymalna prędkość:49.50 km/h
Suma podjazdów:72371 m
Maks. tętno średnie:128 (67 %)
Suma kalorii:1712 kcal
Liczba aktywności:72
Średnio na aktywność:216.84 km i 10h 45m
Więcej statystyk

Trans Am Bike Race (6)

Czwartek, 7 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 209.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1694m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy rano wychodzę z rowerem na ulicę, jest głęboka szarówka. Kontynuuję podjazd do New Meadows. Dzień wstaje chmurny, a dojeżdżając do miejscowości widzę w oddali kłęby dymu. Jadę z nadzieją, że nie jest to żaden pożar, że droga tam, daleko jest otwarta. W końcu okazuje się, że to jakieś zakłady tak dymią. W New Meadows zatrzymuję się na śniadanie. Z lokalu do którego wchodzę, wychodzi John. Dowiaduję się też, że James ruszył z parku miejskiego w nocy i jest gdzieś z przodu. Ustawiając rower czuję, że dłoń dziwnie mi się lepi. Spoglądam na nią i widzę... krew. Sporo krwi. Nie wiem jak i kiedy, rozcięłam sobie palec. Jem śniadanie, trochę rozmawiam z miejscowymi, wrzucam krótką informację na FB.



Po śniadaniu dzień robi się słoneczny. Znowu błękitne niebo. Droga opada, więc jedzie się fajnie. Raz po raz, podczas wyścigu, spotykam sakwiarzy jadących w drugą stronę. Ich rowery są mocno obładowane, jadą na ogół powoli lub bardzo powoli. Chwilami trochę im zazdroszczę tego, że nie muszą się spieszyć, że mogą zatrzymać się w dowolnym miejscu, że mają czas na robienie zdjęć, że mogą robić przerwy, gdy pogoda staje się zbyt ciężka do jazdy. Tu, na wyścigu, wszystko wygląda inaczej. Nie ma czasu, wszędzie jestem tylko przez chwilę.



Drogi cały czas są praktycznie zupełnie puste. W dodatku szerokie i najczęściej z poboczami. Docieram do White Bird. To ostatnia miejscowość przed dużym podjazdem na przełęcz White Bird Pass. Zatrzymuję się w sklepie. Kupuję do jedzenia słodkie bułki. Pytam o zwykłą, czarną herbatę. Teoretycznie nie ma. W praktyce miły sprzedawca przynosi mi ją z zaplecza. W dodatku pozwala usiąść. Daje krzesło. Rozsiadam się więc między sklepowymi półkami. Dobra regeneracja. To gdzieś tu dowiaduję się, że doganiam Genevieve - Kanadyjkę, która wystartowała mocno, ale najwyraźniej zaczyna słabnąć. Kolega pisze mi, że najpewniej złapię ją jutro. Postanawiam, że… sprawię mu niespodziankę i zrobię to jeszcze dziś.



Przychodzi czas, by skończyć posiadówkę w sklepie i ruszyć w drogę. Przede mną góra dnia. Jest gorąco. Smaruję się kremem przeciwsłonecznym i zaczynam wspinaczkę. Idzie mi dobrze. Jadę żwawo aż na wysokość 1250 m n.p.m. W międzyczasie psuje się pogoda. Góry, które widzę teraz jak na dłoni robią się sine. Połyka je sine niebo. To nie wróży niczego dobrego. Zrywa się silny i zimny wiatr.



Pędzę więc ile sił w nogach na górę. To już niedaleko. Jeszcze tylko 80 m w pionie... i wtedy się zaczyna burza. Burza w górach, na wysokości 1250 m. Nic miłego. Pospiesznie się chowam. Trochę desperacko… wchodzę pod drzewo iglaste. Iglak marnie spisuje się w roli parasola. Siedzę przebierając się w ciuchy deszczowe i podjadając chipsy. Kiedy już jestem ubrana, naprędce analizuję. Ta burza dopiero się rozkręca. Nie ma się gdzie schować. Miejscówka pod drzewem to słaby pomysł. Do przeskoczenia jeszcze 80 m pionu. Trochę ryzykancko… Jednak kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Jadę. Pośród grzmotów i błyskawic oraz w strugach deszczu dokańczam podjazd. A potem przystępuję do zjazdu. Jest to ciężki zjazd. Kręta, górska droga idzie ostro w dół. Asfalt jest spękany, leży na nim żwir. Cały czas leje. Kto zjeżdżał w podobnych warunkach, wie co mam na myśli.



Grangeville osiągam w ulewie. Niebo cały czas jest sine. Wbijam się wraz z rowerem na dużą stację paliw. Robimy tu mały potop i dochodzimy do siebie. Ja i mój rower. Zjadam jakieś niezbyt dobre jedzenie. Ładuję elektronikę. Kupuję baterie litowe do GPSa. Dość długo tu siedzę. Na mapce TABR widzę, że kilka osób zostało tu na noc. Nic dziwnego. Pewnie też złapała ich ta ostra burza. Jest późne popołudnie. Też chętnie już bym nigdzie dalej dziś nie jechała. Jednak jest to wyścig. Uśmiecham się do siebie. Zakładam mokre odzienie i wychodzę na zewnątrz. W drogę!



Początek to droga lekko opadająca w dół poprzeplatana elementami podjazdu. Idzie średnio szybko. Raz robię przystanek, bo czuję, że mi zimno. Pora ubrać się cieplej. Kiedy przychodzi zasadniczy zjazd, jest już praktycznie ciemno. Zjazd jest ostry, droga kiepska. Łatwo wylecieć z tej drogi. Zjeżdżam ostrożnie. W końcu jestem na dole. Stites – tu bym mogła zostać. Ale nie zostanę. A to dlatego, że Gen śpi miejscowość dalej – w Kooskia. Z mojej rozpiski wynika, że mogę śmiało tam jechać. Są tam zarówno kościoły jak i poczta. Czyli miejsce do spania z pewnością się znajdzie.

Szosa nie jest już tak szalona. Jest praktycznie płasko. Jadę sobie i jadę, aż docieram do celu. W miejscowości widzę spacerującą ulicą dziewczynę. To Gen! Chwilę gadamy. Mówi, że ona i dwóch kolegów śpią w hotelu niedaleko i jeśli niczego nie znajdę, to zapraszają. To bardzo miłe. Jednak postanawiam się rozejrzeć. Wchodzę na stację paliw i pytam o kościół. Zaskoczony chłopak pyta, czy o tak późnej godzinie będę się modlić i… którego z kościołów szukam, bo jest ich tu kilka. Odpowiadam, że interesuje mnie każdy kościół, że to może być dowolny kościół. Jego brwi unoszą się wysoko ze zdumienia. Prawie pod niebo. No bo jak można szukać dowolnego kościoła??



Niepotrzebnie tracę czas objeżdżając kościoły – wszystkie są zamknięte. Ostatecznie ląduję na poczcie. Każda poczta w Stanach składa się z dwóch części: urzędowej czynnej zwykle do ok. 15.00 oraz ogólnodostępnej ze skrytkami na przesyłki – czynna 24 h. Pali się tu światło i nie idzie go zgasić. To typowe. Tak będzie na prawie każdej poczcie aż do końca wyścigu. To moja pierwsza poczta noclegowa podczas Trans Am. Dmucham materac, wyciągam śpiwór, naciągam czapkę na oczy. Dobranoc!



Mapa

Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (4)

Wtorek, 5 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 214.10 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1954m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzik dzwoni, jest jeszcze ciemno a kościelną ciszę mąci wyłącznie chrapanie współtowarzyszy. Najciszej jak potrafię zbieram się do drogi. Idzie mi dość opornie. Na chwilę nawet kładę się z powrotem – tak bardzo chce mi się spać. Siłą woli wstaję po raz drugi. Sama siebie napominam – to nie są wakacje, lecz wyścig. Musi być ciężko i jest ciężko. Wychodzę na zewnątrz i od razu uderza mnie przenikliwe zimno. Niebo jest czyściutkie, jakby całą noc ktoś spędził na polerowaniu go, tak aby kiedy wstanie dzień mogło zachwycać idealnym błękitem.



Termometr wskazuje, że jest 5 stopni na plusie. Jak na czerwiec, to zimniutko. Tu, w USA, nie ma wiat przystankowych. Nie ma ławek przy drodze, a pomiędzy miejscowościami są długie kilometry pustkowia, gdzie nie ma kompletnie nic. Senność nie daje za wygraną. Kilka razy siadam na barierkach drogowych i przymykam oczy. Na raty ubieram się, a potem, w miarę upływu czasu i wzrostu temperatury – rozbieram. Leci dużo czasu. Widzę i czuję, że trwonię cenny czas. To już lepiej było pospać dłużej, niż tak się plątać bez sensu. Od rana, od samego początku, droga idzie dziś pod górę. Nie jest bardzo stromo, ale konsekwentnie, coraz wyżej.



W końcu, po wielu kilometrach drogi, docieram do miejscowości John Day. Zwalniam i uważnie się rozglądam. Trzeba zjeść śniadanie. Znajduję przyjemne miejsce. Wbijam się razem z rowerem do środka. W większości przypadków nie ma problemu i można wchodzić z rowerem. Zamawiam śniadanie i dochodzę do siebie. To był ciężki poranek.



Dalsza droga rzuca mi przed oczy piękne górskie krajobrazy. To też rozległe pustkowia. Jadąc dochodzę do wniosku, że Ameryka chyba w środku jest raczej pusta. Przynajmniej tak to na razie wygląda. Wielkie miasta, bogactwo – to wszystko jest na wybrzeżach. W głębi lądu jest jakoś tak cicho i pusto.

Droga nie daje wytchnienia, podjazd robi się coraz bardziej dolegliwy. Słońce grzeje mocniej i mocniej. Nie ma gdzie się przed nim schować, bo drzewa – nawet jeśli są – to na tyle daleko od drogi, że nie dają cienia. Nie ma tu szpalerów drzew, pięknych alej jakie często można spotkać w Polsce.



Kolejno wspinam się na trzy przełęcze: Dixie Pass (5277 ft, tj. 1608 m n.p.m.), Tipton Mt. (5124 ft, tj. 1561 m n.p.m.) i Sumpter Pass (5082 ft, tj. 1549 m n.p.m.). Na wysokościówce wyglądają one jak trzy zęby rekina. Mocne podjazdy i mocne zjazdy.



Po drodze znajduję ładną, czerwoną kamizelkę przeciwwiatrową. Zabieram ją ze sobą. Myślę sobie, że może znajdę właściciela, a jeśli nie – to zatrzymam dla siebie. W nogach 108 km i 1337 m pionu. Jest co robić! Na Tipton spotykam 2 zawodników. Chwilę gadamy, okazuje się, że czerwona kamizelka należy do jednego z nich – bardzo się cieszy, że ją znalazłam. Jednocześnie skarży się na bolące kolano (ostatecznie wyścigu, w związku z tą kontuzją, nie ukończy).



Do Baker City jest aż 26 mil, czyli prawie 42 km. Na szczęście w większości jest to zjazd. Samo Baker City to okazja, by coś zjeść. Na stacji paliw, gdzie się zatrzymuję, spotykam ponownie Jamesa. Miłe to jest spotkanie. Nie bardzo wiem, co kupić. James poleca zawijańca z fasolą. Można to odgrzać w mikrofali, która stoi z boku. Średnio to smaczne, ale nie zawiera mięsa oraz jest bardzo kaloryczne. Im więcej kalorii, tym lepiej! Jazda po Ameryce wysysa siły. Są góry, jest bardzo ciepło. Trzeba więc jeść, by mieć siłę. Wiem już, że jedzenie nie musi być smaczne. Ważne, żeby co najmniej dało się je przełknąć. I równie ważne jest to, by było kaloryczne.



Pod koniec dnia mam bardzo duży zjazd. Widoki są niesamowite. Rower pędzi, a ja widzę jak odległe góry, na które patrzyłam z wysokości, zbliżają się do mnie coraz bardziej. Jak coraz bardziej zamykają się nade mną. Niesamowite wrażenie. Kiedy jest już mocno szaro, rozglądam się za miejscem na nocleg. Znajduję ścieżkę uciekającą nad rzekę. To dobry pomysł, by… na chwilę uciec razem z nią. Na kilka godzin. Podłoże jest pełne cierni. Dlatego rozbijam namiot wprost na starym asfalcie. Nie wbijam ani jednej szpilki. Mam nadzieję, że to będzie spokojna noc.



Mapa

Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (3)

Poniedziałek, 4 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 225.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1735m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzik dzwoni, w moim schronie jest prawie zupełnie ciemno. Dostrzegam maleńkie okienko, przez które do pomieszczenia wpada mdła szarość. Zwijam materac i śpiwór, pakuję graty, jem banana i wychodzę na zewnątrz. Jest…. zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Okolicę spowija gęsta mgła, wszystko dookoła ma kolor sino – niebieskawy. Nie wieje, nie pada. Jest za to przeraźliwie zimno i wilgotno. Temperatura to 5 stopni na plusie.



Ustawiam rower przy tabliczce z nazwą przełęczy i po chwili zaczynam długi zjazd. Jest to najbardziej niesamowity zjazd wyścigu. Widoki jak z innej planety: wyschnięte drzewa, pola lawy. A potem, pośród całej tej gamy szarości, pojawiają się ciepłe barwy – wstaje nowy dzień. Wschód słońca jest magiczny. Jest tak pięknie, że mam w oczach łzy wzruszenia. Jestem tu zupełnie sama. Cały ten wspaniały spektakl jest tylko dla mnie – na wyłączność. Jakże się cieszę, że mogę tu być!



Na zjeździe nie spotykam nikogo. Widzę jedynie z boku drogi rozbity namiot. Obok leży kolarzówka. Chyba ktoś z naszych. Im niżej i im więcej czasu mija od wschodu, tym robi się cieplej. Kiedy docieram do Sisters, jest ładny poranek, coś koło 7.00. Miasteczko jest jeszcze puste. Ostre słońce mocno razi, rozglądam się uważnie za jakimś miłym miejscem, gdzie mogłabym zjeść ciepłe śniadanie. Znajduję. Wbijam się. Jem, ładując elektronikę i piszę parę słów na FB. Przez okno widzę chmury burzowe. Widok jest dziwny. Z jednej strony słoneczny dzień, z drugiej widać, że kroi się coś niedobrego.



Drogom, którymi prowadzi wyścig towarzyszą wygodne, szerokie pobocza. Jedzie się więc przyjemnie i nawet jeśli ruch czasami się wzmaga, nie stanowi to problemu. Dodatkowo udało mi się uporać ze zwiastującym kontuzję bólem kostki. Mogę już normalnie jechać, bez bólu i to mnie bardzo cieszy. Droga jest pagórkowata i krajobraz się zmienia. Nie ma śladu po wielkich lasach, które podziwiałam jeszcze niedawno. Teraz przestrzenie są szerokie, a góry z rzadka porośnięte drzewami. Sprawiają wrażenie wypalonych słońcem.



Przed Mitchell jest duży podjazd – 500 m w górę (Ochoco Pass). A potem jeszcze większy zjazd. Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że Mitchell będzie na końcu tego zjazdu. Tymczasem wszystko co było do zjechania, zjechałam i… znowu zrobiło się przeraźliwie pusto. Niezbyt fajnie dlatego, że w międzyczasie nastało gorąco i powoli kończyło mi się picie. Gdzie to Mitchell?! Ani się spostrzegłam, jak znowu musiałam deptać pod górę. W końcu jednak miejscowość pojawiła się. Jak coś pośrodku niczego. Oaza. To tu miał być punkt wsparcia dla zawodników Trans Am. Miejsce, gdzie można coś zjeść, wypić, a nawet iść spać. W moim przypadku nie było mowy o noclegu, bo dotarłam w środku dnia. Punkt był jednak świetnie przygotowany na przyjazd nocny – przy tabliczce informującej o tym, że to TUTAJ, była ustawiona lampa. Z niemałą ulgą odstawiłam rower i weszłam do budynku. To co tam zastałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Było dużo jedzenia i picia. Jedzenie również w wersji dla tych, co nie lubią mięsa. Makarony, ciasta, napoje zimne i ciepłe. Był nawet fotel do masażu! Posiedziałam tam dłuższą chwilę. Było to kolejne miejsce, gdzie spotkałam ojca i syna (Ben i Graham). Żartowałam sobie nawet z nimi, by jeszcze trochę posiedzieli, bo jak oni pojadą, to i ja będę musiała. Spotkałam tu też Jamesa - długowłosego blondyna z tatuażami i stalowym rowerem.



Tuż przed wyjazdem ludzie z punktu dopompowali mi jeszcze opony dużą, stacjonarną pompką. Teraz mogłam jechać dalej. Za Mitchell był kolejny spory podjazd. Zrobiłam go mając pełny żołądek, w dość dużym cieple. Kiedy późnym popołudniem zameldowałam się na przełęczy Keyes (4369 ft), dojechał James.



Zamieniliśmy kilka słów, po czym rozpoczął się długi zjazd. Przyjemnie. Powietrze zaczęło robić się chłodniejsze. Rozległe pustkowia, szerokie pobocza, drogi bez samochodów, górskie krajobrazy. Ładnie. Był wczesny wieczór gdy dotarłam do John Day Fossil Beds National Monument. Wspaniałe, potężne skały wyrastające po obu stronach drogi.

Wieczorne światła oglądam w Dayville. Jeszcze będąc w Mitchell dowiedziałam się, że można będzie gdzieś tutaj zanocować w kościele Adwentystów. Noc w kościele! To wydaje mi się zupełnie niesamowite! Nigdy dotąd nie spałam w kościele. Jadąc do kościoła mijam domek, przed którym pali się ognisko. Naraz słyszę, że ktoś mnie woła. Przy ognisku siedzą nasi! Są tam między innymi Ben i Graham oraz James. Co za miłe spotkanie! Gospodarze tego miejsca, sympatyczne małżeństwo z małą córeczką, zapraszają na wspólną posiadówę. Dołączam, prosząc o czarną, gorzką, gorącą herbatę. Jest z tym początkowo pewien problem. W Ameryce zwykła herbata nie jest zbyt popularna. Ale ostatecznie udaje im się znaleźć torebkę herbaty. Siedzimy tak rozmawiając i patrząc w ogień. Jest przyjemnie i można na chwilę zapomnieć, że jest to jednak cały czas wyścig. Chwila zapomnienia musi jednak pozostać tylko chwilą….



Nie siedzę długo. Dość szybko jadę do kościoła. To zupełnie blisko. Naciskam klamkę – drzwi ustępują. Kościół rzeczywiście jest otwarty! W środku już ktoś śpi z rowerem. Dobre miejsce. Niezbyt tu podobnie do kościołów jakie znam z Polski. Do części typowo kościelnej przylega salka ze stołami, dużym aneksem kuchennym i z łazienką. Rozkładam materac i śpiwór między stołami. Zasypiam po dłuższej chwili. Spanie z innymi ludźmi nie jest tym co lubię. Chrapanie, które mocno słychać wybudza. A w środku nocy dojeżdża ktoś jeszcze i całe wieki się rozpakowuje szeleszcząc czymś niemiłosiernie.

Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133521

Ciąg dalszy


Trans Am Bike Race (2)

Niedziela, 3 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 230.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2161m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzik zadzwonił przed świtem. Czuję się w miarę wyspana. Szybko zwijam namiot i ruszam w drogę. Z samego rana drogi są puste. Szerokie ulice i wygodne pobocza. Czyste niebo. Czy tak wygląda rowerowy raj? Chyba tak. Rozległe przestrzenie. Jest tu zupełnie inaczej niż w Europie. Inny, nowy świat. Jadę, myśląc o kawie. Chętnie bym wypiła coś ciepłego. Tak to właśnie jest podczas wyścigu. Nie ma miłego śniadania w namiocie. Zamiast tego jest kilka łyków zimnego napoju z bidonu i szybie zjedzenie czegoś z zapasów z dnia poprzedniego. Mój organizm domaga się kawy. Na samym początku dnia trafia się szutrowy kawałek. Jest to podjazd, mijam po lewej cmentarz i zjeżdżam – też po szutrze. Ostrożnie. W końcu jadę na kolarzówce.

Około 45 km dzisiejszej trasy docieram do miasteczka. Jest to Corvallis. Zatrzymuję się przy sklepie. Kawa? Oczywiście! Wybór jest duży. Lubię karmel, więc biorę kawę z karmelem. Duży kubek. Z tym kubkiem wychodzę na zewnątrz. Siadam na ziemi i piję. To był zły wybór. Nigdy w życiu nie piłam tak fatalnej kawy! Jest to obrzydliwy, słodki ulepek. Coś okropnego. Piję jednak, bo poranek jest rześki i potrzebuję czegoś ciepłego. Z każdym łykiem czuję się tak, jakby ktoś właśnie teraz wykonywał na mnie badanie i sprawdzał reakcję organizmu na obciążenie glukozą. A fe! Nie jestem w stanie wypić tego paskudztwa do końca. Nigdy nie pijcie kawy w Corvallis. Potężna ilość cukru daje mi jednak sporo energii. Dodatkowo włączam MP3. Tak, świat jest mój! No to dzida.



Jadę i stwierdzam, że jest coraz bardziej pusto. Nie wszędzie jest też pięknie. Czasem mijam zakłady przemysłowe. Niebo przybiera kolor waniliowy. Po błękicie nie ma śladu. Stało się to niepostrzeżenie. Jest ciepławo i duszno. Męcząca pogoda. Czuję, że zasypiam na drodze. Oczy mi się zamykają i doświadczam znajomego uczucia bezwładności. To już? Przecież to dopiero drugi dzień jazdy! Przecież jadę zgodnie z nową strategią! Pamiętając jak zasypiałam po wiatach na MRDP i wiedząc, że 4 godziny snu na dobę, to dla mnie za mało, tu planuję spać 5-7 godzin w zależności od dnia. A jednak… zataczam się na drodze. Tu nie ma wiat. Nie ma ławek. Nie ma sklepu co krok. Są duże odległości między miejscowościami. Przecież nie położę się na drodze. Nonsens! Robię przerwę. Opieram rower o drzewo i przeciągam się. Potem ruszam i z całych sił staram się nie zasypiać.

W końcu docieram do Harrisburga. Znajduję tu „diner” i zamawiam najlepsze możliwe jedzenie – czyli dobry zestaw śniadaniowy. Przeglądam Internet. Mój telefon z polską kartą tu kompletnie nie działa. Amerykańska karta też nie działa. Działa jedynie wi-fi. Dowiaduję się, że Alaina mnie wyprzedziła. Czytam i sama też piszę. Wrzucam parę zdań na FB. Głównie z myślą o rodzinie. To będzie odtąd moja stała praktyka: podczas jedzenia, o ile będzie wi-fi, będę czytać Internet oraz pisać na FB. Jedną ręką jem, drugą piszę. Aby nie tracić czasu. Najedzona ruszam dalej. Droga od początku dnia jest monotonna, ponieważ jest praktycznie kompletnie płasko. W dodatku ciężka, parna (choć zdecydowanie nie gorąca) pogoda. Chyba też potrzebowałam porządnego jedzenia. To pewnie dlatego zasypiałam. Teraz jedzie mi się lepiej.

W głowie siedzi myśl, że dziś muszę wjechać na dużą górę: McKenzie Pass. Droga jest w remoncie i wjazd rowerem jest możliwy tylko w sobotę i niedzielę. Dziś jest niedziela. Choćby nie wiem co, dziś muszę tam dotrzeć. Jeśli się nie uda, to będę musiała jechać objazdem i nadkładać kilometrów. Kompletnie mi się to nie uśmiecha, bo to strata cennego czasu! Jadę więc żwawo. Niestety jest to jazda z bólem. Boli mnie prawa kostka. Jakiś mięsień z boku. Wiem doskonale, że na tak długim wyścigu każda drobna kontuzja może doprowadzić do konieczności wycofu. Wiem, że nie mogę lekceważyć żadnych dolegliwości bólowych, bo jeśli nic nie zrobię, to dalej będzie tylko gorzej. Kilka razy siedzę więc z boku drogi i reguluję ustawienie bloku w bucie.



Pogoda jest dobra. Coś jak cieplejszy wiosenny dzień w Polsce. Jadę na długi rękaw, jedna warstwa ubrań i jest optymalnie. Widoki się zmieniają. Pojawiają się lasy i coraz wyraźniej widać góry. Z boku drogi wyrastają wysokie skały. Jakże tu pięknie!



W McKenzie Station Pub zatrzymuję się na obiad. Wiem, że zaraz zacznie się podjazd na przełęcz i czeka mnie wiele kilometrów bez możliwości kupienia czegokolwiek do jedzenia i picia. Trzeba się więc przygotować. Sam podjazd jest bardzo równy. Nie ma ostrych ścian, ale jest co deptać. To długa wspinaczka, której stroma część zaczyna się na wysokości 500 m n.p.m, a kończy się na ponad 1600 m n.p.m. Ponad 1000 metrów pionu. Podjazd idzie lasem. Potężne drzewa po obu stronach drogi. To robi mocne wrażenie. Zastanawiam się nawet, czy może mieszkają tu niedźwiedzie. Droga rzeczywiście od pewnego momentu jest zamknięta – zagrodzona masywnym szlabanem. Wchodzę za ten szlaban i kontynuuję wspinaczkę.



Na tej drodze spotykam tylko dwóch zawodników: jadących duecie ojca i syna (Graham i Ben). Ben jest najmłodszym zawodnikiem tegorocznego TABR. Ma dopiero 19 lat i jest… przeraźliwie chudy! Doganiają mnie. Zamieniamy kilka słów, a potem długo jeszcze widzę ich stopniowo oddalające się sylwetki.



W końcu robi się ciemno. Zaczynam czuć się nieswojo. A co, jeśli tu rzeczywiście żyją niedźwiedzie? Jestem tu ostatecznie zupełnie sama! Nawet żaden samochód nie przejedzie, bo przecież droga jest zamknięta! Czytałam gdzieś, że ryzyko przypadkowego spotkania niedźwiedzia spada, jeśli niedźwiedź usłyszy, że człowiek jest gdzieś w pobliżu. Staram się więc być słyszalna. Nie mam zbyt mocnego głosu i dlatego nie udało mi się zrobić kariery nauczycielskiej w szkole, ale staram się jak mogę. Wykrzykuję jedno, proste słowo: FE! I tak sobie jadę krzycząc „fe!” - na prawo i „fe!” - na lewo. Musiałam wystraszyć wszystkie potencjalne niedźwiedzie, bo wjechałam na przełęcz nie widząc żadnego z nich.



Za to na przełęczy zobaczyłam światła! Okazało się, że to Ben i Graham ubierają się pod jakimś małym budynkiem na zjazd. Rzeczywiście, chłodno się zrobiło. Jestem też nieco zaskoczona, myślałam, że bardziej mi odjechali. Chwilę gadamy i tyle ich widzę. Nie mam ochoty na długi, nocny zjazd. Patrzę na mały budynek. To toaleta! Wchodzę do środka. Przestronnie i – co najważniejsze – czysto. Tak: to tu zostanę na noc. Nigdzie dalej już dziś nie pojadę. Wprowadzam rower, rygluję drzwi. Sam kibelek jest upiorny. Gdy podnoszę deskę sedesową, zaczyna strasznie wiać ze środka. Skąd ten wiatr?? Ze środka Ziemi? Świecę latarką do środka. Nie widać dna. Zgroza. Na wszelki wypadek kładę na desce sedesowej swój bagaż. Bo jeśli ona sama się otworzy w środku nocy i wyleci ten wiatr, to chyba umrę ze strachu! Wyciągam i nadmuchuję materac, wyciągam śpiwór, zapisuję dzisiejszy ślad w gpsie. No i to tyle. Jestem najprawdopodobniej ostatnią osobą, która zdołała wjechać na przełęcz jeszcze dziś, legalnie. A jutro będę pierwszą, która zjedzie nielegalnie. Dobranoc!

Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133494

Ciąg dalszy

MRDP (10)

Wtorek, 29 sierpnia 2017 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, MRDP 2017
Km: 223.90 Km teren: 0.00 Czas: 11:39 km/h: 19.22
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1085m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Zbyt wesoło nie jest. Wczoraj tylko 165 km, dziś pozwoliłam sobie spać trochę dłużej. Zwijam namiot. Nie ma we mnie tego entuzjazmu, który pojawiał się zwykle chwilę po obudzeniu, gdy zdawałam sobie sprawę z tego, że właśnie uczestniczę w moim wymarzonym MRDP. Jest za to smutek i zniechęcenie. Wielki żal. Ruszam w drogę. Nie da się. Podjazd jest bardzo stromy. Albo tak mi się wydaje. Trudno stwierdzić. W każdym razie nie ma mowy, abym go podjechała, kolano protestuje, nie ma sensu go męczyć. Idę. Jest to długi marsz, aż do końca góry. Potem zjazd. Ech. Nie zjazd, tylko zejście. Panikuję. Wydaje mi się, że to przepaść bez dna. Ciemno. Boję się zjeżdżać. Schodzę. Tak wygląda moje… wyjście z gór.

Potem już jest łagodniej i jaśniej i zjeżdżam. Przed Zgorzelcem robi się płasko/lekko w dół. Mogę ciągnąć jedną nogą. Zaczyna też działać lek przeciwbólowy kupiony wczoraj w aptece. Normalnie nie biorę takich leków, więc organizm odpowiednio dobrze na nie reaguje. Poprawiam jeszcze ustawienie bloku oraz zmieniam wysunięcie sztycy licząc na pozytywny efekt. Wiatr sprzyja, jest ciepło, świeci słońce. Za Zgorzelcem wjeżdżam w Bory Dolnośląskie. Puste drogi, płasko, bajka. Nie poddam się. Nie tak łatwo.



Gozdnica. Kiedyś zaliczyłam tę gminę. Z pewnością tu byłam. Tym razem jest to miejsce szczególne. Wtorek. Dziesiąty dzień jazdy. Godzina dwunasta w południe.
Jeszcze 10 minut i skończy się limit czasu MRDP.
2387,5 km za mną.
Do mety brakuje 754,5 km.
Po limicie. Wcale nie zaczyna się piknik. Nadal jadę na możliwie najlepszy czas. Mimo przekroczenia limitu i mimo kontuzji. Dziś koniecznie muszę wsiąść na prom Połęcko, który jest czynny do godz. 20.00, aby nie musieć koczować przed przeprawą do 5.00 rano dnia następnego, albo ładować się na kilkunastokilometrowy objazd po krajówkach.

Wjeżdżam do województwa lubuskiego, a to oznacza, że zaraz zaczną się słynne lubuskie bruki.



Część z tych bruków normalnie przejeżdżam, część przechodzę, bo rower tak strasznie na nich skacze, że prawie nie widzę jak jadę. Tych odcinków brukowanych trochę jest. Są też typowe dla lubuskiego półdrogi. Droga niby normalnie szeroka, ale asfalt tylko z jednej strony, a z drugiej grunt. Na ogół jest zupełnie pusto, choć czasem trafia się jakaś osobówka, dostawczak, a nawet TIR. Półdrogi są zwykle bardzo wyboiste, a dziwne pofałdowanie asfaltu zdradza, że pod spodem jest kamienny bruk. Brody to kumulacja. Nie dość, że bruk, to jeszcze piaszczysty grunt.



Kiedy docieram do Gubina, wiem już że zdążę. O ile nie trafi się jakaś katastrofa, np. 5 km wrednego bruku. Jestem okropnie głodna, a jest tu McD. Szybko więc tam jadę. Zamawiam zestaw, pochłaniam go błyskawicznie i już jadę dalej. Dojazd na prom sympatyczny za wyjątkiem przejazdu przez Chlebowo, gdzie jednak jest trochę bruku.

Na przeprawie melduję się z bezpiecznym zapasem czasu. Miłym zaskoczeniem jest to, że czeka tutaj Tomek Ignasiak ze swoim punktem serwisowym. Jest ciepły, letni wieczór. Nad Odrą stoi stolik, krzesło, miska z wodą do moczenia nóg. Są ciasteczka, herbata, poza tym stojak do podwieszenia roweru, skrzynka z narzędziami. A przed wszystkim jest uśmiechnięty Tomek! Tak dawno się nie widzieliśmy! Radosne jest to spotkanie. W głowie jednak siedzi myśl, że jest to zorganizowany punkt i jadąc w kat. Total Extreme nie mogę z tych dobrodziejstw skorzystać. Mówię o tym Tomkowi, a on odpowiada, że sam Daniel też jadący w tej kategorii się tu rozsiadł bez oporów. Znika więc niepewność – siadam i ja. W tym czasie Tomek czyści i smaruje mi łańcuch. Pełen profesjonalizm. Potem podpływa prom. Tomek z powagą zauważa, że dotąd żaden z zawodników nie przepuścił promu. To przywołuje mnie do porządku – też nie mogę przepuścić, choć przez chwilę to rozważałam. Wchodzimy razem na prom, dostaję w łapkę kubek pysznej herbaty z cytryną, a Tomek prowadzi mój rower. Szkoda, że spotkanie trwało tak krótko! Niemniej od razu polepszył mi się nastrój.



Tomek pocieszał, że bruku zostało już maleńko – bezpośrednio za promem, co da się objechać chodnikiem i jeszcze kawałek dalej niedługi odcinek. A potem już równe drogi. Niestety tą równą drogą okazuje się być DK 28. Jadę nią jakieś 15 km, dociągam do Cybinki, która jest 33 punktem kontrolnym i idę spać. Tym razem jest to mały zagajnik, tuż przy drodze.

Mapa:

ZDJĘCIA

Ciąg dalszy

MRDP (8)

Niedziela, 27 sierpnia 2017 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, MRDP 2017
Km: 204.30 Km teren: 0.00 Czas: 13:18 km/h: 15.36
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2612m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzi mnie światło – jasno jak w dzień i jakiś hałas – jakby wybuch.
Jasny gwint! Co tu jest grane?
Chwila, może mi się tylko zdawało. Znowu jest ciemno. Coś tylko szumi, hałasu już nie ma.

I nagle znowu robi się jasno jak w dzień. Potem łomot. Burza! Błyskawice rozświetlają nocne niebo jedna za drugą. Grzmi prawie cały czas. W najlepsze trwa ulewa. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek doświadczyła tak potężnej burzy. Na domiar złego, jestem na łysym, skoszonym polu, na górce. W namiocie. Szpilki są wbite w ziemię na słowo honoru...
Matko Boska! Chyba znalazłam się w samym piekle!
Kiedy sobie to uświadamiam, kulę się ze strachu w śpiworze.

A co będzie, jeśli w namiot walnie piorun? Przeżyję? Czy w najbliższej okolicy są punkty wyższe niż mój namiot? Umieram ze strachu i modlę się, aby to się skończyło. Jednak końca nie widać. Słabo wbite szpilki mszczą się teraz na mnie. W najgorszych chwilach muszę częściowo wypełzać na zewnątrz i trzymać tropik. Co za horror! Upiornie wygląda mój rower, gdy pada na niego światło błyskawic. Wszystko trwa jakieś dwie godziny. Burza zabrała mi jedną godzinę snu, jedną godzinę jazdy rowerem oraz masę nerwów. Kiedy wreszcie myślę, że to koniec tego koszmaru, okazuje się, że to była tylko krótka przerwa. Słyszę w oddali burzę, która przetoczyła się chwilę temu, a teraz nad sobą mam następną.

O 4:10 piszę na relację sms: Noc grozy pod namiotem. Przeszly, jedna po drugiej, silne burze. A ja tu na polu, na otwartym terenie i na gorce. Ziemia tu twarda, wiec szpilki wbilam niestety prowizorycznie. W koncu nocleg na chwile. w krytycznych momentach musialam czesciowo wylazic i trzymac tropik. Lalo, grzmialo i lataly blyskawice. Przez ok. 2 godz. Prawie umarlam ze strachu. A przeciez nocuje pod namiotem czesto. Nadal tu siedze.

Kiedy zwijam namiot, jest on mokry jak szmata do podłogi. Z prawdziwą ulgą uciekam z pola. Najbliższym miastem jest Prudnik. Kiedy widzę stację Orlenu, z radością zajeżdżam. Pora wrócić do normalności, wypić kawę i… tak zwyczajnie ucieszyć się z tego, że przetrwałam tą straszną noc.

Zaczepia mnie tu chłopak, który przyjechał samochodem. Rozmawiamy. Mówi, że w okolicy burza pozrywała dachy, połamała drzewa i nie pamięta by kiedykolwiek wcześniej była tu aż taka nawałnica. Gdy dowiaduje się, że jadę dookoła Polski i tej nocy siedziałam w namiocie na polu, na górce, aż nie może w to uwierzyć. Stwierdza, że jestem niemożliwa i… stawia mi kawę, mufinkę, zapasową mufinkę na drogę oraz napój izotoniczny. Mimo, że tłumaczę, że nic ze mnie specjalnego i jadę na szarym końcu, uważa, że robię coś wielkiego. Czuję się trochę zmieszana i żałuję, że nie mogę pochwalić się lepszym wynikiem.



W Głuchołazach (PK 21) jestem kilka minut przed Zuzą. Wstępuję na chwilę na stację do toalety, gdy wychodzę, spotykamy się na ulicy. Potem parę razy tasujemy się.



Jest fajnie. Śmiejemy się, robimy sobie fotki.


Fot. Zuza Przybylska

W Otmuchowie jestem pierwsza. Zuza co prawda jedzie szybciej niż ja, ale po coś się w międzyczasie zatrzymała. Trochę boję się DK 46, która idzie na Paczków. Pamiętam ją z GMRDP. Wtedy tasowałam się z Wąskim, lało, a na tej drodze jechało pełno TIRów. Tym razem jest dużo lepiej. Słoneczny dzień, TIRów prawie nie ma. Za to wieje w twarz. Droga wydaje się płaska, lecz w rzeczywistości pnie się lekko pod górę. Jadę poooowooooliiii. Orlen pod Paczkowem jest jak wybawienie. Włażę do środka. Jest klima! O, jak dobrze! Można odpocząć od upału. Biorę herbatę i jedzenie oraz izotonik. Do bidonów leję podczas maratonu wyłącznie izotoniki. Najchętniej niebieski Powerade.
Wygląda mało naturalnie.
Hmm… zupełnie sztucznie.
 W zasadzie tak jak zimowy spryskiwacz do szyb. Ale smakuje dobrze.

Siedzę tu już jakiś czas i walczę z moim nadajnikiem GPS, który nie działa, przez co nie widać mnie na stronie monitoringu, gdy przyjeżdża Zuza. Też ma dość upału i orki pod wiatr. Wprowadza rower do środka. Mój stoi na zewnątrz, jak zwykle. Gadamy o rowerach – Zuza troszczy się o swój, wszędzie go ze sobą bierze. Ja swój zostawiam bez opieki wierząc,że klienci stacji paliw to bardziej fani motoryzacji, niż kolarzówek. Na noclegach mój rower leży w krzakach. Nie przypinam go. No bo przecież kto normalny, w nocy, po krzakach wpadłby na pomysł, by szukać sobie kolarzówki?

Ze stacji zwijam się pierwsza. W Złotym Stoku kończy się jazda DK 46, kończą się też w miarę płaskie tereny i zaczynają góry. Leśny podjazd ze Złotego Stoku w stronę Lądka od dawno bardzo lubię. Za to zjazd do Lądka Zdrój jest dość koszmarny – pełen dziur. Kiedy lecę w dół, śpiwór częściowo wypada mi z mocowania na kierownicy i szoruje o przednią oponę. Natychmiast się zatrzymuję, by przytwierdzić go mocniej. W Lądku szybka fotka na rynku. Jestem głodna, ale z GMRDP pamiętam, że nic tu nie ma. Latałam wtedy po rynku jak wściekła, niczego ostatecznie nie znajdując i tylko tracąc czas. Jadę dalej. Dalej jest Stronie Śląskie. Tam na GMRDP zjadłam dobry obiad. Mam nadzieję na powtórkę!



Pechowo, w Stroniu przegapiam tamtą fajną restaurację. Nie cofam się już, szkoda mi czasu. Na początku podjazdu na Puchaczówkę zjadam trochę solonych orzeszków. Musi na razie wystarczyć. Na podjeździe jest zimno i wieje. W dodatku niebo spowite jest znowu ciemnymi chmurami. Podjazd idzie powoli. Zupełnie jakbym się skradała. W kontakcie telefonicznym jestem z Hasky. To kolega, którego poznałam podczas tegorocznej dolnośląskiej majówki. Mieszka w okolicy, wie że jadę MRDP, więc jest to okazja, aby się choć w przelocie zobaczyć. Dość trudno nam się zgadać gdzie jesteśmy, a ja przecież muszę jechać. W końcu udaje się złapać kontakt. Spotykamy się gdzieś w okolicy Wilkanowa. Siadamy chwilę na trawie i gadamy. Odpakowuję i zjadam zapasową mufinkę, którą rano kupił mi w Prudniku na drogę chłopak, którego spotkałam na stacji. Nie ma jednak co za długo siedzieć. Szkoda, że spotkanie takie krótkie, bo chętnie bym pogadała dłużej, ale czas wsiadać na rower i jechać dalej.

Za Wilkanowem jeszcze trochę wąskich, bocznych dróg, a potem wyjazd na krajówkę DK 33, która przez Domaszków (trwa akurat jakiś festyn, może dożynki) idzie do Międzylesia. Międzylesie to PK 24. Jestem tam o 16:27. Wskakuję na stację, bo kończy mi się już picie, no i coś bym zjadła. Chwilę po mnie na tę stację podjeżdżają Zuza z Olafem. Zuza ma problem ze ścięgnem Achillesa, mocno ją boli. Rozsiadamy się całą trójką na popas i mile spędzamy tę chwilę przerwy od jazdy. Ze stacji ruszam pierwsza. Nie czekam, bo i tak nie możemy jechać razem – w końcu jadę w kat. Total Extreme, czyli solo.

Za Różanką jest duży podjazd do Gniewoszowa. Wyjątkowo nieprzyjemny, nachylenie prawie cały czas trzyma 10%. Kosztuje mnie on dużo sił, no i to właśnie tu prawe kolano zaczyna boleć na dobre. Z prawdziwą ulgą kończę wjazd. Na górze w cieplejsze ubrania przebiera się Olaf, który w międzyczasie mnie wyprzedził. Zatrzymuję się, jak on, na przedwieczorne przebieranki. Na to wszystko wjeżdża Zuza. Znowu robi się nam wesoło. Śmiejemy się dosłownie ze wszystkiego. Jeszcze tylko focimy widoczek i jazda. Jest trochę zjazdu, potem droga delikatnie idzie w górę. Nasza trójka ma tu dość podobne tempo jazdy. Jednak o ile Zuza i Olaf z kat. Extreme mogą jechać razem, to ja niestety poza takimi punktami jak stacje, czy miejsca gdzie akurat się zjeżdżamy na chwilę przerwy – nie mogę im towarzyszyć. Zwalniam lekko i pozwalam im się oddalić na tyle, by nikt nas nie posądził o wspólną jazdę.



Droga na długim odcinku idealnie klei się do czeskiej granicy, a podjazd ciągnie się aż do Zieleńca. Robi się już szaro, ale za wszelką cenę chcę dotrzeć do Zieleńca jeszcze dziś i również dziś zjechać do Kudowy. Zostawianie zjazdu na rano to kiepski pomysł. Od razu człowieka wytelepie z zimna. Lepiej jest zaczynać od podjazdu. Coraz bardziej poirytowana ciągnę więc pod górę. Zła jestem na siebie, że nie umiem jechać szybciej. Góra nie chce się skończyć. Jak tak dalej pójdzie, to będę zjeżdżała już po ciemku. W dodatku nie mam jedzenia na wieczór.

W końcu docieram do Zieleńca. Po Zuzie i Olafie od dawna nie ma już śladu. Na postoju na górce za Gniewoszowem coś wspominali, że chcą nocować w Kudowie. Może już tam nawet są. W Zieleńcu kupuję jakąś drożdżówkę i jogurt. Jest prawie zupełnie ciemno. Pora na zjazd. Na GMRDP miałam tu problem z linką hamulca i gdyby nie pomoc kilku wspaniałych ludzi, to bym musiała się wycofać z maratonu. Do mety brakowało mi wtedy tylko niespełna 190 km. Teraz rower działa. Zobaczymy, czy da się normalnie zjechać. Zaczynając zjazd czuję ekscytację. Wspomnienia sprzed dwóch lat żyją w mojej głowie. Wtedy też już było ciemno.



Jadę i… zonk. Droga w remoncie, zerwany asfalt, pofrezowany. Czasem trochę piachu. Nieeeee! Tu chyba nie może być normalnie! Klnę pod nosem, że nienawidzę tego Zieleńca, tego parszywego zjazdu, że nigdy więcej tu nie przyjadę, że zamówię koparkę i spychacz, wyrównam tę chorą górę i będzie pięknie oraz płasko jak w Kórniku. Zjazd częściowo robię w siodle, częściowo z buta. Słabo widzę w nocy, boję się, że nie opanuję roweru, że właduję się w coś na tej drodze bez drogi.

Nadchodzi potem chwila ta, której się obawiałam – DK 8 – słynna TIRostrada. Wyjątkowo nieprzyjemna i niebezpieczna. Chłopak, z którym rano rozmawiałam na stacji w Prudniku wręcz błagał mnie, bym nie jechała tą drogą, a już na pewno nie po ciemku. Przez chwilę zbieram się na odwagę. Przejechać trzeba. Tędy idzie trasa. Na szczęście ten fragment krajówki na MRDP jest zjazdem. Lecę więc szybko, nawet czasem dokręcam, by mieć to z głowy. Trafiam nieźle – ruch jest znikomy. W Kudowie patrzę za dużą stacją BP, przy której jest restauracja. Tam mieli pokoje, pamiętam z GMRDP. Znowu mam ochotę na nocleg pod dachem. Latam po Kudowie i nic – nie mogę znaleźć tej stacji. A przecież musi gdzieś tu być! Przecież razem z Wąskim jedliśmy na GMRDP tam obiad! Nie znajduję. Trudno, jadę dalej. Na Karółw.

W 2015 r., z BP razem z Wąskim ruszyliśmy nocą na leśny podjazd do Karłowa. „Nocą na Karłów jedziecie?! Niezła zajawka!” powiedzieli nam tedy miejscowi. Znam już ten podjazd. Tam nie ma gdzie rozbić namiotu. Nie chcę do Karłowa jechać w nocy! Zatem na wyjeździe z Kudowy szukam jakiejkolwiek miejscówki na namiot. Znajduję szybko. Jest to od razu, gdy tylko kończą się zabudowania, droga lekko się rozszerza w parking, dalej jest lasek. Wbijam się w ten lasek, rozstawiam namiot i wtedy materializuje się Wąski… w moim telefonie. Pisze o nocnej zajawce na Karłów i czuję się tak, jakby był tuż obok. Gdy zasypiam, przychodzi sms od Zuzy, że śpią z Olafem w Zieleńcu, potem słyszę jeszcze jak ktoś podjeżdża samochodem i wysypuje śmieci do „mojego” lasu, jakieś szkło, metal. Ludzie są jednak obrzydliwi.

Mapa:

ZDJĘCIA

Ciąg dalszy

MRDP (7)

Sobota, 26 sierpnia 2017 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, MRDP 2017
Km: 214.20 Km teren: 0.00 Czas: 12:10 km/h: 17.61
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2044m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Strumyk szemrał jednostajnie, a ja spałam błogo.Po czterech godzinach budzik radośnie ogłosił początek dnia. Zrobił to, nie wiedzieć czemu, w środku nocy. Właśnie wtedy, kiedy jest najlepszy sen.



Aż do Istebnej na trasie są dziś na tapecie duże podjazdy. W tym Szare z betonowymi, ażurowymi płytami oraz Koniaków, gdzie na części podjazdu jest kamienny bruk. Pod górę jest też do samej Istebnej, która jest 19 punktem kontrolnym. Idzie pomału (no właśnie: idzie!), ale nie ma powodów do narzekań. Przecież mogło być gorzej. Mogło być 5 stopni i ulewa. W końcu to polskie lato.



W Istebnej przysiadam na ławeczce przystankowej. Nie ma wiaty, nie ma też Morfeusza. Pojawia się za to starzec o lasce. Zagaduje. Rozmawiamy o oscypkach. Tak nam się dobrze rozmawia, że nabieram odwagi i zadaję mu pytanie, które dręczy mnie od wczoraj:

- czy wie pan może jaki jest dziś dzień tygodnia?
- z jakiej planety pani spadła? – Pyta zaskoczony staruszek. Po czym uśmiecha się wesoło i mówi:
- dziś jest to sobota. To chyba dobrze, że sobota?
- tak, tak… pewnie to dobrze – odpowiadam, choć nie do końca jestem o tym przekonana. Myślami uciekam już w szybkie obliczenia: skoro dziś jest sobota, to niedługo będzie wtorkowe południe. Mój czas! Czas ucieka, pora się stąd ruszyć! Dziadek jednak jest znacznie szybszy niż ja i to on mówi mi „do widzenia”. Podpierając się laską powoli odchodzi, a ja jeszcze przez chwilę zbieram się do jazdy.

Za Istebną jest jeszcze jeden wredny podjazd. Czuję, że zaczyna mnie na nim boleć prawe kolano. Zjeżdżam to co podjechałam i tak docieram do Wisły. Co chwilę pada drobny deszcz, w dodatku zrobił się duży ruch na drodze. No i to kolano. Jestem poirytowana. Zajeżdżam na Orlen. Biorę kawę i zapiekankę. Mam nadzieję, że gdy ruszę po tej przerwie, ból kolana ustąpi. Tak sam z siebie, normalnie. Tak jak sam z siebie przyszedł.

Ból nie mija. Boli gdzieś na wysokości rzepki. Minęły za to góry. Przynajmniej na razie. Wisła, Ustroń, Cieszyn – jest tam tak okropnie (wielki ruch i hałas), że najlepiej byłoby to wszystko zrównać z ziemią, zaorać i posadzić kwiaty oraz ziemniaki. Przynajmniej ładnie by było. I smacznie. Chociaż… nie. W Cieszynie trzeba zostawić przynajmniej jeden dom – ten w którym mieszka sympatyczny Kibic MRDP, który chwilę przy mnie jechał na rowerze MTB, miał na imię Daniel. Byłam w prawdziwym szoku. Z niesamowitą lekkością towarzyszył mi, skacząc po krawężnikach, trawnikach, chodnikach oraz szosie. Natomiast ja, na kolarzówce, wlekłam się jak lokomotywa ciągnąca 64 wagony z węglem.

Za Zebrzydowicami na chwilę wjeżdża się do Czech. Dzięki temu trasa omija Jastrzębie Zdrój oraz Wodzisław Śląski, które są równie urocze i wspaniałe jak Wisła, czy Ustroń. Jest płasko i gorąco. To dobre warunki dla mojego bolącego kolana. Staram się je oszczędzać i wychodzi mi to całkiem nieźle, a w cieple ból jest jakby mniejszy.



W Kietrzu (PK 20) jestem nieco zmęczona upałem. W tym samym sklepie co na GMRDP w 2015 r. zatrzymuję się na małe zakupy. W tym czasie śmiga obok mnie Olaf. Miasteczka nie opuszczam od razu. Jestem głodna. To dobra pora na obiad. Do restauracji nie mogę wejść z rowerem, ale patrzę na niego przez okno. Na zewnątrz nie chcę jeść, bo za ciepło. Poza tym jest tu pełno os. Były pod sklepem, są i tu. Zamawiam zupę grzybową i makaron po bolońsku. Porcje bardzo duże, ledwo dałam radę!



Dalszej trasy, aż do jej dzisiejszej końcówki jakoś nie pamiętam. Chyba nie było niczego ciekawego. Na noc znajduję super miejscówkę. Jest to pole tuż za Klisinem. Pole jest znacznie wyżej od drogi. To oznacza, że wystarczy się wdrapać na górkę i z drogi będzie się zupełnie niewidocznym. Idealnie! Nie trzeba daleko szukać, chodzić, tracić czasu. Pole jest skoszone. Ziemia twarda. Szpilki nie chcą wchodzić. Nic nie szkodzi. Ja tu tylko na cztery godzinki. Wbijam je prowizorycznie, na słowo honoru. Ale to wystarczy….
Prawda, że wystarczy?...

Mapa:

ZDJĘCIA

Ciąg dalszy

MRDP (6)

Piątek, 25 sierpnia 2017 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, MRDP 2017
Km: 204.90 Km teren: 0.00 Czas: 12:34 km/h: 16.31
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2283m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Nad Popradem trafiają się małe bajorka. Koło mojego namiotu jest jedno z nich. Nocne kąpielisko urządzają sobie w nim kaczki. Ze dwa razy budzi mnie niesamowity hałas i mało zawału nie dostaję – to tuż obok przejeżdża pociąg.

Jestem wyspana. O ile po 4 godzinach snu można tak powiedzieć. Kiedy praktycznie od razu po ruszeniu trafia się Orlen, korzystam - by wzmocnić efekt obudzenia. Może tym razem Morfeusz nie będzie mnie ciągał po wiatach. O 3:17 w nocy zdobywam PK 16 (Stary Sącz).



A potem aż do Krościenka jest praktycznie płasko. Jednak zamiast trochę nadrobić – tracę. Kotłuje się nade mną burza. W deszczu mogę jechać. Podczas burzy – nie jadę. Koczuję na przystanku. A czas sobie ucieka. Na szczęście tylko poranek jest burzowy. Potem robi się ciepło i słonecznie. Widzialność jest bardzo dobra i z oddali mogę obserwować Tatry. Poranek z takim widokiem jest niewyobrażalnie piękny. Jest to jeden z tych nielicznych momentów, gdy żałuję, że jadę solo i obok nie ma nikogo, komu bym mogła powiedzieć: „zobacz, to niewiarygodne!”



Podjazdy przed Głodówką są bardzo wymagające, ale wszystkie robię w siodle. Na końcu jednego z nich czekają kibice. Są to Vooy Maciej z rodziną. Chwilę gadamy, Maciej robi fotki i już jadę na Głodówkę. Na punkcie wymiana nadajnika GPS oraz obiad. Jest to bardzo obfite jedzenie. Biorę zupę pomidorową, opiekane ziemniaki, grillowaną pierś z kurczaka w przyprawach, surówki oraz na deser oscypki z żurawiną. Stół zastawiony jak dla rosłego faceta, a nad tym stołem pochylam się… ja.
I wciągam wszystko!



Widok podczas obiadu mam boski. Przez wielkie okna widać jak na dłoni Tarty. Czy może być piękniej?
Nie może być. Kiedy piękno się maksymalizuje, dalej może być już tylko gorzej. I jest. Zakopane to prawdziwy horror. Niby wszystko naturalne, swojskie, tradycyjne, wiejskie, a… kiczowate i wstrętne do bólu. W dodatku ruch samochodowy jest ogromny, hałas, smród, powozy konne między warczącymi wściekle samochodami. Pełno ludzi. Obłęd.Jazgot trudny do wytrzymania. Jak można tu wypoczywać i jeszcze za to płacić? Zupełnie nie potrafię tego zrozumieć. Próbuję uruchomić wyobraźnię. Nie działa. Zakopane ją pokonało. W oddali, nad tym całym śmietnikiem, góruje Giewont. Nawet nie mam ochoty na niego patrzeć. Uciec stąd. Tylko tyle chcę. Byle szybciej, byle dalej.

16:21 nadaję na relację sms: Orlen. Nic nie potrzebuje poza odpoczynkiem od potwornego ruchu i halasu, ktore trwaja od Zakopanego. Gdybym miala mieszkac w tych rejonach, to chyba bym sie pochlastala.

I dalej: Mam karte orlenu. ciagle na jakas ich stacje wpadam w ostatnich dniach. jak sprawdza gdzie i co kupuje, to pomysla, ze oszalalam i robie jakis Tour de Orlen :-):-)

Jadąc z Zubrzycy Dolnej do Zubrzycy Górnej widzę ciemno-siną chmurę idącą znad Babiej Góry. Pamiętam takie chmury z Norwegii. One niczego dobrego nie niosą. Chmura w końcu dopada mnie. Zaczyna kapać, coraz mocniej. Co sił w nogach jadę patrząc za jakimś daszkiem, pod którym by można się schować. Aż jestem zaskoczona, że mając już za sobą tyle dni jazdy i kilometrów w nogach, umiem zrobić sprint. Jak na złość nie ma żadnego przystanku z wiatą. Trafia się za to szopa na drewno. Biegnę z rowerem przez skoszoną łąkę. Wbijam się do niej. Deszcz przechodzi w ulewę, a ta w grad. Szopa ma blaszany dach. Siedząc i przeczekując prawie głuchnę.



Kiedy tylko nawałnica mija, wychodzę z kryjówki. Z relacji sms wynika, że niedaleko za mną jest Olaf. Kończąc podjazd na Przełęcz Krowiarki spotykam Waldiego. Przedstawiając mi się przypomina, że spotkaliśmy się w zeszłym roku na MPP. To on w nocy na deszczowym zjeździe z Góry Makowskiej chciał mi świecić światłami samochodu, a na pytanie „Ktoś Ty?” Odpowiedział: „Swój!” Moja radość nie zna więc granic. Zawsze to dobrze spotkać Swojego na trasie. Na przełęczy ubieram się. Potem zjazd. A po zjeździe obiadek w Zawoi. Biorę pomidorową z ponadnormatywną ilością makaronu. Mój rower razem ze mną w restauracji.

Dobrze, że obiad był lekki. Gdy ruszam, zaczyna się dość szybko podjazd. Jest co deptać! A potem zjazd do Stryszawy (PK 18). Na zjeździe zerwany asfalt. Waldi coś o tym wspominał. Faktycznie jest nędznie. Piach, kamienie, żwir, dziury, a nawet trochę błota. Do Stryszawy docieram po zachodzie słońca. Jest już prawie ciemno. Patrzę za miejscówką i wtedy z jakiegoś samochodu wyskakuje czteroosobowa rodzinka. To kibice. Napięcie opada, bo właśnie wypatrzyłam miejscówkę. Kawałek od drogi, w środku miejscowości, gdzie nie sięga już światło ulicznych lamp. Odprężona mówię więc, że mam chwilkę na rozmowę, bo właśnie znalazłam miejscówkę. Zaskoczeni pytają: gdzie? Odpowiadam, że właśnie tu, parę metrów dalej. Są zszokowani, że tak blisko drogi, domów.

Rozmawiamy może z 10 minut i jest bardzo sympatycznie. Dziewczyna jest mniej więcej w moim wieku i pracuje w szkole jako nauczycielka WF, chłopak coraz bardziej fascynuje się ultra trasami na rowerze. Wraz z nimi jest dwójka dzieci. Senność dopada mnie szybko. Ziewam. Jest mi głupio, ale nic nie mogę na to poradzić. Pora wejść w krzaki. W dole szemrze strumyk.
Aaaa, kotki dwa……

Mapa:

ZDJĘCIA

Ciąg dalszy

MRDP (5)

Czwartek, 24 sierpnia 2017 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, MRDP 2017
Km: 223.40 Km teren: 0.00 Czas: 12:45 km/h: 17.52
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2259m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
To nie była dobra noc. Było strasznie zimno i prawie nie spałam. Regeneracja bliska zeru. Leżę w śpiworze i dygoczę. Ale budzik już zadzwonił i teraz będzie jeszcze straszniej – trzeba wyjść i z tym zimnem się zmierzyć. Nie ma co odwlekać nieprzyjemnej chwili. Do roboty!

Nieprzespana noc szybko daje się we znaki. Jest mocno zimno, ale jestem ubrana we wszystko co ze sobą mam, w tym w ciuchy, które kupiłam w Lidlu. Czuję, że zasypiam na rowerze. Jadę przez Wolę Michową. Jest tu ładny, drewniany kościółek. Pamiętam go z GMRDP (wtedy widziałam go w nocy). Myślę sobie, że może ma otwarty przedsionek. Szarpię więc drzwi. Nadaremnie. Spania w kościele nie będzie.



Parę kilometrów dalej, z boku drogi, w zagrodzie tłoczą się owce. Widok jest sielski, jednak sielanka nie trwa długo. Naraz wybiegają trzy psy pasterskie wielkości cieląt. Biegną wprost na mnie szczekając groźnie. Nie ma sensu uciekać, bo dorwą i rozszarpią. Gdzie są właściciele tych bydląt?! Zatrzymuję się i zastawiam rowerem. Psy są tuż obok, szczekając i warcząc obserwują mnie. Bardzo powoli, niemal niezauważalnie, staram się oddalić. Nie patrzę na nie, by nie prowokować. Udaje mi się wyjść cało z tej opresji, jednak chwilę trwa dojście do siebie.

Gdy adrenalina ucieka, wraca senność. Z niewyspania źle widzę. Mam problem z wyostrzeniem wzroku. Morfeusz ciągnie do przypadkowej wiaty przystankowej, choć to dzień i jasno świeci słońce. Siedzę na przystanku, a on kiwa mną.
Na prawo.
Na lewo.
Na prawo.
Na lewo.
Uważaj, bo spadniesz z ławki i wybijesz sobie zęby…. Jawa to, czy sen?

A potem całe to zimno ucieka i aż trudno uwierzyć, że było naprawdę. Dzień jest słoneczny i bardzo ciepły. Aż miło!



Na dojeździe do Nowego Żmigrodu (PK13) widzę kogoś za sobą (był to Olaf). Punkt osiągam o 10:50. Jest mocno ciepło, z prognoz nie wynika, by duże chłody miały wrócić. Wpadam więc na pomysł, by nadmiar ciuchów (zakupy z Lidla) oraz rzeczy, które są zbędne odesłać do domu pocztą. Szybciej by było to po prostu gdzieś porzucić, ale moja wielkopolska natura na to nie pozwala. Jadąc patrzę więc za pocztą. Wcale nie muszę długo się rozglądać – znajduję ją w samym Nowym Żmigrodzie! Rozpakowuję prawie cały bagaż, który mam na rowerze i wydzielam rzeczy do odesłania. Schodzi trochę czasu, ale w dalszą drogę jadę ze znacznie mniejszym bagażem. Spora paczka poszła do domu, ale kilka drobiazgów jedzie ze mną dalej: mały flakonik perfum, błyszczyk do ust oraz… zapasowe kolczyki.

Gorlice to jazda w warunkach miejskich – czyli to czego nie lubię. Najbardziej ze wszystkiego chcę się stąd wydostać, a jedyną atrakcją, której robię fotkę, jest ładna pokrywa studzienki kanalizacyjnej.

Po 15:00, jadąc pod górę, widzę wychodzącą z trawy Zuzę. Jest zaspana, w ręku coś trzyma. Jakąś matę, a może materac, albo coś w tym stylu. W przelocie zamieniam z nią kilka słów. Jest to podjazd, więc wolę się nie zatrzymywać. Jak się zatrzymam, to nie wiem czy ruszę. Kiedy tak jadę, to już w końcu sama nie jestem pewna, czy to była Zuza. A może to nie była ona? Może mi się wydawało? Umysł zaczyna płatać mi figle.

PK 14 (Banica) zdobywam w szlachetnym stylu – pieszo. Pamiętam dobrze to podejście z GMRDP, to nie na moje nogi. W siodle nie da rady. Nawet nie próbuję.



Dalej jest już łatwiej. Jest długi zjazd. Początkowo dość ostro w dół, potem droga na odcinku wielu kilometrów łagodnie opada. Wreszcie mogę jechać trochę szybciej. Między Muszyną a Piwniczną Zdrój tasuję się z Zuzą i Olafem. Zawsze miło jest ich spotkać. Od jakiegoś czasu są to jedyni zawodnicy, których widuję na trasie. Zawsze gdy się widzimy, robi się wesoło i śmieszno. Jedzie mi się bardzo dobrze i na tym odcinku jestem wyraźnie szybsza niż oni. Jazdę kończę obiadem w Piwnicznej Zdrój. Tuż przy drodze trafiam bardzo przyjemną restaurację. Można wejść do środka z rowerem. Zamawiam pierogi po Łomnicku (z bryndzą) oraz zupę. Jest to zdecydowanie najlepszy obiad całego MRDP.



Trasa idzie od dłuższego czasu wąską doliną Popradu. Obok rzeki wciśnięta jest droga i tory kolejowe. Cały płaski teren zagospodarowany. Nie wróży to niczego dobrego w szukaniu noclegu. Gdy wychodzę z restauracji, jest głęboka szarówka. Idealnie. Droga odcinkami jest w remoncie i wprowadzony jest ruch wahadłowy. Gdy tylko kończą się zabudowania, czmycham nad Poprad. Przekraczam remontowaną drogę, tory kolejowe i wchodzę na coś w rodzaju placu budowy. Jakieś kruszywo, koparki. W tym małym bałaganie rozstawiam swój własny bałagan. Dobranoc!

Mapa:

ZDJĘCIA

Ciąg dalszy

MRDP (4)

Środa, 23 sierpnia 2017 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, MRDP 2017
Km: 235.20 Km teren: 0.00 Czas: 13:59 km/h: 16.82
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2405m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wstaję tradycyjnie w środku nocy. Zbieram namiot, materac, śpiwór i jadę. Idzie mi ta jazda dość średnio. Wczoraj był kolejny dzień, gdy nie udało mi się przejechać 300 km i to nie nastraja mnie optymistycznie. Na zmieszczenie się w limicie 10 dni powoli tracę szanse. Na domiar złego, właśnie teraz w środku nocy, dostaję smsa, że może powinnam się wycofać z maratonu. Wpadam na stację BP pocieszyć się kawą i zapiekanką. Narol. Nie ma to jak zajadać smutki w środku nocy. Jak jakaś bulimiczka. A może jest w tym racja? Może faktycznie powinnam się wycofać? Na relację sms o godz. 3:09 w nocy wysyłam więc wiadomość: „A Wy też uważacie, że powinnam się wycofać, bo za wolno jadę?” Potem okazuje się, że tamtą wiadomość źle zrozumiałam. Była ona wyrazem martwienia się o mnie, bo przecież jadę solo, w limicie nie zdążę, maraton jest bardzo ciężki i wyczerpujący, sporo osób już się wycofało, a pogoda jak dotąd jest przeokropna. Jednak w środku nocy i na zmęczeniu myśli się inaczej. Troskę zinterpretowałam jako atak.

Znowu zaczyna padać. W lekkim deszczyku jadę więc przed siebie. Zimno, mokro, do mety daleko. Zuza wisi gdzieś za mną. Pewnie zaraz mnie dogoni. Trudno, chce mi się spać i chwilowo cała reszta schodzi na dalszy plan. Docieram do murowanej kapliczki. Jest ona dość spora, ma drzwi, można wejść do środka. Na drzwiach jest napis, by w środku nie palić zniczy. Nie ma natomiast słowa o zakazie wprowadzania rowerów i leżenia na podłodze. Wchodzę więc z rowerem i kładę się na dywanie. Wreszcie na mnie nie pada i nie wieje! Jest ciepło i miło. Hmmm…. dobranoc? Kiedy zalegam, na zewnątrz spada ściana wody. Ulewa, że ho, ho!



Kiedy wychodzę z kapliczki, praktycznie już nie pada. Nie udało mi się zasnąć. Poleżałam jednak trochę z zamkniętymi oczyma i czuję się ok. O krok jest Radymno (PK11), a dalej Przemyśl, tam się wypije jakąś kawę. Bieszczady witają bardzo zmienną pogodą. Raz świeci słońce, raz robi się zimno i leje. Przebieram się chyba z milion razy, tracąc na tym kupę czasu. Niestety nie potrafię jechać w cieple ubrana w strój deszczowy, jak i nie potrafię sobie wyobrazić jazdy bez stroju deszczowego, gdy akurat robi się zimnica i leje.



W tej śmieszno-strasznej pogodzie tasuję się z Wikim i są to ostatnie chwile przed metą, gdy się widzimy. Mówi, że zaczyna mu się dobrze jechać i faktycznie to widać: oddala się niemal z prędkością światła.



Przed Caryńską kupuję u ulicznej straganiarki kilka oscypków. Pycha! W Caryńskiej planuję obiad. Hmm… a może i nocleg? Niestety wolnych pokoi nie ma. Z relacji sms widzę, że dogonili mnie tu Zuza i Olaf i chyba pojechali dalej. W każdym razie tu nie zatrzymali się (tak, tak – odpaliłam w końcu tablet). Obiad jest średni. Wzięłam rybę, która okazała się wyjątkowo oścista. Frytek jest dość mało. Mogło być lepiej.



Kiedy wychodzę z mety BBT, jest przenikliwie zimny wieczór. Nie wygląda to zbyt dobrze. Robi się ciemno, jest zimno, góry tak jakby nie chcą się skończyć…. Co ja gadam! One przecież dopiero się zaczęły! Wymyślam, że może dojadę do Cisnej i tam poszukam noclegu pod dachem. To zaskakujące. Wiozę ze sobą fajny namiot, świetny materac oraz genialny nowy śpiwór, a ciągle myślę o spaniu w jakimś pomieszczeniu! Szaleństwo, czy jak?

Wtem słyszę krzyki podenerwowanych mężczyzn biegnących z góry w stronę ulicy. Robi mi się nieswojo. Jacyś awanturnicy? Kurde! Jestem tu zupełnie sama. Jadę powoli i chwilę się zastanawiam, co robić. Jechać, czy się zatrzymać, przycupnąć gdzieś z boku i przeczekać aż sobie pójdą... Zaraz potem słyszę ujadanie psów. I nadal te dziwne krzyki. Chwilę później wszystko staje się jasne – to pasterze na noc zganiają owce do gospodarstwa. Przemykam więc szybko, cały czas czując dziwny strach.

Z mapy wynika, że do Cisnej jeszcze daleko, a mi się już chce spać. Teraz! Zaczynam zatem poszukiwania kwatery. Wetlina. Łażę od drzwi do drzwi. Nigdzie mnie nie chcą z rowerem na jedną noc. Jeden wynajmujący godzi się mnie przyjąć. Prowadzi na tyły posesji. Jakieś schody, zapach stęchlizny. I co? Mam za to jeszcze płacić? Obracam się na pięcie i spadam stąd. Wiele kwater to istne imprezowanie. Muzyka aż dudni. Tam nie da się spać. W zasadzie to obojętne jak spędzę noc: nie śpiąc i dygocząc w namiocie, czy nie śpiąc przez denerwujący hałas. A w namiocie przynajmniej mam noc gratis. No i jak widać, wyraźnie łatwiej jest mi znaleźć odpowiednie krzaki, niż odpowiedni dach. Jadę jeszcze kawałek. Osiągam Smerek. Schodzę nad rz. Wetlinę. Czy muszę dodawać, że od rzeki ciągnie przenikliwym chłodem? Nie mam już jednak siły na szukanie czegoś lepszego. Po co, skoro to jest wystarczająco dobre?

Mapa:


ZDJĘCIA


Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum