Trans Am Bike Race (3)
Poniedziałek, 4 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 225.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1735m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy budzik dzwoni, w moim schronie jest prawie zupełnie
ciemno. Dostrzegam maleńkie okienko, przez które do pomieszczenia wpada mdła
szarość. Zwijam materac i śpiwór, pakuję graty, jem banana i wychodzę na
zewnątrz. Jest…. zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Okolicę spowija gęsta
mgła, wszystko dookoła ma kolor sino – niebieskawy. Nie wieje, nie pada. Jest
za to przeraźliwie zimno i wilgotno. Temperatura to 5 stopni na plusie.

Ustawiam rower przy tabliczce z nazwą przełęczy i po chwili zaczynam długi zjazd. Jest to najbardziej niesamowity zjazd wyścigu. Widoki jak z innej planety: wyschnięte drzewa, pola lawy. A potem, pośród całej tej gamy szarości, pojawiają się ciepłe barwy – wstaje nowy dzień. Wschód słońca jest magiczny. Jest tak pięknie, że mam w oczach łzy wzruszenia. Jestem tu zupełnie sama. Cały ten wspaniały spektakl jest tylko dla mnie – na wyłączność. Jakże się cieszę, że mogę tu być!

Na zjeździe nie spotykam nikogo. Widzę jedynie z boku drogi rozbity namiot. Obok leży kolarzówka. Chyba ktoś z naszych. Im niżej i im więcej czasu mija od wschodu, tym robi się cieplej. Kiedy docieram do Sisters, jest ładny poranek, coś koło 7.00. Miasteczko jest jeszcze puste. Ostre słońce mocno razi, rozglądam się uważnie za jakimś miłym miejscem, gdzie mogłabym zjeść ciepłe śniadanie. Znajduję. Wbijam się. Jem, ładując elektronikę i piszę parę słów na FB. Przez okno widzę chmury burzowe. Widok jest dziwny. Z jednej strony słoneczny dzień, z drugiej widać, że kroi się coś niedobrego.

Drogom, którymi prowadzi wyścig towarzyszą wygodne, szerokie pobocza. Jedzie się więc przyjemnie i nawet jeśli ruch czasami się wzmaga, nie stanowi to problemu. Dodatkowo udało mi się uporać ze zwiastującym kontuzję bólem kostki. Mogę już normalnie jechać, bez bólu i to mnie bardzo cieszy. Droga jest pagórkowata i krajobraz się zmienia. Nie ma śladu po wielkich lasach, które podziwiałam jeszcze niedawno. Teraz przestrzenie są szerokie, a góry z rzadka porośnięte drzewami. Sprawiają wrażenie wypalonych słońcem.

Przed Mitchell jest duży podjazd – 500 m w górę (Ochoco Pass). A potem jeszcze większy zjazd. Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że Mitchell będzie na końcu tego zjazdu. Tymczasem wszystko co było do zjechania, zjechałam i… znowu zrobiło się przeraźliwie pusto. Niezbyt fajnie dlatego, że w międzyczasie nastało gorąco i powoli kończyło mi się picie. Gdzie to Mitchell?! Ani się spostrzegłam, jak znowu musiałam deptać pod górę. W końcu jednak miejscowość pojawiła się. Jak coś pośrodku niczego. Oaza. To tu miał być punkt wsparcia dla zawodników Trans Am. Miejsce, gdzie można coś zjeść, wypić, a nawet iść spać. W moim przypadku nie było mowy o noclegu, bo dotarłam w środku dnia. Punkt był jednak świetnie przygotowany na przyjazd nocny – przy tabliczce informującej o tym, że to TUTAJ, była ustawiona lampa. Z niemałą ulgą odstawiłam rower i weszłam do budynku. To co tam zastałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Było dużo jedzenia i picia. Jedzenie również w wersji dla tych, co nie lubią mięsa. Makarony, ciasta, napoje zimne i ciepłe. Był nawet fotel do masażu! Posiedziałam tam dłuższą chwilę. Było to kolejne miejsce, gdzie spotkałam ojca i syna (Ben i Graham). Żartowałam sobie nawet z nimi, by jeszcze trochę posiedzieli, bo jak oni pojadą, to i ja będę musiała. Spotkałam tu też Jamesa - długowłosego blondyna z tatuażami i stalowym rowerem.

Tuż przed wyjazdem ludzie z punktu dopompowali mi jeszcze opony dużą, stacjonarną pompką. Teraz mogłam jechać dalej. Za Mitchell był kolejny spory podjazd. Zrobiłam go mając pełny żołądek, w dość dużym cieple. Kiedy późnym popołudniem zameldowałam się na przełęczy Keyes (4369 ft), dojechał James.

Zamieniliśmy kilka słów, po czym rozpoczął się długi zjazd. Przyjemnie. Powietrze zaczęło robić się chłodniejsze. Rozległe pustkowia, szerokie pobocza, drogi bez samochodów, górskie krajobrazy. Ładnie. Był wczesny wieczór gdy dotarłam do John Day Fossil Beds National Monument. Wspaniałe, potężne skały wyrastające po obu stronach drogi.
Wieczorne światła oglądam w Dayville. Jeszcze będąc w Mitchell dowiedziałam się, że można będzie gdzieś tutaj zanocować w kościele Adwentystów. Noc w kościele! To wydaje mi się zupełnie niesamowite! Nigdy dotąd nie spałam w kościele. Jadąc do kościoła mijam domek, przed którym pali się ognisko. Naraz słyszę, że ktoś mnie woła. Przy ognisku siedzą nasi! Są tam między innymi Ben i Graham oraz James. Co za miłe spotkanie! Gospodarze tego miejsca, sympatyczne małżeństwo z małą córeczką, zapraszają na wspólną posiadówę. Dołączam, prosząc o czarną, gorzką, gorącą herbatę. Jest z tym początkowo pewien problem. W Ameryce zwykła herbata nie jest zbyt popularna. Ale ostatecznie udaje im się znaleźć torebkę herbaty. Siedzimy tak rozmawiając i patrząc w ogień. Jest przyjemnie i można na chwilę zapomnieć, że jest to jednak cały czas wyścig. Chwila zapomnienia musi jednak pozostać tylko chwilą….

Nie siedzę długo. Dość szybko jadę do kościoła. To zupełnie blisko. Naciskam klamkę – drzwi ustępują. Kościół rzeczywiście jest otwarty! W środku już ktoś śpi z rowerem. Dobre miejsce. Niezbyt tu podobnie do kościołów jakie znam z Polski. Do części typowo kościelnej przylega salka ze stołami, dużym aneksem kuchennym i z łazienką. Rozkładam materac i śpiwór między stołami. Zasypiam po dłuższej chwili. Spanie z innymi ludźmi nie jest tym co lubię. Chrapanie, które mocno słychać wybudza. A w środku nocy dojeżdża ktoś jeszcze i całe wieki się rozpakowuje szeleszcząc czymś niemiłosiernie.
Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133521
Ciąg dalszy

Ustawiam rower przy tabliczce z nazwą przełęczy i po chwili zaczynam długi zjazd. Jest to najbardziej niesamowity zjazd wyścigu. Widoki jak z innej planety: wyschnięte drzewa, pola lawy. A potem, pośród całej tej gamy szarości, pojawiają się ciepłe barwy – wstaje nowy dzień. Wschód słońca jest magiczny. Jest tak pięknie, że mam w oczach łzy wzruszenia. Jestem tu zupełnie sama. Cały ten wspaniały spektakl jest tylko dla mnie – na wyłączność. Jakże się cieszę, że mogę tu być!

Na zjeździe nie spotykam nikogo. Widzę jedynie z boku drogi rozbity namiot. Obok leży kolarzówka. Chyba ktoś z naszych. Im niżej i im więcej czasu mija od wschodu, tym robi się cieplej. Kiedy docieram do Sisters, jest ładny poranek, coś koło 7.00. Miasteczko jest jeszcze puste. Ostre słońce mocno razi, rozglądam się uważnie za jakimś miłym miejscem, gdzie mogłabym zjeść ciepłe śniadanie. Znajduję. Wbijam się. Jem, ładując elektronikę i piszę parę słów na FB. Przez okno widzę chmury burzowe. Widok jest dziwny. Z jednej strony słoneczny dzień, z drugiej widać, że kroi się coś niedobrego.

Drogom, którymi prowadzi wyścig towarzyszą wygodne, szerokie pobocza. Jedzie się więc przyjemnie i nawet jeśli ruch czasami się wzmaga, nie stanowi to problemu. Dodatkowo udało mi się uporać ze zwiastującym kontuzję bólem kostki. Mogę już normalnie jechać, bez bólu i to mnie bardzo cieszy. Droga jest pagórkowata i krajobraz się zmienia. Nie ma śladu po wielkich lasach, które podziwiałam jeszcze niedawno. Teraz przestrzenie są szerokie, a góry z rzadka porośnięte drzewami. Sprawiają wrażenie wypalonych słońcem.

Przed Mitchell jest duży podjazd – 500 m w górę (Ochoco Pass). A potem jeszcze większy zjazd. Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że Mitchell będzie na końcu tego zjazdu. Tymczasem wszystko co było do zjechania, zjechałam i… znowu zrobiło się przeraźliwie pusto. Niezbyt fajnie dlatego, że w międzyczasie nastało gorąco i powoli kończyło mi się picie. Gdzie to Mitchell?! Ani się spostrzegłam, jak znowu musiałam deptać pod górę. W końcu jednak miejscowość pojawiła się. Jak coś pośrodku niczego. Oaza. To tu miał być punkt wsparcia dla zawodników Trans Am. Miejsce, gdzie można coś zjeść, wypić, a nawet iść spać. W moim przypadku nie było mowy o noclegu, bo dotarłam w środku dnia. Punkt był jednak świetnie przygotowany na przyjazd nocny – przy tabliczce informującej o tym, że to TUTAJ, była ustawiona lampa. Z niemałą ulgą odstawiłam rower i weszłam do budynku. To co tam zastałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Było dużo jedzenia i picia. Jedzenie również w wersji dla tych, co nie lubią mięsa. Makarony, ciasta, napoje zimne i ciepłe. Był nawet fotel do masażu! Posiedziałam tam dłuższą chwilę. Było to kolejne miejsce, gdzie spotkałam ojca i syna (Ben i Graham). Żartowałam sobie nawet z nimi, by jeszcze trochę posiedzieli, bo jak oni pojadą, to i ja będę musiała. Spotkałam tu też Jamesa - długowłosego blondyna z tatuażami i stalowym rowerem.

Tuż przed wyjazdem ludzie z punktu dopompowali mi jeszcze opony dużą, stacjonarną pompką. Teraz mogłam jechać dalej. Za Mitchell był kolejny spory podjazd. Zrobiłam go mając pełny żołądek, w dość dużym cieple. Kiedy późnym popołudniem zameldowałam się na przełęczy Keyes (4369 ft), dojechał James.

Zamieniliśmy kilka słów, po czym rozpoczął się długi zjazd. Przyjemnie. Powietrze zaczęło robić się chłodniejsze. Rozległe pustkowia, szerokie pobocza, drogi bez samochodów, górskie krajobrazy. Ładnie. Był wczesny wieczór gdy dotarłam do John Day Fossil Beds National Monument. Wspaniałe, potężne skały wyrastające po obu stronach drogi.
Wieczorne światła oglądam w Dayville. Jeszcze będąc w Mitchell dowiedziałam się, że można będzie gdzieś tutaj zanocować w kościele Adwentystów. Noc w kościele! To wydaje mi się zupełnie niesamowite! Nigdy dotąd nie spałam w kościele. Jadąc do kościoła mijam domek, przed którym pali się ognisko. Naraz słyszę, że ktoś mnie woła. Przy ognisku siedzą nasi! Są tam między innymi Ben i Graham oraz James. Co za miłe spotkanie! Gospodarze tego miejsca, sympatyczne małżeństwo z małą córeczką, zapraszają na wspólną posiadówę. Dołączam, prosząc o czarną, gorzką, gorącą herbatę. Jest z tym początkowo pewien problem. W Ameryce zwykła herbata nie jest zbyt popularna. Ale ostatecznie udaje im się znaleźć torebkę herbaty. Siedzimy tak rozmawiając i patrząc w ogień. Jest przyjemnie i można na chwilę zapomnieć, że jest to jednak cały czas wyścig. Chwila zapomnienia musi jednak pozostać tylko chwilą….

Nie siedzę długo. Dość szybko jadę do kościoła. To zupełnie blisko. Naciskam klamkę – drzwi ustępują. Kościół rzeczywiście jest otwarty! W środku już ktoś śpi z rowerem. Dobre miejsce. Niezbyt tu podobnie do kościołów jakie znam z Polski. Do części typowo kościelnej przylega salka ze stołami, dużym aneksem kuchennym i z łazienką. Rozkładam materac i śpiwór między stołami. Zasypiam po dłuższej chwili. Spanie z innymi ludźmi nie jest tym co lubię. Chrapanie, które mocno słychać wybudza. A w środku nocy dojeżdża ktoś jeszcze i całe wieki się rozpakowuje szeleszcząc czymś niemiłosiernie.
Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133521
Ciąg dalszy
komentarze
Przyjemności dawkowane z umiarem smakują doskonale. Aż się boję, co będzie jak skończysz pisać.
yurek55 - 15:25 środa, 22 sierpnia 2018 | linkuj
Momentami bardzo wzruszające... Ależ mi to smakuje! :)
koszmar67 - 23:30 wtorek, 21 sierpnia 2018 | linkuj
Od ostatniego odcinka czekałem na tę chwilę, nie nudząc się. Kocia czytelnia to świetny sposób
na czekanie. Polecam. Dużo niezwykłości i wrażeń których nie doświadczam innymi sposobami.
Warto było czekać na kolejną część wielkiej przygody.W oczekiwaniu na następną, zaszywam się w Kociej Czytelni.
Pozdrowienia Kocie. lutra - 20:26 wtorek, 21 sierpnia 2018 | linkuj
na czekanie. Polecam. Dużo niezwykłości i wrażeń których nie doświadczam innymi sposobami.
Warto było czekać na kolejną część wielkiej przygody.W oczekiwaniu na następną, zaszywam się w Kociej Czytelni.
Pozdrowienia Kocie. lutra - 20:26 wtorek, 21 sierpnia 2018 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!





