Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Czerwiec, 2018

Dystans całkowity:5782.80 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:44351 m
Suma kalorii:1712 kcal
Liczba aktywności:29
Średnio na aktywność:199.41 km
Więcej statystyk

Trans Am Bike Race (29)

Sobota, 30 czerwca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 131.60 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1792m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od rana góry, Apallachy. Gdyby nie psy, bieda i brud, to byłoby tu tak cudownie! Jest zielono, bardzo zielono, w tej zieleni góry wyglądają wprost przepięknie. Dziś zgubiłam krem przeciwsłoneczny, nowy - wczoraj kupiony. Już mam nowy. Niestety jestem dość mocno opalona. Nie lubię opalenizny, nie podoba mi się ona, w mojej opinii wygląda mało estetycznie. Wolę bladą skórę, bladą karnację i mimo, że dużo jeżdżę na rowerze, cały czas staram się dbać, by nie złapać zbyt dużo opalenizny. Tu, podczas jazdy w wyścigu, nie zawsze jestem w stanie odpowiednio zadbać o skórę. Więc jestem opalona i wyglądam przez to strasznie. Wszystko do siebie pasuje, bo jadę również strasznie. Powoli.



Od paru dni mam narastające problemy ze skórą. W panujących tu gorączkach oraz bardzo wysokiej wilgotności powietrza, coś dziwnego zaczęło się dziać ze skórą na brzuchu i klatce piersiowej. Pojawiły się zaczerwienienia, które przekształciły się w krwawiące ranki. Ranki te w kontakcie z koszulką kolarską pieką, szczypią. No generalnie, dokuczają. Dokucza też ranka otarciowa na tyłku. Czyszczę ją na noc, a za dnia mocno smaruję kremem i masakruję kolejnymi kilometrami po górach i w upale. Krew miesza się z kremem, ale dzięki kremowi przynajmniej jest znośnie i nie boli zbytnio. Da się przeżyć. Krem dokupiłam dziś nowy, w aptece. Spotkałam akurat grupkę miejscowych szosowców, którzy w tym czasie popilnowali mi rower. Jeszcze tylko wspólna fotka i w drogę!

Popołudniem zrobiło się gorąco: 38 stopni i pełne słońce. Do tego duże podjazdy w tym skwarze. Mój organizm nie wyrabia w takim upale. Podjazd przed Buckhorn męczyłam na raty. Do Buckhorn dotarłam ledwo żywa. A tam... sklepik, w którym śmierdziało stęchlizną. Było tam chyba tylko jedno jedyne okno, bo w środku panował półmrok, drzwi otwarte na oścież. Brak klimatyzacji. Strach było cokolwiek dotknąć, miałam wrażenie, że wszystko jest tu brudne, wilgotne i oblepione kurzem. Wziąłem napój i lody. Najgorsze lody w moim życiu. Prawie niejadalne, nie zdołałam się przemóc i zjeść całej porcji. Lody jadłam w cieniu, na ławce pod sklepem, pocąc się niemiłosiernie od samego tylko siedzenia. Kiedy wstałam z drewnianej ławki, zobaczyłam, że pozostała po mnie duża mokra plama. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek w życiu była aż tak spocona w warunkach naturalnych (sauny nie liczę). Zażenowana tym widokiem, czym prędzej wsiadłam na rower i uciekłam.



Późnym popołudniem dotarłam do Chavies. Na stacji zrobiłam drobne zakupy, potem jadąc przez tę niewielką miejscowość wypatrzyłam pocztę. Zdumiewające! Na moim wykazie poczt tej poczty nie miałam! Weszłam do środka. Wspaniale! Są gniazdka elektryczne do podładowania elektroniki, na podłodze leży dywan, a światło (co rzadkie) da się zgasić! Ta poczta mogłaby być genialną miejscówką na nocleg. Ale nie jest. A to dlatego, że nie ma tu klimatyzacji. W dodatku okna są nieotwieralne. Jest nieprzeciętnie duszno. Temperatura przekracza 30 stopni.



Pocę się od samego tylko leżenia. To bez sensu. Wychodzę i jadę kilkadziesiąt metrów dalej, pod kościół. Kościół jest zamknięty, rozbijam więc namiot na jego tyłach. Samą tylko sypialnię, bez tropiku. Jak gorąco!



Widzę jak drogą jedzie dwóch zawodników. Ich migające tylne lampki. Ten widok doprowadza mnie do rozpaczy. Ta tropikalna pogoda kompletnie mnie rozwala. Na nic nie mam siły. Zasypiam w złym nastroju. Przebyłam dziś zaledwie 131 km, a ujechałam się okrutnie.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (28)

Piątek, 29 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 186.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2107m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Życie poczty zaczyna się czasem bardzo wcześnie. Tutaj jest to 4 nad ranem – o tej godzinie przychodzi dostawca gazet i mnie budzi swoim wejściem. A skoro już otwarłam oczy, to zaczynam się zbierać do wyjazdu. Przed 5 już jestem na rowerze. Zmieniłam strefę czasową – o 5 rano jest tu kompletnie ciemno. W tych ciemnościach robię podjazd, by wrócić na trasę. Gdy jestem na trasie, nadal jest ciemno. Wtedy właśnie spotyka mnie najgorsza przygoda z psem podczas całego wyścigu: bez żadnego ostrzeżenia, szczekania, czy choćby warknięcia, dolatuje do mnie bydlę wyglądające jak amstaf. Wydzieram się przerażona i wtedy ten pies na chwilę głupieje, a ja zyskuję cenny ułamek sekundy na potraktowanie go gazem na niedźwiedzie i ucieczkę. Cała się trzęsę z nerwów po tej akcji i długo nie mogę dojść do siebie.

Kiedy później, podczas jedzenia, otwieram Internet i widzę, że znajomi zaczęli niby żartobliwie wysyłać mi zdjęcia różnych psów, naprawdę się wściekam! Co za brak taktu, wyczucia i zrozumienia! Piszę więc na FB ostrzeżenie dla wszystkich tych żartownisiów, by nie wysyłali mi zdjęć żadnych kundli, bo będę usuwać ze znajomych.



Potem jest normalna jazda. Psy raz po raz się pojawiają, ale już nie tak groźnie jak ten poranny. Dzień zrobił się ładny, nie tak gorący jak wczoraj, więc wilgotność powietrza tak nie przeszkadza. Po przejechaniu 111 km, o godz. 14 docieram do Burgin i udaje mi się tu zjeść dobrą pizzę.



Za Burgin droga to wznosi się, to opada. Podjazdy i zjazdy nie są długie, jest za to ich sporo. Dłuższa górka do zdobycia pojawia się dopiero w lesie, na dojeździe do drogi nr 563. To na tej górce atakuje mnie mocno agresywny pies. Mam dużo szczęścia, bo tą wąską drogą jedzie akurat samochód. Kierowca widząc rozwścieczonego psa, zaczyna zajeżdżać mu drogę. Robi to bardzo skutecznie. Pies próbuje skakać na samochód, ale karoseria samochodu to materiał nie do ugryzienia. W tym czasie udaje mi się zwiać.
Przy drodze nr 563, na którą wkrótce wyjeżdżam, czeka mnie miła niespodzianka. Po prawej stronie szosy jest gospodarstwo. Jego właściciel kibicuje wyścigowi i gości zawodników. Najfajniejsze jest to, że do drewnianego domu przyklejona jest kabina prysznicowa. Z ciepłą wodą zasilaną panelem solarnym. Udaje mi się więc (w końcu!) wziąć prysznic. Woda leci wprost gorąca, co w połączeniu z upałem czyni piorunującą mieszankę.



Właściciel opowiada o zawodnikach, których miał okazję gościć. Z prysznica, podczas jednej z poprzednich edycji, korzystała m.in. Sarah Hammond! Ona akurat dotarła tu po ciemku. U mnie wypadło późne popołudnie. W międzyczasie przyjeżdża żona właściciela gospodarstwa. Dostała informację, że jestem kolejną uczestniczką TABR, która właśnie tu dotarła i na tą okoliczność załatwiła z miasta pizzę. Pogadaliśmy trochę o wyścigu oraz największej zmorze – psach. Mówią zgodnie, że Kentucky, zwłaszcza wschodnie Kentucky, to biedny stan i dlatego ludzie mają psy. Psy jako zabezpieczenie dobytku, alarm przeciwko złodziejom, psy, których jest za dużo. Umyta i najedzona, z nowymi siłami ruszyłam przed siebie.

Wschodnie Kentucky i jego psy - to jeszcze przede mną. Wszystko ma się zmienić za miastem. Za Bereą. Przyjdą dłuższe i ostrzejsze podjazdy oraz więcej psów. Berea to niepisana granica między zachodnim a wschodnim Kentucky.
Po pizzy i prysznicu oraz miłym odpoczynku mam jeszcze 18 mil do Berea. Na dojeździe do miasta spotykam kolejną osobę, która na mnie czeka. To Paul Wells, który poza tym, że kibicuje TABR, jest również miłośnikiem starych rowerów, które poddaje renowacji. Stoi samochodem na szczycie górki. A w samochodzie ma jedzenie i picie. Dużo jedzenia i picia. Miłe jest to spotkanie.



Kiedy wjeżdżam do miasta, jest już po zachodzie słońca.



Szybko robi się ciemno. Po ciemku lokalizuję pocztę, zjeżdżając nieco z trasy.



Miasto jest duże, więc i poczta duża. Idę spać.



Zasypiając myślę o tym, co będzie jutro. Jutro wjadę we wschodnie Kentucky.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (27)

Czwartek, 28 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 169.80 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1576m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od samego rana czuję się niemożliwie zmęczona. Może to dlatego, że w nocy bardzo słabo spałam. Świadomość, że każda przechodząca ulicą osoba widzi mnie sprawiła, że mój sen był przerywany i wyjątkowo niespokojny. Od samego rana jest też gorąco i wilgotno. Na wyjeździe z Whitesville, mimo wczesnej pory, zauważam czynną knajpę.



Od razu jest mi jakoś tak lepiej, bo wygląda na to, że zacznę ten dzień od dobrego śniadania. Szyby baru są całe zaparowane. Wilgoć wdziera się dosłownie wszędzie. W środku siedzi przy dużym stole kilku mężczyzn. Mają kowbojskie kapelusze i, jedząc śniadanie, wesoło oraz głośno gadają. Biorę danie i siadam przy jednym z wielu wolnych stolików.



Kiedy kończę posiłek, wchodzą dwaj zawodnicy wyścigu – ci sami, których wczoraj spotkałam na poczcie i którzy poszli spać pod kościół. Po ich twarzach widzę, że też są zmęczeni i raczej nieweseli. Życzę im smacznego i wychodzę.
Powietrze jest gorące i wilgotne. Nie ma czym oddychać. W Polsce takich warunków nigdy nie doświadczyłam. One u nas po prostu nie występują.



Mieszanka jest to okropna. Ma się wrażenie, że w tym wilgotnym powietrzu można się utopić. Kiedy tak jadę w pełnym słońcu oraz wysokiej wilgotności, zauważam biały kościółek. Wreszcie trochę cienia! Zajeżdżam tam i na chwilę kładę się pod drzwiami. Nie oddycham normalnym powietrzem, lecz jakąś zupą.



Pod koniec dnia mijam podtopione tereny. Widać, że chyba są to pozostałości po powodzi. Pola pod wodą, łąki pod wodą. Woda podchodząca pod ulicę.
Na noc odbijam trochę od trasy i jadę do New Haven na pocztę spać. Tuż przy poczcie jest duża stacja BP. Robię tam zakupy i spotykam miłego człowieka, który proponuje, że w tych zakupach mi pomoże. Jest kibicem wyścigu i z radością kupuje mi trochę jedzenia. Zaprasza też do swojej pizzerii na pizzę, ale pechowo akurat zupełnie nie jestem głodna.



Poczta jest niezbyt duża, ale zakamarkowa. Kończę ten niezbyt łatwy dzień. Dziś raczej pełzłam, niż jechałam. O psach – nawet szkoda gadać…
Przed zaśnięciem odkażam jeszcze małą rankę, która zrobiła mi się na tyłku od ciągłej jazdy. Czyszczę z krwi i pozwalam przez te parę godzin snu się goić. Jutro rano nałożę grubą warstwę kremu i będę jechała dalej.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (26)

Środa, 27 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 215.50 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2202m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano pobudka wcześniej niż zwykle. Cały czas w pośpiechu. Mam ok. 30 km do Elizabethtown.



Kiedy już tam docieram, biorę dobre śniadanie i pędzę na prom na rzece Ohio. Na prom muszę chwilkę poczekać. Nawet się cieszę – przynajmniej mogę nieco odpocząć. Siedzieć kilka minut w bezruchu, bez żadnych wyrzutów sumienia.



Siedzę na ziemi, obok stoi rower i czekam.
Rzeka jest ogromna. Kiedy już płyniemy, patrzę na jej wody. Są to wody bardzo mętne, mające kolor kawy mocno zabielonej mlekiem. Nurt niesie gałęzie, a nawet duże drzewa. Myślę sobie, że musi tu pewnie być głęboko. Prom lekko buja i robi mi się niedobrze.



Z ulgą więc wysiadam na drugim brzegu. Krótko po przeprawie mijam tablicę stanową – wjeżdżam do stanu Kentucky. Stanu owianego złą sławą, ze względu na psy. Hmm... to może być jeszcze gorzej?



Wyjazd ze stanu Illinois nie oznacza, że skończą się burze. Illinois zapamiętam jako stan ciągłej burzy. Jednej za drugą, jednej przechodzącej w drugą. Teraz, na wjeździe do Kentucky, goni mnie znowu burza. Na moment chowam się pod chatką pilotów. Jednak początkowo burza nie jest tak silna i gwałtowna, więc ruszam. I to był błąd... W Marion zatrzymuję się w McDonald. Stała jakość. Nie muszę się zastanawiać co zamówić. Idzie szybko.

Jest deszczowo, burzowo i ciepło. Bardzo duża wilgotność powietrza. Jeśli chodzi o psy, to sposób mam jeden. Bardzo uważnie oglądam wszystkie posesje. Gdy widzę, że pies szykuje się do ataku, to się zwykle zatrzymuję (choć na stromych zjazdach się nie da!!!). To na ogół pomaga. Jak nie pomaga, to psikam w nie gazem na owady, a dalej gazem na niedźwiedzie. Nic się nie zmieniło, nie lubię psów. Żadne inne zwierzęta domowe nie są tak agresywne i napastliwe. Lubię za to koty. Dziś spotkałam jednego. W rowie, przy drodze, przed Sebree. Mały kotek z zakrwawionym noskiem.



Czas! Jestem tu na wyścigu!
Dlaczego akurat mi trafia się akcja z małym kotem potrzebującym pomocy? Odstawiam rower i wyjmuję z rowu tego kota. Trochę mnie ofukał, ale to nic strasznego. Idę z nim do pierwszego najbliższego domu. Jakieś 200 m spaceru i przekazuję miłemu panu, który kręcił się po obejściu.



Potem są górki i deszcze. Mniejsze stromizny, więc da się normalnie jechać.



Pod wieczór mała przygoda na stacji. Zacięły się drzwi od toalety i nie mogłam wyjść! Waliłam ręką w drzwi i wolałam o pomoc. W końcu ktoś przyszedł i mnie uwolnił. Potem szarówka zamieniła się w nocną jazdę do Whitesville. W małych miejscowościach jest dziwnie. Nie ma lamp ulicznych. Są domki i ciemna ulica. Nic nie widać. Nie widać psów, a one przecież są i czasem wylatują, by atakować. To takie irytujące! Poczta w Whitesville jest okropna. Mała i ciasna, żadnych zakamarków, przez przeszklone drzwi wszystko widać. Każdy idący sobie ulicą widzi całe wnętrze tej poczty. No ale nic lepszego tu nie ma. Na myśl o jeździe dalej i kolejnych kilometrach nerwówki, czy z ciemności nie wyleci jakiś wstrętny, agresywny kundel, mam dość. Dziś już dalej nie pojadę.



Na chwilę dołącza tu do mnie 2 chłopaków z wyścigu. Kręcą nosami, że poczta beznadziejna. To fakt, mają rację. Wolą więc iść spać pod kościół – tu ładują jedynie przez jakiś kwadrans elektronikę. Cieszy mnie to. Wolę być na poczcie sama.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (25)

Wtorek, 26 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 164.10 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1618m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ładna, zabytkowa poczta okazała się dodatkowo spokojna, nikt nocą nie przyszedł po listy.



Rano duchota, burza wisi nade mną. Ile sił w nogach jadę do Campbel Hill. Chmura burzowa wygląda przerażająco.



Udaje mi się zdążyć przed nawałnicą w ostatniej chwili.



Leje tak, że wszystko za oknem jest sine. Ulica stoi w wodzie, wszystko spływa. Samochody zatrzymują się. Nieliczni kierowcy decydują się jechać, raz po raz widzę przez okno stacji, na którą udało mi się wbić, jadący powolutku samochód.



Ostra ulewa towarzysząca burzy trwa ponad godzinę. Potem… nadal jest burza, ale już nie tak gwałtowna, więc decyduję się jechać. Przez 30 km, w burzy, jadę do Murphysboro.
Tego dnia są jeszcze 2 burze. Jedną przeczekuję na dużej stacji w Goreville. Ta sama sytuacja: z nieba leje się strumień wody, wieje silny wiatr i wszystkiemu towarzyszy mega burza. Gdy mija pierwsze, najcięższe uderzenie, ruszam. Kolejna burza łapie mnie pośrodku niczego: przed sobą widzę oddalające się chmury minionej burzy, natomiast za mną robi się dziwnie ciemno. To dziwne, to jeszcze nie wieczór. Gdy odwracam się, wszystko staje się jasne. Za mną pędzi chmura burzowa szeroka na całe niebo. Niebo jest granatowo-sine. Wygląda to strasznie.



Nie ma gdzie się schować przed tą katastrofą. Chociaż… zaraz! Jadę właśnie jakimś wiaduktem kolejowym. Jedyny pomysł to wejść pod wiadukt. Widać, że trwają tu jakieś roboty – przy torach stoi ciężki sprzęt budowlany. Jednak teraz, wieczorem, nikogo tu nie ma. Biegnę z rowerem po kamieniach na dół. A oto jest i toaleta przenośna! Z lekką niepewnością otwieram drzwiczki. To nowa kabina, w środku jest zupełnie czysto. To idealna miejscówka, by przetrzymać główne uderzenie nawałnicy. Rower niestety zostaje na zewnątrz i otrzymuje solidny prysznic prosto z nieba. Kiedy najgorsze mija, na zewnątrz jest już głęboka szarówka. Pada deszcz. Pada w sposób normalny – nie jest to już ściana wody, a ulicami nie płynie rzeka. Jadę po ciemku i w deszczu do Eddyville, na pocztę, spać. Na drodze skacze pełno małych żabek. Jest mgła. W powietrzu latają świetliki.
Jest nastrojowo jechać w tym deszczu i ciemności.



Na poczcie w Eddyville urządzam wielkie suszenie. Ubrania mam mokre od deszczu. Mokre są też buty. Nie pachnie to wszystko zbyt pięknie, więc jestem szczęśliwa, że podczas całego mojego pobytu na tej poczcie nikt nie przychodzi po przesyłki.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (24)

Poniedziałek, 25 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 175.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1939m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano budzę się w nieco lepszym stanie. Odczyn po użądleniu zmalał, uczucie ogólnego rozbicia też uciekło. To bardzo dobrze, dzięki temu mam w sobie energię do zmagań z pagórami Missouri. Poranek jest mglisty i parny. Nie są to łatwe warunki do jazdy.



Coraz większym problemem stają się biegające luzem psy. Psy gonią, atakują. Generalnie prawie wszystkie są agresywne i trzeba się przed nimi bronić. Okazuje się, że najlepszą obroną jest psikanie w nie gazem lub zatrzymanie się. Wtedy odpuszczają. Psie sytuacje kosztują dużo nerwów, odbierają też radość z jazdy. Każdy przejazd przez miejscowość związany jest z ryzykiem spotkania wrednego psiura lub całej psiurskiej sfory. Po wczorajszej akcji, gdy zaatakowało mnie aż 6 psów podobnych do pitbulli, serdecznie znielubiłam psy. Pies to nie jest przyjaciel człowieka. Pies to PROBLEM!!! Poza tym cały czas jest stromo pod górę, albo stromo w dół. W tych warunkach szybkie zatrzymanie się, by pies odpuścił atak, nie zawsze jest wykonalne. W każdym razie ciągła czujność i stres przy każdym wjeździe do miejscowości są męczące.



Podczas krótkiego odpoczynku przy drodze, mija mnie dwóch chłopaków na rowerach. Siedzę akurat oparta o barierkę drogową i jem chipsy. Zatrzymują się i chwilę gadamy o wyścigu. Oni jadą jego trasą. Do granicy ze stanem Illinois jeszcze jakieś 100 km. Mówią, że jeśli idzie o stromizny, to Missouri jest najcięższym stanem. Uśmiechając się krzepiąco dodają, że wkrótce będę mieć to już za sobą. Czyli wkrótce będzie lepiej! Uśmiecham się również. W głowie mojej siedzi jednak myśl, wspomnienie spotkania z dziewczynami na wyjeździe z Kansas – one mówiły, że w Missouri jest ciężko, natomiast najciężej jest na końcu, w Virginii.



Nie dumam zbyt długo. Kolejny podjazd sprawia, że myśli uciekają i zastępuje je swojska pustka w głowie. Skupienie wyłącznie na jeździe i otaczającej rzeczywistości. Lubię ten stan.
Do granicy stanów dojeżdżam wieczorem. Końcówka to były w większości zjazdy, a przed samą granicą zrobiło się w zasadzie… płasko. A to niespodzianka! Wreszcie mogłam porządniej depnąć. Jeszcze tylko szybkie zakupy wieczorne na stacji i już pędzę na spotkanie z Illinois. Na plecach mam burzę. Grzmi i niebo wygląda złowrogo. Jednak nie pada. Na rzece Missisipi most jest w remoncie. Ruch wahadłowy. Jadę w sznurze samochodów. Widoki są super, jednak nie sposób się tu zatrzymać na zdjęcie – nie ma gdzie i jak. Wyciągam aparat i szybko pstrykam jedną jedyną fotkę podczas jazdy. Wychodzi nieco krzywo, ale nieważne. Mam pamiątkę!
W narastającym zmroku melduję się pod tablicą stanową z napisem Illinois.



Robię fotkę i zaczynam podjazd znad rzeki. Podjazd jest stromy i długawy. Jakoś tak dziwnie przypomina to co było w Missouri. Szybciej, szybciej – myślę – burza goni. W końcu dotaczam się do centrum miejscowości Chester. Jest tu piękna, stara poczta. Czas na sen.



Burza już nie martwi mnie.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (23)

Niedziela, 24 czerwca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 148.60 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1880m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Poranek nie jest czysty. Na niebie widać niewesołe chmury i wszystko wskazuje na to, że „coś z tego będzie”. Powietrze szybko robi się duszne i ciężkie, aż w końcu za Houston (32 km dzisiejszej trasy) łapie mnie deszcz, a potem burza z ulewą. Jest za to ciepło i nie wieje.



W takich deszczowo-burzowych warunkach przemierzam ok. 40 km do Summersville. Tam zjadam obiad i w przelotnych deszczach lecę do Eminence.



Za tą miejscowością zaczyna się ciężki odcinek z wieloma ściankami po naście procent. Niektóre wpycham, bo za ciężko jest jechać. Chwilami zastanawiam się nawet nad tym co ja robię na tak ciężkim wyścigu. Bo to cały czas jest wyścig. Niezależnie od tego, czy idę, czy jadę. W końcu osiągam Ellington. Po prawie 30 km ciągłych ścian. Masakra. Zaraz potem łapię się jednak na myśli o tym, że właśnie spełniam swoje marzenie, że jestem tu z własnej woli, chcę tu być oraz, że przyjedzie dzień gdy, już po zakończeniu wyścigu, będę sama zazdrościła sobie z tych dni. Uśmiecham się. To cudowne, że tu jestem. Że mam tę możliwość uczestniczenia w wyścigu.

Ellington to dziura zabita dechami, miejscowość wygląda tak, jakby wszyscy z niej uciekli. Pusto. Ale ponoć jest tu poczta. Teoretycznie mogłabym jechać dalej, ale kilka dni temu jakaś dziwna muszka ugryzła mnie nieco poniżej szyi. Akurat dziś z tej okazji zaczął się powiększać odczyn uczuleniowy. Tradycyjnie obrzęk, zaczerwienienie, swędzenie i uczucie ogólnego rozbicia. Najchętniej poszłabym spać do hotelu, bo jest tu hotel, ale niestety finansowo nie stać mnie na ten luksus. Krążę więc chwilę po Ellington, szukając poczty. W końcu jedna z mieszkanek podpowiada gdzie ta poczta jest. Jadąc zgodnie z jej wskazówkami, trafiam bez pudła. Obok jest kościół. Kościół to zawsze lepsza miejscówka od poczty. Przede wszystkim dlatego, że w nocy można sobie zgasić światło. No i nikt nie przyjdzie, by odebrać przesyłkę. Niestety kościół jest zamknięty. Pogoda znowu się psuje i zaczyna padać deszcz. Chowam się więc szybko na poczcie.



Kiedy jestem już zakopana w śpiworze, wchodzi mocno zarośnięty, brodaty mężczyzna. Odbiera list i chwilę ze mną gada. Zaprasza nawet do domu, na normalny nocleg do swojej rodziny, ale ja nie mam już siły, by wszystko zwijać i iść. Jedyne o czym marzę, to sen.

mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (22)

Sobota, 23 czerwca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 149.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1906m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
W nocy, o ironio, spałam słabo. Moje serce pracowało dziwnie i nie pozwoliło na spokojny sen.
Ranek jest więc jakiś taki byle jaki. Czuję się zmęczona. Plączę się po kuchni i pokoju. Jem, piję, pakuję klamoty na rower i… zmuszam się do wyjścia na zewnątrz. Pogoda jest piękna, ale trasa jest trudna. Wykres wysokościowy nie kłamie – tu jest ścianka za ścianką. Ostry podjazd się kończy i zaraz zaczyna się równie ostry zjazd. Nie ma czasu, ani możliwości, by robić więcej zdjęć podczas jazdy, jedno albo dwa muszą wystarczyć. Tu cały czas trzeba być skupionym i dawać z siebie wszystko.



Po 76 km bardzo interwałowej jazdy docieram do Marshfield. W sumie więcej było pod górę, niż w dół. Na tym odcinku zrobiłam 1087 m pionu. Pora coś zjeść, trafia się McD, więc jest super. Biorę jak zwykle zestaw frytki + Fish burger.



Zjadam z apetytem, jednocześnie odpoczywając od stromych ścianek i gorąca. Kiedy kończę, podchodzi do mnie nieznajomy. Pyta, czy jestem jedną z tych osób, które jadą rowerem przez całą Amerykę. Wyścig jednak jest znany. Potwierdzam. Pan kładzie mi na tacce 20 USD i mówiąc: „be safe”… ucieka. Stan mojego konta bankowego uszczupla się szybciej niż bym chciała, dlatego cieszy mnie ten niespodziewany, miły gest. Potem w ślady tego pana idą moi kibice z Polski. To piękne i wzruszające. Wreszcie nie muszę rozcieńczać izotoników wodą!

Dalsza droga to niekończące się górki, po około 50 km docieram do Hartville. Udaje mi się tutaj znaleźć miłe miejsce, gdzie mimo późnego popołudnia, zjadam pyszne danie śniadaniowe. Z nowymi siłami jadę do Graff. Wg rozpiski ma być tutaj poczta. Budynek pocztowy rzeczywiście jest. To mała poczta, wszystko wygląda dobrze. Jednak gdy naciskam klamkę, okazuje się, że drzwi są zamknięte na klucz. Z noclegu nici.

Rozczarowana jadę dalej. Docieram do Bendavis. Poczty co prawda tu nie ma, ale jest… Kościół Baptystów. Budynek jest duży. No i nie jest tu pusto. Przy wejściu kręcą się kobieta i mężczyzna. Szybko mnie zauważają, zaczynamy rozmawiać. Mówią, że co prawda w kościele nie można spać, ale mogę rozbić namiot w przykościelnym ogródku, a potem przyjść do kościoła na kolację. Rozbijam więc namiot w zapadających ciemnościach. Kiedy wszystko już prawie jest gotowe, Toni wychodzi z kościoła i mówi, że rozmawiała z pastorem i mogę jednak spać w kościele. Zwijam więc szybko namiot i ładuję się do środka.



Wraz z Toni i jej mężem zjadam kolację, a potem zasypiam w kościele. Dziś przejechałam jedynie 150 km. To bardzo mało. Ciężka poprzednia noc z dziwnymi problemami sercowymi, późny wyjazd z Ash Grove, wymagające ukształtowanie terenu i upał zrobiły swoje.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (21)

Piątek, 22 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 174.50 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 932m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Gdy wychodzę z poczty, jest już jasnawo. Niebo pełne chmur, ale domyślam się, że będzie jak co dzień: gdy tylko słońce wyjdzie wyżej, chmury wyparują. No i tak się dzieje.



Każdy ze stanów, przez które dotąd jechałam, był inny. Bardzo często po przekroczeniu granicy między stanami wszystko się diametralnie zmieniało. Teraz też tak będzie: krajobraz już kilkadziesiąt km przed granicą, zaczyna się robić inny: pojawiają się drzewa, zieleń – coś czego dawno nie było. Po 64 km docieram do Pittsburga. Odwiedzam sklep z kosmetykami, bo właśnie kończy mi się krem przeciwsłoneczny. Bardzo nie lubię być opalona, a tu słońce praży niesamowicie mocno i jeśli nie chce się spalić skóry, to trzeba ją mocno smarować. Potem lokalizuję sklep rowerowy. Przerzutki działają bardzo średnio, a płaskości właśnie się kończą. Wraz z wjazdem do stanu Missouri zaczną się bardzo wymagające wzgórza. W sklepie spotykam innego zawodnika TABR. Ma poważny problem z kołem. Jestem więc następna w kolejce.



Czekam bardzo długo, bo naprawa awarii koła okazuje się czasochłonna. Czekając wybieram się nawet na pocztę, by wreszcie odesłać grube ubrania do Polski. Gdy wracam, nadal… czekam i końca tego czekania nie widać. Tracę powoli cierpliwość. Ja tu jestem na wyścigu, a nie na wczasach pod gruszą! Spieszy mi się i jestem coraz bardziej zdesperowana. Myślę nawet, czy nie jechać dalej. Na szczęście nie popełniam tego błędu. Powściągam w sobie całą gwałtowność, która wprost kipi pod skórą. Mój rower, wzięty na warsztat, wymaga solidnej regulacji. Sama bym sobie z tym nie poradziła – trzeba nawet ciąć osłonkę linki. Dużo roboty. Wreszcie jednak rower działa jak należy (i będzie działał nienagannie aż do końca wyścigu). Dodatkowo kupuję jedną lekką oponę zwijaną – jako zapas. Moje już są zużyte. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy opona uszkodzi się na tyle, że nie da się jechać, a ja będę na to nieprzygotowana. Wyregulowana i obkupiona idę na szybki makaron z sosem pomidorowym i jadę! Wreszcie mogę jechać!



Niecałe 10 km dalej opuszczam Kansas i wjeżdżam do Missouri. Na granicy stanów spotykam kilka dziewczyn na kolarzówkach. Częstują mnie winogronami i mówią, że jadą trasą TABR, ale w odwrotną stronę. Opowiadają pokrótce, że zaraz zacznie się rzeźnicki etap wyścigu, który… w sumie potrwa aż do samego końca. Jadę. Z lekką niepewnością myślę o ich słowach. Co one miały na myśli? Czy faktycznie będzie tak strasznie, że będzie trzeba pchać rower? Zerkam na wykres wysokościówki dla stanu Missouri. No cóż… wygląda co najmniej soczyście…



Górek jest coraz więcej i bywają coraz bardziej strome. Jednak prawdziwa zabawa zaczyna się za Golden City: ścianka w górę – ścianka w dół. To konkretna praca nie tylko dla nóg, ale też dla dłoni, które cały czas muszą zmieniać przełożenia. W duchu gratuluję sobie, że odczekałam swoje i dałam wyregulować rower. Bez sprawnie działających przerzutek lepiej nie wjeżdżać do Missouri! Widoki są zupełnie niezwykłe. Czasem słabo mi się robi, gdy widzę wyłaniającą się zza zakrętu kolejną ścianę. Droga jest kręta i najeżona podjazdami. Zupełnie inna charakterystyka trasy niż w Kansas, gdzie szosa była płaską i prostą kreską.

Missouri jest jak prawdziwe życie: dużo zakrętów i często pod górę. Za kolejnym zakrętem – kolejna góra. Są też zjazdy i wtedy jest przyjemnie, ale jak każda przyjemność – trwają tylko przez chwilę. Co jest za następnym zakrętem? Raczej następna ściana… chociaż może zamiast ściany czeka… coś wspaniałego.

Mocno interwałowo. I tak aż do Ash Grove. To szczególne miejsce, bo mieszkają tu Wendy i Mike Davis. Obydwoje bardzo kibicują wyścigowi od lat i mogą pochwalić się tym, że bardzo wielu z nas gościli u siebie. Wiem o nich z FB i wjeżdżając do miasteczka jestem bardzo ciekawa, czy dane będzie mi ich spotkać. Udaje się! Mike czeka na mnie na skrzyżowaniu w centrum. Ma ze sobą kanapki i picie, które specjalnie dla mnie przygotowali. Czuję wzruszenie. Chwilę gadamy, gadam i jem jednocześnie. Jest wczesny wieczór, Mike zaprasza na noc do hoteliku i dodaje, że Wendy już czeka. Wsiada do samochodu, ja rowerem jadę za nim. Ash Grove jest niemożliwie pagórkowate! Przejeżdżamy w ten sposób może kilometr i jesteśmy na miejscu. Rower wstawiam do pokoju, a potem autem, we troje, jedziemy na zakupy. Wendy pokazuje mi w dość sporym markecie co jest warte uwagi, pyta czego potrzebuję. Wszystko idzie szybko i sprawnie. W hoteliku jest już kilkoro rowerzystów, ale to nikt z wyścigu. Wendy daje mi pamiątkowy medalion przedstawiający kontur USA z zaznaczoną trasą wyścigu oraz Ash Grove.



Mówi, że bardzo niewiele jest osób, które po dotarciu do tego miejsca wycofują się z maratonu. Prawie każdy, kto tu dociera, kończy wyścig. Przypomina mi się wykres wysokościówki dla Missouri… Dostaję osobny pokój, abym mogła porządnie się wyspać. No i co najważniejsze: wreszcie, po wielu dniach wyścigu, mam okazję wziąć prysznic! Jak cudownie i wspaniale. Więcej do szczęścia dziś nie trzeba mi.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (20)

Czwartek, 21 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 261.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1173m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzik dzwoni, jest jeszcze kompletnie ciemno. Pracownicy poczty już są na miejscu - po drugiej stronie ściany ze skrzynkami na listy. Nie mogę ich zobaczyć, ale słyszę jak przerzucają przesyłki. Słyszę też delikatną muzykę – to gra radio. Miły start w kolejny, długi dzień. Po pogrążonym w ciemnościach Newton chwilę się kręcę. Odwiedzam dworzec kolejowy – muszę uzupełnić wodę. Potem jadę już normalnie trasą.

Odcinek Newton – Cassoday to idealnie prosta droga, 64 km bez zakrętów. Potem nagle zwrot o 90 stopni i kurs na południe. Kiedy tak jadę, dogania mnie Mark. Ostatni raz widzieliśmy się na samym początku wyścigu, jeszcze w stanie Oregon. Teraz, gdy coraz bliżej mety, spotykamy się ponownie. Jedziemy mając przeszkadzający wiatr boczny na kawałku Cassoday – Rosalia. Jest gorąco. Obydwoje się śmiejemy, że gdy tylko dojedziemy do miasteczka o nazwie Eureka, zacznie się radosne patatai z wiatrem. Rozstajemy się, gdy docieramy do Rosalia. Jest tu poczta. Czynnej poczty szukam już od jakiegoś czasu. Zwykle odwiedzam placówki, gdy są już zamknięte. Potrzebuję odesłać do Polski grube ubrania, które były przydatne w górach, na dużych wysokościach. Teraz jest gorąco i stanowią zbędny balast. Poczta niestety okazuje się być zamknięta. Mark poleciał, pora więc i na mnie.

Naraz droga staje się trudna. Wiatr, który miał pomagać jest nagle bardzo silny. Podmuchy przesuwają mnie po ulicy. Oj! Wcale nie jest wesoło. Do Eureki docieram zmęczona gorącem i silnym wiatrem. Wiem, że Mark gdzieś tu je obiad. Ja też zatrzymuję się na jedzenie. Tak, w nogach od rana już ponad 120 km, to dobra pora na obiad. Najedzona przystępuję do dalszej walki z wiatrem. Nadal tak samo silny i nadal trzeba bardzo uważać. Droga nr 54 jest z tych umiarkowanie obciążonych ruchem, jedzie się średnio przyjemnie. Z ulgą przyjmuję odbicie z 54. Jadę teraz do Toronto. Drogi są bardzo spokojne, praktycznie kompletnie puste. Gdyby jeszcze tak nie wiało, to by było super.



Coś dziwnego dzieje się z moim rowerem. Miękko z tyłu, koło toczy się inaczej niż powinno. Kapeć. Tracę dużo czasu na wymianę dętki. Po pierwsze muszę wyjąć narzędzia, które są schowane głęboko w torbie podsiodłowej. To co wyjmuję na zewnątrz, grzebiąc w torbie, muszę zabezpieczyć przed odlotem w kosmos. Wieje niemożliwie i ubrania nabierają odlotowo-znikających właściwości. Zresztą nie tylko ubrania. Wszystko lata! Po założeniu nowej dętki najbardziej znielubiona robota – pompowanie. A na koniec szarpanie się z rowerem, by to koło założyć. Nie wiem jak to możliwe, ale mam z tym bardzo duży problem. Dobre kilkanaście długich minut się mocuję. W końcu jest, udało się!



Dłonie mam upaprane od smaru. Jednak któż by się przejmował takimi drobiazgami podczas wyścigu? Bardziej myślę o stanie moich opon. Przejechały tu już parę tysięcy km. Zastanawiam się, czy nie kupić zapasowej opony, jeśli gdzieś trafię sklep rowerowy. A jak już znajdę – to przede wszystkim potrzebna będzie porządna regulacja przerzutek.



Przed Chanute mijam cmentarz, przy jego bramie stoi kobieta z aparatem. Robi mi zdjęcie. Potem wsiada do samochodu i niedługo spotykamy się – na stacji paliw. Okazuje się, że kibicuje mi. Z prawdziwym entuzjazmem pomaga mi w zakupach. Pyta czego potrzebuję i szybko oraz bezbłędnie prowadzi do półek sklepowych gdzie znajduję wszystko czego szukam. Ale fajnie! Tej nocy planuję spać w hotelu – by wreszcie wziąć prysznic, więc pytam, czy jest tu jakiś. Są dwa i to bliziutko. Dobre i niedrogie, stoją przy ulicy, nie trzeba nigdzie szukać. Warto jednak wcześniej coś zjeść, jakiś obiad. Na koniec spotkania Corina kręci ze mną krótki wywiad.



Zaraz za stacją jest Subway. Jest wczesny wieczór i za chwilę zamykają. Wpadam na jedzenie w ostatnim momencie! Jedząc otwieram tableta i jak zwykle podczas takich przerw sprawdzam wiadomości. Szybko zaczynam żałować, że Internet działa i, że go otwarłam. Wygląda na to, że dziś nici z hotelu. Michał podaje prognozę pogody. Powinnam dziś jechać do bólu, najdalej jak się da, by maksymalnie zbliżyć się do granicy ze stanem Missouri. Wkrótce dobry wiatr się obróci i wtedy będzie masakra. Jest mi żal straconego planu na noc w hotelu. Teraz, kiedy minęło kilka miesięcy od wyścigu, wspomnienie tamtych emocji jest we mnie nadal silne i bardzo jaskrawe. Dobijam się do Michała, próbuję wydobyć dalsze informacje. Czy naprawdę muszę jechać?! Tak bardzo już dziś nie chcę! Wszystko to jednak nadaremnie. W Polsce jest teraz środek nocy. Czuję jak schodzi ze mnie powietrze, mój wspaniały plan właśnie legł w gruzach. Nie będzie prysznica, ani spania w łóżku. Słucham Michała, wypełniam grzecznie jego zalecenie. Aż nie poznaję siebie. To na pewno ja?

Jadę 42 km za Chanute, do Walnut. Po drodze atakuje mnie jeden mocno agresywny pies. Nic nie działa: ani krzyk, ani zatrzymanie się. Gdy przystawia pysk do mojego uda, pryskam go sprejem na niedźwiedzie. Odpuszcza natychmiast! To działa! Działa też na mnie. Sama trochę oberwałam, krztuszę się teraz. Ale ważne jest to, że ten wstrętny psiur dał mi spokój. W Walnut śpię na poczcie. Standardowa noc wyścigowa. Do granicy stanów zostały 72 km. Nie tak źle.



Mapa
Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum