Wpisy archiwalne w miesiącu
Czerwiec, 2018
| Dystans całkowity: | 5782.80 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | b.d. |
| Średnia prędkość: | b.d. |
| Suma podjazdów: | 44351 m |
| Suma kalorii: | 1712 kcal |
| Liczba aktywności: | 29 |
| Średnio na aktywność: | 199.41 km |
| Więcej statystyk | |
Trans Am Bike Race (19)
Środa, 20 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 250.40 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 417m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po wyjątkowo długim nocnym wypoczynku, na rowerze jestem o 5
rano. Nie pada i jest jeszcze zupełnie ciemno.

W końcu słońce wchodzi leniwie na Wielką Równinę. Pokazuje się i zaraz chowa za deszczowymi chmurami. To dość typowe dla tego obszaru. Wczesny poranek to często niebo chmurne. Potem te chmury znikają i jest pełne słońce i niesamowite gorąco.

W Larned zjadam śniadanie. Tym razem niezbyt smaczne. No ale jeść trzeba. Dalsza trasa to znowu upał. Do tego umiarkowany, nieco pomagający, wiatr. Droga ma, znaną już od dość długiego czasu, postać prostej jak drut kreski. Monotonia, kolejne niemal identyczne miasteczka i ogromne, puste przestrzenie zupełnie mi nie przeszkadzają, choć… momentami mam wrażenie, że stoję w miejscu.

Po przejechaniu około 170 km, zatrzymuję się w Nickerson. Tu, w bardzo przyjemnej restauracji, zjadam obiad. Rower jest w środku razem ze mną. Kiedy wytłumaczyłam właścicielce, że ów rower i to co jest do niego przyczepione stanowią tu, w Ameryce, cały mój dobytek, przyznała mi rację, że rower musi być wszędzie tam gdzie ja.

Dziś jest dzień, gdy planuję dotrzeć do Newton. Jest to znany wśród zawodników punkt wyścigu – w mieście znajduje się sklep rowerowy, którego właściciele i pracownicy kibicują uczestnikom Trans Am. Ponoć można tu liczyć na dużą życzliwość, pomoc w regulacjach/naprawach roweru, a nawet prysznic i nocleg.

Na dojeździe do miasta spotykam kilku cyklistów, którzy wyjeżdżają mi na spotkanie. Jedziemy sobie kawałkami razem, tj. obok siebie, rozmawiając.

Od jednego z nich dowiaduję się, że Lech Kiedrowski, którego usiłuję od dłuższego czasu dorwać był tu rano. Ponoć jechał mniej żwawo niż ja. To daje mi pewną nadzieję. Może się uda go dogonić? Kto wie.

W samym Newton, jadąc trasą, omijam słynny sklep. Planowałam w nim nocować, więc widząc, że wyjeżdżam z miasta, sprawdzam na tablecie lokalizację tego sklepu. Miasto – a więc działa net. Od razu dostaję pełno wiadomości, że pojechałam źle, że ominęłam sklep. Fajnie – cieszę się, że ludzie obserwują mój wyścig, że są czujni.

Wracam do sklepu, nie jest on ściśle na trasie, to dlatego poleciałam za daleko. Tymczasem… czeka mnie niemiła niespodzianka. Okazuje się, że sklep jest zamknięty. Na szybie podany jest namiar na hotel. W zasadzie to drzwi obok. Pukam. Wchodzę do środka i niestety… nie zrobiłam wcześniej rezerwacji, więc nici z noclegu. Na serwis roweru też nie mogę liczyć – tzn. nie dziś. Dopiero jutro, od 9, czy 10 rano. Cóż… tak długo nie mogę czekać. To wyścig!
W międzyczasie odzywa się Gen, której już dość długo nie widziałam. Pyta, czy rano będę jeszcze w Newton. Odpowiadam, że ruszę przed świtem i nie będę czekała na serwis roweru, bo to w końcu wyścig i trzeba jechać. Nie wiem jeszcze, że w ten sposób tracę ostatnią podczas TABR szansę na spotkanie jej. Ponieważ ona w Newton podejmie decyzję o wycofaniu się z wyścigu.

Wychodzę z hotelu na zewnątrz lekko zdruzgotana. Inaczej to miało wyglądać. Prysznica dziś nie będzie. Szkoda. Idę na żarcie. Zamawiam pizzę. Potem jeszcze market. Trzeba kupić prowiant na jutro na śniadanie i picie. Dzień kończę tradycyjnie: lokalizuję pocztę. Jest to duża poczta. Bardzo fajna, bo są zakamarki. Nie muszę się układać przy skrzynkach. Na dobrą sprawę, najpewniej przez całą noc nie przyjdzie mnie oglądać zupełnie nikt. W dodatku są gniazdka elektryczne w ścianie. Mogę doładować elektronikę. Doskonale! Zasypiam w dobrym nastroju.
Mapa
Ciąg dalszy

W końcu słońce wchodzi leniwie na Wielką Równinę. Pokazuje się i zaraz chowa za deszczowymi chmurami. To dość typowe dla tego obszaru. Wczesny poranek to często niebo chmurne. Potem te chmury znikają i jest pełne słońce i niesamowite gorąco.

W Larned zjadam śniadanie. Tym razem niezbyt smaczne. No ale jeść trzeba. Dalsza trasa to znowu upał. Do tego umiarkowany, nieco pomagający, wiatr. Droga ma, znaną już od dość długiego czasu, postać prostej jak drut kreski. Monotonia, kolejne niemal identyczne miasteczka i ogromne, puste przestrzenie zupełnie mi nie przeszkadzają, choć… momentami mam wrażenie, że stoję w miejscu.

Po przejechaniu około 170 km, zatrzymuję się w Nickerson. Tu, w bardzo przyjemnej restauracji, zjadam obiad. Rower jest w środku razem ze mną. Kiedy wytłumaczyłam właścicielce, że ów rower i to co jest do niego przyczepione stanowią tu, w Ameryce, cały mój dobytek, przyznała mi rację, że rower musi być wszędzie tam gdzie ja.

Dziś jest dzień, gdy planuję dotrzeć do Newton. Jest to znany wśród zawodników punkt wyścigu – w mieście znajduje się sklep rowerowy, którego właściciele i pracownicy kibicują uczestnikom Trans Am. Ponoć można tu liczyć na dużą życzliwość, pomoc w regulacjach/naprawach roweru, a nawet prysznic i nocleg.

Na dojeździe do miasta spotykam kilku cyklistów, którzy wyjeżdżają mi na spotkanie. Jedziemy sobie kawałkami razem, tj. obok siebie, rozmawiając.

Od jednego z nich dowiaduję się, że Lech Kiedrowski, którego usiłuję od dłuższego czasu dorwać był tu rano. Ponoć jechał mniej żwawo niż ja. To daje mi pewną nadzieję. Może się uda go dogonić? Kto wie.

W samym Newton, jadąc trasą, omijam słynny sklep. Planowałam w nim nocować, więc widząc, że wyjeżdżam z miasta, sprawdzam na tablecie lokalizację tego sklepu. Miasto – a więc działa net. Od razu dostaję pełno wiadomości, że pojechałam źle, że ominęłam sklep. Fajnie – cieszę się, że ludzie obserwują mój wyścig, że są czujni.

Wracam do sklepu, nie jest on ściśle na trasie, to dlatego poleciałam za daleko. Tymczasem… czeka mnie niemiła niespodzianka. Okazuje się, że sklep jest zamknięty. Na szybie podany jest namiar na hotel. W zasadzie to drzwi obok. Pukam. Wchodzę do środka i niestety… nie zrobiłam wcześniej rezerwacji, więc nici z noclegu. Na serwis roweru też nie mogę liczyć – tzn. nie dziś. Dopiero jutro, od 9, czy 10 rano. Cóż… tak długo nie mogę czekać. To wyścig!
W międzyczasie odzywa się Gen, której już dość długo nie widziałam. Pyta, czy rano będę jeszcze w Newton. Odpowiadam, że ruszę przed świtem i nie będę czekała na serwis roweru, bo to w końcu wyścig i trzeba jechać. Nie wiem jeszcze, że w ten sposób tracę ostatnią podczas TABR szansę na spotkanie jej. Ponieważ ona w Newton podejmie decyzję o wycofaniu się z wyścigu.

Wychodzę z hotelu na zewnątrz lekko zdruzgotana. Inaczej to miało wyglądać. Prysznica dziś nie będzie. Szkoda. Idę na żarcie. Zamawiam pizzę. Potem jeszcze market. Trzeba kupić prowiant na jutro na śniadanie i picie. Dzień kończę tradycyjnie: lokalizuję pocztę. Jest to duża poczta. Bardzo fajna, bo są zakamarki. Nie muszę się układać przy skrzynkach. Na dobrą sprawę, najpewniej przez całą noc nie przyjdzie mnie oglądać zupełnie nikt. W dodatku są gniazdka elektryczne w ścianie. Mogę doładować elektronikę. Doskonale! Zasypiam w dobrym nastroju.
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (18)
Wtorek, 19 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 159.90 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 185m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Powtarzam schemat z dnia wczorajszego: budzik dzwoni chwilę
po trzeciej w nocy, o 4 jestem już na trasie. Bardzo długo jest ciemno. Dzień
chyba zapomniał, że miał wstać, albo… to ja zapomniałam, że przejechałam
przecież przez strefę zmiany czasu. Jadę więc długo nocą.

Cały czas wieje. Droga to kompletnie prosta kreska. Przede mną prawie 100 km prostej jak strzelił drogi. Żadnych zakrętów. Prawie zupełnie płasko, na tym odcinku tracę 200 m wysokości.

Przed Scott City mam krwawienie z nosa. Sama nie wiem, czy to jeszcze uznać za pamiątkę po przebywaniu na dużych wysokościach, czy może jest to efekt zmęczenia. Tak czy owak – jestem nieco wystraszona. Daję sobie więc trochę luzu – do Scott City jadę zupełnie spokojnie. Na ulicach raz po raz ruch jest spory. Jeżdżą też ogromne big trucki. Niektóre z nich, zwłaszcza nocami (choć nie tylko), przewożą dziwne ładunki. Jeden taki wiózł np. … drewniany, pełnowymiarowy dom! Samochód osobowy pilotujący z przodu, drugi z tyłu, a po środku takie dziwactwo! Big trucki przewożą również kombajny i przyczepy kempingowe – w ramach jednego ładunku. Ich kierowcy na ogół są ostrożni, lecz często najzwyczajniej w świecie zajmują swoimi samochodami i wystającymi na boki ładunkami całą szerokość drogi. Incydentalnie trafiają się nieprzyjemne wyprzedzania w bliskiej odległości.
Koniki polne są tu wszędzie. W sklepach, na pocztach, na drodze. Pogoda cały czas skwarna i wietrzna. Natomiast w sklepach, na stacjach rozkręcona na maksa klimatyzacja i czasem aż nieprzyjemnie zimno. Bywa, że gdy wchodzę na jedzenie lub zakupy… muszę zakładać kurtkę!
Coraz bardziej we znaki daje mi się niedobre jedzenie. Nie zawsze udaje mi się znaleźć dinera i ulubione danie śniadaniowe, które jest smaczne i pożywne. Często muszę się zadowolić byle czym. Jadam słodycze w dużych ilościach, chipsy, orzeszki, pizzę, frytki, kanapki z Subway (zupełnie bez smaku). Czasem trafi się jakiś makaron albo wyżerka w McD. Łatwo można za to kupić dania, które uważam za niejadalne: różne hamburgery, hot dogi itd. Trudno jest dostać zwykłą, gorącą czarną herbatę. Jest duży wybór napojów słodkich i gazowanych, jest kawa w wielu odsłonach oraz obrzydliwa ice tea. W małych sklepach i na stacjach, które są na trasie wyścigu na próżno szukam niewielkich, standardowych jogurtów. Jeśli coś jest, to w opakowaniu wielkim jak wiadro… owoce to też jest rarytas, który nie wszędzie można kupić. Jednym słowem żywieniowo jest do bani.
Ze Scott City jadę do Ness City. Kilkadziesiąt kilometrów w straszliwej spiekocie. Coś potwornego. Trudno jest opisać te warunki. Palące powietrze, prażące słońce, żar odbijający się od asfaltu. Będąc niespełna 10 km od miasteczka zaczynam czuć się bardzo źle. Widzę je już na horyzoncie, to blisko, ale organizm mam zupełnie przegrzany. Tu nie ma drzew. Tu nie ma NIC. Źle mi się oddycha, mam dziwne uczucie w głowie, ale najgorsze jest to, że serce zaczyna mi inaczej pracować. Czuję, że jakoś tak przeskakuje, a potem przyspiesza i zwalnia – bez wyraźnego powodu. Ogarnia mnie strach. Strach, że te warunki są chyba niebezpieczne. W głowie tylko jedna alarmowa myśl: muszę się schłodzić. Natychmiast! Z boku drogi stoi stary, czarny silos. Zajeżdżam pod niego. Promieniuje od niego gorąco, ale daje minimalną ilość cienia – pasek szeroki na jakieś pół metra. Tyle mi wystarczy. Odstawiam rower i siadam pod silosem. Zdejmuję kask, rękawiczki, okulary, buty, skarpetki, rozpinam koszulkę. Siedzę długo i dochodzę do siebie. Czekam przede wszystkim na ustabilizowanie pracy serca. Nigdzie dalej nie pojadę, jeśli nie przestanie tak dziwnie przeskakiwać…

Po dłuższej przerwie ruszam do Ness City. Docieram do miasta i chowam się w restauracji. Zamawiam makaron z sosem pomidorowym. Do picia zimna woda. Dużo wody. Potem idę do herbaciarni. Idę pod murem - w cieniu, bo na słońcu nie da się wytrzymać. Piję herbatę i czytam Internet. Michał Książkiewicz jest akurat online. Rozmawiamy o tym co najważniejsze, tj. o pogodzie. Piszę, że nigdzie dalej nie pojadę, jeśli się nie ochłodzi. Tu jest dramat. Dowiaduję się, że Gen jest dość sporo za mną. Za mną jest też burza, która mnie dopadnie. Idzie sobie powoli, a wraz z nią ochłodzenie. Jeszcze zanim mnie dorwie, powinno się lekko ochłodzić. No to co? Jadę!
Gdy wychodzę z herbaciarni, główną ulicą miasta jedzie big truck, który wiezie… skrzydło samolotu, albo wiatraka. Ładunek jest tak długi, że robię 2 zdjęcia, a i tak nie łapię całości. Kierowca mocno manewruje, próbując skręcić, ale mu się to nie udaje. Musi dalej jechać prosto.

Do Bazine jadę z burzą na plecach. Mam silny wiatr boczny, jest też – zgodnie z zapowiedzią – nieco chłodniej. W wiosce ładuję się do dziwnego sklepu. Jest to połączenie sklepu z warsztatem samochodowym. W środku duża przestrzeń i stoliki. Wybór mały. Właściciel bardzo sympatyczny. Otwiera automat z napojami i pyta na co mam ochotę. Daje mi w prezencie izotonik. Mówi, że niedługo zamyka, ale na burzę przecież mnie nie wyrzuci… mogę siedzieć jak długo zechcę.

Tkwię w niezdecydowaniu. Nie wiem, czy jechać, czy czekać aż burza się rozkręci i przeminie. Wszystko trwa długo. Sprawdzam mapę – do następnej miejscowości (Alexnader) nie jest daleko, 8 mil. Wychodzę na zewnątrz. Patrzę na niebo i stwierdzam, że chyba zdążę. Żegnam się więc z miłym właścicielem sklepo-warsztatu i jadę. Po mniej więcej 3 km wiem już, że popełniłam błąd. Burza jest tuż nade mną. I wtedy... przy drodze spotykam Boga. Na wzgórzu widzę wielki napis: "Christ pilot me". I wiem już, że będzie dobrze. W szalonym tylno-bocznym wietrze, bez kręcenia, jadę 38 km/h, robi się zimno i sino od piachu unoszącego się w powietrzu. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam.

To wstrząsające. W Alexander miejsce postojowe „rest area”. W tym rejonie prawie tego nie ma. Budynek jest klimatyzowany, z łazienkami. Za oknem ściana wody - leje jak z cebra. Tu wszystko czyste i nowe. Sucho, miło. Zostaję na noc, śpię w łazience.

Mapa
Ciąg dalszy

Cały czas wieje. Droga to kompletnie prosta kreska. Przede mną prawie 100 km prostej jak strzelił drogi. Żadnych zakrętów. Prawie zupełnie płasko, na tym odcinku tracę 200 m wysokości.

Przed Scott City mam krwawienie z nosa. Sama nie wiem, czy to jeszcze uznać za pamiątkę po przebywaniu na dużych wysokościach, czy może jest to efekt zmęczenia. Tak czy owak – jestem nieco wystraszona. Daję sobie więc trochę luzu – do Scott City jadę zupełnie spokojnie. Na ulicach raz po raz ruch jest spory. Jeżdżą też ogromne big trucki. Niektóre z nich, zwłaszcza nocami (choć nie tylko), przewożą dziwne ładunki. Jeden taki wiózł np. … drewniany, pełnowymiarowy dom! Samochód osobowy pilotujący z przodu, drugi z tyłu, a po środku takie dziwactwo! Big trucki przewożą również kombajny i przyczepy kempingowe – w ramach jednego ładunku. Ich kierowcy na ogół są ostrożni, lecz często najzwyczajniej w świecie zajmują swoimi samochodami i wystającymi na boki ładunkami całą szerokość drogi. Incydentalnie trafiają się nieprzyjemne wyprzedzania w bliskiej odległości.
Koniki polne są tu wszędzie. W sklepach, na pocztach, na drodze. Pogoda cały czas skwarna i wietrzna. Natomiast w sklepach, na stacjach rozkręcona na maksa klimatyzacja i czasem aż nieprzyjemnie zimno. Bywa, że gdy wchodzę na jedzenie lub zakupy… muszę zakładać kurtkę!
Coraz bardziej we znaki daje mi się niedobre jedzenie. Nie zawsze udaje mi się znaleźć dinera i ulubione danie śniadaniowe, które jest smaczne i pożywne. Często muszę się zadowolić byle czym. Jadam słodycze w dużych ilościach, chipsy, orzeszki, pizzę, frytki, kanapki z Subway (zupełnie bez smaku). Czasem trafi się jakiś makaron albo wyżerka w McD. Łatwo można za to kupić dania, które uważam za niejadalne: różne hamburgery, hot dogi itd. Trudno jest dostać zwykłą, gorącą czarną herbatę. Jest duży wybór napojów słodkich i gazowanych, jest kawa w wielu odsłonach oraz obrzydliwa ice tea. W małych sklepach i na stacjach, które są na trasie wyścigu na próżno szukam niewielkich, standardowych jogurtów. Jeśli coś jest, to w opakowaniu wielkim jak wiadro… owoce to też jest rarytas, który nie wszędzie można kupić. Jednym słowem żywieniowo jest do bani.
Ze Scott City jadę do Ness City. Kilkadziesiąt kilometrów w straszliwej spiekocie. Coś potwornego. Trudno jest opisać te warunki. Palące powietrze, prażące słońce, żar odbijający się od asfaltu. Będąc niespełna 10 km od miasteczka zaczynam czuć się bardzo źle. Widzę je już na horyzoncie, to blisko, ale organizm mam zupełnie przegrzany. Tu nie ma drzew. Tu nie ma NIC. Źle mi się oddycha, mam dziwne uczucie w głowie, ale najgorsze jest to, że serce zaczyna mi inaczej pracować. Czuję, że jakoś tak przeskakuje, a potem przyspiesza i zwalnia – bez wyraźnego powodu. Ogarnia mnie strach. Strach, że te warunki są chyba niebezpieczne. W głowie tylko jedna alarmowa myśl: muszę się schłodzić. Natychmiast! Z boku drogi stoi stary, czarny silos. Zajeżdżam pod niego. Promieniuje od niego gorąco, ale daje minimalną ilość cienia – pasek szeroki na jakieś pół metra. Tyle mi wystarczy. Odstawiam rower i siadam pod silosem. Zdejmuję kask, rękawiczki, okulary, buty, skarpetki, rozpinam koszulkę. Siedzę długo i dochodzę do siebie. Czekam przede wszystkim na ustabilizowanie pracy serca. Nigdzie dalej nie pojadę, jeśli nie przestanie tak dziwnie przeskakiwać…

Po dłuższej przerwie ruszam do Ness City. Docieram do miasta i chowam się w restauracji. Zamawiam makaron z sosem pomidorowym. Do picia zimna woda. Dużo wody. Potem idę do herbaciarni. Idę pod murem - w cieniu, bo na słońcu nie da się wytrzymać. Piję herbatę i czytam Internet. Michał Książkiewicz jest akurat online. Rozmawiamy o tym co najważniejsze, tj. o pogodzie. Piszę, że nigdzie dalej nie pojadę, jeśli się nie ochłodzi. Tu jest dramat. Dowiaduję się, że Gen jest dość sporo za mną. Za mną jest też burza, która mnie dopadnie. Idzie sobie powoli, a wraz z nią ochłodzenie. Jeszcze zanim mnie dorwie, powinno się lekko ochłodzić. No to co? Jadę!
Gdy wychodzę z herbaciarni, główną ulicą miasta jedzie big truck, który wiezie… skrzydło samolotu, albo wiatraka. Ładunek jest tak długi, że robię 2 zdjęcia, a i tak nie łapię całości. Kierowca mocno manewruje, próbując skręcić, ale mu się to nie udaje. Musi dalej jechać prosto.

Do Bazine jadę z burzą na plecach. Mam silny wiatr boczny, jest też – zgodnie z zapowiedzią – nieco chłodniej. W wiosce ładuję się do dziwnego sklepu. Jest to połączenie sklepu z warsztatem samochodowym. W środku duża przestrzeń i stoliki. Wybór mały. Właściciel bardzo sympatyczny. Otwiera automat z napojami i pyta na co mam ochotę. Daje mi w prezencie izotonik. Mówi, że niedługo zamyka, ale na burzę przecież mnie nie wyrzuci… mogę siedzieć jak długo zechcę.

Tkwię w niezdecydowaniu. Nie wiem, czy jechać, czy czekać aż burza się rozkręci i przeminie. Wszystko trwa długo. Sprawdzam mapę – do następnej miejscowości (Alexnader) nie jest daleko, 8 mil. Wychodzę na zewnątrz. Patrzę na niebo i stwierdzam, że chyba zdążę. Żegnam się więc z miłym właścicielem sklepo-warsztatu i jadę. Po mniej więcej 3 km wiem już, że popełniłam błąd. Burza jest tuż nade mną. I wtedy... przy drodze spotykam Boga. Na wzgórzu widzę wielki napis: "Christ pilot me". I wiem już, że będzie dobrze. W szalonym tylno-bocznym wietrze, bez kręcenia, jadę 38 km/h, robi się zimno i sino od piachu unoszącego się w powietrzu. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam.

To wstrząsające. W Alexander miejsce postojowe „rest area”. W tym rejonie prawie tego nie ma. Budynek jest klimatyzowany, z łazienkami. Za oknem ściana wody - leje jak z cebra. Tu wszystko czyste i nowe. Sucho, miło. Zostaję na noc, śpię w łazience.

Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (17)
Poniedziałek, 18 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 226.40 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 426m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wstaję tuż po 3 w nocy, przed 4 siedzę już na rowerze. Pada
delikatnie deszcz. Wiatr przeszkadza. Ale na razie nie ma takiego dramatu jak
wczoraj wieczorem. Łydka i nos od rana
mają się lepiej.

Dość długo jadę po ciemku. Jest płasko, nie jest jeszcze gorąco. Upał i wiatr to teraz są największe trudności. Przez kompletne pustkowia jadę kilkadziesiąt kilometrów.

Wyobrażam sobie różne rzeczy. Tzn. myślę o tym, że fatalnie by tu było być podczas takiego wiatru, jaki miałam wczoraj. Nie ma gdzie się schować. Na szczęście teraz jest jeszcze spokojnie. Korzystam z tego i jadę zawzięcie. W końcu nic nie jest dane na zawsze. Ten spokój też ma gdzieś swój kres…

Po 100 km jazdy przez pustkowia docieram do Eads. Wysokość 1268 m n.p.m. Tu zjadam śniadanie. Wreszcie chwila odpoczynku! No i głodna już jestem mocno. Dzień znowu robi się skwarny. Nie ma tu drzew. Są tylko rozległe, odkryte przestrzenie. Nie ma gdzie odpocząć od prażącego słońca.

W kolejnej miejscowości wchodzę do sklepu/stacji. W toalecie zdejmuję koszulkę. Staram się ją wyprać w wodzie z mydłem, a przynajmniej porządnie przepłukać, by pozbyć się soli z potu. Na koniec moczę ją w lodowatej wodzie, lekko wykręcam i taką zimną i kompletnie mokrą zakładam na siebie. Jaka ulga! Tego mi było trzeba – zimnego kompresu! Wychodzę na zewnątrz, wsiadam na rower. Mija jakieś 20 minut… koszulka jest już zupełnie sucha. Takie warunki.
To już są końcowe kilometry w stanie Colorado. Towner wyznacza granicę między stanami. Przy tablicy stanowej z napisem Kansas, zatrzymuję się i robię pamiątkowe zdjęcie. Nie da się stać spokojnie w miejscu - jest tu pełno much! Nie są zbyt duże, ale są ich niesamowite wręcz ilości. A najgorsze jest to, że te muchy boleśnie gryzą! Fotki robię więc błyskawicznie, podskakując. Od jakiegoś czasu wszystko wygląda podobnie i podobnie będzie przez setki kolejnych kilometrów: długa prosta i płaska droga pod wiatr przedni lub przednio – boczny. Dokoła pustkowie. Raz po raz w oddali widać wysoki silos i zabudowania. Jest jak nad morzem, gdy się idzie plażą i gdy widzi się odległy cel. Wydaje się, że to blisko, ale można tak iść i iść i…. nic. Cel się nie przybliża. Bo to wcale nie jest blisko. To tylko złudzenie. Tu jest to samo. Widzę na horyzoncie coś, co jest np. 20 km dalej.

Na liczniku mam blisko 200 km, gdy docieram do Tribune. Tribune jest podobne do innych miast: silos, wieża ciśnień, sklep. Zjadam tu pizzę. Czuję się zmęczona. Przede wszystkim upałem i wiatrem. Wiatr przeszkadza już od kilku dni. Dziennie robię ok. 200 km. A to oznacza, że walczę z wiatrem już od … kilkuset kilometrów… Myślę, że to zmęczenie po mnie widać. Przede wszystkim widać w oczach. Nikt tu jednak mi nie zagląda w oczy. Może się więc wydawać, że jestem ok.


O zmierzchu docieram do Leoti. Kościół jest zamknięty, nie szukam innego, jadę na pocztę. Poczta jest z tych gorszych – nie ma tu zakamarków i jest zlokalizowana w ścisłym centrum miasta.

Tradycyjnie pali się światło. Nie idzie się schować. Trudno, nic nie poradzę, potrzebuję się wyspać. Rozkładam materac i śpiwór, ustawiam budzik. Co chwilę ktoś przychodzi po przesyłkę, chyba pół miasta mnie tu ogląda. Raz, w środku nocy, przychodzi gość, który mnie budzi. Moje legowisko zastawia mu dojście do skrzynki. Budzę się półprzytomna, wstaję i przepraszając odblokowuję dojście do skrzynki. Ten pan też mnie przeprasza - za to, że musiał obudzić. Jest dziwnie, ale wcale nie źle. Potem śpię dalej spokojnie – aż do momentu gdy ze snu wyrywa mnie budzik.
Mapa
Ciąg dalszy

Dość długo jadę po ciemku. Jest płasko, nie jest jeszcze gorąco. Upał i wiatr to teraz są największe trudności. Przez kompletne pustkowia jadę kilkadziesiąt kilometrów.

Wyobrażam sobie różne rzeczy. Tzn. myślę o tym, że fatalnie by tu było być podczas takiego wiatru, jaki miałam wczoraj. Nie ma gdzie się schować. Na szczęście teraz jest jeszcze spokojnie. Korzystam z tego i jadę zawzięcie. W końcu nic nie jest dane na zawsze. Ten spokój też ma gdzieś swój kres…

Po 100 km jazdy przez pustkowia docieram do Eads. Wysokość 1268 m n.p.m. Tu zjadam śniadanie. Wreszcie chwila odpoczynku! No i głodna już jestem mocno. Dzień znowu robi się skwarny. Nie ma tu drzew. Są tylko rozległe, odkryte przestrzenie. Nie ma gdzie odpocząć od prażącego słońca.

W kolejnej miejscowości wchodzę do sklepu/stacji. W toalecie zdejmuję koszulkę. Staram się ją wyprać w wodzie z mydłem, a przynajmniej porządnie przepłukać, by pozbyć się soli z potu. Na koniec moczę ją w lodowatej wodzie, lekko wykręcam i taką zimną i kompletnie mokrą zakładam na siebie. Jaka ulga! Tego mi było trzeba – zimnego kompresu! Wychodzę na zewnątrz, wsiadam na rower. Mija jakieś 20 minut… koszulka jest już zupełnie sucha. Takie warunki.
To już są końcowe kilometry w stanie Colorado. Towner wyznacza granicę między stanami. Przy tablicy stanowej z napisem Kansas, zatrzymuję się i robię pamiątkowe zdjęcie. Nie da się stać spokojnie w miejscu - jest tu pełno much! Nie są zbyt duże, ale są ich niesamowite wręcz ilości. A najgorsze jest to, że te muchy boleśnie gryzą! Fotki robię więc błyskawicznie, podskakując. Od jakiegoś czasu wszystko wygląda podobnie i podobnie będzie przez setki kolejnych kilometrów: długa prosta i płaska droga pod wiatr przedni lub przednio – boczny. Dokoła pustkowie. Raz po raz w oddali widać wysoki silos i zabudowania. Jest jak nad morzem, gdy się idzie plażą i gdy widzi się odległy cel. Wydaje się, że to blisko, ale można tak iść i iść i…. nic. Cel się nie przybliża. Bo to wcale nie jest blisko. To tylko złudzenie. Tu jest to samo. Widzę na horyzoncie coś, co jest np. 20 km dalej.

Na liczniku mam blisko 200 km, gdy docieram do Tribune. Tribune jest podobne do innych miast: silos, wieża ciśnień, sklep. Zjadam tu pizzę. Czuję się zmęczona. Przede wszystkim upałem i wiatrem. Wiatr przeszkadza już od kilku dni. Dziennie robię ok. 200 km. A to oznacza, że walczę z wiatrem już od … kilkuset kilometrów… Myślę, że to zmęczenie po mnie widać. Przede wszystkim widać w oczach. Nikt tu jednak mi nie zagląda w oczy. Może się więc wydawać, że jestem ok.


O zmierzchu docieram do Leoti. Kościół jest zamknięty, nie szukam innego, jadę na pocztę. Poczta jest z tych gorszych – nie ma tu zakamarków i jest zlokalizowana w ścisłym centrum miasta.

Tradycyjnie pali się światło. Nie idzie się schować. Trudno, nic nie poradzę, potrzebuję się wyspać. Rozkładam materac i śpiwór, ustawiam budzik. Co chwilę ktoś przychodzi po przesyłkę, chyba pół miasta mnie tu ogląda. Raz, w środku nocy, przychodzi gość, który mnie budzi. Moje legowisko zastawia mu dojście do skrzynki. Budzę się półprzytomna, wstaję i przepraszając odblokowuję dojście do skrzynki. Ten pan też mnie przeprasza - za to, że musiał obudzić. Jest dziwnie, ale wcale nie źle. Potem śpię dalej spokojnie – aż do momentu gdy ze snu wyrywa mnie budzik.
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (16)
Niedziela, 17 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 176.50 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 748m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy zwijam namiot w damskiej przebieralni, jest już jasno.
Powinnam pewnie była wstać wcześniej, jednak wczorajsza jazda do oporu mocno
mnie wydrenowała.

Łydka nadal boli. To źle, bo przecież trzeba jechać dalej. Do Canon City jest w dół, jadąc widzę w oddali miasto w dolinie. Prawie nie kręcę, samo się jedzie. Niech noga odpocznie.

Docieram do centrum miasta o poranku. Miasto jest spore, ale ruch jeszcze niezbyt duży, pewnie w środku dnia będzie znacznie gorzej. Robi się coraz cieplej. Pora na śniadanie. Znajduję klasycznego dinera i biorę zestaw śniadaniowy. Hash browns, jajecznica i bekon – to najlepsze, najsmaczniejsze co można w Ameryce zjeść. W dodatku pożywne i dające dużo energii. Siedzę nad jedzeniem nieco dłużej niż zwykle. Wyginam bolącą nogę. Kurde. Nie tak miało być.

Dalej, aż do Florence (ok. 30 km dzisiejszej trasy), jest prawie płasko. Gorąco. Coraz goręcej. Następnie zaczyna się podjazd. Nie jest szczególnie uciążliwy, ale ciągnie się przez 17 km. Kilka razy się zatrzymuję i reguluję ustawienie bloka w bucie. Próbuję jakoś tak to ustawić, by zminimalizować ból łydki. Wiem, że nie mogę pozwolić, by ta kontuzja się rozkręciła. Do Pueblo, z drobnymi wyjątkami, jest w dół. Miasto jest spore. Czuję się wymarnowana upałem, jestem też głodna. Trasa prowadzi przez przyjemny, cienisty park miejski. Jakże chętnie bym teraz poleżała na trawie! Jednak nie ma na to czasu. Muszę kupić jakieś jedzenie i jedząc posiedzieć w chłodzie. Kiedy tylko trafia się stacja paliw, wbijam do środka. Wraz z rowerem. Kupuję kilka kawałków pizzy i siadam na podłodze, opierając się o półkę z napojami. Jak dobrze jest odpocząć w klimatyzowanym wnętrzu! Od razu robi mi się lepiej.

Wyjazd z Pueblo jest nieprzyjemny. Droga wiedzie pod górę, ruch jest całkiem spory, upał niemiłosierny i w dodatku wieje. Szybko czuję się znowu przegrzana. Po ujechaniu kilku km zatrzymuję się na kolejnej stacji paliw. Jak to wytrzymać? Ten potworny upał? Powietrze aż pali w płuca… Godzina 17.30, a tu nadal 38 stopni gorąca w cieniu.
Coś zaczyna się dziać. Niebo robi się burzowe, wiatr przybiera na sile. Wieje niesamowicie mocno. Wygląda na to, że szykuje się powtórka ze stanu Wyoming. Wietrzysko rzuca mną po ulicy. Na szczęście te ulice są prawie puste. Mało co tu jeździ. A ci kierowcy, którzy mnie mijają, już z daleka muszą widzieć moją desperacką walkę z wiatrem, bo mijają mnie bardzo szerokim łukiem.

Mijam kilka maleńkich miejscowości. Są tu poczty. Olney Springs, Crowley. Myślę, czy zostać, czy jechać dalej. Za każdym razem jadę i kontynuuję szarpankę z wiatrem. W końcu decyduję się nie jechać dalej, gdy docieram do Ordway.

Miejscowość jest mała. Są tu jakieś sklepy, ale już pozamykane. Błąkam się chwilę po głównej ulicy, która jest pusta, po czym wchodzę na pocztę. Koniki polne. Wszędzie jest ich pełno. Są nawet w budynku poczty. Ja kładę się spać, a one sobie skaczą i chodzą po podłodze zupełnie blisko mnie.

Mapa
Ciąg dalszy

Łydka nadal boli. To źle, bo przecież trzeba jechać dalej. Do Canon City jest w dół, jadąc widzę w oddali miasto w dolinie. Prawie nie kręcę, samo się jedzie. Niech noga odpocznie.

Docieram do centrum miasta o poranku. Miasto jest spore, ale ruch jeszcze niezbyt duży, pewnie w środku dnia będzie znacznie gorzej. Robi się coraz cieplej. Pora na śniadanie. Znajduję klasycznego dinera i biorę zestaw śniadaniowy. Hash browns, jajecznica i bekon – to najlepsze, najsmaczniejsze co można w Ameryce zjeść. W dodatku pożywne i dające dużo energii. Siedzę nad jedzeniem nieco dłużej niż zwykle. Wyginam bolącą nogę. Kurde. Nie tak miało być.

Dalej, aż do Florence (ok. 30 km dzisiejszej trasy), jest prawie płasko. Gorąco. Coraz goręcej. Następnie zaczyna się podjazd. Nie jest szczególnie uciążliwy, ale ciągnie się przez 17 km. Kilka razy się zatrzymuję i reguluję ustawienie bloka w bucie. Próbuję jakoś tak to ustawić, by zminimalizować ból łydki. Wiem, że nie mogę pozwolić, by ta kontuzja się rozkręciła. Do Pueblo, z drobnymi wyjątkami, jest w dół. Miasto jest spore. Czuję się wymarnowana upałem, jestem też głodna. Trasa prowadzi przez przyjemny, cienisty park miejski. Jakże chętnie bym teraz poleżała na trawie! Jednak nie ma na to czasu. Muszę kupić jakieś jedzenie i jedząc posiedzieć w chłodzie. Kiedy tylko trafia się stacja paliw, wbijam do środka. Wraz z rowerem. Kupuję kilka kawałków pizzy i siadam na podłodze, opierając się o półkę z napojami. Jak dobrze jest odpocząć w klimatyzowanym wnętrzu! Od razu robi mi się lepiej.

Wyjazd z Pueblo jest nieprzyjemny. Droga wiedzie pod górę, ruch jest całkiem spory, upał niemiłosierny i w dodatku wieje. Szybko czuję się znowu przegrzana. Po ujechaniu kilku km zatrzymuję się na kolejnej stacji paliw. Jak to wytrzymać? Ten potworny upał? Powietrze aż pali w płuca… Godzina 17.30, a tu nadal 38 stopni gorąca w cieniu.
Coś zaczyna się dziać. Niebo robi się burzowe, wiatr przybiera na sile. Wieje niesamowicie mocno. Wygląda na to, że szykuje się powtórka ze stanu Wyoming. Wietrzysko rzuca mną po ulicy. Na szczęście te ulice są prawie puste. Mało co tu jeździ. A ci kierowcy, którzy mnie mijają, już z daleka muszą widzieć moją desperacką walkę z wiatrem, bo mijają mnie bardzo szerokim łukiem.

Mijam kilka maleńkich miejscowości. Są tu poczty. Olney Springs, Crowley. Myślę, czy zostać, czy jechać dalej. Za każdym razem jadę i kontynuuję szarpankę z wiatrem. W końcu decyduję się nie jechać dalej, gdy docieram do Ordway.

Miejscowość jest mała. Są tu jakieś sklepy, ale już pozamykane. Błąkam się chwilę po głównej ulicy, która jest pusta, po czym wchodzę na pocztę. Koniki polne. Wszędzie jest ich pełno. Są nawet w budynku poczty. Ja kładę się spać, a one sobie skaczą i chodzą po podłodze zupełnie blisko mnie.

Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (15)
Sobota, 16 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 193.50 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1749m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano jest ciemno i chłodno. Nie pada. Zwijam namiot i ruszam.
Czuję się źle. Od długiego czasu przebywam na wysokości powyżej 2000 m n.p.m.,
a teraz spałam na 2540. Jadę cały czas pod górę. Podjazd nie jest specjalnie
stromy. Problemem nie jest ani stromizna ani to, że przez kilkadziesiąt km
trzeba jechać pod górę. Problemem jest wysokość. Moja wydolność spada
drastycznie. Boli mnie głowa, z nosem jest dramat, szybko się męczę. Przez to
wszystko albo jadę okropnie powoli, albo robię przerwy… W Silverthorne zjadam
śniadanie. Cały czas, gdy tylko trafiam jakąś miejscowość, szukam specjalnego
balsamu do nosa, który pomaga poradzić sobie z dolegliwościami wysokościowymi.
Nadaremnie.
Znajomi i rodzina wiedzą co się dzieje i jak źle się czuję. Gdy mam dostęp do netu, czytam ich porady. Jedni radzą, bym zjechać niżej i dać sobie trochę czasu, inni zalecają jazdę, w końcu do przełęczy – najwyższego punktu wyścigu już tylko jakieś 40 km podjazdu. W tym wszystkim przychodzi jeszcze jedna wiadomość: zbliża się duże załamanie pogody. Teraz pogoda jeszcze jest dobra. Nie bardzo wyobrażam sobie walkę z deszczem / gradem / wichurą na tej wysokości, w tym stanie zdrowia. Czytam też, że ponoć niektórzy zawodnicy ratują się tu mini butlami z tlenem. Ja nigdzie nie mogę tego dostać. Jest źle.

Za Silverthorne trasa idzie ładną, asfaltową ścieżką rowerową. Ścieżka jest super, biegnie nad jeziorem jednak wymaga nieco koncentracji – ślad nie jest tu zbyt dokładnie poprowadzony i trzeba się skupić, by nie polecieć w złą stronę. Skupić się – łatwo powiedzieć! Mam problemy z koncentracją.

Sporo osób jeździ tu na rowerach, większość to chyba miejscowi. Wyprzedzają mnie dosłownie wszyscy! Nic nie mogę na to poradzić. Oddycham szybko i płytko. To bez sensu, nie jest stromo, a ja ledwo łapię oddech. Zatrzymuję się, kładę rower na ziemi i odpoczywam. Dwoje rowerzystów zatrzymuje się i pyta, czy potrzebna mi pomoc. Gdy im mówię o wyścigu i złym samopoczuciu, kiwają głowami ze zrozumieniem: choroba wysokościowa.

Podjazd idzie bardzo, bardzo powoli. Na końcu dosłownie: idzie. Nachylenie jest zupełnie normalne, ale ja już nie mogę normalnie jechać. Krztuszę się, spadam z roweru. Idę więc pieszo i ciągnę rower. Ostatnie metry! Widzę już przełęcz. Wsiadam na rower, próbuję jechać. Niestety, nie jestem w stanie – nawet tak krótkiego kawałka. Pogoda jest coraz gorsza. Jest zimno, na niebie kłębią się chmury. Jeszcze trochę i się zacznie załamanie. 13:21 – jestem na Hoosier Pass! Wysokość 3510 m n.p.m. Wyżej już nie będzie.

Na przełęczy siedzę może z kwadrans. W pierwszej kolejności proszę przypadkowo wybranego człowieka, by zrobił mi pamiątkowe zdjęcie. Widząc w jakim jestem stanie (lekko chwiejny chód, kaszel) mówi, że ledwie się trzymam na nogach i raczej powinnam być w szpitalu, niż myśleć o fotkach. Robi mi jednak zdjęcie. Potem odpoczywam. Siedzę pod jakąś tablicą informacyjną i usiłuję się ubrać na zjazd. To jest pewien problem. Muszę wyjąć ubranie z torby i założyć je na siebie. Spać mi się chce, kaszlę, boli głowa, krwawiący nos… grzebię się jak mucha w smole, ale w końcu jestem gotowa.

Zaczynam zjazd. Jest zimno i kropi. Wieje w twarz. Zjazd (tak jak i wcześniej podjazd) nie jest stromy. W połączeniu z czołowym wiatrem daje to złudzenie, że jest prawie płasko, a nawet lekko pod górę. To jeden z tych zjazdów, gdzie trzeba się przykładać, by rower łaskawie zechciał jechać. Po mniej więcej 20 km zatrzymuję się. Miejscowość nazywa się Fairplay. Nie jest to pierwsza wioska za przełęczą. Było coś wcześniej, ale nie potrafiłam się skupić wystarczająco, by wyłapać jakiś punkt gastronomiczny. Teraz trafił się fajny punkt. Wbijam na jedzenie. Zamawiam tradycyjny zestaw śniadaniowy oraz kawę. Nie trudzę się zbytnio. Gdy ekspedientka pyta jaką kawę chcę mówię, że taką jak brała pani przede mną. Chwilowo zwalniam się z myślenia i dokonywania tak poważnych wyborów jak rodzaj kawy.

Jedząc czynię mocne postanowienie: zjadę dziś tak nisko, jak tylko się da. Duże wysokości zdecydowanie mi nie służą. Gdy będę niżej, poczuję się wreszcie lepiej. Najedzona przystępuję więc do zjazdu. Ruch jest już mniejszy, ale wiatr będzie dziś przeciwny aż do końca dnia.

Pod drodze zatrzymuję się jeszcze w sklepie w Hartsel. Siadam na podłodze, ładuję elektronikę, jem. Cały czas czuję się źle. W końcu wstaję i wsiadam na rower. Droga idzie teraz pod górę, delikatnie, przez mniej więcej 20 km. Tereny, przez które jadę to wypalone słońcem i wywiane wiatrem pustkowia. Raz po raz mijam tabliczki informujące o ekstremalnie dużym zagrożeniu pożarowym. Widząc je, czuję się trochę nieswojo.
Na tym podjeździe szarpię mocno. To po prostu trzeba koniecznie zrobić dzisiaj. Wiem, że dalej będzie mocno w dół. A to oznacza, że wreszcie będę niżej i stan mojego zdrowia zacznie się poprawiać. Bardzo na to liczę. Przykładam się chyba zbyt mocno, bo naciągam jakiś mięsień w lewej łydce. Droga zaczyna mocno opadać w dół, gdy jest już zupełnie ciemno. Szalony nocny downhill. Jadę szybko. Z tego właśnie zapamiętam stan Colorado – z jazdy po ciemku. W ciemnościach czeka na mnie jeszcze jeden mały podjazd, a potem jest w dół do Canon City.

14 kilometrów przed miastem znajduję nieczynny kemping, wjeżdżam się rozejrzeć.

Tuż przy recepcji stoi dość spora wiata – przebieralnia. Wchodzę do środka – na ziemi leży dywan, obok stoi kilka krzeseł, jest to zadaszone. Nie ma pełnej izolacji od świata zewnętrznego, więc znając reakcje swojego organizmu na ukąszenia owadów, nie ryzykuję – rozstawiam w środku sypialnię namiotu. Dalej jest jak co wieczór: materac, śpiwór, dobranoc! Zasypiam na wysokości 1923 m n.p.m. Całkiem sporo udało mi się zjechać.
Mapa
Ciąg dalszy
Znajomi i rodzina wiedzą co się dzieje i jak źle się czuję. Gdy mam dostęp do netu, czytam ich porady. Jedni radzą, bym zjechać niżej i dać sobie trochę czasu, inni zalecają jazdę, w końcu do przełęczy – najwyższego punktu wyścigu już tylko jakieś 40 km podjazdu. W tym wszystkim przychodzi jeszcze jedna wiadomość: zbliża się duże załamanie pogody. Teraz pogoda jeszcze jest dobra. Nie bardzo wyobrażam sobie walkę z deszczem / gradem / wichurą na tej wysokości, w tym stanie zdrowia. Czytam też, że ponoć niektórzy zawodnicy ratują się tu mini butlami z tlenem. Ja nigdzie nie mogę tego dostać. Jest źle.

Za Silverthorne trasa idzie ładną, asfaltową ścieżką rowerową. Ścieżka jest super, biegnie nad jeziorem jednak wymaga nieco koncentracji – ślad nie jest tu zbyt dokładnie poprowadzony i trzeba się skupić, by nie polecieć w złą stronę. Skupić się – łatwo powiedzieć! Mam problemy z koncentracją.

Sporo osób jeździ tu na rowerach, większość to chyba miejscowi. Wyprzedzają mnie dosłownie wszyscy! Nic nie mogę na to poradzić. Oddycham szybko i płytko. To bez sensu, nie jest stromo, a ja ledwo łapię oddech. Zatrzymuję się, kładę rower na ziemi i odpoczywam. Dwoje rowerzystów zatrzymuje się i pyta, czy potrzebna mi pomoc. Gdy im mówię o wyścigu i złym samopoczuciu, kiwają głowami ze zrozumieniem: choroba wysokościowa.

Podjazd idzie bardzo, bardzo powoli. Na końcu dosłownie: idzie. Nachylenie jest zupełnie normalne, ale ja już nie mogę normalnie jechać. Krztuszę się, spadam z roweru. Idę więc pieszo i ciągnę rower. Ostatnie metry! Widzę już przełęcz. Wsiadam na rower, próbuję jechać. Niestety, nie jestem w stanie – nawet tak krótkiego kawałka. Pogoda jest coraz gorsza. Jest zimno, na niebie kłębią się chmury. Jeszcze trochę i się zacznie załamanie. 13:21 – jestem na Hoosier Pass! Wysokość 3510 m n.p.m. Wyżej już nie będzie.

Na przełęczy siedzę może z kwadrans. W pierwszej kolejności proszę przypadkowo wybranego człowieka, by zrobił mi pamiątkowe zdjęcie. Widząc w jakim jestem stanie (lekko chwiejny chód, kaszel) mówi, że ledwie się trzymam na nogach i raczej powinnam być w szpitalu, niż myśleć o fotkach. Robi mi jednak zdjęcie. Potem odpoczywam. Siedzę pod jakąś tablicą informacyjną i usiłuję się ubrać na zjazd. To jest pewien problem. Muszę wyjąć ubranie z torby i założyć je na siebie. Spać mi się chce, kaszlę, boli głowa, krwawiący nos… grzebię się jak mucha w smole, ale w końcu jestem gotowa.

Zaczynam zjazd. Jest zimno i kropi. Wieje w twarz. Zjazd (tak jak i wcześniej podjazd) nie jest stromy. W połączeniu z czołowym wiatrem daje to złudzenie, że jest prawie płasko, a nawet lekko pod górę. To jeden z tych zjazdów, gdzie trzeba się przykładać, by rower łaskawie zechciał jechać. Po mniej więcej 20 km zatrzymuję się. Miejscowość nazywa się Fairplay. Nie jest to pierwsza wioska za przełęczą. Było coś wcześniej, ale nie potrafiłam się skupić wystarczająco, by wyłapać jakiś punkt gastronomiczny. Teraz trafił się fajny punkt. Wbijam na jedzenie. Zamawiam tradycyjny zestaw śniadaniowy oraz kawę. Nie trudzę się zbytnio. Gdy ekspedientka pyta jaką kawę chcę mówię, że taką jak brała pani przede mną. Chwilowo zwalniam się z myślenia i dokonywania tak poważnych wyborów jak rodzaj kawy.

Jedząc czynię mocne postanowienie: zjadę dziś tak nisko, jak tylko się da. Duże wysokości zdecydowanie mi nie służą. Gdy będę niżej, poczuję się wreszcie lepiej. Najedzona przystępuję więc do zjazdu. Ruch jest już mniejszy, ale wiatr będzie dziś przeciwny aż do końca dnia.

Pod drodze zatrzymuję się jeszcze w sklepie w Hartsel. Siadam na podłodze, ładuję elektronikę, jem. Cały czas czuję się źle. W końcu wstaję i wsiadam na rower. Droga idzie teraz pod górę, delikatnie, przez mniej więcej 20 km. Tereny, przez które jadę to wypalone słońcem i wywiane wiatrem pustkowia. Raz po raz mijam tabliczki informujące o ekstremalnie dużym zagrożeniu pożarowym. Widząc je, czuję się trochę nieswojo.
Na tym podjeździe szarpię mocno. To po prostu trzeba koniecznie zrobić dzisiaj. Wiem, że dalej będzie mocno w dół. A to oznacza, że wreszcie będę niżej i stan mojego zdrowia zacznie się poprawiać. Bardzo na to liczę. Przykładam się chyba zbyt mocno, bo naciągam jakiś mięsień w lewej łydce. Droga zaczyna mocno opadać w dół, gdy jest już zupełnie ciemno. Szalony nocny downhill. Jadę szybko. Z tego właśnie zapamiętam stan Colorado – z jazdy po ciemku. W ciemnościach czeka na mnie jeszcze jeden mały podjazd, a potem jest w dół do Canon City.

14 kilometrów przed miastem znajduję nieczynny kemping, wjeżdżam się rozejrzeć.

Tuż przy recepcji stoi dość spora wiata – przebieralnia. Wchodzę do środka – na ziemi leży dywan, obok stoi kilka krzeseł, jest to zadaszone. Nie ma pełnej izolacji od świata zewnętrznego, więc znając reakcje swojego organizmu na ukąszenia owadów, nie ryzykuję – rozstawiam w środku sypialnię namiotu. Dalej jest jak co wieczór: materac, śpiwór, dobranoc! Zasypiam na wysokości 1923 m n.p.m. Całkiem sporo udało mi się zjechać.
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (14)
Piątek, 15 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 190.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1623m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy się budzę, zauważam, że przez cały czas gdy spałam, miałam
włączoną przednią lampkę na rowerze. Kładąc się spać zapomniałam jej wyłączyć.
Musiałam być nieźle zmęczona. Teraz, gdy wychodzę z poczty, jest rześko.

Rower strajkuje. Tylna przerzutka nie chce działać jak należy. To ten moment, gdy zwykłe kręcenie śrubą baryłkową już nie wystarcza. Muszę więc zrobić, po raz pierwszy w życiu, większą regulację z naciąganiem linki. W brodę sobie pluję, że nie zajęłam się tym przed wyjściem z poczty, w cieple. Teraz, gdy już kawałek ujechałam nie będę się przecież cofać. Zwłaszcza, że droga (delikatnie co prawda, ale jednak) idzie pod górę. Żadnego tracenia wysokości. Dygocząc z zimna (i strachu - czy się uda) reguluję przy drodze. Najbliższą miejscowością jest Walden. Docieram tu wcześnie rano, jadąc rozglądam się uważnie. Udaje się znaleźć miłe miejsce, gdzie serwują śniadania.

Za Walden droga nadal idzie pod górę. Już nie wieje tak fatalnie jak wczoraj. Drogi są gorsze niż w Wyoming – węższe, bez pobocza. Ruchu na razie prawie nie ma.


Po ujechaniu 67 km od Cowdrey, gdzie spałam, podjazd wreszcie kończy się. Jestem teraz na wysokości 2924 m. n.p.m. (Willow Creek Pass).

Na samej przełęczy trawę skubie klępa z młodym. Fajny widok. Gapię się, nie mogę oderwać wzroku. Zwierzęta nic nie robią sobie z mojej obecności. To niesamowite. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że takie gapienie się z bliska może być dla mnie średnio bezpieczne. To w końcu matka i młode!

Być może to wysokość odebrała mi jasność myślenia, boli mnie głowa, łatwo się męczę, muszę często robić odpoczynki. Nie czuję się dobrze.Twarz, tzn. usta i nos cały czas mam osłonięte, by chronić drogi oddechowe przed suchym i ostrym powietrzem. Mam duży problem z nosem. Dodatkowo pogoda jest dziwna. Nie jest ani zimno ani ciepło. Niebo jest pełne chmur, wieje. A co najdziwniejsze – jest duszno. Zjazd z przełęczy jest marny, bo pod wiatr. Rower nie chce jechać, trzeba pracować na zjeździe, by jakoś tracić tę wysokość.

Przygnębiająco na mnie działa świadomość, że zjeżdżam tylko kawałek w dół. Potem znowu zacznie się wspinaczka, która tym razem zakończy się w najwyższym punkcie wyścigu, na Hoosier Pass. Skoro tu czuję się tak źle, to jak będzie na wysokości 3500?
Wolę o tym nie myśleć teraz.

Czuję się chora, wszystkie mijane pustkowia i miejscowości zlewają mi się w jedno – nie mam spójnych wspomnień, które bym mogła połączyć w ciąg zdarzeń. Zamiast tego, w głowie siedzą wyrwane z kontekstu migawki:
- tłumek ludzi w sklepie, w Parshall. Zaraz, a może to było w Kremmling?
- zjadam trójkącik pizzy, a... może dwa.
- siedzę z rowerem w markecie.
- jadąc drogą, mijam po lewej lotnisko. Małe lotnisko. Obserwuję rękaw wskazujący kierunek i siłę wiatru. Chyba jadę pod wiatr.
- dość spory ruch, wąska droga.
- odrąbana głowa łosia leżąca na środku ulicy. Ssssss – wolałabym tego nigdy nie widzieć.
- wiadukt, zupełnie niski, a wydający się jak najwyższa góra. Podjeżdżam go z trudem, brakuje mi powietrza. Ostatkiem tchu sama z siebie się śmieję – a więc zdobywam kolejny podjazd.
Taka rozsypanka. Luźne wspomnienia z tego dnia.
A na koniec jazda ruchliwą drogą nr 40. Są przyjemniejsze drogi do jazdy rowerem. Tej raczej nie polecam. Po 20 km trasa wyścigu wreszcie schodzi z tej paskudnej szosy i odbija w prawo, nad jezioro. Jestem w rezerwacie Green Mountain. Ładnie tu. Droga wije się nad jeziorem, dzień coraz to bardziej zamienia się w wieczór.

Zaczynam myśleć o noclegu. Czuję się mocno zmęczona wysokością. Znajduję jakąś agroturystykę, pukam, nikt nie otwiera. Jadę więc dalej. Nie za bardzo jest tu gdzie spać. Nie widzę zupełnie możliwości by w tej okolicy rozbić namiot. Tymczasem objazd jeziora się kończy i trasa wyścigu wraca na drogę nr 40. Jest już ciemno. W oddali się błyska, chyba idzie burza. Ruch jest duży. Zakładam kamizelkę odblaskową. Jest ona różowa, a odblaski to nie tylko standardowe poziome paski ale też motylki, kwiatki i gwiazdki. To ma działać (i działa) na kierowców.
Jadę drogą nr 40 jeszcze 10 km. Cały czas leciutko pod górę. W końcu rezygnuję z dobicia do CG, który powinien być gdzieś za Heeny. Zajeżdżam na plac odpoczynkowy dla TIRów. Wyjmuję z toreb namiot, materac i śpiwór i idę spać. Na liczniku tylko 190 km. Mało, powinnam zrobić więcej. Z drugiej strony... sama nie wiem, jak to zrobiłam, że przejechałam aż tyle tak źle się czując i robiąc tyle przerw. Wieje, mocno wieje. Wiatr szarpie namiotem. To niespokojna noc…
Mapa
Ciąg dalszy

Rower strajkuje. Tylna przerzutka nie chce działać jak należy. To ten moment, gdy zwykłe kręcenie śrubą baryłkową już nie wystarcza. Muszę więc zrobić, po raz pierwszy w życiu, większą regulację z naciąganiem linki. W brodę sobie pluję, że nie zajęłam się tym przed wyjściem z poczty, w cieple. Teraz, gdy już kawałek ujechałam nie będę się przecież cofać. Zwłaszcza, że droga (delikatnie co prawda, ale jednak) idzie pod górę. Żadnego tracenia wysokości. Dygocząc z zimna (i strachu - czy się uda) reguluję przy drodze. Najbliższą miejscowością jest Walden. Docieram tu wcześnie rano, jadąc rozglądam się uważnie. Udaje się znaleźć miłe miejsce, gdzie serwują śniadania.

Za Walden droga nadal idzie pod górę. Już nie wieje tak fatalnie jak wczoraj. Drogi są gorsze niż w Wyoming – węższe, bez pobocza. Ruchu na razie prawie nie ma.


Po ujechaniu 67 km od Cowdrey, gdzie spałam, podjazd wreszcie kończy się. Jestem teraz na wysokości 2924 m. n.p.m. (Willow Creek Pass).

Na samej przełęczy trawę skubie klępa z młodym. Fajny widok. Gapię się, nie mogę oderwać wzroku. Zwierzęta nic nie robią sobie z mojej obecności. To niesamowite. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że takie gapienie się z bliska może być dla mnie średnio bezpieczne. To w końcu matka i młode!

Być może to wysokość odebrała mi jasność myślenia, boli mnie głowa, łatwo się męczę, muszę często robić odpoczynki. Nie czuję się dobrze.Twarz, tzn. usta i nos cały czas mam osłonięte, by chronić drogi oddechowe przed suchym i ostrym powietrzem. Mam duży problem z nosem. Dodatkowo pogoda jest dziwna. Nie jest ani zimno ani ciepło. Niebo jest pełne chmur, wieje. A co najdziwniejsze – jest duszno. Zjazd z przełęczy jest marny, bo pod wiatr. Rower nie chce jechać, trzeba pracować na zjeździe, by jakoś tracić tę wysokość.

Przygnębiająco na mnie działa świadomość, że zjeżdżam tylko kawałek w dół. Potem znowu zacznie się wspinaczka, która tym razem zakończy się w najwyższym punkcie wyścigu, na Hoosier Pass. Skoro tu czuję się tak źle, to jak będzie na wysokości 3500?
Wolę o tym nie myśleć teraz.

Czuję się chora, wszystkie mijane pustkowia i miejscowości zlewają mi się w jedno – nie mam spójnych wspomnień, które bym mogła połączyć w ciąg zdarzeń. Zamiast tego, w głowie siedzą wyrwane z kontekstu migawki:
- tłumek ludzi w sklepie, w Parshall. Zaraz, a może to było w Kremmling?
- zjadam trójkącik pizzy, a... może dwa.
- siedzę z rowerem w markecie.
- jadąc drogą, mijam po lewej lotnisko. Małe lotnisko. Obserwuję rękaw wskazujący kierunek i siłę wiatru. Chyba jadę pod wiatr.
- dość spory ruch, wąska droga.
- odrąbana głowa łosia leżąca na środku ulicy. Ssssss – wolałabym tego nigdy nie widzieć.
- wiadukt, zupełnie niski, a wydający się jak najwyższa góra. Podjeżdżam go z trudem, brakuje mi powietrza. Ostatkiem tchu sama z siebie się śmieję – a więc zdobywam kolejny podjazd.
Taka rozsypanka. Luźne wspomnienia z tego dnia.
A na koniec jazda ruchliwą drogą nr 40. Są przyjemniejsze drogi do jazdy rowerem. Tej raczej nie polecam. Po 20 km trasa wyścigu wreszcie schodzi z tej paskudnej szosy i odbija w prawo, nad jezioro. Jestem w rezerwacie Green Mountain. Ładnie tu. Droga wije się nad jeziorem, dzień coraz to bardziej zamienia się w wieczór.

Zaczynam myśleć o noclegu. Czuję się mocno zmęczona wysokością. Znajduję jakąś agroturystykę, pukam, nikt nie otwiera. Jadę więc dalej. Nie za bardzo jest tu gdzie spać. Nie widzę zupełnie możliwości by w tej okolicy rozbić namiot. Tymczasem objazd jeziora się kończy i trasa wyścigu wraca na drogę nr 40. Jest już ciemno. W oddali się błyska, chyba idzie burza. Ruch jest duży. Zakładam kamizelkę odblaskową. Jest ona różowa, a odblaski to nie tylko standardowe poziome paski ale też motylki, kwiatki i gwiazdki. To ma działać (i działa) na kierowców.
Jadę drogą nr 40 jeszcze 10 km. Cały czas leciutko pod górę. W końcu rezygnuję z dobicia do CG, który powinien być gdzieś za Heeny. Zajeżdżam na plac odpoczynkowy dla TIRów. Wyjmuję z toreb namiot, materac i śpiwór i idę spać. Na liczniku tylko 190 km. Mało, powinnam zrobić więcej. Z drugiej strony... sama nie wiem, jak to zrobiłam, że przejechałam aż tyle tak źle się czując i robiąc tyle przerw. Wieje, mocno wieje. Wiatr szarpie namiotem. To niespokojna noc…
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (13)
Czwartek, 14 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 166.20 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1538m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||

Kiedy wstaję, jest jeszcze ciemnawo. Zbieram się z mojej poczty. Rawlins jest dość sporym miastem. Na wyjeździe jest dużo obiektów handlowych i gastronomicznych. Jest też McDonald`s. Z menu śniadaniowego biorę na ciepło kanapkę z jajkiem i bekonem. To mogłoby być dobre, gdyby nie to, że… bułka jest obrzydliwie słodka. Nijak nie chce to ze sobą grać. Nie wiem, jakie trzeba mieć poczucie smaku, aby uznać to za dobre. Krzywię się niemiłosiernie, ale jem. Jem bo jestem głodna i jem, bo wiem, że będzie mi potrzebna energia. Sprawdzam Internet. Gen jeszcze nie ruszyła.

Kiedy ponownie jestem w siodle, sytuacja drogowa szybko zmienia się na średnią, a potem fatalną. Trwa jakiś remont nawierzchni.

Początkowo daje się jechać po frezowanym asfalcie. Potem jest piach, są maszyny drogowe. Jedna nitka dwupasmówki jest dostępna dla samochodów. Jednak cóż z tego, skoro nie ma żadnego pobocza, a w obie strony ciągną nieprzerwanie sznury aut? Organizator zakazał nam jazdy w tym ruchu, jedynym sposobem było więc przedzieranie się przez remontowaną nitkę. Jest pełen zestaw atrakcji: piach, żwir, zabawa w berka z maszynami drogowymi, skakanie przez barierki z rowerem. To jest męczące zwłaszcza, że robi się coraz cieplej i wszystko wskazuje na to, że zaczyna się kolejny gorący dzień. Jest sucho, pracujące pojazdy wzniecają tumany kurzu. Czuję się średnio, mam problemy z nosem, śluzówka wysycha, krwawi, szczypie. Cały czas znajduję się na dużej wysokości, ponad 2000 m. n.p.m.

Kiedy w końcu udaje mi się przedrzeć przez wielokilometrowy remont na drodze nr 80, wykręcam na południe. Wtedy do akcji wkracza wiatr. Wieje niesamowicie mocno, rzuca mną po drodze. Jak okiem sięgnąć, pustkowia. Wiatr ma tu prawdziwe pole do popisu…. Jest tak niemożliwie ciężko, że prowadzę rower.

Sprawdzam na GPSie jak daleko droga idzie na południe i niestety nie znajduję pocieszenia. Droga idzie na południe przez najbliższe kilkadziesiąt km. Na szczęście za jakieś… 30 km będzie miejscowość. Rozglądam się dookoła: tu jest jedno wielkie NIC. Pusta, ogromna przestrzeń i szalejący wiatr. Nie wygląda to zbyt wesoło. Raz idę, a raz jadę. Łącznie pieszo przemierzam jakieś 8 km. W międzyczasie zatrzymuje się pick-up. Wysiada z niego miły człowiek, który pyta, czy nie potrzebuję pomocy. Proszę go jedynie o dolanie wody do bidonu. Oferuje podwózkę, ale tłumaczę, że jestem na wyścigu, choć teraz z pewnością nie wyglądam, jak ktoś kto się ściga. W istocie jednak ścigam się. Pieszo, czy rowerem – nie jest to w tym momencie najważniejsze. Ważne jest to, by przemieszczać się o własnych siłach w stronę mety. Nie załamywać rąk, nie rozpaczać, że jest źle, tylko walczyć. W tym wszystkim zaskakuje mnie to, że nikt, zupełnie nikt mnie nie wyprzedza. Może inni też mają tu problem?

Saratoga jest jak oaza. Po 30 km walki z potwornym wiatrem, docieram tu w końcu. Jest sklep, ponoć są tu też termy, jest apteka i muzeum. Mój nos ledwo żyje. Śluzówkę mam w takim stanie, że prawie nie mogę oddychać nosem. Katastrofa. W markecie spreje do nosa są nieosiągalne – wszystko wykupione. Idę więc do apteki i tam kupuję. O termach nawet nie myślę – zbyt dużo czasu poszło na prowadzenie roweru w szalejącym wietrze. Trudno. Pojadę dalej brudna. Jakoś trzeba to wytrzymać. Ten brud. Pozostaje kwestia wiatru. Internet nie działał ani w markecie, ani w aptece. Idę więc do muzeum. Pracują tu dwie młode dziewczyny. Mówią, że mają wi-fi. Łączę się i sprawdzam prognozy. Wygląda to fatalnie. Dodatkowo dowiaduję się, że kilkadziesiąt km dalej od trzech dni szaleje pożar. Dziewczyny sprawdzają, czy moja droga, którą idzie wyścig nadal jest otwarta. Na szczęście tak. Jednak to może się dynamicznie zmienić, więc trzeba jechać. Kiedy widzą moją niewesołą minę, która wykwita na twarzy natychmiast, gdy wracamy do rozmowy o wietrze, mówią mi na pociechę jedno: jesteś w stanie Wyoming, pamiętaj – tu może być jeszcze gorzej, dużo gorzej.
Tak pocieszona, ruszam w trasę. Przede mną kolejne 30 km walki z fatalnym wiatrem. Czasem idę, czasem jadę, jednak na ogół jadę. Mam wrażenie, że jest nieco lepiej. Tak oto, w niemiłych warunkach docieram do Riverside. Zjadam tu obiad. W zasadzie nie jestem aż tak głodna. Przede wszystkim potrzebuję odpocząć od gorąca i wiatru.

Dalej droga wykręca nieco na wschód, poza tym jest już późne popołudnie, więc wiatr zaczyna słabnąć. Przede mną jest mniej więcej 50 km pustkowia, w przeważającej części - pustkowia pod górę.

Jadę więc sobie. Kilometry uciekają. Popołudnie zamienia się w wieczór, a wieczór w noc.

Jest już zupełnie ciemno, kiedy przekraczam granicę między stanami Wyoming i Colorado. Tablicę na napisem „Welcome to Colorful Colorado” znam ze zdjęć. Teraz są tu tylko dwa kolory: czarny i biały. Noc nie daje stanów pośrednich. Wszystko albo nic. Tak albo nie. Sukces albo porażka. Kiedy robię zdjęcie, słyszę, że gdzieś, całkiem niedaleko wyją przeciągle i piskliwie jakieś zwierzęta. Gdy ruszam, ruszają i one. Biegną równolegle do drogi. Czuję się średnio bezpiecznie. Niewiele mogę zrobić. Właściwie mogę tylko stać albo jechać. Wszystko jest czarne albo białe. Tak jak napis na tablicy witającej w Colorado.

Tutaj, po przekroczeniu granicy stanowej, wszystko się zmienia. Dzikość jest na wyciągnięcie ręki, w bliżej nieokreślonej przestrzeni chowającej się w ciemności. Droga naraz się zawęża. Pobocza już nie ma. Jak tu będzie w dzień, gdy pojawią się samochody, a nade wszystko – kiedy pojawi się również wiatr?
Dużo myśli w mojej głowie, a jednocześnie - nic szczególnego. Wszystko jest bardzo proste i sprowadza się do analizowania teraźniejszości i przyszłości bliskiej na kilka, może kilkanaście nadchodzących godzin. Nie ma innych problemów. Jest tylko to co tu i teraz. Reszta świata… nie istnieje.
Jadę jeszcze 20 km przez nocne Colorado. Docieram do Cowdrey. Tu, na wysokości 2400 m n.p.m., jest maleńka poczta. Kiedy zatrzymuję się przy niej i gaszę lampki, znikąd pojawia się big truck. Kierowca otwiera okno, jest zaniepokojony: pyta dokąd jadę o tej porze, czy może potrzebuję pomocy, mówi bym uważała na zwierzęta. Robi się jakoś tak... mile. Jest po 23.00, gdy zasypiam na poczcie.
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (12)
Środa, 13 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 275.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1818m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Gdy wstaję rano, jest jeszcze ciemno. Zaspana tłukę się po kościele, zapalam światło i szykuję
się do kolejnego dnia wyścigu. Gen, która planowała ruszyć w nocy, pewnie już
jedzie. Nie mam normalnego Internetu, nie mogę sprawdzić gdzie ona teraz jest.
Wszystko co mogę, to po prostu jechać.

Początek dnia, to zjazd. Zapowiada się bardzo ładny dzień. Niebo prawie zupełnie czyste. Dalej, aż do Lander, droga jest pagórkowata. Dużym utrudnieniem są roboty drogowe. Całe pobocza są kompletnie nieprzejezdne na odcinku około 20 kilometrów. Duży jaskrawy napis „fresh oil” mówi wszystko. Na pobocza wylana jest smoła, lub coś bardzo do smoły podobnego. Ruch samochodowy jest znośny, ale chyba tylko dlatego, że jest wcześnie rano. Cieszę się, że tak wyszło, że jestem tu o poranku. W środku dnia może być znacznie gorzej.

Roboty drogowe kończą się tuż przed Lander. Jest to najwyższa pora, by zjeść śniadanie. Słońce, jak zwykle o poranku, razi i rozglądanie się za śniadaniem jest wyzwaniem. Lander to sporawe miasto. W końcu przysiadam w kafejce. W sumie średnio, wolałabym klasycznego dinera, ale żaden nie rzucił mi się w oczy. Działa za to wifi. Gen jest bardzo blisko.

Po śniadaniu zaczynają się podjazdy. Jest pod górę i pod wiatr. Wiatr rośnie w siłę. Jadę walcząc z tym wiatrem i widzę w oddali małą, czerwoną kropkę. To Genevieve. Właśnie ją doganiam.

Potem obie jedziemy razem pod górę. Wiatr nami bardzo szarpie. Jest ciężko. Odliczam metry do końca podjazdu. Narzekamy na wiatr. Wieje dramatycznie na tych bezkresnych pustkowiach.

Na tutejszych drogach trafiają się wężyki. Drogi często są popękane wzdłuż, a długie szczeliny są wypełnione jakimś lepiszczem asfaltowym. Powstają podłużne formy, które są lekko wypukłe albo lekko wklęsłe. Gdy się na to najedzie, rower zaczyna niebezpiecznie tańczyć. Obie, Gen i ja, zgodnie stwierdzamy, że nie lubimy wężyków drogowych.

Kiedy podjazd mamy już za sobą, droga wreszcie wykręca na wschód i wiatr zaczyna pomagać. Jest gorąco, dlatego robimy postój w Rest Area w Sweetwater Station. Po tym postoju mkniemy z wiatrem do Jeffrey City.

Gen mi ucieka. Mówi, że spotkamy się w tym City.
Kiedy dojeżdżam do Jeffrey City, jestem zaskoczona. To miasto widmo. Cóż to bowiem za City, skoro jest tu jedna restauracja i kilka domów na krzyż? Przez City biegnie abstrakcyjnie szeroka ulica. Większość polskich wsi jest bardziej City, niż to tutaj…
Wchodzę do knajpy. Niespodzianka – Gen tu nie ma. A więc nie zatrzymała się, pojechała dalej. Czuję, że muszę coś zjeść. Idę więc zamówić to co lubię w Ameryce najbardziej: zestaw śniadaniowy. Przy jednym ze stolików siedzi szczupły, czarnowłosy chłopak. Pyta skąd jestem. Gdy mówię, że z Polski, patrzy na mnie wesoło i czystą polszczyzną mówi: "jak się masz?" Jestem niesamowicie zaskoczona. Zaczynam paplać do niego po polsku, z moich ust leje się prawdziwy słowotok, on jednak tylko się uśmiecha kręcąc gową i już po angielsku wyjaśnia, że to jedyne zdanie jakie zna w moim języku.
Zjadam obiad i uciekam z Jeffrey City. Co za dziwaczne miejsce! Nadal jest z wiatrem. Docieram do Muddy Gap. Tu jest stacja / sklep. Dobry punkt by uzupełnić picie i odpocząć. Niestety poza stacją nie ma tu kompletnie nic! Kiedy siedzę w środku i jem lody, wchodzi cyklista. Zaczynamy gadać. Na imię ma George i jedzie trasą wyścigu, jednak nie jako uczestnik, tylko turystycznie. Zostanie gdzieś tu dziś na noc. Tymczasem ja wiem, że muszę jechać. Nie mogę pozwolić, by Gen uciekła. Sprawdzam mapę. Po drodze nic nie ma. Najbliższe miasto, gdzie ona pewnie się zatrzyma to Rawlins. Kawał drogi stąd, w dodatku w całości to będzie pod wiatr. Zapowiada się konkretna rąbanka…

Kiedy ruszam okazuje się, że nie jest tak źle. Teraz, wieczorem, wiatr zmalał i stał się praktycznie nieistotny. Przestaje też doskwierać upał. Zatrzymuję się na chwilę, bo zauważam, że mój Spot nie świeci, czyli wyczerpały się baterie. Zmieniam je i wtedy, na tym pustkowiu, podjeżdża samochód. Zatrzymuje się. To policja stanowa. Pytają, czy wszystko ok., czy potrzebuję pomocy. Miłe.
Wieczór zamienia się w noc. Jadę do Rawlins. Muszę tam dotrzeć koniecznie dziś. Muszę spać w tym samym mieście co Gen. Czuję, że to będzie kluczowe dla naszego ścigania się. Przed miastem mam 200 m podjazdu. Niby nic strasznego, a jednak… okropnie mi się nie chce. Jestem zmęczona i najchętniej bym rozbiła namiot. Mimo to, twardo jadę.

Kiedy w oddali widzę światła miasta, czuję radość i ulgę.
Mam to.
W mieście szukam poczty. Wstukuję w GPS i jak po sznurku jadę. Oto jest duża poczta w nieco większym miasteczku. Schemat jak co wieczór: materac, śpiwór, dobranoc!
Mapa
Ciąg dalszy

Początek dnia, to zjazd. Zapowiada się bardzo ładny dzień. Niebo prawie zupełnie czyste. Dalej, aż do Lander, droga jest pagórkowata. Dużym utrudnieniem są roboty drogowe. Całe pobocza są kompletnie nieprzejezdne na odcinku około 20 kilometrów. Duży jaskrawy napis „fresh oil” mówi wszystko. Na pobocza wylana jest smoła, lub coś bardzo do smoły podobnego. Ruch samochodowy jest znośny, ale chyba tylko dlatego, że jest wcześnie rano. Cieszę się, że tak wyszło, że jestem tu o poranku. W środku dnia może być znacznie gorzej.

Roboty drogowe kończą się tuż przed Lander. Jest to najwyższa pora, by zjeść śniadanie. Słońce, jak zwykle o poranku, razi i rozglądanie się za śniadaniem jest wyzwaniem. Lander to sporawe miasto. W końcu przysiadam w kafejce. W sumie średnio, wolałabym klasycznego dinera, ale żaden nie rzucił mi się w oczy. Działa za to wifi. Gen jest bardzo blisko.

Po śniadaniu zaczynają się podjazdy. Jest pod górę i pod wiatr. Wiatr rośnie w siłę. Jadę walcząc z tym wiatrem i widzę w oddali małą, czerwoną kropkę. To Genevieve. Właśnie ją doganiam.

Potem obie jedziemy razem pod górę. Wiatr nami bardzo szarpie. Jest ciężko. Odliczam metry do końca podjazdu. Narzekamy na wiatr. Wieje dramatycznie na tych bezkresnych pustkowiach.

Na tutejszych drogach trafiają się wężyki. Drogi często są popękane wzdłuż, a długie szczeliny są wypełnione jakimś lepiszczem asfaltowym. Powstają podłużne formy, które są lekko wypukłe albo lekko wklęsłe. Gdy się na to najedzie, rower zaczyna niebezpiecznie tańczyć. Obie, Gen i ja, zgodnie stwierdzamy, że nie lubimy wężyków drogowych.

Kiedy podjazd mamy już za sobą, droga wreszcie wykręca na wschód i wiatr zaczyna pomagać. Jest gorąco, dlatego robimy postój w Rest Area w Sweetwater Station. Po tym postoju mkniemy z wiatrem do Jeffrey City.

Gen mi ucieka. Mówi, że spotkamy się w tym City.
Kiedy dojeżdżam do Jeffrey City, jestem zaskoczona. To miasto widmo. Cóż to bowiem za City, skoro jest tu jedna restauracja i kilka domów na krzyż? Przez City biegnie abstrakcyjnie szeroka ulica. Większość polskich wsi jest bardziej City, niż to tutaj…
Wchodzę do knajpy. Niespodzianka – Gen tu nie ma. A więc nie zatrzymała się, pojechała dalej. Czuję, że muszę coś zjeść. Idę więc zamówić to co lubię w Ameryce najbardziej: zestaw śniadaniowy. Przy jednym ze stolików siedzi szczupły, czarnowłosy chłopak. Pyta skąd jestem. Gdy mówię, że z Polski, patrzy na mnie wesoło i czystą polszczyzną mówi: "jak się masz?" Jestem niesamowicie zaskoczona. Zaczynam paplać do niego po polsku, z moich ust leje się prawdziwy słowotok, on jednak tylko się uśmiecha kręcąc gową i już po angielsku wyjaśnia, że to jedyne zdanie jakie zna w moim języku.
Zjadam obiad i uciekam z Jeffrey City. Co za dziwaczne miejsce! Nadal jest z wiatrem. Docieram do Muddy Gap. Tu jest stacja / sklep. Dobry punkt by uzupełnić picie i odpocząć. Niestety poza stacją nie ma tu kompletnie nic! Kiedy siedzę w środku i jem lody, wchodzi cyklista. Zaczynamy gadać. Na imię ma George i jedzie trasą wyścigu, jednak nie jako uczestnik, tylko turystycznie. Zostanie gdzieś tu dziś na noc. Tymczasem ja wiem, że muszę jechać. Nie mogę pozwolić, by Gen uciekła. Sprawdzam mapę. Po drodze nic nie ma. Najbliższe miasto, gdzie ona pewnie się zatrzyma to Rawlins. Kawał drogi stąd, w dodatku w całości to będzie pod wiatr. Zapowiada się konkretna rąbanka…

Kiedy ruszam okazuje się, że nie jest tak źle. Teraz, wieczorem, wiatr zmalał i stał się praktycznie nieistotny. Przestaje też doskwierać upał. Zatrzymuję się na chwilę, bo zauważam, że mój Spot nie świeci, czyli wyczerpały się baterie. Zmieniam je i wtedy, na tym pustkowiu, podjeżdża samochód. Zatrzymuje się. To policja stanowa. Pytają, czy wszystko ok., czy potrzebuję pomocy. Miłe.
Wieczór zamienia się w noc. Jadę do Rawlins. Muszę tam dotrzeć koniecznie dziś. Muszę spać w tym samym mieście co Gen. Czuję, że to będzie kluczowe dla naszego ścigania się. Przed miastem mam 200 m podjazdu. Niby nic strasznego, a jednak… okropnie mi się nie chce. Jestem zmęczona i najchętniej bym rozbiła namiot. Mimo to, twardo jadę.

Kiedy w oddali widzę światła miasta, czuję radość i ulgę.
Mam to.
W mieście szukam poczty. Wstukuję w GPS i jak po sznurku jadę. Oto jest duża poczta w nieco większym miasteczku. Schemat jak co wieczór: materac, śpiwór, dobranoc!
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (11)
Wtorek, 12 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 216.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| 1712: | 1712kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Poranek wstaje rześki i słoneczny. Na trawach bieli się szron,
-3°C. Zimniutko! Jest za to słonecznie. Nie ma śladu po wczorajszej okropnej
pogodzie. Wiatr nie miota rowerem po ulicy. Znad jeziora oraz kawałek dalej jest podjazd. Nic szczególnie
trudnego. Potem droga faluje.

Trochę w górę, trochę w dół. We Flagg Ranch zatrzymuję się na śniadanie. Dobrze jest zjeść coś ciepłego. Kiedy wychodzę, na zewnątrz jest już całkiem przyjemnie.

Po przymrozku pozostało wspomnienie. Widoki robią się coraz wspanialsze – wjeżdżam do Grand Teton national Park. Masywne góry pokryte śniegiem, a na dole soczysta zieleń.

To wszystko w słońcu i przy błękitnym niebie. Wrażenie piorunujące.

Nadal jest wcześnie, ludzi nie ma więc zbyt wielu. Droga jest pagórkowata aż do Moran – tam zaczyna się duży podjazd, aż na wysokość 9658ft, tj. 2944 m n.p.m (Tagwotee Pass). Na liczniku 120 km. Zaczynam czuć się średnio. W nosie mam Saharę. Na tej wysokości zupełnie z bliska mogę oglądać śnieg, który został tu jeszcze po zimie. Całkiem sporo tego śniegu. Z przełęczy jest bardzo długi i przyjemny zjazd.

Widoki są znowu mocne – teraz w roli głównej występują niesamowite, bo kolorowe góry! Jest mocno ciepło, wieje.

Na obiad zatrzymuję się w Dubois. Siedząc w Nostalgia Bistro i czekając na jedzenie, łapię przez FB kontakt z Gen. Ona właśnie tu dotarła, więc informuję ją gdzie jestem i po chwili obie czekamy na jedzenie. Obiad jest beznadziejny. Zamówiłam łososia z warzywami, a dostałam ogromną miskę zieleniny i mikroskopijne kawałki ryby. Gen dostała analogiczną wersję kurczaka z warzywami. Obie zgodnie stwierdzamy, że wyjątkowo marne i mało pożywne to jest. Po obiedzie jadę dalej, a Gen zostaje tu na noc, mimo wczesnej jeszcze popołudniowej godziny. Planuje się wyspać i ruszyć nocą, gdy wiatr zmaleje.

Wieczór jest ciepły. Aż do końca dnia jedzie mi się nieźle, choć czuję się nieco wywiana i twarz od tego wiatru mam czerwoną. Do Crowheart docieram w szarówce. Wg mojej rozpiski jest tu poczta. Łatwo ją namierzyć, bo przy drodze stoi nawet drogowskaz kierujący na tę pocztę. Tymczasem okazuje się, że poczta sklejona jest ze sklepem i to wszystko razem, jako komplet, jest… zamknięte. No to pięknie. Po prostu pięknie! Jadę kawałek dalej, wg mojej nawigacji niedaleko jest kościół. Nie robię sobie zbyt wielkich nadziei – kościoły bywają otwarte. Najczęściej są zamknięte. Podjeżdżam pod świątynię. Naciskam klamkę, ta ustępuje.

A więc mam noc w kościele. Wnoszę rower, rozkładam materac, śpiwór. Cicho, ciemno, ciepło. Leżąc w nawie głównej, pomiędzy rzędami ławek mówię światu dobranoc.
Mapa
Ciąg dalszy

Trochę w górę, trochę w dół. We Flagg Ranch zatrzymuję się na śniadanie. Dobrze jest zjeść coś ciepłego. Kiedy wychodzę, na zewnątrz jest już całkiem przyjemnie.

Po przymrozku pozostało wspomnienie. Widoki robią się coraz wspanialsze – wjeżdżam do Grand Teton national Park. Masywne góry pokryte śniegiem, a na dole soczysta zieleń.

To wszystko w słońcu i przy błękitnym niebie. Wrażenie piorunujące.

Nadal jest wcześnie, ludzi nie ma więc zbyt wielu. Droga jest pagórkowata aż do Moran – tam zaczyna się duży podjazd, aż na wysokość 9658ft, tj. 2944 m n.p.m (Tagwotee Pass). Na liczniku 120 km. Zaczynam czuć się średnio. W nosie mam Saharę. Na tej wysokości zupełnie z bliska mogę oglądać śnieg, który został tu jeszcze po zimie. Całkiem sporo tego śniegu. Z przełęczy jest bardzo długi i przyjemny zjazd.

Widoki są znowu mocne – teraz w roli głównej występują niesamowite, bo kolorowe góry! Jest mocno ciepło, wieje.

Na obiad zatrzymuję się w Dubois. Siedząc w Nostalgia Bistro i czekając na jedzenie, łapię przez FB kontakt z Gen. Ona właśnie tu dotarła, więc informuję ją gdzie jestem i po chwili obie czekamy na jedzenie. Obiad jest beznadziejny. Zamówiłam łososia z warzywami, a dostałam ogromną miskę zieleniny i mikroskopijne kawałki ryby. Gen dostała analogiczną wersję kurczaka z warzywami. Obie zgodnie stwierdzamy, że wyjątkowo marne i mało pożywne to jest. Po obiedzie jadę dalej, a Gen zostaje tu na noc, mimo wczesnej jeszcze popołudniowej godziny. Planuje się wyspać i ruszyć nocą, gdy wiatr zmaleje.

Wieczór jest ciepły. Aż do końca dnia jedzie mi się nieźle, choć czuję się nieco wywiana i twarz od tego wiatru mam czerwoną. Do Crowheart docieram w szarówce. Wg mojej rozpiski jest tu poczta. Łatwo ją namierzyć, bo przy drodze stoi nawet drogowskaz kierujący na tę pocztę. Tymczasem okazuje się, że poczta sklejona jest ze sklepem i to wszystko razem, jako komplet, jest… zamknięte. No to pięknie. Po prostu pięknie! Jadę kawałek dalej, wg mojej nawigacji niedaleko jest kościół. Nie robię sobie zbyt wielkich nadziei – kościoły bywają otwarte. Najczęściej są zamknięte. Podjeżdżam pod świątynię. Naciskam klamkę, ta ustępuje.

A więc mam noc w kościele. Wnoszę rower, rozkładam materac, śpiwór. Cicho, ciemno, ciepło. Leżąc w nawie głównej, pomiędzy rzędami ławek mówię światu dobranoc.
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (10)
Poniedziałek, 11 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 180.90 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1847m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy budzę się, pada deszcz. Zjadam śniadanie, wypijam z termosu
ciepłą herbatę. Najciszej jak potrafię pakuję graty i wychodzę z domku. Zimno!
4 stopnie powyżej zera.

Droga cały czas idzie pod górę. Jest pusto, zimno, dżdżyście. Mało przyjemnie. Na 30-którymś kilometrze „Rest area”, miejsce, gdzie można odpocząć. Ogrzewany budynek, z toaletami. Wchodzę na chwilę. Nic tu nie można kupić, więc zjadam własny prowiant. Dobre jest to, że mogę posiedzieć w cieple. Przez całe 100 km, gdy tak jadę pod górę, nie ma żadnego miejsca, gdzie można by było zjeść i wypić coś na ciepło. Jadę niezbyt szybko. Dogania mnie Genevieve i jest to jedyna osoba z TABR, którą dziś spotykam na trasie. Mniej więcej w tym samym czasie doganiają mnie Polacy z Kanady, u których w domku na kempingu spędziłam minioną noc. Mijam jezioro, które powstało w wyniku trzęsienia ziemi. Z wody wystają zatopione od dawna martwe już drzewa. Widok smutny i przerażający.

Ostatnie 20 km do West Yellowstone jest centralnie pod silny wiatr. Znowu tasuję się z Gen. Mam wrażenie, że nigdy nie dojadę. W końcu jednak jestem. W miasteczku jest McD. To dobre miejsce na jedzenie. Zestaw z McD to zawsze jest pewniak. Można brać w ciemno – jakość i właściwości odżywcze zestawu zawsze są na stałym poziomie. Tuż przy McD rondo, a na jego środku posąg niedźwiedzia stojącego na tylnych łapach. Kiedy jem, przechodzi ulewa. Gen jest gdzieś niedaleko, też w miasteczku i chyba też ma przerwę na jedzenie.

McD jest strasznie zatłoczony. Dużo ludzi, różne narodowości. Jakoś udaje mi się usiąść przy stoliku. Policzki mnie palą od zimnego wiatru. Muszę wyglądać strasznie. Po jedzeniu pora ruszać w drogę. Mimo, że się nie chce. Kawałek za miastem jest wjazd do Parku Narodowego Yellowstone. Uiszczam opłatę 20 USD i mogę jechać. Chwilę później wjeżdżam na teren stanu Wyoming.

W samym parku narodowym zwierzęta nie boją się chodzić tuż przy drodze. Gdy tylko się pojawiają, samochody się zatrzymują. Zatrzymują jak popadnie, jeden po drugim. Ludzie wysiadają, podchodzą i robią zdjęcia. Zwierzęta reagują na dwa sposoby: albo w ogóle nie zwracają na to uwagi, albo przypatrują się uważnie ludziom. Można wtedy mieć wrażenie, że gdyby dać im aparaty fotograficzne, to też by zaczęły robić zdjęcia.

Niestety bardzo wieje. Wiatr jest do tego stopnia silny, że chwilami prawie mnie zmiata z drogi. Coś okropnego. Widoki są piękne.

Pola geotermalne mogę obserwować z drogi. Widzę, jak ziemia paruje. Ludzie chodzą po estetycznie przygotowanych kładkach, wyznaczających szlaki spacerowe. Zazdroszczę im. Oni mają to, czego nie mam ja: czas. Ja robię jedynie kilka zdjęć z drogi. Tylko tyle mogę, w końcu szaleńczy wyścig trwa.

Ciężkie warunki sprawiają, że kombinuję by pójść wcześniej na nocleg, już w Old Faithful – i wtedy ruszyć w nocy - może wtedy nie będzie tak wiało. Jednak kiedy jestem w miejscowości, myślę o Gen, która jest gdzieś z przodu. Nie chcę by uciekła mi zbyt mocno. Zaciskam więc zęby i walczę z zimnem, deszczykami i wiatrem dalej. Nic miłego. Za Old Faithful zaczynają się podjazdy. Jest co mielić! Wdrapuję się na Craig Pass, na wysokość 8262 ft, tj. 2518 m n.p.m.

Raz po raz latają mżawki i jest zimno. Zjeżdżam, nieźle już zmęczona, do Grant Village (7770 ft, tj. 2368 m n.p.m.).

Wg mojej rozpiski, którą zimą zrobiłam w domu, jest tu poczta. Trzeba zjechać z trasy kawałek w lewo, nad jezioro. No to jadę. Jest to droga lekko w dół. W miejscowości znajduję sklep. Mimo, że to wieczór, jest jeszcze czynny. Fajnie. Robię małe zakupy i jadę szukać poczty. Jest! Otwarta, jasna – jak zwykle. Tym razem z gniazdkiem elektrycznym, więc mogę podładować tablet, mp3 i telefon. Ta poczta jest stara, dość mała, stoi nad samym jeziorem Yellowstone. W środku jest umiarkowanie ciepło. Dopiero rano zauważę, że przez cały czas było uchylone jedno z okienek.

A noc przyszła zimna, -3°C. Nie udało mi się dziś zrobić 200 km, a mimo to czuję się konkretnie przeorana. Może to też dlatego, że cały czas jestem wysoko – Grant Village jest na 2368 m).
Mapa
Ciąg dalszy

Droga cały czas idzie pod górę. Jest pusto, zimno, dżdżyście. Mało przyjemnie. Na 30-którymś kilometrze „Rest area”, miejsce, gdzie można odpocząć. Ogrzewany budynek, z toaletami. Wchodzę na chwilę. Nic tu nie można kupić, więc zjadam własny prowiant. Dobre jest to, że mogę posiedzieć w cieple. Przez całe 100 km, gdy tak jadę pod górę, nie ma żadnego miejsca, gdzie można by było zjeść i wypić coś na ciepło. Jadę niezbyt szybko. Dogania mnie Genevieve i jest to jedyna osoba z TABR, którą dziś spotykam na trasie. Mniej więcej w tym samym czasie doganiają mnie Polacy z Kanady, u których w domku na kempingu spędziłam minioną noc. Mijam jezioro, które powstało w wyniku trzęsienia ziemi. Z wody wystają zatopione od dawna martwe już drzewa. Widok smutny i przerażający.

Ostatnie 20 km do West Yellowstone jest centralnie pod silny wiatr. Znowu tasuję się z Gen. Mam wrażenie, że nigdy nie dojadę. W końcu jednak jestem. W miasteczku jest McD. To dobre miejsce na jedzenie. Zestaw z McD to zawsze jest pewniak. Można brać w ciemno – jakość i właściwości odżywcze zestawu zawsze są na stałym poziomie. Tuż przy McD rondo, a na jego środku posąg niedźwiedzia stojącego na tylnych łapach. Kiedy jem, przechodzi ulewa. Gen jest gdzieś niedaleko, też w miasteczku i chyba też ma przerwę na jedzenie.

McD jest strasznie zatłoczony. Dużo ludzi, różne narodowości. Jakoś udaje mi się usiąść przy stoliku. Policzki mnie palą od zimnego wiatru. Muszę wyglądać strasznie. Po jedzeniu pora ruszać w drogę. Mimo, że się nie chce. Kawałek za miastem jest wjazd do Parku Narodowego Yellowstone. Uiszczam opłatę 20 USD i mogę jechać. Chwilę później wjeżdżam na teren stanu Wyoming.

W samym parku narodowym zwierzęta nie boją się chodzić tuż przy drodze. Gdy tylko się pojawiają, samochody się zatrzymują. Zatrzymują jak popadnie, jeden po drugim. Ludzie wysiadają, podchodzą i robią zdjęcia. Zwierzęta reagują na dwa sposoby: albo w ogóle nie zwracają na to uwagi, albo przypatrują się uważnie ludziom. Można wtedy mieć wrażenie, że gdyby dać im aparaty fotograficzne, to też by zaczęły robić zdjęcia.

Niestety bardzo wieje. Wiatr jest do tego stopnia silny, że chwilami prawie mnie zmiata z drogi. Coś okropnego. Widoki są piękne.

Pola geotermalne mogę obserwować z drogi. Widzę, jak ziemia paruje. Ludzie chodzą po estetycznie przygotowanych kładkach, wyznaczających szlaki spacerowe. Zazdroszczę im. Oni mają to, czego nie mam ja: czas. Ja robię jedynie kilka zdjęć z drogi. Tylko tyle mogę, w końcu szaleńczy wyścig trwa.

Ciężkie warunki sprawiają, że kombinuję by pójść wcześniej na nocleg, już w Old Faithful – i wtedy ruszyć w nocy - może wtedy nie będzie tak wiało. Jednak kiedy jestem w miejscowości, myślę o Gen, która jest gdzieś z przodu. Nie chcę by uciekła mi zbyt mocno. Zaciskam więc zęby i walczę z zimnem, deszczykami i wiatrem dalej. Nic miłego. Za Old Faithful zaczynają się podjazdy. Jest co mielić! Wdrapuję się na Craig Pass, na wysokość 8262 ft, tj. 2518 m n.p.m.

Raz po raz latają mżawki i jest zimno. Zjeżdżam, nieźle już zmęczona, do Grant Village (7770 ft, tj. 2368 m n.p.m.).

Wg mojej rozpiski, którą zimą zrobiłam w domu, jest tu poczta. Trzeba zjechać z trasy kawałek w lewo, nad jezioro. No to jadę. Jest to droga lekko w dół. W miejscowości znajduję sklep. Mimo, że to wieczór, jest jeszcze czynny. Fajnie. Robię małe zakupy i jadę szukać poczty. Jest! Otwarta, jasna – jak zwykle. Tym razem z gniazdkiem elektrycznym, więc mogę podładować tablet, mp3 i telefon. Ta poczta jest stara, dość mała, stoi nad samym jeziorem Yellowstone. W środku jest umiarkowanie ciepło. Dopiero rano zauważę, że przez cały czas było uchylone jedno z okienek.

A noc przyszła zimna, -3°C. Nie udało mi się dziś zrobić 200 km, a mimo to czuję się konkretnie przeorana. Może to też dlatego, że cały czas jestem wysoko – Grant Village jest na 2368 m).
Mapa
Ciąg dalszy





