Wpisy archiwalne w miesiącu
Czerwiec, 2018
| Dystans całkowity: | 5782.80 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | b.d. |
| Średnia prędkość: | b.d. |
| Suma podjazdów: | 44351 m |
| Suma kalorii: | 1712 kcal |
| Liczba aktywności: | 29 |
| Średnio na aktywność: | 199.41 km |
| Więcej statystyk | |
Trans Am Bike Race (9)
Niedziela, 10 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 208.90 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1635m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy budzę się, w pokoju jest prawie zupełnie ciemno. Nikłe
światło wpada przez jedyne, maleńkie okienko. Wygląda na to, że już jest dzień.
Wychodzę z pokoju. Po korytarzu chodzi Gen z chłopakami. Mówią, że wstali o 3 w
nocy z zamiarem ruszenia na trasę, ale warunki pogodowe były wtedy wprost
straszne, więc wrócili do łóżek. Robimy sobie kawę i patrzymy przez okno, jak…
delikatnie prószy śnieg.
10 czerwca, 2018 r. – wcześnie rano w Jackson – jest tu coś, czego nie było w Polsce na święta Bożego Narodzenia – śnieg.

Oni wyjeżdżają z hotelu pierwsi. Ja potrzebuję nieco więcej czasu, aby się zebrać. Kiedy wychodzę, pogoda jest dziwaczna. Już nie pada śnieg. Słońce bawi się w berka z granatowymi chmurami i wieje silny, zimny wiatr.

Na dobry początek, droga wiedzie pod górę. Początkowo, przez wiele kilometrów łagodnie, potem - ostro. Przełęcz Big Hole Pass znajduje się na wysokości 2255 m. n.p.m. Stąd trzeba teraz zjechać. Droga jest prosta, widoczność doskonała, w plecy wieje bardzo silny wiatr. Rower rozpędza się i wydaje się, że leci nad tą drogą. Osiągam prędkość 66,2 km/h i jest to mój nowy rekord prędkości na rowerze.

Dalej jest jeszcze jeden większy podjazd, a potem dłuższa chwila wytchnienia – kilkadziesiąt kilometrów zjazdu. Najpierw dość mocno w dół, a następnie łagodnie. Rozległe przestrzenie, góry i pustka cały czas robią na mnie duże wrażenie.

Drogi szerokie, ruch mały, bardzo często pobocza. Są to dobre warunki do jazdy rowerem. Podjazdy wracają dopiero za Twin Bridges. Skoro było dużo w dół, to teraz będzie dużo pod górę. Mniej więcej w połowie stromego podjazdu znajduje się Virginia City. Jest to miasteczko – skansen.

Żałuję, że to jest wyścig w tym momencie. Tu jest tak ładnie, że można by zostać na dłużej. Niestety czas goni. Robię więc zdjęcie w czasie jazdy i to jest całe moje zwiedzanie. Trochę szkoda. Kawałek dalej mijam ciekawy obiekt. Na wzniesieniu stoi duży, biały namiot z drewnianym krzyżem. Jest to… kościół!

Do przełęczy jeszcze kawałek, a za nią trudny, mający niemal 20 km długości, zjazd do Ennis. Ten zjazd mógłby być bardzo szybki i przyjemny, jednak mam tu silny wiatr boczny, który szarpie mną i chwilami zmienia mi tor jazdy. Nie są to dobre warunki. Zjeżdżam więc mocno skoncentrowana, mięśnie mam napięte, cały czas jestem przygotowana na gwałtowniejsze porywy tego wiatru i… one są.
W Ennis postój w dużym sklepie. Trzeba zjeść coś ciepłego i odpocząć chwilę. Tradycyjnie jedną ręką jem, drugą stukam w Internecie.

W Ennis mogłabym zostać na noc, z mapy wyścigu wynika, że parę osób tu śpi. Widzę, że niebo znowu robi się niewesołe, jednak podejmuję decyzję, że jadę dalej.
Chmury burzowe coraz mocniej nasuwają się nad drogę, którą jadę. W dodatku jest cały czas pod górę. Pędzę ile sił w nogach do następnej miejscowości. Składam sobie milion obietnic – że już nie będę kombinować i w tej najbliższej wiosce zostanę na noc. Na burzowym niebie pojawia się tęcza. Wygląda to wspaniale. Tyle tylko, że burza jest o krok!

Docieram w końcu do Cameron. Nic tu nie ma poza kempingiem, przed budynkiem którego jakaś wesoła grupka robi sobie zdjęcia na tle chmur burzowych i tęczy. Słyszę język polski! To zupełnie niesamowite – Polacy! Mnie też ogrania wesołość – zdążyłam tu przed burzą. Niestety mniej wesoło robi się, gdy właściciele kempingu mówią mi, że nie ma już wolnych miejsc. Dodają, że w jednym z domków śpią rowerzyści mówią, że jeśli mnie przyjmą, to mogę u nich zostać. Jestem pewna, że to nasi, 99% pewności. Zabrakło... 1%. Ten jeden procent, to osoby z wskazanego domku – rowerzyści, ale nie z wyścigu. Nie zgadzają się, bym u nich spała. Zrezygnowana zastanawiam się co robić i wtedy wesoła grupka z Polski mówi, że oni też siedzą w jednym domków i skoro niczego nie znalazłam, to zapraszają do siebie. Jakże się cieszę! Noc zapowiadała się bardzo zimna (około 5 stopni na plusie) i w dodatku deszczowa. Miło będzie więc spać w cieple.

Drugi dzień pod rząd biorę prysznic - co za luksus! Potem jemy wspólną kolację i idę spać. Jutro znowu trzeba będzie wstać bardzo wcześnie. Ale to będzie całkiem miła pobudka – przy moim rowerze będzie stał termos z gorącą herbatą oraz pakunek z kanapkami. Życie jest piękne.
Mapa
Ciąg dalszy
10 czerwca, 2018 r. – wcześnie rano w Jackson – jest tu coś, czego nie było w Polsce na święta Bożego Narodzenia – śnieg.

Oni wyjeżdżają z hotelu pierwsi. Ja potrzebuję nieco więcej czasu, aby się zebrać. Kiedy wychodzę, pogoda jest dziwaczna. Już nie pada śnieg. Słońce bawi się w berka z granatowymi chmurami i wieje silny, zimny wiatr.

Na dobry początek, droga wiedzie pod górę. Początkowo, przez wiele kilometrów łagodnie, potem - ostro. Przełęcz Big Hole Pass znajduje się na wysokości 2255 m. n.p.m. Stąd trzeba teraz zjechać. Droga jest prosta, widoczność doskonała, w plecy wieje bardzo silny wiatr. Rower rozpędza się i wydaje się, że leci nad tą drogą. Osiągam prędkość 66,2 km/h i jest to mój nowy rekord prędkości na rowerze.

Dalej jest jeszcze jeden większy podjazd, a potem dłuższa chwila wytchnienia – kilkadziesiąt kilometrów zjazdu. Najpierw dość mocno w dół, a następnie łagodnie. Rozległe przestrzenie, góry i pustka cały czas robią na mnie duże wrażenie.

Drogi szerokie, ruch mały, bardzo często pobocza. Są to dobre warunki do jazdy rowerem. Podjazdy wracają dopiero za Twin Bridges. Skoro było dużo w dół, to teraz będzie dużo pod górę. Mniej więcej w połowie stromego podjazdu znajduje się Virginia City. Jest to miasteczko – skansen.

Żałuję, że to jest wyścig w tym momencie. Tu jest tak ładnie, że można by zostać na dłużej. Niestety czas goni. Robię więc zdjęcie w czasie jazdy i to jest całe moje zwiedzanie. Trochę szkoda. Kawałek dalej mijam ciekawy obiekt. Na wzniesieniu stoi duży, biały namiot z drewnianym krzyżem. Jest to… kościół!

Do przełęczy jeszcze kawałek, a za nią trudny, mający niemal 20 km długości, zjazd do Ennis. Ten zjazd mógłby być bardzo szybki i przyjemny, jednak mam tu silny wiatr boczny, który szarpie mną i chwilami zmienia mi tor jazdy. Nie są to dobre warunki. Zjeżdżam więc mocno skoncentrowana, mięśnie mam napięte, cały czas jestem przygotowana na gwałtowniejsze porywy tego wiatru i… one są.
W Ennis postój w dużym sklepie. Trzeba zjeść coś ciepłego i odpocząć chwilę. Tradycyjnie jedną ręką jem, drugą stukam w Internecie.

W Ennis mogłabym zostać na noc, z mapy wyścigu wynika, że parę osób tu śpi. Widzę, że niebo znowu robi się niewesołe, jednak podejmuję decyzję, że jadę dalej.
Chmury burzowe coraz mocniej nasuwają się nad drogę, którą jadę. W dodatku jest cały czas pod górę. Pędzę ile sił w nogach do następnej miejscowości. Składam sobie milion obietnic – że już nie będę kombinować i w tej najbliższej wiosce zostanę na noc. Na burzowym niebie pojawia się tęcza. Wygląda to wspaniale. Tyle tylko, że burza jest o krok!

Docieram w końcu do Cameron. Nic tu nie ma poza kempingiem, przed budynkiem którego jakaś wesoła grupka robi sobie zdjęcia na tle chmur burzowych i tęczy. Słyszę język polski! To zupełnie niesamowite – Polacy! Mnie też ogrania wesołość – zdążyłam tu przed burzą. Niestety mniej wesoło robi się, gdy właściciele kempingu mówią mi, że nie ma już wolnych miejsc. Dodają, że w jednym z domków śpią rowerzyści mówią, że jeśli mnie przyjmą, to mogę u nich zostać. Jestem pewna, że to nasi, 99% pewności. Zabrakło... 1%. Ten jeden procent, to osoby z wskazanego domku – rowerzyści, ale nie z wyścigu. Nie zgadzają się, bym u nich spała. Zrezygnowana zastanawiam się co robić i wtedy wesoła grupka z Polski mówi, że oni też siedzą w jednym domków i skoro niczego nie znalazłam, to zapraszają do siebie. Jakże się cieszę! Noc zapowiadała się bardzo zimna (około 5 stopni na plusie) i w dodatku deszczowa. Miło będzie więc spać w cieple.

Drugi dzień pod rząd biorę prysznic - co za luksus! Potem jemy wspólną kolację i idę spać. Jutro znowu trzeba będzie wstać bardzo wcześnie. Ale to będzie całkiem miła pobudka – przy moim rowerze będzie stał termos z gorącą herbatą oraz pakunek z kanapkami. Życie jest piękne.
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (8)
Sobota, 9 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 210.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1656m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Poranek jest chłodny. Ubieram nawet puchową kamizelkę, by
zapewnić sobie właściwą termikę. Zaraz na samym początku dnia spotykam kibica
wyścigu. Jest to Roger DiBrito. Mówi, że jestem tego poranka pierwszą osobą z
TABR, która wyjeżdża z Lolo. Dobrze wiedzieć. To znaczy, że Gen jeszcze nie
wstała. No chyba, że ruszyła w nocy, ale raczej w to nie wierzę. Gadamy dłuższą
chwilę jadąc wygodną ścieżką rowerową idącą wzdłuż drogi szybkiego ruchu. Roger
nawet nagrywa ze mną krótki wywiad. Potem żegna się i wraca polować na kolejnych
zawodników.

I…. wszystko by było ok., gdyby nie to, że chwilę później połykam muchę. Nie mogę jej w żaden sposób wykaszleć. Nie pomaga zatrzymanie się i popicie. Nic. Cały czas tak samo źle. Nie mogę wyregulować oddechu, więc zamiast normalnie jechać, jadę bardzo powoli, cały czas kaszląc. W końcu docieram do stacji paliw. Kupuję lek przeciwalergiczny.
Droga cały czas lekko się wznosi. Docieram do dość dużego miasta – Hamilton. Spotykam tu Alainę. Obie odwiedzamy sklep rowerowy. Kupuję torbę na kierownicę. W mojej przestał działać zamek – zostawiam ją obsłudze sklepu. Daję trochę kasy, adres mój domowy i proszę o wysłanie do Polski. Chętnie zgadzają się pomóc.

A potem kolejna niemiła niespodzianka - dziś, trzeci dzień od użądlenia w łydkę na zjeździe w stanie Idaho, pojawił się duży odczyn. Ni z tego ni z owego mała czerwona kropka po ukąszeniu owada, zaczęła się nagle powiększać, puchnąć i swędzieć oraz boleć. To wszystko zaczyna się dziać akurat gdy jestem w Darby. Zaczepiam dwie kobiety siedzące pod sklepem i pytałam o aptekę, albo lekarza. Mówią, że szpital jest, ale w Hamilton. Powrót do Hamilton nie uśmiecha mi się - to by oznaczało konieczność cofania się i utratę wysokości…. Dowiaduję się jednak, że w prawie każdym sklepie spożywczym można kupić lekarstwa. Jadę więc do marketu spożywczego i kupuję lekarstwo. Porządnie smaruję odczyn maścią z kortyzonem i zakładam opatrunek. Teraz mogę jechać dalej.
Wolę nawet nie myśleć o tym ile czasu dziś straciłam:
- na akcję z muchą,
- w sklepie rowerowym,
- na szukanie leku i materiałów opatrunkowych na odczyn na nodze.

Po tym wszystkim czuję się zmęczona i dość mocno głodna, dlatego zatrzymuję się na jedzenie. Nie mając ochoty znowu walczyć z niedobrym żarciem, biorę pewniaka, tj. frytki. Jem, patrząc przez okno jak kolejne osoby jadę pod górę. Chyba widzę też Gen. No cóż. Pospała dłużej niż ja, zregenerowała się. Tymczasem ja wstałam skoro świt, a na liczniku mam… zaledwie 105 km. Bywa i tak. Te niewesołe rozmyślania urozmaicam sobie czytaniem FB i wtedy... przychodzi wiadomość, że mam się wreszcie ruszyć. Że idą burze i te burze w rejonie zostaną na dłużej. Siedzenie w miejscu niczego dobrego nie przyniesie. Po prostu trzeba jechać i to jak najprędzej. I tyle.

W tym momencie wszystko się zmienia. Z chwili na chwilę zaczynam działać z pośpiechem. Pakuję resztkę frytek do foliowej torebki i wychodzę. Jestem na wysokości 1252 m n.p.m. Pogoda jest coraz gorsza, a przede mną duży podjazd – prawie kilometr w pionie! Bez miejscowości, bez sklepów. Na niebie kotłują się groźne, burzowe chmury. Jest raczej chłodno. Na szczęście nie pada. To niewiarygodne, że przy takim stanie nieba nie leje. Podjazd, który ciągnie się od początku dnia, za miejscowością Sula nabiera bardziej zdecydowanego charakteru. Ostrzejsza wspinaczka – ciągnąca się przez… 20 km, kończy się na przełęczy Chief Joseph Pass, na wysokości 2210 m n.p.m. To pierwszy raz podczas wyścigu, gdy jestem na wysokości ponad 2000 m. i jest to dopiero... początek zabawy na dużych wysokościach.

Z przełęczy do Wisdom – najbliższej miejscowości jest 27 mil, tj. 43,5 km. Na szczęście w większości są to kilometry szybkie – bo w dół. Jest zaledwie 13°C, więc na zjazd trzeba się ubrać. Żadnych miejscowości, sklepów. Nic. Tylko góry i lasy oraz szosa to wszystko przecinająca. Wyobrażam sobie, że musi tu mieszkać pełno niedźwiedzi. Droga jest kompletnie pusta. Może raz na kwadrans przejedzie jakiś samochód i to wszystko.

W końcu zaczyna padać. Ktoś wysoko do góry zabrał się za wyciskanie napompowanych wodą chmur. Jazda jest mniej przyjemna. Do Wisdom docieram zmoknięta. Jest tu hotel i właściciel zaprasza na nocleg. Jednak… jeszcze nie jest ciemno. To nic, że pogoda jest straszna, to jest wyścig. Trzeba jechać.
Do następnej miejscowości – Jackson, jest 29 km i wszystko to jest drogą pod górę. Łagodnie co prawda, ale jednak. Pośród deszczu i wiatru oraz chłodu jadę pustą drogą do Jackson.

Pogoda z chwili na chwilę jest coraz gorsza. Pada, wieje, jest zimno, a dzień powoli dobiega końca.

Do Jackson (1970 m n.p.m.) docieram w głębokiej szarówce. Coś niesamowitego jest w tej miejscowości. Zaledwie kilka domków. Ulicy nie oświetlają żadne latarnie. Ciemno i trochę złowrogo. Pośród wyjącego wiatru, słychać… dźwięk dzwoneczków szarpanych przez wściekły żywioł. Pogoda jest katastrofalna. Prawdziwa nawałnica. Szukam poczty, wg mojej rozpiski ma tu być. Jednak tym razem czeka mnie niemiła niespodzianka. Nie ma klasycznej poczty. Zamiast tego są zwykłe skrzynki na listy. Obok stoi hotel. Bije z niego ciepłe światło świec. Moje oczy przez dłuższą chwilę chłoną ten obrazek. Wtedy w drzwiach pojawia się bosa dziewczyna z latarką.
„Nic tu nie ma, nie ma poczty, chodź do środka!”- mówi do mnie.
Tą dziewczyną jest Genevieve.
Tak łatwo jednak nie odpuszczam. W końcu nie tylko poczty nadają się na nocleg. Tu jest jeszcze kościół. W szalejącej nawałnicy sprawdzam, czy jest otwarty. Niestety nie.

Idę więc do hotelu. Okazuje się, że przez gwałtowną burzę w całej miejscowości nie ma prądu – stąd świece w oknie. Melduję się. Właściciel jest zaskoczony gdy dowiaduje się, że jestem z Polski. Jakoś tak śmiesznie sobie wymyślił, że muszę być z Francji. To nie pierwszy raz, gdy ktoś tu, w Stanach, bierze mnie za Francuzkę. Opłacam pokój jednoosobowy i idę pod prysznic. Prądu co prawda nie ma, ale ciepła woda jeszcze kapie. To cieszy. Po raz pierwszy od startu mogę się w końcu umyć! Gdy układam do suszenia ubrania, właściciel hotelu daje mi miskę owoców. Pysznych, świeżych owoców. Zjadłam je natychmiast.
Mapa
Ciąg dalszy

I…. wszystko by było ok., gdyby nie to, że chwilę później połykam muchę. Nie mogę jej w żaden sposób wykaszleć. Nie pomaga zatrzymanie się i popicie. Nic. Cały czas tak samo źle. Nie mogę wyregulować oddechu, więc zamiast normalnie jechać, jadę bardzo powoli, cały czas kaszląc. W końcu docieram do stacji paliw. Kupuję lek przeciwalergiczny.
Droga cały czas lekko się wznosi. Docieram do dość dużego miasta – Hamilton. Spotykam tu Alainę. Obie odwiedzamy sklep rowerowy. Kupuję torbę na kierownicę. W mojej przestał działać zamek – zostawiam ją obsłudze sklepu. Daję trochę kasy, adres mój domowy i proszę o wysłanie do Polski. Chętnie zgadzają się pomóc.

A potem kolejna niemiła niespodzianka - dziś, trzeci dzień od użądlenia w łydkę na zjeździe w stanie Idaho, pojawił się duży odczyn. Ni z tego ni z owego mała czerwona kropka po ukąszeniu owada, zaczęła się nagle powiększać, puchnąć i swędzieć oraz boleć. To wszystko zaczyna się dziać akurat gdy jestem w Darby. Zaczepiam dwie kobiety siedzące pod sklepem i pytałam o aptekę, albo lekarza. Mówią, że szpital jest, ale w Hamilton. Powrót do Hamilton nie uśmiecha mi się - to by oznaczało konieczność cofania się i utratę wysokości…. Dowiaduję się jednak, że w prawie każdym sklepie spożywczym można kupić lekarstwa. Jadę więc do marketu spożywczego i kupuję lekarstwo. Porządnie smaruję odczyn maścią z kortyzonem i zakładam opatrunek. Teraz mogę jechać dalej.
Wolę nawet nie myśleć o tym ile czasu dziś straciłam:
- na akcję z muchą,
- w sklepie rowerowym,
- na szukanie leku i materiałów opatrunkowych na odczyn na nodze.

Po tym wszystkim czuję się zmęczona i dość mocno głodna, dlatego zatrzymuję się na jedzenie. Nie mając ochoty znowu walczyć z niedobrym żarciem, biorę pewniaka, tj. frytki. Jem, patrząc przez okno jak kolejne osoby jadę pod górę. Chyba widzę też Gen. No cóż. Pospała dłużej niż ja, zregenerowała się. Tymczasem ja wstałam skoro świt, a na liczniku mam… zaledwie 105 km. Bywa i tak. Te niewesołe rozmyślania urozmaicam sobie czytaniem FB i wtedy... przychodzi wiadomość, że mam się wreszcie ruszyć. Że idą burze i te burze w rejonie zostaną na dłużej. Siedzenie w miejscu niczego dobrego nie przyniesie. Po prostu trzeba jechać i to jak najprędzej. I tyle.

W tym momencie wszystko się zmienia. Z chwili na chwilę zaczynam działać z pośpiechem. Pakuję resztkę frytek do foliowej torebki i wychodzę. Jestem na wysokości 1252 m n.p.m. Pogoda jest coraz gorsza, a przede mną duży podjazd – prawie kilometr w pionie! Bez miejscowości, bez sklepów. Na niebie kotłują się groźne, burzowe chmury. Jest raczej chłodno. Na szczęście nie pada. To niewiarygodne, że przy takim stanie nieba nie leje. Podjazd, który ciągnie się od początku dnia, za miejscowością Sula nabiera bardziej zdecydowanego charakteru. Ostrzejsza wspinaczka – ciągnąca się przez… 20 km, kończy się na przełęczy Chief Joseph Pass, na wysokości 2210 m n.p.m. To pierwszy raz podczas wyścigu, gdy jestem na wysokości ponad 2000 m. i jest to dopiero... początek zabawy na dużych wysokościach.

Z przełęczy do Wisdom – najbliższej miejscowości jest 27 mil, tj. 43,5 km. Na szczęście w większości są to kilometry szybkie – bo w dół. Jest zaledwie 13°C, więc na zjazd trzeba się ubrać. Żadnych miejscowości, sklepów. Nic. Tylko góry i lasy oraz szosa to wszystko przecinająca. Wyobrażam sobie, że musi tu mieszkać pełno niedźwiedzi. Droga jest kompletnie pusta. Może raz na kwadrans przejedzie jakiś samochód i to wszystko.

W końcu zaczyna padać. Ktoś wysoko do góry zabrał się za wyciskanie napompowanych wodą chmur. Jazda jest mniej przyjemna. Do Wisdom docieram zmoknięta. Jest tu hotel i właściciel zaprasza na nocleg. Jednak… jeszcze nie jest ciemno. To nic, że pogoda jest straszna, to jest wyścig. Trzeba jechać.
Do następnej miejscowości – Jackson, jest 29 km i wszystko to jest drogą pod górę. Łagodnie co prawda, ale jednak. Pośród deszczu i wiatru oraz chłodu jadę pustą drogą do Jackson.

Pogoda z chwili na chwilę jest coraz gorsza. Pada, wieje, jest zimno, a dzień powoli dobiega końca.

Do Jackson (1970 m n.p.m.) docieram w głębokiej szarówce. Coś niesamowitego jest w tej miejscowości. Zaledwie kilka domków. Ulicy nie oświetlają żadne latarnie. Ciemno i trochę złowrogo. Pośród wyjącego wiatru, słychać… dźwięk dzwoneczków szarpanych przez wściekły żywioł. Pogoda jest katastrofalna. Prawdziwa nawałnica. Szukam poczty, wg mojej rozpiski ma tu być. Jednak tym razem czeka mnie niemiła niespodzianka. Nie ma klasycznej poczty. Zamiast tego są zwykłe skrzynki na listy. Obok stoi hotel. Bije z niego ciepłe światło świec. Moje oczy przez dłuższą chwilę chłoną ten obrazek. Wtedy w drzwiach pojawia się bosa dziewczyna z latarką.
„Nic tu nie ma, nie ma poczty, chodź do środka!”- mówi do mnie.
Tą dziewczyną jest Genevieve.
Tak łatwo jednak nie odpuszczam. W końcu nie tylko poczty nadają się na nocleg. Tu jest jeszcze kościół. W szalejącej nawałnicy sprawdzam, czy jest otwarty. Niestety nie.

Idę więc do hotelu. Okazuje się, że przez gwałtowną burzę w całej miejscowości nie ma prądu – stąd świece w oknie. Melduję się. Właściciel jest zaskoczony gdy dowiaduje się, że jestem z Polski. Jakoś tak śmiesznie sobie wymyślił, że muszę być z Francji. To nie pierwszy raz, gdy ktoś tu, w Stanach, bierze mnie za Francuzkę. Opłacam pokój jednoosobowy i idę pod prysznic. Prądu co prawda nie ma, ale ciepła woda jeszcze kapie. To cieszy. Po raz pierwszy od startu mogę się w końcu umyć! Gdy układam do suszenia ubrania, właściciel hotelu daje mi miskę owoców. Pysznych, świeżych owoców. Zjadłam je natychmiast.
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (7)
Piątek, 8 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 218.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1398m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Gen wczoraj mówiła, że ona i koledzy wstaną dziś bardzo
wcześnie. Może nawet jeszcze w nocy. Budzę się więc wcześnie i ja. Nie jest to
już co prawda noc, ale wiem, że nocy raczej nie mogę zarywać, bo to się skończy
dużym spadkiem wydajności. A tu przecież nie ma wiat przystankowych, gdzie w
chwili kryzysu można na paręnaście minut przysnąć.

Z poczty wytaczam się wprost na stację paliw, na której wczoraj pytałam o kościoły. Biorę kawę i coś do jedzenia. Po chwili pojawiają się oni: Gen i chłopaki. A więc jeszcze stąd nie wyjechali! Też jedzą śniadanie. Wszyscy jesteśmy senni.

Wybywam ze stacji jako pierwsza. Poranne mgiełki sprawiają, że okolica wygląda wspaniale. Są góry, jest droga, a po prawej płynie rwąca rzeka. Gen i chłopaki doganiają mnie dość szybko. Zamieniamy parę słów i oddalają się. Jadą szybciej niż ja.

Niektóre dni są dziwne. W całości pod górę.… i to dosłownie. Nie w przenośni. Droga jest nachylona łagodnie. Niemniej cały czas się wznosi. Cały czas po prawej płynie dzika rzeka. Droga nie jest od tej rzeki w żaden sposób odgrodzona. Nie ma barierek. Jeden nieostrożny ruch kierownicą, chwila nieuwagi i można wlecieć do wody. Wody, która szybko, przetacza się po głazach, pieni się, tworzy wiry. Widać, że tu od razu jest głęboko. Na wszelki wypadek trzymam odległość od prawego skraju drogi.

Kiedy się jedzie pod górę przez… ponad 100 km i kiedy cały czas przy drodze jest rzeka, można w końcu mieć dość. Rzeka przestaje szumieć, a zaczyna nieznośnie hałasować. Widok wcale nie jest urzekający, a… monotonny. Ile tak można? A można! Jeszcze ponad 40 km. Potem droga ucieka od rzeki i zaczyna się wznosić bardziej zdecydowanie. Nie ma już śladu po łagodnym podjeździe. Teraz trzeba mocniej popracować nad zdobywaniem wysokości.

Termometr nie wykazuje upału, jednak mam wrażenie, że jest gorąco i zaczynam źle znosić mocno nasłonecznione, strome odcinki. Dochodzi do tego, że robię przerwy pod każdym napotkanym drzewem. Siadam na ziemi i dochodzę do siebie. I tak kilka razy. W końcu do przełęczy zostaje już tylko jedna mila. Dłuży mi się ona niemiłosiernie. Ale wszystko na swój kres. Nawet ten długi na 162 km podjazd. Oto jestem na przełęczy! Jest tu budynek, w którym można chwile odpocząć. Toalety, woda.

Nabieram wody, myję ręce i twarz. Kiedy wychodzę na zewnątrz dociera... jeden z chłopaków, którzy jechali rano z Gen. Potem drugi, a w końcu ona sama. Widocznie częściej się zatrzymywali, lub robili dłuższe postoje. Na przełęczy byłam pierwsza i cieszę się z tego.
Początek zjazdu z Lolo Pass (5200 ft, tj. 1585 m n.p.m.) to wjazd do stanu Montana. Tabliczka stanowa jest wymowna. Straszy z niej postać niedźwiedzia. Pora zacząć się bać?

Jednak zanim zacznę, pora na nagrodę - zjazd aż do Lolo. Na tym zjeździe Gen i chłopaki uciekają mi. Jakoś… zupełnie się tym nie przejmuję. Co więcej, przed Lolo, zatrzymuję się w dużym sklepie na jedzenie. Miejsce jest mega dziwne. Późnym wieczorem chyba nie chciałabym tu być. Sklep łączy się z kasynem. W środku dużo mężczyzn. Niektórzy bacznie mnie obserwują, większość jednak zatopiona jest w świecie gier. Wzrok mają nieobecny. Utkwiony w monitorach, wyświetlaczach, automatach. Zamawiam ciepłe jedzenie i wychodzę z nim do stolika na zewnątrz. Na zewnątrz jest jakoś tak… zwyczajniej.

Mocno najedzona dokańczam zjazd do Lolo. Gdzieś tu w hotelu śpią Gen i chłopaki. Ja tymczasem w pierwszej kolejności szukam kościoła. Żaden nie jest otwarty. Kończę więc dzień na poczcie. Jasno, czysto, ciepło. Trochę jak... w szpitalu.

Mapa
Ciąg dalszy

Z poczty wytaczam się wprost na stację paliw, na której wczoraj pytałam o kościoły. Biorę kawę i coś do jedzenia. Po chwili pojawiają się oni: Gen i chłopaki. A więc jeszcze stąd nie wyjechali! Też jedzą śniadanie. Wszyscy jesteśmy senni.

Wybywam ze stacji jako pierwsza. Poranne mgiełki sprawiają, że okolica wygląda wspaniale. Są góry, jest droga, a po prawej płynie rwąca rzeka. Gen i chłopaki doganiają mnie dość szybko. Zamieniamy parę słów i oddalają się. Jadą szybciej niż ja.

Niektóre dni są dziwne. W całości pod górę.… i to dosłownie. Nie w przenośni. Droga jest nachylona łagodnie. Niemniej cały czas się wznosi. Cały czas po prawej płynie dzika rzeka. Droga nie jest od tej rzeki w żaden sposób odgrodzona. Nie ma barierek. Jeden nieostrożny ruch kierownicą, chwila nieuwagi i można wlecieć do wody. Wody, która szybko, przetacza się po głazach, pieni się, tworzy wiry. Widać, że tu od razu jest głęboko. Na wszelki wypadek trzymam odległość od prawego skraju drogi.

Kiedy się jedzie pod górę przez… ponad 100 km i kiedy cały czas przy drodze jest rzeka, można w końcu mieć dość. Rzeka przestaje szumieć, a zaczyna nieznośnie hałasować. Widok wcale nie jest urzekający, a… monotonny. Ile tak można? A można! Jeszcze ponad 40 km. Potem droga ucieka od rzeki i zaczyna się wznosić bardziej zdecydowanie. Nie ma już śladu po łagodnym podjeździe. Teraz trzeba mocniej popracować nad zdobywaniem wysokości.

Termometr nie wykazuje upału, jednak mam wrażenie, że jest gorąco i zaczynam źle znosić mocno nasłonecznione, strome odcinki. Dochodzi do tego, że robię przerwy pod każdym napotkanym drzewem. Siadam na ziemi i dochodzę do siebie. I tak kilka razy. W końcu do przełęczy zostaje już tylko jedna mila. Dłuży mi się ona niemiłosiernie. Ale wszystko na swój kres. Nawet ten długi na 162 km podjazd. Oto jestem na przełęczy! Jest tu budynek, w którym można chwile odpocząć. Toalety, woda.

Nabieram wody, myję ręce i twarz. Kiedy wychodzę na zewnątrz dociera... jeden z chłopaków, którzy jechali rano z Gen. Potem drugi, a w końcu ona sama. Widocznie częściej się zatrzymywali, lub robili dłuższe postoje. Na przełęczy byłam pierwsza i cieszę się z tego.
Początek zjazdu z Lolo Pass (5200 ft, tj. 1585 m n.p.m.) to wjazd do stanu Montana. Tabliczka stanowa jest wymowna. Straszy z niej postać niedźwiedzia. Pora zacząć się bać?

Jednak zanim zacznę, pora na nagrodę - zjazd aż do Lolo. Na tym zjeździe Gen i chłopaki uciekają mi. Jakoś… zupełnie się tym nie przejmuję. Co więcej, przed Lolo, zatrzymuję się w dużym sklepie na jedzenie. Miejsce jest mega dziwne. Późnym wieczorem chyba nie chciałabym tu być. Sklep łączy się z kasynem. W środku dużo mężczyzn. Niektórzy bacznie mnie obserwują, większość jednak zatopiona jest w świecie gier. Wzrok mają nieobecny. Utkwiony w monitorach, wyświetlaczach, automatach. Zamawiam ciepłe jedzenie i wychodzę z nim do stolika na zewnątrz. Na zewnątrz jest jakoś tak… zwyczajniej.

Mocno najedzona dokańczam zjazd do Lolo. Gdzieś tu w hotelu śpią Gen i chłopaki. Ja tymczasem w pierwszej kolejności szukam kościoła. Żaden nie jest otwarty. Kończę więc dzień na poczcie. Jasno, czysto, ciepło. Trochę jak... w szpitalu.

Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (6)
Czwartek, 7 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 209.20 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1694m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy rano wychodzę z rowerem na ulicę, jest głęboka
szarówka. Kontynuuję podjazd do New Meadows. Dzień wstaje chmurny, a
dojeżdżając do miejscowości widzę w oddali kłęby dymu. Jadę z nadzieją, że nie
jest to żaden pożar, że droga tam, daleko jest otwarta. W końcu okazuje się, że to
jakieś zakłady tak dymią. W New Meadows zatrzymuję się na śniadanie. Z lokalu
do którego wchodzę, wychodzi John. Dowiaduję się też, że James ruszył z parku
miejskiego w nocy i jest gdzieś z przodu. Ustawiając rower czuję, że dłoń
dziwnie mi się lepi. Spoglądam na nią i widzę... krew. Sporo krwi. Nie wiem jak i
kiedy, rozcięłam sobie palec. Jem śniadanie, trochę rozmawiam z miejscowymi,
wrzucam krótką informację na FB.

Po śniadaniu dzień robi się słoneczny. Znowu błękitne niebo. Droga opada, więc jedzie się fajnie. Raz po raz, podczas wyścigu, spotykam sakwiarzy jadących w drugą stronę. Ich rowery są mocno obładowane, jadą na ogół powoli lub bardzo powoli. Chwilami trochę im zazdroszczę tego, że nie muszą się spieszyć, że mogą zatrzymać się w dowolnym miejscu, że mają czas na robienie zdjęć, że mogą robić przerwy, gdy pogoda staje się zbyt ciężka do jazdy. Tu, na wyścigu, wszystko wygląda inaczej. Nie ma czasu, wszędzie jestem tylko przez chwilę.

Drogi cały czas są praktycznie zupełnie puste. W dodatku szerokie i najczęściej z poboczami. Docieram do White Bird. To ostatnia miejscowość przed dużym podjazdem na przełęcz White Bird Pass. Zatrzymuję się w sklepie. Kupuję do jedzenia słodkie bułki. Pytam o zwykłą, czarną herbatę. Teoretycznie nie ma. W praktyce miły sprzedawca przynosi mi ją z zaplecza. W dodatku pozwala usiąść. Daje krzesło. Rozsiadam się więc między sklepowymi półkami. Dobra regeneracja. To gdzieś tu dowiaduję się, że doganiam Genevieve - Kanadyjkę, która wystartowała mocno, ale najwyraźniej zaczyna słabnąć. Kolega pisze mi, że najpewniej złapię ją jutro. Postanawiam, że… sprawię mu niespodziankę i zrobię to jeszcze dziś.

Przychodzi czas, by skończyć posiadówkę w sklepie i ruszyć w drogę. Przede mną góra dnia. Jest gorąco. Smaruję się kremem przeciwsłonecznym i zaczynam wspinaczkę. Idzie mi dobrze. Jadę żwawo aż na wysokość 1250 m n.p.m. W międzyczasie psuje się pogoda. Góry, które widzę teraz jak na dłoni robią się sine. Połyka je sine niebo. To nie wróży niczego dobrego. Zrywa się silny i zimny wiatr.

Pędzę więc ile sił w nogach na górę. To już niedaleko. Jeszcze tylko 80 m w pionie... i wtedy się zaczyna burza. Burza w górach, na wysokości 1250 m. Nic miłego. Pospiesznie się chowam. Trochę desperacko… wchodzę pod drzewo iglaste. Iglak marnie spisuje się w roli parasola. Siedzę przebierając się w ciuchy deszczowe i podjadając chipsy. Kiedy już jestem ubrana, naprędce analizuję. Ta burza dopiero się rozkręca. Nie ma się gdzie schować. Miejscówka pod drzewem to słaby pomysł. Do przeskoczenia jeszcze 80 m pionu. Trochę ryzykancko… Jednak kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Jadę. Pośród grzmotów i błyskawic oraz w strugach deszczu dokańczam podjazd. A potem przystępuję do zjazdu. Jest to ciężki zjazd. Kręta, górska droga idzie ostro w dół. Asfalt jest spękany, leży na nim żwir. Cały czas leje. Kto zjeżdżał w podobnych warunkach, wie co mam na myśli.

Grangeville osiągam w ulewie. Niebo cały czas jest sine. Wbijam się wraz z rowerem na dużą stację paliw. Robimy tu mały potop i dochodzimy do siebie. Ja i mój rower. Zjadam jakieś niezbyt dobre jedzenie. Ładuję elektronikę. Kupuję baterie litowe do GPSa. Dość długo tu siedzę. Na mapce TABR widzę, że kilka osób zostało tu na noc. Nic dziwnego. Pewnie też złapała ich ta ostra burza. Jest późne popołudnie. Też chętnie już bym nigdzie dalej dziś nie jechała. Jednak jest to wyścig. Uśmiecham się do siebie. Zakładam mokre odzienie i wychodzę na zewnątrz. W drogę!

Początek to droga lekko opadająca w dół poprzeplatana elementami podjazdu. Idzie średnio szybko. Raz robię przystanek, bo czuję, że mi zimno. Pora ubrać się cieplej. Kiedy przychodzi zasadniczy zjazd, jest już praktycznie ciemno. Zjazd jest ostry, droga kiepska. Łatwo wylecieć z tej drogi. Zjeżdżam ostrożnie. W końcu jestem na dole. Stites – tu bym mogła zostać. Ale nie zostanę. A to dlatego, że Gen śpi miejscowość dalej – w Kooskia. Z mojej rozpiski wynika, że mogę śmiało tam jechać. Są tam zarówno kościoły jak i poczta. Czyli miejsce do spania z pewnością się znajdzie.
Szosa nie jest już tak szalona. Jest praktycznie płasko. Jadę sobie i jadę, aż docieram do celu. W miejscowości widzę spacerującą ulicą dziewczynę. To Gen! Chwilę gadamy. Mówi, że ona i dwóch kolegów śpią w hotelu niedaleko i jeśli niczego nie znajdę, to zapraszają. To bardzo miłe. Jednak postanawiam się rozejrzeć. Wchodzę na stację paliw i pytam o kościół. Zaskoczony chłopak pyta, czy o tak późnej godzinie będę się modlić i… którego z kościołów szukam, bo jest ich tu kilka. Odpowiadam, że interesuje mnie każdy kościół, że to może być dowolny kościół. Jego brwi unoszą się wysoko ze zdumienia. Prawie pod niebo. No bo jak można szukać dowolnego kościoła??

Niepotrzebnie tracę czas objeżdżając kościoły – wszystkie są zamknięte. Ostatecznie ląduję na poczcie. Każda poczta w Stanach składa się z dwóch części: urzędowej czynnej zwykle do ok. 15.00 oraz ogólnodostępnej ze skrytkami na przesyłki – czynna 24 h. Pali się tu światło i nie idzie go zgasić. To typowe. Tak będzie na prawie każdej poczcie aż do końca wyścigu. To moja pierwsza poczta noclegowa podczas Trans Am. Dmucham materac, wyciągam śpiwór, naciągam czapkę na oczy. Dobranoc!

Mapa
Ciąg dalszy

Po śniadaniu dzień robi się słoneczny. Znowu błękitne niebo. Droga opada, więc jedzie się fajnie. Raz po raz, podczas wyścigu, spotykam sakwiarzy jadących w drugą stronę. Ich rowery są mocno obładowane, jadą na ogół powoli lub bardzo powoli. Chwilami trochę im zazdroszczę tego, że nie muszą się spieszyć, że mogą zatrzymać się w dowolnym miejscu, że mają czas na robienie zdjęć, że mogą robić przerwy, gdy pogoda staje się zbyt ciężka do jazdy. Tu, na wyścigu, wszystko wygląda inaczej. Nie ma czasu, wszędzie jestem tylko przez chwilę.

Drogi cały czas są praktycznie zupełnie puste. W dodatku szerokie i najczęściej z poboczami. Docieram do White Bird. To ostatnia miejscowość przed dużym podjazdem na przełęcz White Bird Pass. Zatrzymuję się w sklepie. Kupuję do jedzenia słodkie bułki. Pytam o zwykłą, czarną herbatę. Teoretycznie nie ma. W praktyce miły sprzedawca przynosi mi ją z zaplecza. W dodatku pozwala usiąść. Daje krzesło. Rozsiadam się więc między sklepowymi półkami. Dobra regeneracja. To gdzieś tu dowiaduję się, że doganiam Genevieve - Kanadyjkę, która wystartowała mocno, ale najwyraźniej zaczyna słabnąć. Kolega pisze mi, że najpewniej złapię ją jutro. Postanawiam, że… sprawię mu niespodziankę i zrobię to jeszcze dziś.

Przychodzi czas, by skończyć posiadówkę w sklepie i ruszyć w drogę. Przede mną góra dnia. Jest gorąco. Smaruję się kremem przeciwsłonecznym i zaczynam wspinaczkę. Idzie mi dobrze. Jadę żwawo aż na wysokość 1250 m n.p.m. W międzyczasie psuje się pogoda. Góry, które widzę teraz jak na dłoni robią się sine. Połyka je sine niebo. To nie wróży niczego dobrego. Zrywa się silny i zimny wiatr.

Pędzę więc ile sił w nogach na górę. To już niedaleko. Jeszcze tylko 80 m w pionie... i wtedy się zaczyna burza. Burza w górach, na wysokości 1250 m. Nic miłego. Pospiesznie się chowam. Trochę desperacko… wchodzę pod drzewo iglaste. Iglak marnie spisuje się w roli parasola. Siedzę przebierając się w ciuchy deszczowe i podjadając chipsy. Kiedy już jestem ubrana, naprędce analizuję. Ta burza dopiero się rozkręca. Nie ma się gdzie schować. Miejscówka pod drzewem to słaby pomysł. Do przeskoczenia jeszcze 80 m pionu. Trochę ryzykancko… Jednak kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Jadę. Pośród grzmotów i błyskawic oraz w strugach deszczu dokańczam podjazd. A potem przystępuję do zjazdu. Jest to ciężki zjazd. Kręta, górska droga idzie ostro w dół. Asfalt jest spękany, leży na nim żwir. Cały czas leje. Kto zjeżdżał w podobnych warunkach, wie co mam na myśli.

Grangeville osiągam w ulewie. Niebo cały czas jest sine. Wbijam się wraz z rowerem na dużą stację paliw. Robimy tu mały potop i dochodzimy do siebie. Ja i mój rower. Zjadam jakieś niezbyt dobre jedzenie. Ładuję elektronikę. Kupuję baterie litowe do GPSa. Dość długo tu siedzę. Na mapce TABR widzę, że kilka osób zostało tu na noc. Nic dziwnego. Pewnie też złapała ich ta ostra burza. Jest późne popołudnie. Też chętnie już bym nigdzie dalej dziś nie jechała. Jednak jest to wyścig. Uśmiecham się do siebie. Zakładam mokre odzienie i wychodzę na zewnątrz. W drogę!

Początek to droga lekko opadająca w dół poprzeplatana elementami podjazdu. Idzie średnio szybko. Raz robię przystanek, bo czuję, że mi zimno. Pora ubrać się cieplej. Kiedy przychodzi zasadniczy zjazd, jest już praktycznie ciemno. Zjazd jest ostry, droga kiepska. Łatwo wylecieć z tej drogi. Zjeżdżam ostrożnie. W końcu jestem na dole. Stites – tu bym mogła zostać. Ale nie zostanę. A to dlatego, że Gen śpi miejscowość dalej – w Kooskia. Z mojej rozpiski wynika, że mogę śmiało tam jechać. Są tam zarówno kościoły jak i poczta. Czyli miejsce do spania z pewnością się znajdzie.
Szosa nie jest już tak szalona. Jest praktycznie płasko. Jadę sobie i jadę, aż docieram do celu. W miejscowości widzę spacerującą ulicą dziewczynę. To Gen! Chwilę gadamy. Mówi, że ona i dwóch kolegów śpią w hotelu niedaleko i jeśli niczego nie znajdę, to zapraszają. To bardzo miłe. Jednak postanawiam się rozejrzeć. Wchodzę na stację paliw i pytam o kościół. Zaskoczony chłopak pyta, czy o tak późnej godzinie będę się modlić i… którego z kościołów szukam, bo jest ich tu kilka. Odpowiadam, że interesuje mnie każdy kościół, że to może być dowolny kościół. Jego brwi unoszą się wysoko ze zdumienia. Prawie pod niebo. No bo jak można szukać dowolnego kościoła??

Niepotrzebnie tracę czas objeżdżając kościoły – wszystkie są zamknięte. Ostatecznie ląduję na poczcie. Każda poczta w Stanach składa się z dwóch części: urzędowej czynnej zwykle do ok. 15.00 oraz ogólnodostępnej ze skrytkami na przesyłki – czynna 24 h. Pali się tu światło i nie idzie go zgasić. To typowe. Tak będzie na prawie każdej poczcie aż do końca wyścigu. To moja pierwsza poczta noclegowa podczas Trans Am. Dmucham materac, wyciągam śpiwór, naciągam czapkę na oczy. Dobranoc!

Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (5)
Środa, 6 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 189.40 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 2088m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy wstaję rano, niebo nie jest już doskonale czarne. To
oznacza tylko tyle, że być może spałam nieco za długo. Jednak wczorajsze
wczesne wstanie, chrapiący współtowarzysze i górzysty dzień spowodowały, że
zdecydowałam się na dłuższą regenerację. Budzę się w dobrej formie. Czuję się
zupełnie nieźle. Popijam izotonika, coś zjadam i zwijam biwak. Pora jechać! Na
niebie świeci księżyc w ostatniej kwadrze. Słońce jeszcze nie wstało. Podziwiam
surową scenerię. Jest perfekcyjnie pusto. Ameryka to wspaniałe miejsce dla
tych, co nie lubią tłumów, zgiełku. Wystarczy wjechać w głąb kraju i można
doświadczyć ciszy i spokoju w ogromnych ilościach. Czasem ta pustka aż
przytłacza.

Naraz góry robią się delikatnie zielone i… miękkie. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Wyglądają jak miękkie poduszki. Znowu… myślę o spaniu!

Kończy się jazda w dół. Jeszcze jednak ostra hopka, podobny zjazd i początek większej wspinaczki. Zanim jednak na dobre wbiję się w ścianę, postój w Richland i śniadanie! Podczas śniadania spotykam znowu Johna i Jamesa. Fajnie jest się tasować.

Po śniadaniu we trojkę przystępujemy do podjazdu. John jest z nas najszybszy. James wspina się z podobną szybkością co ja. Jedziemy więc obok siebie wesoło gadając. Raz po raz przeliczam ile nam jeszcze zostało do końca góry. Koniec jest na wysokości 3653 ft (1113 m n.p.m.). Tu cała nasza trójka się zatrzymuje. Chwilę rozmawiamy, po czym zaczynamy zjazd. Początek jest ostry. Chłopaki rozpędzają się mocno i tyle ich widzę. Spotykamy się ponownie dość szybko - ze względu na duże ciepło, trzeba uzupełniać płyny. Miejscowości są daleko od siebie, więc gdy naraz, pośrodku niczego, trafia się stacja paliw ze sklepem, wjeżdżamy tam wszyscy! Obowiązkowo dokupuję picie. Poza tym wykończyłam już jedną całą tubkę kremu przeciwsłonecznego – kupuję więc drugą. A może by tak… przy okazji lody? Dlaczego nie. Trzeba sobie jakoś radzić ze skwarem.

Jemy lody, ładujemy elektronikę i gadamy o niedźwiedziach. Niedługo wjedziemy w rejony, gdzie prawdopodobieństwo spotkania niedźwiedzia będzie znaczne. Z naszej trójki tylko ja mam ze sobą gaz na niedźwiedzie. Dalsza droga to zupełnie odkryty teren, samo słońce i pagórki. Jest mało przyjemnie. W dodatku jakoś tak duszno. Jakby przedburzowo.
W końcu docieram do dużej tamy. Przy tamie tabliczka stanowa. Tak oto opuszczam Oregon, pierwszy ze stanów, przez które prowadzi wyścig. Wjeżdżam do Idaho. A właściwie wchodzę. Zaraz za tabliczką stanową droga wiedzie mocno do góry. W zasadzie mogłam to podjechać. Nie wiem dlaczego szłam. Chyba upał odebrał mi rozum…

Wsiadam więc na rower i jadę. Mija trochę czasu i mogę potężną tamę podziwiać z góry.

Dalsza droga to kompletne pustkowia. Niebo jest pełne chmur, powietrze ciężkie. Góry wydają się przytłaczające i mimo, że odcień mają zielonawy – pozbawione życia. Nie jest to miejsce, w którym fajnie jest być.

Naraz pojawia się miejsce, gdzie można odpocząć od duchoty – „Gateway to Hells Canyon Store and Cafe”! Zajeżdżam - to jedyny tego typu przybytek w okolicy, dalej zaczyna się na dobre duży podjazd. Pod ścianą stoją dwa rowery. Wchodzę do środka – jest przyjemnie chłodno, jest klima. Przy stoliku, nad pizzą pochylają się John i James. Częstują mnie. Pizza jest dobra, więc biorę identyczną dla siebie. Porządna, kaloryczna pizza z serem,sosem pomidorowym i pepperoni. Do tego zimna Cola. Nie ma to jak zdrowe odżywianie!

Podjazd zaczynam jako pierwsza. Gdzieś w połowie dogania mnie John i wyprzedza. Nie ma za to Jamesa. Pewnie, jak ostatnio, jedzie z moją prędkością, domyślam się więc, że mnie nie dogoni. No i nie dogania. Na górze spotykam Johna, no i zaczynamy zjazd. John szybko znika.
Zjazd jest straszny. Tzn. mógłby być wspaniały. Ale nie jest. Wszystko przez szarańczę.
Tego okropnego robactwa jest pełno na drodze.
To okropne robactwo potrafi wysoko skakać!
To okropne robactwo jest wprost przerażające!
Mimo upału, mam gęsią skórkę. Jadę cała w strachu. Czuję, że w żadnym wypadku nie mogę się zatrzymać, bo jeszcze TO na mnie wskoczy! A fe!!!!
Droga jest ruda od szarańczy. Tej skaczącej, tej łażącej i tej rozjechanej przez samochody.
Za żadną cenę nie zgodziłabym się robić tego zjazdu po raz drugi, w takich warunkach. Jednocześnie się cieszę, że jest to zjazd, a nie podjazd. Powolnego gramolenia się pod górę pośród szarańczy wolę sobie nawet nie wyobrażać! Kiedy tak jadę w dół, coś żądli mnie w prawą łydkę. Auć! Boli!

Zjazd kończy się w Cambridge. Tam staję na stacji. Opatruję użądlenie. Wygląda niegroźnie. Mały, czerwony punkcik i nic poza tym. Dojeżdża James. Johna już dawno nie ma. Teraz droga delikatnie się wspina, przez ok. 30 km. Następnie jest zjazd i trochę płaskiej drogi co Council. Kupuję jedzenie i picie na wieczór przed snem i na jutrzejszy poranek. Spotykam Jamesa. Bierze kawę i jedzie z nią do parku. Mówi, że będzie w tym parku spał. Jestem zaskoczona – kawa tuż przed snem? Śmieje się. Mówi, że może pić kawę i zaraz potem spać. Patrzę na niebo. Jeszcze nie jest ciemno, choć niedługo będzie. Przez chwilę myślę, czy też iść spać do parku. Ale decyduję, że jednak pojadę dalej. Przede mną spory podjazd. Jestem przekonana, że dziś już nie zdołam dotrzeć do New Meadows. Jednak podjadę tak blisko miasteczka, jak tylko się da.
Z miejscówką jest pewien problem. Kilometry pod górę uciekają powoli. Robi się coraz bardziej ciemno. Dookoła pustkowia i nie bardzo jest gdzie się schować. W dodatku prawie wszystko jest pogrodzone. Trochę żałuję, że nie zostałam w parku. No ale cóż…. Jadę i w końcu trafiam – wjazd na czyjeś gospodarstwo. Dom stoi po drugiej stronie ulicy. Nikogo nie ma na zewnątrz, nikt nie stoi w oknie, nie ma szczekających psów. Wbijam się więc w zarośla. I…. mimo, że jestem w zaroślach, moim namiotem szarpie wiatr. Szarpnie mocno przez calutką noc.
Mapa
Ciąg dalszy

Naraz góry robią się delikatnie zielone i… miękkie. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Wyglądają jak miękkie poduszki. Znowu… myślę o spaniu!

Kończy się jazda w dół. Jeszcze jednak ostra hopka, podobny zjazd i początek większej wspinaczki. Zanim jednak na dobre wbiję się w ścianę, postój w Richland i śniadanie! Podczas śniadania spotykam znowu Johna i Jamesa. Fajnie jest się tasować.

Po śniadaniu we trojkę przystępujemy do podjazdu. John jest z nas najszybszy. James wspina się z podobną szybkością co ja. Jedziemy więc obok siebie wesoło gadając. Raz po raz przeliczam ile nam jeszcze zostało do końca góry. Koniec jest na wysokości 3653 ft (1113 m n.p.m.). Tu cała nasza trójka się zatrzymuje. Chwilę rozmawiamy, po czym zaczynamy zjazd. Początek jest ostry. Chłopaki rozpędzają się mocno i tyle ich widzę. Spotykamy się ponownie dość szybko - ze względu na duże ciepło, trzeba uzupełniać płyny. Miejscowości są daleko od siebie, więc gdy naraz, pośrodku niczego, trafia się stacja paliw ze sklepem, wjeżdżamy tam wszyscy! Obowiązkowo dokupuję picie. Poza tym wykończyłam już jedną całą tubkę kremu przeciwsłonecznego – kupuję więc drugą. A może by tak… przy okazji lody? Dlaczego nie. Trzeba sobie jakoś radzić ze skwarem.

Jemy lody, ładujemy elektronikę i gadamy o niedźwiedziach. Niedługo wjedziemy w rejony, gdzie prawdopodobieństwo spotkania niedźwiedzia będzie znaczne. Z naszej trójki tylko ja mam ze sobą gaz na niedźwiedzie. Dalsza droga to zupełnie odkryty teren, samo słońce i pagórki. Jest mało przyjemnie. W dodatku jakoś tak duszno. Jakby przedburzowo.
W końcu docieram do dużej tamy. Przy tamie tabliczka stanowa. Tak oto opuszczam Oregon, pierwszy ze stanów, przez które prowadzi wyścig. Wjeżdżam do Idaho. A właściwie wchodzę. Zaraz za tabliczką stanową droga wiedzie mocno do góry. W zasadzie mogłam to podjechać. Nie wiem dlaczego szłam. Chyba upał odebrał mi rozum…

Wsiadam więc na rower i jadę. Mija trochę czasu i mogę potężną tamę podziwiać z góry.

Dalsza droga to kompletne pustkowia. Niebo jest pełne chmur, powietrze ciężkie. Góry wydają się przytłaczające i mimo, że odcień mają zielonawy – pozbawione życia. Nie jest to miejsce, w którym fajnie jest być.

Naraz pojawia się miejsce, gdzie można odpocząć od duchoty – „Gateway to Hells Canyon Store and Cafe”! Zajeżdżam - to jedyny tego typu przybytek w okolicy, dalej zaczyna się na dobre duży podjazd. Pod ścianą stoją dwa rowery. Wchodzę do środka – jest przyjemnie chłodno, jest klima. Przy stoliku, nad pizzą pochylają się John i James. Częstują mnie. Pizza jest dobra, więc biorę identyczną dla siebie. Porządna, kaloryczna pizza z serem,sosem pomidorowym i pepperoni. Do tego zimna Cola. Nie ma to jak zdrowe odżywianie!

Podjazd zaczynam jako pierwsza. Gdzieś w połowie dogania mnie John i wyprzedza. Nie ma za to Jamesa. Pewnie, jak ostatnio, jedzie z moją prędkością, domyślam się więc, że mnie nie dogoni. No i nie dogania. Na górze spotykam Johna, no i zaczynamy zjazd. John szybko znika.
Zjazd jest straszny. Tzn. mógłby być wspaniały. Ale nie jest. Wszystko przez szarańczę.
Tego okropnego robactwa jest pełno na drodze.
To okropne robactwo potrafi wysoko skakać!
To okropne robactwo jest wprost przerażające!
Mimo upału, mam gęsią skórkę. Jadę cała w strachu. Czuję, że w żadnym wypadku nie mogę się zatrzymać, bo jeszcze TO na mnie wskoczy! A fe!!!!
Droga jest ruda od szarańczy. Tej skaczącej, tej łażącej i tej rozjechanej przez samochody.
Za żadną cenę nie zgodziłabym się robić tego zjazdu po raz drugi, w takich warunkach. Jednocześnie się cieszę, że jest to zjazd, a nie podjazd. Powolnego gramolenia się pod górę pośród szarańczy wolę sobie nawet nie wyobrażać! Kiedy tak jadę w dół, coś żądli mnie w prawą łydkę. Auć! Boli!

Zjazd kończy się w Cambridge. Tam staję na stacji. Opatruję użądlenie. Wygląda niegroźnie. Mały, czerwony punkcik i nic poza tym. Dojeżdża James. Johna już dawno nie ma. Teraz droga delikatnie się wspina, przez ok. 30 km. Następnie jest zjazd i trochę płaskiej drogi co Council. Kupuję jedzenie i picie na wieczór przed snem i na jutrzejszy poranek. Spotykam Jamesa. Bierze kawę i jedzie z nią do parku. Mówi, że będzie w tym parku spał. Jestem zaskoczona – kawa tuż przed snem? Śmieje się. Mówi, że może pić kawę i zaraz potem spać. Patrzę na niebo. Jeszcze nie jest ciemno, choć niedługo będzie. Przez chwilę myślę, czy też iść spać do parku. Ale decyduję, że jednak pojadę dalej. Przede mną spory podjazd. Jestem przekonana, że dziś już nie zdołam dotrzeć do New Meadows. Jednak podjadę tak blisko miasteczka, jak tylko się da.
Z miejscówką jest pewien problem. Kilometry pod górę uciekają powoli. Robi się coraz bardziej ciemno. Dookoła pustkowia i nie bardzo jest gdzie się schować. W dodatku prawie wszystko jest pogrodzone. Trochę żałuję, że nie zostałam w parku. No ale cóż…. Jadę i w końcu trafiam – wjazd na czyjeś gospodarstwo. Dom stoi po drugiej stronie ulicy. Nikogo nie ma na zewnątrz, nikt nie stoi w oknie, nie ma szczekających psów. Wbijam się więc w zarośla. I…. mimo, że jestem w zaroślach, moim namiotem szarpie wiatr. Szarpnie mocno przez calutką noc.
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (4)
Wtorek, 5 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 214.10 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1954m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy budzik dzwoni, jest jeszcze ciemno a kościelną ciszę
mąci wyłącznie chrapanie współtowarzyszy. Najciszej jak potrafię zbieram się do
drogi. Idzie mi dość opornie. Na chwilę nawet kładę się z powrotem – tak bardzo
chce mi się spać. Siłą woli wstaję po raz drugi. Sama siebie napominam – to nie
są wakacje, lecz wyścig. Musi być ciężko i jest ciężko. Wychodzę na
zewnątrz i od razu uderza mnie przenikliwe zimno. Niebo jest czyściutkie, jakby
całą noc ktoś spędził na polerowaniu go, tak aby kiedy wstanie dzień mogło
zachwycać idealnym błękitem.

Termometr wskazuje, że jest 5 stopni na plusie. Jak na czerwiec, to zimniutko. Tu, w USA, nie ma wiat przystankowych. Nie ma ławek przy drodze, a pomiędzy miejscowościami są długie kilometry pustkowia, gdzie nie ma kompletnie nic. Senność nie daje za wygraną. Kilka razy siadam na barierkach drogowych i przymykam oczy. Na raty ubieram się, a potem, w miarę upływu czasu i wzrostu temperatury – rozbieram. Leci dużo czasu. Widzę i czuję, że trwonię cenny czas. To już lepiej było pospać dłużej, niż tak się plątać bez sensu. Od rana, od samego początku, droga idzie dziś pod górę. Nie jest bardzo stromo, ale konsekwentnie, coraz wyżej.

W końcu, po wielu kilometrach drogi, docieram do miejscowości John Day. Zwalniam i uważnie się rozglądam. Trzeba zjeść śniadanie. Znajduję przyjemne miejsce. Wbijam się razem z rowerem do środka. W większości przypadków nie ma problemu i można wchodzić z rowerem. Zamawiam śniadanie i dochodzę do siebie. To był ciężki poranek.

Dalsza droga rzuca mi przed oczy piękne górskie krajobrazy. To też rozległe pustkowia. Jadąc dochodzę do wniosku, że Ameryka chyba w środku jest raczej pusta. Przynajmniej tak to na razie wygląda. Wielkie miasta, bogactwo – to wszystko jest na wybrzeżach. W głębi lądu jest jakoś tak cicho i pusto.
Droga nie daje wytchnienia, podjazd robi się coraz bardziej dolegliwy. Słońce grzeje mocniej i mocniej. Nie ma gdzie się przed nim schować, bo drzewa – nawet jeśli są – to na tyle daleko od drogi, że nie dają cienia. Nie ma tu szpalerów drzew, pięknych alej jakie często można spotkać w Polsce.

Kolejno wspinam się na trzy przełęcze: Dixie Pass (5277 ft, tj. 1608 m n.p.m.), Tipton Mt. (5124 ft, tj. 1561 m n.p.m.) i Sumpter Pass (5082 ft, tj. 1549 m n.p.m.). Na wysokościówce wyglądają one jak trzy zęby rekina. Mocne podjazdy i mocne zjazdy.

Po drodze znajduję ładną, czerwoną kamizelkę przeciwwiatrową. Zabieram ją ze sobą. Myślę sobie, że może znajdę właściciela, a jeśli nie – to zatrzymam dla siebie. W nogach 108 km i 1337 m pionu. Jest co robić! Na Tipton spotykam 2 zawodników. Chwilę gadamy, okazuje się, że czerwona kamizelka należy do jednego z nich – bardzo się cieszy, że ją znalazłam. Jednocześnie skarży się na bolące kolano (ostatecznie wyścigu, w związku z tą kontuzją, nie ukończy).

Do Baker City jest aż 26 mil, czyli prawie 42 km. Na szczęście w większości jest to zjazd. Samo Baker City to okazja, by coś zjeść. Na stacji paliw, gdzie się zatrzymuję, spotykam ponownie Jamesa. Miłe to jest spotkanie. Nie bardzo wiem, co kupić. James poleca zawijańca z fasolą. Można to odgrzać w mikrofali, która stoi z boku. Średnio to smaczne, ale nie zawiera mięsa oraz jest bardzo kaloryczne. Im więcej kalorii, tym lepiej! Jazda po Ameryce wysysa siły. Są góry, jest bardzo ciepło. Trzeba więc jeść, by mieć siłę. Wiem już, że jedzenie nie musi być smaczne. Ważne, żeby co najmniej dało się je przełknąć. I równie ważne jest to, by było kaloryczne.

Pod koniec dnia mam bardzo duży zjazd. Widoki są niesamowite. Rower pędzi, a ja widzę jak odległe góry, na które patrzyłam z wysokości, zbliżają się do mnie coraz bardziej. Jak coraz bardziej zamykają się nade mną. Niesamowite wrażenie. Kiedy jest już mocno szaro, rozglądam się za miejscem na nocleg. Znajduję ścieżkę uciekającą nad rzekę. To dobry pomysł, by… na chwilę uciec razem z nią. Na kilka godzin. Podłoże jest pełne cierni. Dlatego rozbijam namiot wprost na starym asfalcie. Nie wbijam ani jednej szpilki. Mam nadzieję, że to będzie spokojna noc.

Mapa
Ciąg dalszy

Termometr wskazuje, że jest 5 stopni na plusie. Jak na czerwiec, to zimniutko. Tu, w USA, nie ma wiat przystankowych. Nie ma ławek przy drodze, a pomiędzy miejscowościami są długie kilometry pustkowia, gdzie nie ma kompletnie nic. Senność nie daje za wygraną. Kilka razy siadam na barierkach drogowych i przymykam oczy. Na raty ubieram się, a potem, w miarę upływu czasu i wzrostu temperatury – rozbieram. Leci dużo czasu. Widzę i czuję, że trwonię cenny czas. To już lepiej było pospać dłużej, niż tak się plątać bez sensu. Od rana, od samego początku, droga idzie dziś pod górę. Nie jest bardzo stromo, ale konsekwentnie, coraz wyżej.

W końcu, po wielu kilometrach drogi, docieram do miejscowości John Day. Zwalniam i uważnie się rozglądam. Trzeba zjeść śniadanie. Znajduję przyjemne miejsce. Wbijam się razem z rowerem do środka. W większości przypadków nie ma problemu i można wchodzić z rowerem. Zamawiam śniadanie i dochodzę do siebie. To był ciężki poranek.

Dalsza droga rzuca mi przed oczy piękne górskie krajobrazy. To też rozległe pustkowia. Jadąc dochodzę do wniosku, że Ameryka chyba w środku jest raczej pusta. Przynajmniej tak to na razie wygląda. Wielkie miasta, bogactwo – to wszystko jest na wybrzeżach. W głębi lądu jest jakoś tak cicho i pusto.
Droga nie daje wytchnienia, podjazd robi się coraz bardziej dolegliwy. Słońce grzeje mocniej i mocniej. Nie ma gdzie się przed nim schować, bo drzewa – nawet jeśli są – to na tyle daleko od drogi, że nie dają cienia. Nie ma tu szpalerów drzew, pięknych alej jakie często można spotkać w Polsce.

Kolejno wspinam się na trzy przełęcze: Dixie Pass (5277 ft, tj. 1608 m n.p.m.), Tipton Mt. (5124 ft, tj. 1561 m n.p.m.) i Sumpter Pass (5082 ft, tj. 1549 m n.p.m.). Na wysokościówce wyglądają one jak trzy zęby rekina. Mocne podjazdy i mocne zjazdy.

Po drodze znajduję ładną, czerwoną kamizelkę przeciwwiatrową. Zabieram ją ze sobą. Myślę sobie, że może znajdę właściciela, a jeśli nie – to zatrzymam dla siebie. W nogach 108 km i 1337 m pionu. Jest co robić! Na Tipton spotykam 2 zawodników. Chwilę gadamy, okazuje się, że czerwona kamizelka należy do jednego z nich – bardzo się cieszy, że ją znalazłam. Jednocześnie skarży się na bolące kolano (ostatecznie wyścigu, w związku z tą kontuzją, nie ukończy).

Do Baker City jest aż 26 mil, czyli prawie 42 km. Na szczęście w większości jest to zjazd. Samo Baker City to okazja, by coś zjeść. Na stacji paliw, gdzie się zatrzymuję, spotykam ponownie Jamesa. Miłe to jest spotkanie. Nie bardzo wiem, co kupić. James poleca zawijańca z fasolą. Można to odgrzać w mikrofali, która stoi z boku. Średnio to smaczne, ale nie zawiera mięsa oraz jest bardzo kaloryczne. Im więcej kalorii, tym lepiej! Jazda po Ameryce wysysa siły. Są góry, jest bardzo ciepło. Trzeba więc jeść, by mieć siłę. Wiem już, że jedzenie nie musi być smaczne. Ważne, żeby co najmniej dało się je przełknąć. I równie ważne jest to, by było kaloryczne.

Pod koniec dnia mam bardzo duży zjazd. Widoki są niesamowite. Rower pędzi, a ja widzę jak odległe góry, na które patrzyłam z wysokości, zbliżają się do mnie coraz bardziej. Jak coraz bardziej zamykają się nade mną. Niesamowite wrażenie. Kiedy jest już mocno szaro, rozglądam się za miejscem na nocleg. Znajduję ścieżkę uciekającą nad rzekę. To dobry pomysł, by… na chwilę uciec razem z nią. Na kilka godzin. Podłoże jest pełne cierni. Dlatego rozbijam namiot wprost na starym asfalcie. Nie wbijam ani jednej szpilki. Mam nadzieję, że to będzie spokojna noc.

Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (3)
Poniedziałek, 4 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 225.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1735m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy budzik dzwoni, w moim schronie jest prawie zupełnie
ciemno. Dostrzegam maleńkie okienko, przez które do pomieszczenia wpada mdła
szarość. Zwijam materac i śpiwór, pakuję graty, jem banana i wychodzę na
zewnątrz. Jest…. zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Okolicę spowija gęsta
mgła, wszystko dookoła ma kolor sino – niebieskawy. Nie wieje, nie pada. Jest
za to przeraźliwie zimno i wilgotno. Temperatura to 5 stopni na plusie.

Ustawiam rower przy tabliczce z nazwą przełęczy i po chwili zaczynam długi zjazd. Jest to najbardziej niesamowity zjazd wyścigu. Widoki jak z innej planety: wyschnięte drzewa, pola lawy. A potem, pośród całej tej gamy szarości, pojawiają się ciepłe barwy – wstaje nowy dzień. Wschód słońca jest magiczny. Jest tak pięknie, że mam w oczach łzy wzruszenia. Jestem tu zupełnie sama. Cały ten wspaniały spektakl jest tylko dla mnie – na wyłączność. Jakże się cieszę, że mogę tu być!

Na zjeździe nie spotykam nikogo. Widzę jedynie z boku drogi rozbity namiot. Obok leży kolarzówka. Chyba ktoś z naszych. Im niżej i im więcej czasu mija od wschodu, tym robi się cieplej. Kiedy docieram do Sisters, jest ładny poranek, coś koło 7.00. Miasteczko jest jeszcze puste. Ostre słońce mocno razi, rozglądam się uważnie za jakimś miłym miejscem, gdzie mogłabym zjeść ciepłe śniadanie. Znajduję. Wbijam się. Jem, ładując elektronikę i piszę parę słów na FB. Przez okno widzę chmury burzowe. Widok jest dziwny. Z jednej strony słoneczny dzień, z drugiej widać, że kroi się coś niedobrego.

Drogom, którymi prowadzi wyścig towarzyszą wygodne, szerokie pobocza. Jedzie się więc przyjemnie i nawet jeśli ruch czasami się wzmaga, nie stanowi to problemu. Dodatkowo udało mi się uporać ze zwiastującym kontuzję bólem kostki. Mogę już normalnie jechać, bez bólu i to mnie bardzo cieszy. Droga jest pagórkowata i krajobraz się zmienia. Nie ma śladu po wielkich lasach, które podziwiałam jeszcze niedawno. Teraz przestrzenie są szerokie, a góry z rzadka porośnięte drzewami. Sprawiają wrażenie wypalonych słońcem.

Przed Mitchell jest duży podjazd – 500 m w górę (Ochoco Pass). A potem jeszcze większy zjazd. Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że Mitchell będzie na końcu tego zjazdu. Tymczasem wszystko co było do zjechania, zjechałam i… znowu zrobiło się przeraźliwie pusto. Niezbyt fajnie dlatego, że w międzyczasie nastało gorąco i powoli kończyło mi się picie. Gdzie to Mitchell?! Ani się spostrzegłam, jak znowu musiałam deptać pod górę. W końcu jednak miejscowość pojawiła się. Jak coś pośrodku niczego. Oaza. To tu miał być punkt wsparcia dla zawodników Trans Am. Miejsce, gdzie można coś zjeść, wypić, a nawet iść spać. W moim przypadku nie było mowy o noclegu, bo dotarłam w środku dnia. Punkt był jednak świetnie przygotowany na przyjazd nocny – przy tabliczce informującej o tym, że to TUTAJ, była ustawiona lampa. Z niemałą ulgą odstawiłam rower i weszłam do budynku. To co tam zastałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Było dużo jedzenia i picia. Jedzenie również w wersji dla tych, co nie lubią mięsa. Makarony, ciasta, napoje zimne i ciepłe. Był nawet fotel do masażu! Posiedziałam tam dłuższą chwilę. Było to kolejne miejsce, gdzie spotkałam ojca i syna (Ben i Graham). Żartowałam sobie nawet z nimi, by jeszcze trochę posiedzieli, bo jak oni pojadą, to i ja będę musiała. Spotkałam tu też Jamesa - długowłosego blondyna z tatuażami i stalowym rowerem.

Tuż przed wyjazdem ludzie z punktu dopompowali mi jeszcze opony dużą, stacjonarną pompką. Teraz mogłam jechać dalej. Za Mitchell był kolejny spory podjazd. Zrobiłam go mając pełny żołądek, w dość dużym cieple. Kiedy późnym popołudniem zameldowałam się na przełęczy Keyes (4369 ft), dojechał James.

Zamieniliśmy kilka słów, po czym rozpoczął się długi zjazd. Przyjemnie. Powietrze zaczęło robić się chłodniejsze. Rozległe pustkowia, szerokie pobocza, drogi bez samochodów, górskie krajobrazy. Ładnie. Był wczesny wieczór gdy dotarłam do John Day Fossil Beds National Monument. Wspaniałe, potężne skały wyrastające po obu stronach drogi.
Wieczorne światła oglądam w Dayville. Jeszcze będąc w Mitchell dowiedziałam się, że można będzie gdzieś tutaj zanocować w kościele Adwentystów. Noc w kościele! To wydaje mi się zupełnie niesamowite! Nigdy dotąd nie spałam w kościele. Jadąc do kościoła mijam domek, przed którym pali się ognisko. Naraz słyszę, że ktoś mnie woła. Przy ognisku siedzą nasi! Są tam między innymi Ben i Graham oraz James. Co za miłe spotkanie! Gospodarze tego miejsca, sympatyczne małżeństwo z małą córeczką, zapraszają na wspólną posiadówę. Dołączam, prosząc o czarną, gorzką, gorącą herbatę. Jest z tym początkowo pewien problem. W Ameryce zwykła herbata nie jest zbyt popularna. Ale ostatecznie udaje im się znaleźć torebkę herbaty. Siedzimy tak rozmawiając i patrząc w ogień. Jest przyjemnie i można na chwilę zapomnieć, że jest to jednak cały czas wyścig. Chwila zapomnienia musi jednak pozostać tylko chwilą….

Nie siedzę długo. Dość szybko jadę do kościoła. To zupełnie blisko. Naciskam klamkę – drzwi ustępują. Kościół rzeczywiście jest otwarty! W środku już ktoś śpi z rowerem. Dobre miejsce. Niezbyt tu podobnie do kościołów jakie znam z Polski. Do części typowo kościelnej przylega salka ze stołami, dużym aneksem kuchennym i z łazienką. Rozkładam materac i śpiwór między stołami. Zasypiam po dłuższej chwili. Spanie z innymi ludźmi nie jest tym co lubię. Chrapanie, które mocno słychać wybudza. A w środku nocy dojeżdża ktoś jeszcze i całe wieki się rozpakowuje szeleszcząc czymś niemiłosiernie.
Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133521
Ciąg dalszy

Ustawiam rower przy tabliczce z nazwą przełęczy i po chwili zaczynam długi zjazd. Jest to najbardziej niesamowity zjazd wyścigu. Widoki jak z innej planety: wyschnięte drzewa, pola lawy. A potem, pośród całej tej gamy szarości, pojawiają się ciepłe barwy – wstaje nowy dzień. Wschód słońca jest magiczny. Jest tak pięknie, że mam w oczach łzy wzruszenia. Jestem tu zupełnie sama. Cały ten wspaniały spektakl jest tylko dla mnie – na wyłączność. Jakże się cieszę, że mogę tu być!

Na zjeździe nie spotykam nikogo. Widzę jedynie z boku drogi rozbity namiot. Obok leży kolarzówka. Chyba ktoś z naszych. Im niżej i im więcej czasu mija od wschodu, tym robi się cieplej. Kiedy docieram do Sisters, jest ładny poranek, coś koło 7.00. Miasteczko jest jeszcze puste. Ostre słońce mocno razi, rozglądam się uważnie za jakimś miłym miejscem, gdzie mogłabym zjeść ciepłe śniadanie. Znajduję. Wbijam się. Jem, ładując elektronikę i piszę parę słów na FB. Przez okno widzę chmury burzowe. Widok jest dziwny. Z jednej strony słoneczny dzień, z drugiej widać, że kroi się coś niedobrego.

Drogom, którymi prowadzi wyścig towarzyszą wygodne, szerokie pobocza. Jedzie się więc przyjemnie i nawet jeśli ruch czasami się wzmaga, nie stanowi to problemu. Dodatkowo udało mi się uporać ze zwiastującym kontuzję bólem kostki. Mogę już normalnie jechać, bez bólu i to mnie bardzo cieszy. Droga jest pagórkowata i krajobraz się zmienia. Nie ma śladu po wielkich lasach, które podziwiałam jeszcze niedawno. Teraz przestrzenie są szerokie, a góry z rzadka porośnięte drzewami. Sprawiają wrażenie wypalonych słońcem.

Przed Mitchell jest duży podjazd – 500 m w górę (Ochoco Pass). A potem jeszcze większy zjazd. Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że Mitchell będzie na końcu tego zjazdu. Tymczasem wszystko co było do zjechania, zjechałam i… znowu zrobiło się przeraźliwie pusto. Niezbyt fajnie dlatego, że w międzyczasie nastało gorąco i powoli kończyło mi się picie. Gdzie to Mitchell?! Ani się spostrzegłam, jak znowu musiałam deptać pod górę. W końcu jednak miejscowość pojawiła się. Jak coś pośrodku niczego. Oaza. To tu miał być punkt wsparcia dla zawodników Trans Am. Miejsce, gdzie można coś zjeść, wypić, a nawet iść spać. W moim przypadku nie było mowy o noclegu, bo dotarłam w środku dnia. Punkt był jednak świetnie przygotowany na przyjazd nocny – przy tabliczce informującej o tym, że to TUTAJ, była ustawiona lampa. Z niemałą ulgą odstawiłam rower i weszłam do budynku. To co tam zastałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Było dużo jedzenia i picia. Jedzenie również w wersji dla tych, co nie lubią mięsa. Makarony, ciasta, napoje zimne i ciepłe. Był nawet fotel do masażu! Posiedziałam tam dłuższą chwilę. Było to kolejne miejsce, gdzie spotkałam ojca i syna (Ben i Graham). Żartowałam sobie nawet z nimi, by jeszcze trochę posiedzieli, bo jak oni pojadą, to i ja będę musiała. Spotkałam tu też Jamesa - długowłosego blondyna z tatuażami i stalowym rowerem.

Tuż przed wyjazdem ludzie z punktu dopompowali mi jeszcze opony dużą, stacjonarną pompką. Teraz mogłam jechać dalej. Za Mitchell był kolejny spory podjazd. Zrobiłam go mając pełny żołądek, w dość dużym cieple. Kiedy późnym popołudniem zameldowałam się na przełęczy Keyes (4369 ft), dojechał James.

Zamieniliśmy kilka słów, po czym rozpoczął się długi zjazd. Przyjemnie. Powietrze zaczęło robić się chłodniejsze. Rozległe pustkowia, szerokie pobocza, drogi bez samochodów, górskie krajobrazy. Ładnie. Był wczesny wieczór gdy dotarłam do John Day Fossil Beds National Monument. Wspaniałe, potężne skały wyrastające po obu stronach drogi.
Wieczorne światła oglądam w Dayville. Jeszcze będąc w Mitchell dowiedziałam się, że można będzie gdzieś tutaj zanocować w kościele Adwentystów. Noc w kościele! To wydaje mi się zupełnie niesamowite! Nigdy dotąd nie spałam w kościele. Jadąc do kościoła mijam domek, przed którym pali się ognisko. Naraz słyszę, że ktoś mnie woła. Przy ognisku siedzą nasi! Są tam między innymi Ben i Graham oraz James. Co za miłe spotkanie! Gospodarze tego miejsca, sympatyczne małżeństwo z małą córeczką, zapraszają na wspólną posiadówę. Dołączam, prosząc o czarną, gorzką, gorącą herbatę. Jest z tym początkowo pewien problem. W Ameryce zwykła herbata nie jest zbyt popularna. Ale ostatecznie udaje im się znaleźć torebkę herbaty. Siedzimy tak rozmawiając i patrząc w ogień. Jest przyjemnie i można na chwilę zapomnieć, że jest to jednak cały czas wyścig. Chwila zapomnienia musi jednak pozostać tylko chwilą….

Nie siedzę długo. Dość szybko jadę do kościoła. To zupełnie blisko. Naciskam klamkę – drzwi ustępują. Kościół rzeczywiście jest otwarty! W środku już ktoś śpi z rowerem. Dobre miejsce. Niezbyt tu podobnie do kościołów jakie znam z Polski. Do części typowo kościelnej przylega salka ze stołami, dużym aneksem kuchennym i z łazienką. Rozkładam materac i śpiwór między stołami. Zasypiam po dłuższej chwili. Spanie z innymi ludźmi nie jest tym co lubię. Chrapanie, które mocno słychać wybudza. A w środku nocy dojeżdża ktoś jeszcze i całe wieki się rozpakowuje szeleszcząc czymś niemiłosiernie.
Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133521
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (2)
Niedziela, 3 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 230.20 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 2161m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzik zadzwonił przed świtem. Czuję się w miarę wyspana. Szybko zwijam namiot i ruszam w drogę. Z samego rana drogi są puste. Szerokie ulice i wygodne pobocza. Czyste niebo. Czy tak wygląda rowerowy raj? Chyba tak. Rozległe przestrzenie. Jest tu zupełnie inaczej niż w Europie. Inny, nowy świat. Jadę, myśląc o kawie. Chętnie bym wypiła coś ciepłego. Tak to właśnie jest podczas wyścigu. Nie ma miłego śniadania w namiocie. Zamiast tego jest kilka łyków zimnego napoju z bidonu i szybie zjedzenie czegoś z zapasów z dnia poprzedniego. Mój organizm domaga się kawy.
Na samym początku dnia trafia się szutrowy kawałek. Jest to podjazd, mijam po lewej cmentarz i zjeżdżam – też po szutrze. Ostrożnie. W końcu jadę na kolarzówce.
Około 45 km dzisiejszej trasy docieram do miasteczka. Jest to Corvallis. Zatrzymuję się przy sklepie. Kawa? Oczywiście! Wybór jest duży. Lubię karmel, więc biorę kawę z karmelem. Duży kubek. Z tym kubkiem wychodzę na zewnątrz. Siadam na ziemi i piję. To był zły wybór. Nigdy w życiu nie piłam tak fatalnej kawy! Jest to obrzydliwy, słodki ulepek. Coś okropnego. Piję jednak, bo poranek jest rześki i potrzebuję czegoś ciepłego. Z każdym łykiem czuję się tak, jakby ktoś właśnie teraz wykonywał na mnie badanie i sprawdzał reakcję organizmu na obciążenie glukozą. A fe! Nie jestem w stanie wypić tego paskudztwa do końca. Nigdy nie pijcie kawy w Corvallis. Potężna ilość cukru daje mi jednak sporo energii. Dodatkowo włączam MP3. Tak, świat jest mój! No to dzida.

Jadę i stwierdzam, że jest coraz bardziej pusto. Nie wszędzie jest też pięknie. Czasem mijam zakłady przemysłowe. Niebo przybiera kolor waniliowy. Po błękicie nie ma śladu. Stało się to niepostrzeżenie. Jest ciepławo i duszno. Męcząca pogoda. Czuję, że zasypiam na drodze. Oczy mi się zamykają i doświadczam znajomego uczucia bezwładności. To już? Przecież to dopiero drugi dzień jazdy! Przecież jadę zgodnie z nową strategią! Pamiętając jak zasypiałam po wiatach na MRDP i wiedząc, że 4 godziny snu na dobę, to dla mnie za mało, tu planuję spać 5-7 godzin w zależności od dnia. A jednak… zataczam się na drodze. Tu nie ma wiat. Nie ma ławek. Nie ma sklepu co krok. Są duże odległości między miejscowościami. Przecież nie położę się na drodze. Nonsens! Robię przerwę. Opieram rower o drzewo i przeciągam się. Potem ruszam i z całych sił staram się nie zasypiać.
W końcu docieram do Harrisburga. Znajduję tu „diner” i zamawiam najlepsze możliwe jedzenie – czyli dobry zestaw śniadaniowy. Przeglądam Internet. Mój telefon z polską kartą tu kompletnie nie działa. Amerykańska karta też nie działa. Działa jedynie wi-fi. Dowiaduję się, że Alaina mnie wyprzedziła. Czytam i sama też piszę. Wrzucam parę zdań na FB. Głównie z myślą o rodzinie. To będzie odtąd moja stała praktyka: podczas jedzenia, o ile będzie wi-fi, będę czytać Internet oraz pisać na FB. Jedną ręką jem, drugą piszę. Aby nie tracić czasu. Najedzona ruszam dalej. Droga od początku dnia jest monotonna, ponieważ jest praktycznie kompletnie płasko. W dodatku ciężka, parna (choć zdecydowanie nie gorąca) pogoda. Chyba też potrzebowałam porządnego jedzenia. To pewnie dlatego zasypiałam. Teraz jedzie mi się lepiej.
W głowie siedzi myśl, że dziś muszę wjechać na dużą górę: McKenzie Pass. Droga jest w remoncie i wjazd rowerem jest możliwy tylko w sobotę i niedzielę. Dziś jest niedziela. Choćby nie wiem co, dziś muszę tam dotrzeć. Jeśli się nie uda, to będę musiała jechać objazdem i nadkładać kilometrów. Kompletnie mi się to nie uśmiecha, bo to strata cennego czasu! Jadę więc żwawo. Niestety jest to jazda z bólem. Boli mnie prawa kostka. Jakiś mięsień z boku. Wiem doskonale, że na tak długim wyścigu każda drobna kontuzja może doprowadzić do konieczności wycofu. Wiem, że nie mogę lekceważyć żadnych dolegliwości bólowych, bo jeśli nic nie zrobię, to dalej będzie tylko gorzej. Kilka razy siedzę więc z boku drogi i reguluję ustawienie bloku w bucie.

Pogoda jest dobra. Coś jak cieplejszy wiosenny dzień w Polsce. Jadę na długi rękaw, jedna warstwa ubrań i jest optymalnie. Widoki się zmieniają. Pojawiają się lasy i coraz wyraźniej widać góry. Z boku drogi wyrastają wysokie skały. Jakże tu pięknie!

W McKenzie Station Pub zatrzymuję się na obiad. Wiem, że zaraz zacznie się podjazd na przełęcz i czeka mnie wiele kilometrów bez możliwości kupienia czegokolwiek do jedzenia i picia. Trzeba się więc przygotować. Sam podjazd jest bardzo równy. Nie ma ostrych ścian, ale jest co deptać. To długa wspinaczka, której stroma część zaczyna się na wysokości 500 m n.p.m, a kończy się na ponad 1600 m n.p.m. Ponad 1000 metrów pionu. Podjazd idzie lasem. Potężne drzewa po obu stronach drogi. To robi mocne wrażenie. Zastanawiam się nawet, czy może mieszkają tu niedźwiedzie. Droga rzeczywiście od pewnego momentu jest zamknięta – zagrodzona masywnym szlabanem. Wchodzę za ten szlaban i kontynuuję wspinaczkę.

Na tej drodze spotykam tylko dwóch zawodników: jadących duecie ojca i syna (Graham i Ben). Ben jest najmłodszym zawodnikiem tegorocznego TABR. Ma dopiero 19 lat i jest… przeraźliwie chudy! Doganiają mnie. Zamieniamy kilka słów, a potem długo jeszcze widzę ich stopniowo oddalające się sylwetki.

W końcu robi się ciemno. Zaczynam czuć się nieswojo. A co, jeśli tu rzeczywiście żyją niedźwiedzie? Jestem tu ostatecznie zupełnie sama! Nawet żaden samochód nie przejedzie, bo przecież droga jest zamknięta! Czytałam gdzieś, że ryzyko przypadkowego spotkania niedźwiedzia spada, jeśli niedźwiedź usłyszy, że człowiek jest gdzieś w pobliżu. Staram się więc być słyszalna. Nie mam zbyt mocnego głosu i dlatego nie udało mi się zrobić kariery nauczycielskiej w szkole, ale staram się jak mogę. Wykrzykuję jedno, proste słowo: FE! I tak sobie jadę krzycząc „fe!” - na prawo i „fe!” - na lewo. Musiałam wystraszyć wszystkie potencjalne niedźwiedzie, bo wjechałam na przełęcz nie widząc żadnego z nich.

Za to na przełęczy zobaczyłam światła! Okazało się, że to Ben i Graham ubierają się pod jakimś małym budynkiem na zjazd. Rzeczywiście, chłodno się zrobiło. Jestem też nieco zaskoczona, myślałam, że bardziej mi odjechali. Chwilę gadamy i tyle ich widzę. Nie mam ochoty na długi, nocny zjazd. Patrzę na mały budynek. To toaleta! Wchodzę do środka. Przestronnie i – co najważniejsze – czysto. Tak: to tu zostanę na noc. Nigdzie dalej już dziś nie pojadę. Wprowadzam rower, rygluję drzwi. Sam kibelek jest upiorny. Gdy podnoszę deskę sedesową, zaczyna strasznie wiać ze środka. Skąd ten wiatr?? Ze środka Ziemi? Świecę latarką do środka. Nie widać dna. Zgroza. Na wszelki wypadek kładę na desce sedesowej swój bagaż. Bo jeśli ona sama się otworzy w środku nocy i wyleci ten wiatr, to chyba umrę ze strachu! Wyciągam i nadmuchuję materac, wyciągam śpiwór, zapisuję dzisiejszy ślad w gpsie. No i to tyle. Jestem najprawdopodobniej ostatnią osobą, która zdołała wjechać na przełęcz jeszcze dziś, legalnie. A jutro będę pierwszą, która zjedzie nielegalnie. Dobranoc!
Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133494
Ciąg dalszy
Około 45 km dzisiejszej trasy docieram do miasteczka. Jest to Corvallis. Zatrzymuję się przy sklepie. Kawa? Oczywiście! Wybór jest duży. Lubię karmel, więc biorę kawę z karmelem. Duży kubek. Z tym kubkiem wychodzę na zewnątrz. Siadam na ziemi i piję. To był zły wybór. Nigdy w życiu nie piłam tak fatalnej kawy! Jest to obrzydliwy, słodki ulepek. Coś okropnego. Piję jednak, bo poranek jest rześki i potrzebuję czegoś ciepłego. Z każdym łykiem czuję się tak, jakby ktoś właśnie teraz wykonywał na mnie badanie i sprawdzał reakcję organizmu na obciążenie glukozą. A fe! Nie jestem w stanie wypić tego paskudztwa do końca. Nigdy nie pijcie kawy w Corvallis. Potężna ilość cukru daje mi jednak sporo energii. Dodatkowo włączam MP3. Tak, świat jest mój! No to dzida.

Jadę i stwierdzam, że jest coraz bardziej pusto. Nie wszędzie jest też pięknie. Czasem mijam zakłady przemysłowe. Niebo przybiera kolor waniliowy. Po błękicie nie ma śladu. Stało się to niepostrzeżenie. Jest ciepławo i duszno. Męcząca pogoda. Czuję, że zasypiam na drodze. Oczy mi się zamykają i doświadczam znajomego uczucia bezwładności. To już? Przecież to dopiero drugi dzień jazdy! Przecież jadę zgodnie z nową strategią! Pamiętając jak zasypiałam po wiatach na MRDP i wiedząc, że 4 godziny snu na dobę, to dla mnie za mało, tu planuję spać 5-7 godzin w zależności od dnia. A jednak… zataczam się na drodze. Tu nie ma wiat. Nie ma ławek. Nie ma sklepu co krok. Są duże odległości między miejscowościami. Przecież nie położę się na drodze. Nonsens! Robię przerwę. Opieram rower o drzewo i przeciągam się. Potem ruszam i z całych sił staram się nie zasypiać.
W końcu docieram do Harrisburga. Znajduję tu „diner” i zamawiam najlepsze możliwe jedzenie – czyli dobry zestaw śniadaniowy. Przeglądam Internet. Mój telefon z polską kartą tu kompletnie nie działa. Amerykańska karta też nie działa. Działa jedynie wi-fi. Dowiaduję się, że Alaina mnie wyprzedziła. Czytam i sama też piszę. Wrzucam parę zdań na FB. Głównie z myślą o rodzinie. To będzie odtąd moja stała praktyka: podczas jedzenia, o ile będzie wi-fi, będę czytać Internet oraz pisać na FB. Jedną ręką jem, drugą piszę. Aby nie tracić czasu. Najedzona ruszam dalej. Droga od początku dnia jest monotonna, ponieważ jest praktycznie kompletnie płasko. W dodatku ciężka, parna (choć zdecydowanie nie gorąca) pogoda. Chyba też potrzebowałam porządnego jedzenia. To pewnie dlatego zasypiałam. Teraz jedzie mi się lepiej.
W głowie siedzi myśl, że dziś muszę wjechać na dużą górę: McKenzie Pass. Droga jest w remoncie i wjazd rowerem jest możliwy tylko w sobotę i niedzielę. Dziś jest niedziela. Choćby nie wiem co, dziś muszę tam dotrzeć. Jeśli się nie uda, to będę musiała jechać objazdem i nadkładać kilometrów. Kompletnie mi się to nie uśmiecha, bo to strata cennego czasu! Jadę więc żwawo. Niestety jest to jazda z bólem. Boli mnie prawa kostka. Jakiś mięsień z boku. Wiem doskonale, że na tak długim wyścigu każda drobna kontuzja może doprowadzić do konieczności wycofu. Wiem, że nie mogę lekceważyć żadnych dolegliwości bólowych, bo jeśli nic nie zrobię, to dalej będzie tylko gorzej. Kilka razy siedzę więc z boku drogi i reguluję ustawienie bloku w bucie.

Pogoda jest dobra. Coś jak cieplejszy wiosenny dzień w Polsce. Jadę na długi rękaw, jedna warstwa ubrań i jest optymalnie. Widoki się zmieniają. Pojawiają się lasy i coraz wyraźniej widać góry. Z boku drogi wyrastają wysokie skały. Jakże tu pięknie!

W McKenzie Station Pub zatrzymuję się na obiad. Wiem, że zaraz zacznie się podjazd na przełęcz i czeka mnie wiele kilometrów bez możliwości kupienia czegokolwiek do jedzenia i picia. Trzeba się więc przygotować. Sam podjazd jest bardzo równy. Nie ma ostrych ścian, ale jest co deptać. To długa wspinaczka, której stroma część zaczyna się na wysokości 500 m n.p.m, a kończy się na ponad 1600 m n.p.m. Ponad 1000 metrów pionu. Podjazd idzie lasem. Potężne drzewa po obu stronach drogi. To robi mocne wrażenie. Zastanawiam się nawet, czy może mieszkają tu niedźwiedzie. Droga rzeczywiście od pewnego momentu jest zamknięta – zagrodzona masywnym szlabanem. Wchodzę za ten szlaban i kontynuuję wspinaczkę.

Na tej drodze spotykam tylko dwóch zawodników: jadących duecie ojca i syna (Graham i Ben). Ben jest najmłodszym zawodnikiem tegorocznego TABR. Ma dopiero 19 lat i jest… przeraźliwie chudy! Doganiają mnie. Zamieniamy kilka słów, a potem długo jeszcze widzę ich stopniowo oddalające się sylwetki.

W końcu robi się ciemno. Zaczynam czuć się nieswojo. A co, jeśli tu rzeczywiście żyją niedźwiedzie? Jestem tu ostatecznie zupełnie sama! Nawet żaden samochód nie przejedzie, bo przecież droga jest zamknięta! Czytałam gdzieś, że ryzyko przypadkowego spotkania niedźwiedzia spada, jeśli niedźwiedź usłyszy, że człowiek jest gdzieś w pobliżu. Staram się więc być słyszalna. Nie mam zbyt mocnego głosu i dlatego nie udało mi się zrobić kariery nauczycielskiej w szkole, ale staram się jak mogę. Wykrzykuję jedno, proste słowo: FE! I tak sobie jadę krzycząc „fe!” - na prawo i „fe!” - na lewo. Musiałam wystraszyć wszystkie potencjalne niedźwiedzie, bo wjechałam na przełęcz nie widząc żadnego z nich.

Za to na przełęczy zobaczyłam światła! Okazało się, że to Ben i Graham ubierają się pod jakimś małym budynkiem na zjazd. Rzeczywiście, chłodno się zrobiło. Jestem też nieco zaskoczona, myślałam, że bardziej mi odjechali. Chwilę gadamy i tyle ich widzę. Nie mam ochoty na długi, nocny zjazd. Patrzę na mały budynek. To toaleta! Wchodzę do środka. Przestronnie i – co najważniejsze – czysto. Tak: to tu zostanę na noc. Nigdzie dalej już dziś nie pojadę. Wprowadzam rower, rygluję drzwi. Sam kibelek jest upiorny. Gdy podnoszę deskę sedesową, zaczyna strasznie wiać ze środka. Skąd ten wiatr?? Ze środka Ziemi? Świecę latarką do środka. Nie widać dna. Zgroza. Na wszelki wypadek kładę na desce sedesowej swój bagaż. Bo jeśli ona sama się otworzy w środku nocy i wyleci ten wiatr, to chyba umrę ze strachu! Wyciągam i nadmuchuję materac, wyciągam śpiwór, zapisuję dzisiejszy ślad w gpsie. No i to tyle. Jestem najprawdopodobniej ostatnią osobą, która zdołała wjechać na przełęcz jeszcze dziś, legalnie. A jutro będę pierwszą, która zjedzie nielegalnie. Dobranoc!
Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133494
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (1)
Sobota, 2 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 262.90 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 2554m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Sobota, 2 czerwca, tuż przed 6 rano. Stoimy wszyscy pod Maritime
Museum w Astorii. Na niebie delikatne chmury, które zwiastują pogodny dzień.
Myślę sobie, że to pierwsza i… ostatnia chwila, gdy jesteśmy wszyscy razem.
Jeszcze kilka rozmów, parę zdjęć, uśmiechów. Thomas Camero otwiera szampana.
Ktoś rozdaje plastikowe kubeczki. Pijemy za sukces, za powodzenie na trasie. Na
placu ktoś błękitnym sprayem wypisał hasło „Be more Mike”. To przypomina o
wielkiej tragedii, która wydarzyła się rok temu na IPWR w Australii. To
przypomina również o podobnej tragedii podczas ubiegłorocznej edycji TABR, gdy
śmiertelnie potrącony został Eric Fishbein. To uświadamia, że nie jesteśmy
niezniszczalni, że wystarczy chwila i może nas nie być.

Pijąc szampana i ustawiając się do grupowego zdjęcia, myślę o tym, że każdego roku mniej więcej połowa startujących nie dociera do mety. Z różnych powodów. Infekcje, zatrucia, kontuzje, awarie, wypadki, pogoda, niewystarczająco dobra forma, zbyt słaba psychika. Powodów jest pewnie jeszcze więcej. Tak wiele jak wielu jest zawodników. A stoi nas na starcie 114 osób. Mniej więcej połowa z nas nie dojedzie do mety. Ja będę w tej połowie, która dojdzie - jestem tego pewna. Ani przez chwilę w siebie nie wątpię. Dlatego, że zwątpienie to wstęp do przegranej.

Początek jest zupełnie łagodny. Jedziemy pustymi ulicami miasta. Rozmawiamy, śmiejemy się. Zupełnie nie przypomina to wyścigów, w jakich uczestniczyłam do tej pory. Odległości między nami zwiększają się bardzo powoli, niemal niepostrzeżenie. Teren leciutko faluje. Jestem jeszcze wypoczęta, dlatego górki nie wydają mi się dolegliwe. Jedzie się bardzo przyjemnie, pogoda jest dobra, co chwilę się z kimś mijam. W końcu docieramy do Seaside i tu po raz pierwszy jadę mając widok na bezmiar Oceanu Spokojnego. Widok jest to niezwykły. Fale są długie i wysokie, nad wodą unosi się delikatna mgiełka.

Plaże są piaszczyste i…. puste. Przez chwilę żałuję, że jestem tu na wyścigu. Gdyby to była zwykła wyprawa, to miałabym to, czego tu nie mam: czas. Wtedy zeszłabym na plażę. Zamoczyła nogi w oceanie. Tymczasem… trzeba jechać. Ocean jest dla mnie jak eksponat w muzeum. Oglądam go jak przez szybkę, z daleka.

Widząc zawodników pijących kawę przy stoliku na zewnątrz kawiarni, zatrzymuję się i ja. Mniej więcej do 170 km trasa wyścigu prowadzi wzdłuż oceanu, widoki są cały czas cudowne. W jednej z nadmorskich knajpek zjadam pyszną rybę. Spotykam tu jednego z naszych, to Mark. Ma ciekawy sposób ładowania elektroniki – panel słoneczny. Droga dopiero w Neskowin odbija w głąb lądu. Wtedy też zaczynają się większe wzniesienia. Przednie koło lekko bije góra-dół. Początkowo jest to nieco denerwujące. Zatrzymuję się nawet na chwilę i sprawdzam to. Wychodzi na to, że chyba opona trochę źle się ułożyła. Postanawiam jednak tego nie poprawiać. Szkoda mi czasu. To już lepiej się przyzwyczaić do tego bicia. Czego nie robi się dla wyniku i urwania choćby paru minut!
Przez cały dzień kogoś spotykam. To jak prawdziwe kolarskie święto. Wieczorem zaczynam rozglądać się za miejscem do snu. Przyzwyczajenia z krajów europejskich staram się przenieść na grunt amerykański. Szukam miejsca na namiot i… nie jest to takie proste. Albo tereny są odkryte, albo ogrodzone. Często pogrodzone są również kompletne nieużytki, co wygląda wręcz zabawnie. W końcu znajduję wąską ścieżynkę między dwoma polami. Wbijam się. Ziemia jest twarda, ale to nic nie szkodzi. Na deszcz się nie zanosi. Szpilki wbijam prowizorycznie. To był piękny, słoneczny dzień, ale zimny wiatr sprawił, że ani na chwilę nie zdjęłam rękawków i nogawek. Teraz, w namiocie, zasypiam prawie natychmiast. Na liczniku 262,9 km, w pionie 2554 m.
Mapa: https://ridewithgps.com/trips/26133424
Ciąg dalszy

Pijąc szampana i ustawiając się do grupowego zdjęcia, myślę o tym, że każdego roku mniej więcej połowa startujących nie dociera do mety. Z różnych powodów. Infekcje, zatrucia, kontuzje, awarie, wypadki, pogoda, niewystarczająco dobra forma, zbyt słaba psychika. Powodów jest pewnie jeszcze więcej. Tak wiele jak wielu jest zawodników. A stoi nas na starcie 114 osób. Mniej więcej połowa z nas nie dojedzie do mety. Ja będę w tej połowie, która dojdzie - jestem tego pewna. Ani przez chwilę w siebie nie wątpię. Dlatego, że zwątpienie to wstęp do przegranej.

Początek jest zupełnie łagodny. Jedziemy pustymi ulicami miasta. Rozmawiamy, śmiejemy się. Zupełnie nie przypomina to wyścigów, w jakich uczestniczyłam do tej pory. Odległości między nami zwiększają się bardzo powoli, niemal niepostrzeżenie. Teren leciutko faluje. Jestem jeszcze wypoczęta, dlatego górki nie wydają mi się dolegliwe. Jedzie się bardzo przyjemnie, pogoda jest dobra, co chwilę się z kimś mijam. W końcu docieramy do Seaside i tu po raz pierwszy jadę mając widok na bezmiar Oceanu Spokojnego. Widok jest to niezwykły. Fale są długie i wysokie, nad wodą unosi się delikatna mgiełka.

Plaże są piaszczyste i…. puste. Przez chwilę żałuję, że jestem tu na wyścigu. Gdyby to była zwykła wyprawa, to miałabym to, czego tu nie mam: czas. Wtedy zeszłabym na plażę. Zamoczyła nogi w oceanie. Tymczasem… trzeba jechać. Ocean jest dla mnie jak eksponat w muzeum. Oglądam go jak przez szybkę, z daleka.

Widząc zawodników pijących kawę przy stoliku na zewnątrz kawiarni, zatrzymuję się i ja. Mniej więcej do 170 km trasa wyścigu prowadzi wzdłuż oceanu, widoki są cały czas cudowne. W jednej z nadmorskich knajpek zjadam pyszną rybę. Spotykam tu jednego z naszych, to Mark. Ma ciekawy sposób ładowania elektroniki – panel słoneczny. Droga dopiero w Neskowin odbija w głąb lądu. Wtedy też zaczynają się większe wzniesienia. Przednie koło lekko bije góra-dół. Początkowo jest to nieco denerwujące. Zatrzymuję się nawet na chwilę i sprawdzam to. Wychodzi na to, że chyba opona trochę źle się ułożyła. Postanawiam jednak tego nie poprawiać. Szkoda mi czasu. To już lepiej się przyzwyczaić do tego bicia. Czego nie robi się dla wyniku i urwania choćby paru minut!
Przez cały dzień kogoś spotykam. To jak prawdziwe kolarskie święto. Wieczorem zaczynam rozglądać się za miejscem do snu. Przyzwyczajenia z krajów europejskich staram się przenieść na grunt amerykański. Szukam miejsca na namiot i… nie jest to takie proste. Albo tereny są odkryte, albo ogrodzone. Często pogrodzone są również kompletne nieużytki, co wygląda wręcz zabawnie. W końcu znajduję wąską ścieżynkę między dwoma polami. Wbijam się. Ziemia jest twarda, ale to nic nie szkodzi. Na deszcz się nie zanosi. Szpilki wbijam prowizorycznie. To był piękny, słoneczny dzień, ale zimny wiatr sprawił, że ani na chwilę nie zdjęłam rękawków i nogawek. Teraz, w namiocie, zasypiam prawie natychmiast. Na liczniku 262,9 km, w pionie 2554 m.
Mapa: https://ridewithgps.com/trips/26133424
Ciąg dalszy





