Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 250

Dystans całkowity:15612.19 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:376:49
Średnia prędkość:20.24 km/h
Maksymalna prędkość:49.50 km/h
Suma podjazdów:72371 m
Maks. tętno średnie:128 (67 %)
Suma kalorii:1712 kcal
Liczba aktywności:72
Średnio na aktywność:216.84 km i 10h 45m
Więcej statystyk

Wisła 1200 (1)

Sobota, 6 lipca 2019 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 203.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 689m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wstaję wcześnie. Po korytarzu kręcą się już ludzie. Do łazienki nie ma jeszcze na szczęście kolejki. Idę tam z pewną obawą – ze względu na głęboką suszę, Schronisko ma problem z wodą. Tej wody prawie nie ma. Nieczynne są prysznice, woda z kranów ledwo kapie.

Potem jest śniadanie. Zjadam bułkę z serem oraz naleśnika z owocami, którego podarował mi jeden z kolegów, który przez przypadek zamówił podwójną porcję. Do tego dwie herbaty, garść witamin i jestem gotowa do startu. Wychodzimy, są duże kamloty, więc boję się jechać, schodzę. Ale inni ludzie też schodzą, więc nie jest źle.



Na starcie ustawiam się z przodu peletonu. Trochę się boję. Jest duży tłum, prawie 400 osób. Na szczęście początek to długi zjazd po asfalcie. Wystarczy tylko równo jechać i nie robić żadnych głupich ruchów. No i żeby inni też ich nie robili. Wszystko odbywa się spokojnie. Nikt nie wariuje. Jedziemy wszyscy bardzo szybko, ale nikt nie wyprzedza na złamanie karku. Potem pojawia się pierwszy teren i robi się nieco tłoczniej. Jest dość ostry zjazd po luźnych kamyczkach. Wzywając na głos mamę, jakoś go zjeżdżam. Są potem też wąskie asfalty, ścieżki rowerowe. W pewnym momencie wąska droga bardzo ostro skręca w lewo.

To już 14 lat, odkąd nauczyłam się jeździć na rowerze, jednak pewnych umiejętności nadal nie opanowałam i chyba już nie opanuję. Nie umiem jechać bez trzymanki, wskakiwać na krawężniki, zawracać oraz skręcać ostro w lewo. Jestem pewnie trochę podobna do tych wszystkich osób, które w dorosłości nauczyły się jeździć na nartach, które jeżdżą sztywno i trochę niezdarnie.

Spróbowałam zmierzyć się z tym zakrętem w lewo i to był błąd. Chwila i leżę. Spotkanie z twardym asfaltem jest bolesne. Bolą mnie oba kolana, lewe udo i prawy łokieć. Adrenalina robi swoje. Z kolana leci krew. I z łokcia. A ja mówię: trzeba jechać! No to jedziemy. Boli i jest niefajnie przez to, a udo zaczyna się dziwnie powiększać.

Odcinkiem specjalnym na dziś jest zarośnięty wał nad jez. Goczałkowickim. Chaszcze są wysokie, ścieżki praktycznie nie widać. Ludzie jednak jadą. A ja… niestety nie umiem. Nie potrafię znaleźć w sobie odwagi, by przejechać ten odcinek. Stawiam więc na szybki marsz.



Ludzie jadą raczej powoli. Raz po raz mnie wyprzedzają. Wyprzedza mnie chyba większość wyścigu. Potem jest terenowa droga wzdłuż torów kolejowych. Na początku znowu wysokie zarośla, potem koleiny (znowu idę). Dalej jest piękny las. Naprawdę, szło mi się tym lasem wyjątkowo przyjemnie – wreszcie trochę cienia (bo dziś w słońcu jest ponad 30 stopni), no i las jest wyjątkowo ładny. Niestety to znowu jest teren ponad moje umiejętności – pełno głębokich muld. Kontynuuję więc spacer. Z Michała pomoc mam praktycznie żadną i tak będzie przez prawie cały wyścig. W najtrudniejszych momentach będę sama. 



Dalej jest już normalnie. Tzn. teren jest przejezdny, czasem pojawia się trochę asfaltu. Szybko kończy się picie – jest tak gorąco! A tu cały czas jedziemy bokami, terenem. Aby zdobyć wodę, trzeba odbić z trasy. Chyba, że akurat przejeżdża się przez tory kolejowe, przy których stoi budynek zawiadowcy i widać, że ma otwarte okno. Ktoś musi być w środku! A skoro tak, to musi tam też być kran z wodą.
W środku jest jak w palmiarni. Pełno roślinek, a w tym wszystkim miła pani, która pozwala mi opłukać bidony pod kranem i daje wody mineralnej do pełna.

Jedziemy dalej i po jakimś czasie spotykamy kibiców. Stoją z wodą dla zawodników! Uzupełniamy i lecimy dalej. Kilka osób nacięło się próbując jechać szybko i nie uzupełniając zapasów wody w tej gorączce. Widzimy ich potem jak siedzą z czerwonymi twarzami i odpoczywają.

Mijamy Oświęcim. Po raz pierwszy tu jestem. Drut kolczasty, budki wartowników, baraki… to wszystko robi upiorne wrażenie. Teraz są tu tylko turyści, ale lata temu rozgrywały się tu prawdziwe dramaty.



Wałami i drogami wzdłuż Wisły jedziemy do Krakowa.



A przed samym Krakowem niespodzianka: ostre podjazdy pod kopce. Co prawda asfalt, ale jednak po długim dniu te ścianki dają trochę w kość. Dość powiedzieć, że mieląc sobie powoli te górki mijam całe grupki pchających swoje rowery chłopaków…

A w Krakowie zjeżdżamy się z Irkiem Nowakiem. Razem szukamy czegoś do jedzenia. Stare Miasto jest koszmarnie drogie, więc wbijamy do restauracji jeszcze przed Rynkiem. Michał trochę kręci nosem, bo praktycznie nie ma tu mięs, ja jednak jestem bardzo zadowolona, bo jest duży wybór dań bezmięsnych. Biorę pomidorową i danie główne z makaronem, ziemniakami, plackami ziemniaczano-dyniowymi, itd. Dużo, smacznie i nie aż tak drogo. Przy okazji w toalecie trochę się myję. Pora zobaczyć jak moje potłuczenia i ranki. Wygląda to średnio, boli, ale na szczęście wszystko wskazuje na to, że są to urazy powierzchowne. Czyli można jechać dalej! Z Chimery wychodzimy, gdy jest już praktycznie ciemno. Irek na noc zostaje w Krakowie. My mamy namioty i planujemy spać gdzieś dalej.



Robimy kilka fotek na starym mieście i już lecimy trasą nad Wisłą.



Kawałek za Krakowem wjeżdżamy na bardzo zarośnięty wał. Znowu nie umiem po tym jechać. To już nawet nieistotne, czy jasno, czy ciemno. Po prostu są chaszcze po pas i po pachy. Pcham. Idę tak z 2 km po ciemku i chce mi się coraz mocniej spać. Plan był taki, by dziś dojechać do promu. A to jeszcze z 80 km. W sytuacji gdy jest noc i zarośnięty wał, dochodzimy do wniosku, że lepiej będzie jednak iść spać. Rozbijamy namioty tuż pod wałem. Same sypialnie. Plan się nieco posypał. Miało być pojechane dalej. No trudno. Z monitoringu widzimy, że bardzo dużo osób śpi w Krakowie. Hmm…. czyli nie jest źle!



Zaliczone gminy: Strumień, Chybie, Goczałkowice Zdrój, Czechowice-Dziedzice, Bestwina, Wilamowice, Brzeszcze, Oświęcim teren wiejski, Chełmek, Libiąż, Babice, Alwernia (12 gmin).

Ciąg dalszy

Podwarszawskie gminobranie (4)

Sobota, 22 czerwca 2019 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 243.10 Km teren: 0.00 Czas: 12:38 km/h: 19.24
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 781m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano miejsce po użądleniu wygląda identycznie źle jak wczoraj, nadal też nieprzyjemnie swędzi i pobolewa. Zjadam śniadanie, pakuję się i ruszam. Poranek jest bardzo ładny. Lubię wcześnie wstawać. Wtedy dzień jest taki długi i można zrobić wiele ciekawych rzeczy.

Cały czas w krajobrazie dominują sady owocowe oraz plantacje truskawek. Te drugie roztaczają niesamowity, słodki zapach. Jadąc tak, zauważam siedzącego na szosie wróbelka. Dziwi mnie, że nie ucieka. Wracam więc do niego, odstawiam rower, podchodzę. Wtedy on próbuje odlecieć, ale ma z tym wyraźny problem. Prawe skrzydełko nie działa jak należy. Chwytam go więc i zastanawiam się co dalej. Jest chwila po 6 rano. Dookoła same sady. Wróbelek w pierwszej chwili szarpie się, a potem chyba robi mu się błogo, bo przymyka oczka i siedzi w mojej dłoni zupełnie spokojnie. Jedynym pomysłem jaki mi przychodzi do głowy, jest zaniesienie go w głąb sadu czereśniowego. Wypuszczam go, mając nadzieję, że pośród drzewek owocowych i daleko od drogi jakoś sobie poradzi.



Monotonię sadów przełamuje rzeka Pilica. Nadrzeczne krajobrazy cieszą oko. Jest tu bardzo ładnie. Podobają mi się też drewniane chatki z zdobnymi okiennicami – jest ich tu całkiem sporo. Zdobywam najmniejsze miasto w Polsce – Wyśmierzyce. Ma ono zielone centrum oraz stoi w nim dużo drewnianych chatek. Bardzo przyjemne miasteczko.

Kawałek za Wyśmierzycami dogania mnie Janosik - szosowiec z Białobrzegów. Pyta dokąd jadę. Opowiadam mu o zaliczaniu gmin. Uznaje to za ciekawą sprawę i decyduje się kawałek ze mną jechać. Fajnie nam się jedzie i rozmawia, więc z tego kawałka robi się prawie… 50 km. Rozstajemy się dopiero w Warce. Warka - to miasto powoduje u mnie dreszcze. To przecież tu wydarzył się śmiertelny wypadek na tegorocznym Maratonie Podróżnika. Jedziemy z Janosikiem dokładnie tą drogą. Mijamy most. Po lewej jest zaśmiecony plac targowy, natomiast prosto droga prowadzi pod górę, do centrum.



W upalnym dziś centrum Warki zjadam lody. To wystarcza mi za jedzenie. Przez tą gorączkę nie bardzo czuję głód.

Po 184 km dojeżdżam do Ojrzanowa. Pewnie bym nie zapamiętała tej miejscowości, gdyby nie miód. Już od jakiegoś czasu rozglądałam się za ogłoszeniami o sprzedaży miodu, jakie czasem można spotkać na płatach. W końcu tu jest tyle sadów! No i w końcu jest – właśnie tu! Właścicielka zaprasza mnie do swojego garażu. Są w nim całe półki zastawione słoikami miodu. Wybieram akacjowo-spadziowy, a wtedy ona proponuje lipowy, który właśnie jest zlewany ze sporej kadzi. Nigdy w życiu nie miałam okazji kupić tak świeżego miodu! Oczywiście biorę. No i w ten sposób,, dociążona dwoma litrowymi słoikami, jadę dalej.

Na ostatnich kilometrach moja trasa znowu przytula się do S8. Potem jeszcze zaliczam Lesznowolę, Raszyn, Michałowice – i to tyle na dziś.



Zdjęcia

Zaliczone gminy: Regnów, Sadkowice, Błędów, Mogielnica, Wyśmierzyce, Radzanów, Stromiec, Grabów nad Pilicą, Warka, Jasieniec, Chynów, Nadarzyn, Lesznowola, Raszyn, Michałowice (15 gmin).

Ciąg dalszy

Kaliskie gminobranie (2)

Sobota, 8 czerwca 2019 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 204.80 Km teren: 0.00 Czas: 11:26 km/h: 17.91
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 606m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzik dzwoni o 4.30, słońce właśnie wstaje, pora więc i na mnie. Zjadam śniadanie bez ciepłego napoju kawo podobnego i jest średnio fajnie. Potem zwijam wszystko. Jest dużo rosy i znaczna mgła. Namiot mokry. Czas jechać. Po 10 km jazdy docieram nad zbiornik Jeziorsko. Jest bardzo wcześnie, bardzo spokojnie i bardzo pusto. Pstrykam kilka fotek i jadę dalej.

Po wczorajszej lekkości jazdy zupełnie nie ma śladu. Dziwna niemoc jest we mnie. Mam ochotę jechać, ale jakoś marnie mi to wychodzi. W głowie siedzą różne myśli: to może się trafić każdemu z nas, w każdym czasie, na każdej szosie. Każdy z nas może któregoś dnia wyjść na rower i nigdy nie wrócić. Tragedia, która wydarzyła się na Maratonie Podróżnika mocno mną wstrząsnęła. W oczach kręcą mi się łzy i gdy docieram do Małynia i spostrzegam duży, stary, ceglany kościół, czuję, że muszę tam wejść. Miejscowość jest mała, a kościół ogromny, zabytkowy.

Zamknięte. Stoję więc w przedsionku. Kiedy już zbieram się do wyjścia, słyszę czyjeś kroki, potem głos. Starszy pan ubrany jest w zwykłe domowe ciuchy, na stopach ma klapki. Mówi, że zauważył, że ktoś podjechał tu rowerem, że ktoś zainteresował się tym kościołem, więc przyszedł szybko. Przeprasza za swój domowy strój i mówi, że jest proboszczem w tym kościele. Otwiera go dla mnie i opowiada jego historię. Podczas wojny Niemcy zrobili tu spichlerz. Pokazuje ręką starą, ponad stuletnią, posadzkę: tu wszędzie było składowane zboże. Potem pokazuje jeden z cenniejszych zabytków: drewnianą chrzcielnicę z 1555 roku. Opowiada o ołtarzu głównym – stara część jest drewniana, a sam ołtarz i posadzka w tej części nowe. W kościele powtarza się motyw łuków i jest to ładnie wyeksponowane. Kwiaty przy ołtarzu to kwiaty doniczkowe – bardzo zadbane, bo ksiądz lubi je pielęgnować i wystawiać pod ołtarz, gdy akurat kwitną. Teraz akurat pora jest na azalie. Organy na chórze nie działają, ale z boku stoją te, na których można grać. Zasiada i zaczyna grać i śpiewać. Najpierw jest to wiersz Tuwima, potem preludium Bacha. Jestem pod wrażeniem. Po raz pierwszy ktoś dla mnie gra na prawdziwych kościelnych organach! Kiedy kończy mówi, że mogę sobie tu jeszcze chwilę pochodzić. Porobić zdjęcia… I tylko ludzi coraz mniej. Młodzi wyjeżdżają, starzy umierają. W domach gdzie kiedyś żyło po 6 osób, teraz często ostała się tylko jedna. Grubo ponad 1000 pogrzebów już tu odprawiłem – dodaje ze smutkiem.



Dalsze drogi są spokojne i puste. Raz po raz mijam wiaty przystankowe. Pod jedną nawet siedzi kolarz. Szosowiec. Siedzi z głową spuszczoną, chyba nawet mnie nie zauważył. Przed 9 rano już wiatowanie? Oj, wcześnie! Może jedzie od wczorajszego rana. W końcu z szosowcami to nigdy nic nie wiadomo.

Od Dobronia przez Łask, aż po Zduńską Wolę jadę ruchliwą drogą nr 482. Nie jest tu zbyt przyjemnie, ale na szczęście na większości tej drogi jest szerokie pobocze. W Łasku jestem już nieco wypompowana gorącem. Na rynku siadam więc w jednym z ogródków i raczę się lodami. Wreszcie nieco ochłody! W Zduńskiej Woli również się na chwilę zatrzymuję. Jest tu Orlen, więc biorę herbatę i uzupełniam izotonik. Bardzo miły pan sprzedawca przez prawie cały czas ze mną gada. Czasem fajnie jest z kimś na trasie przez chwilę pogadać. Sama Zduńska Wola nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia. Najfajniejszy był ładny miejski park ze stawem i fontanną. Poza tym miasteczko, jak miasteczko.

Mniej więcej od Wiadawy rozpoczęła się jazda pod silny, czołowy wiatr. Jakieś 40 km takiej jazdy. Początkowo wiał wiatr gorący, następnie niespodziewanie się to zmieniło i zaczął wiać wiatr zimny. To było zaskakujące przejście. Ubrałam nawet kurtkę i nogawki oraz czapkę. Spadło kilka kropli deszczu… i wróciło ciepło. Na terenie gminy Klonowa zrobiłam zakupy na sobotni wieczór oraz na niedzielny poranek. Niestety niedziela znowu będzie bez handlu. Kiedy tak jechałam sobie przez tę gminę, minął mnie dość powoli samochód, a z samochodu, przez otwarte okno wychynęła czyjaś uśmiechnięta twarz: Marzena, to ty? Tak to ja – a w samochodzie siedział kolega Pirzu! Co za niespodzianka! Wkrótce, w pierwszym dogodnym miejscu zatrzymaliśmy się, by pogadać. W końcu takiego spotkania na trasie nie można przepuścić! Gadamy więc zawzięcie i jest bardzo fajnie. Paweł zaprasza mnie nawet na nocleg, jeśli planuję spać gdzieś w pobliżu, jednak ja wiem, że będę musiała pojechać dziś jeszcze kawałek dalej.



Zaliczanie gmin to czasem jest robienie dziwnych zygzaków, wjazd i powrót tą samą drogą, by zaliczyć którąś z gmin – tak jest m.in. z gminą Brąszewice. 5 km w jedną stronę i powrót po swoim śladzie w drugą. Kto zalicza, ten zrozumie.

Dzień powoli dobiega końca, w sklepie Groszek, gdzieś przy drodze, proszę ekspedientkę… o trochę wrzątku. Potrzebuję zalać obiad gorącą wodą, a przecież nie mam kuchenki. Pani z uśmiechem spełnia moją prośbę. Potem jadę jeszcze drogą nr 449 jakieś 5 km i rozbijam namiot w lesie sosnowym. Czuję się niesamowicie senna. Nie siedzę więc długo nad tabletem, tylko od razu idę spać.



Zdjęcia

Zaliczone gminy: Zadzim, Dobroń, Zduńska Wola teren wiejski, Zduńska Wola miasto, Brzeźnio, Złoczew, Lututów, Klonowa, Brąszewice, Czajków, Kraszewice, Brzeziny.

Ciąg dalszy

Wielanowo

Sobota, 8 września 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Wielanowo
Km: 246.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1046m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano i wieczorem
Z nieba płyną łzy. Z oczu kapie deszcz. Srebrna rzeka wije się jak kręta droga. Cicho. Ciemno. Miękko. Zamykam oczy i patrzę w niebo.

Wieczorem
Dróżniczka w końcu otwiera małe okno. Jest zaskoczona gdy dowiaduje się, że przyjechałam tu specjalnie. Myślała, że to przypadek. Że przez przypadek wysiadłam na niewłaściwej stacji.



Przed południem
Opcje. Opcje. Wystarczy kliknięcie i wszystko się zmienia. Wszystko jest dziecinnie proste. Rzeczywistość obraca się pod moimi palcami.

Wieczorem
A teraz trzeba kawałek się cofnąć. Dalej już tylko pustka, więc tej okazji nie można puścić. Wymagania są adekwatne do okoliczności: woda, czekolada, ciastka. Więcej dziś nie trzeba mi.



Wieczorem
Moje buty i koła kolarzówki zapadają się w jasnym, sypkim piasku. Na stację w Wielanowie właśnie wjechał pociąg. Chwilę po jego odjeździe pod małym budynkiem stoję ja. Ktoś jest w środku, pali się światło.

W środku dnia
Tu i teraz musi być szybko. Tam gdzie nieprzyjemnie, trzeba działać szybko i zdecydowanie. Przed - w trakcie - za. Nie dotykam stopami ziemi. Oddycham głęboko i równo. Skupiam wzrok na drodze. Łamię zakazy. I w końcu Szczecinek zostaje daleko za mną.

Wieczorem
Nie trzeba się spieszyć. To jest czas, by zwolnić i chłonąć wieczór. Żadna z tych chwil się nie powtórzy.

W nocy
Kiedy położę się w namiocie będę słuchać rykowiska. To już wrzesień. Ten czas. Raz po raz obudzi mnie przejeżdżający pociąg. Nie wydarzy się nic nieoczekiwanego.

Przed świtem
Biegnę peronem do ostatniego wagonu. Wrzucenie roweru do pociągu wymaga siły. Peron jest bardzo niski, a schodki wagonu wysokie. Drugie podejście jest skuteczne.

W nocy
Jesteśmy jak gwiazdy na niebie. Świecimy całą noc, lub pojawiamy się tylko na chwilę. Jest nas wielu, układamy się w konstelacje. Jesteśmy bardzo daleko od siebie, choć gdy się na nas patrzy wydaje się, że jesteśmy blisko. Świecimy światłem stałym, lub przewrotnie mrugamy. Czasem spadamy na ziemię. Wszyscy bledniemy, kiedy wschodzi słońce.



Rano
„Hello from the other side, I must have called a thousand times to tell you I`am sorry for everything thatI`ve done , but when I call you never seem to be home.”

Wieczorem
Nie boję się. Zdejmuję okulary i z uśmiechem odpowiadam na pytanie, które mi zadała:
- będę spała tam - lekko się odwracam i pokazuję palcem na las za moimi plecami. Proszę nikomu nie mówić, że tu jestem.
Uśmiecha się i to wystarczy za gwarancję. Dodaje tylko, bym uważała na zwierzęta. Te lasy są pełne zwierząt.

Rano
Kiedy na samym początku idzie źle, łatwo rzucić wszystko w diabły. 27 km od domu łapie mnie ulewa. A może wrócę? Po co moknąć, skoro w domu jest ciepło i nie pada?

W środku dnia
Wiatr wieje w twarz, słońce pali moją skórę. Zapomniałam kremu przeciwsłonecznego.

Wieczorem
Patrzę w okna, w których palą się światła. Ciepłe światła zwykłego życia. Czy tam mieszka szczęście? A może… to tylko iluzje. Lubię patrzeć w okna.

W nocy
Późne lato w Wielanowie. Zimna noc, 8°C. Rykowisko. Las sosnowy pochyla się w milczeniu nade mną. Ja też milczę. Dobranoc.

To ja
Łatwiej jest mi coś napisać, niż powiedzieć przez telefon. Łatwiej pojechać gdzieś samej niż w grupie. Łatwiej zorganizować daleki zagraniczny wyjazd, niż znosić zwykłą codzienność. Nie słodzę herbaty. Lubię grzyby i szpinak. Moje oczy mają kolor zielony.

Przed świtem
Na drewnianej, brązowej ławce czekam na pociąg. Niski, gruntowy peron, kwiaty przed budynkiem dworca. Nic się nie zmieniło. Wyjadę stąd nim wzejdzie słońce. Moja noc w wielanowskim lesie dobiega końca.

Rano
Na rozjeździe pali się czerwone światło. Kilkaset kilometrów dalej ktoś wysadził most i... to jest dobra wiadomość, choć jeszcze o tym nie wiem.

Mapa

Trans Am Bike Race (26)

Środa, 27 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 215.50 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2202m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano pobudka wcześniej niż zwykle. Cały czas w pośpiechu. Mam ok. 30 km do Elizabethtown.



Kiedy już tam docieram, biorę dobre śniadanie i pędzę na prom na rzece Ohio. Na prom muszę chwilkę poczekać. Nawet się cieszę – przynajmniej mogę nieco odpocząć. Siedzieć kilka minut w bezruchu, bez żadnych wyrzutów sumienia.



Siedzę na ziemi, obok stoi rower i czekam.
Rzeka jest ogromna. Kiedy już płyniemy, patrzę na jej wody. Są to wody bardzo mętne, mające kolor kawy mocno zabielonej mlekiem. Nurt niesie gałęzie, a nawet duże drzewa. Myślę sobie, że musi tu pewnie być głęboko. Prom lekko buja i robi mi się niedobrze.



Z ulgą więc wysiadam na drugim brzegu. Krótko po przeprawie mijam tablicę stanową – wjeżdżam do stanu Kentucky. Stanu owianego złą sławą, ze względu na psy. Hmm... to może być jeszcze gorzej?



Wyjazd ze stanu Illinois nie oznacza, że skończą się burze. Illinois zapamiętam jako stan ciągłej burzy. Jednej za drugą, jednej przechodzącej w drugą. Teraz, na wjeździe do Kentucky, goni mnie znowu burza. Na moment chowam się pod chatką pilotów. Jednak początkowo burza nie jest tak silna i gwałtowna, więc ruszam. I to był błąd... W Marion zatrzymuję się w McDonald. Stała jakość. Nie muszę się zastanawiać co zamówić. Idzie szybko.

Jest deszczowo, burzowo i ciepło. Bardzo duża wilgotność powietrza. Jeśli chodzi o psy, to sposób mam jeden. Bardzo uważnie oglądam wszystkie posesje. Gdy widzę, że pies szykuje się do ataku, to się zwykle zatrzymuję (choć na stromych zjazdach się nie da!!!). To na ogół pomaga. Jak nie pomaga, to psikam w nie gazem na owady, a dalej gazem na niedźwiedzie. Nic się nie zmieniło, nie lubię psów. Żadne inne zwierzęta domowe nie są tak agresywne i napastliwe. Lubię za to koty. Dziś spotkałam jednego. W rowie, przy drodze, przed Sebree. Mały kotek z zakrwawionym noskiem.



Czas! Jestem tu na wyścigu!
Dlaczego akurat mi trafia się akcja z małym kotem potrzebującym pomocy? Odstawiam rower i wyjmuję z rowu tego kota. Trochę mnie ofukał, ale to nic strasznego. Idę z nim do pierwszego najbliższego domu. Jakieś 200 m spaceru i przekazuję miłemu panu, który kręcił się po obejściu.



Potem są górki i deszcze. Mniejsze stromizny, więc da się normalnie jechać.



Pod wieczór mała przygoda na stacji. Zacięły się drzwi od toalety i nie mogłam wyjść! Waliłam ręką w drzwi i wolałam o pomoc. W końcu ktoś przyszedł i mnie uwolnił. Potem szarówka zamieniła się w nocną jazdę do Whitesville. W małych miejscowościach jest dziwnie. Nie ma lamp ulicznych. Są domki i ciemna ulica. Nic nie widać. Nie widać psów, a one przecież są i czasem wylatują, by atakować. To takie irytujące! Poczta w Whitesville jest okropna. Mała i ciasna, żadnych zakamarków, przez przeszklone drzwi wszystko widać. Każdy idący sobie ulicą widzi całe wnętrze tej poczty. No ale nic lepszego tu nie ma. Na myśl o jeździe dalej i kolejnych kilometrach nerwówki, czy z ciemności nie wyleci jakiś wstrętny, agresywny kundel, mam dość. Dziś już dalej nie pojadę.



Na chwilę dołącza tu do mnie 2 chłopaków z wyścigu. Kręcą nosami, że poczta beznadziejna. To fakt, mają rację. Wolą więc iść spać pod kościół – tu ładują jedynie przez jakiś kwadrans elektronikę. Cieszy mnie to. Wolę być na poczcie sama.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (17)

Poniedziałek, 18 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 226.40 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 426m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wstaję tuż po 3 w nocy, przed 4 siedzę już na rowerze. Pada delikatnie deszcz. Wiatr przeszkadza. Ale na razie nie ma takiego dramatu jak wczoraj wieczorem. Łydka i nos od rana mają się lepiej.



Dość długo jadę po ciemku. Jest płasko, nie jest jeszcze gorąco. Upał i wiatr to teraz są największe trudności. Przez kompletne pustkowia jadę kilkadziesiąt kilometrów.



Wyobrażam sobie różne rzeczy. Tzn. myślę o tym, że fatalnie by tu było być podczas takiego wiatru, jaki miałam wczoraj. Nie ma gdzie się schować. Na szczęście teraz jest jeszcze spokojnie. Korzystam z tego i jadę zawzięcie. W końcu nic nie jest dane na zawsze. Ten spokój też ma gdzieś swój kres…



Po 100 km jazdy przez pustkowia docieram do Eads. Wysokość 1268 m n.p.m. Tu zjadam śniadanie. Wreszcie chwila odpoczynku! No i głodna już jestem mocno. Dzień znowu robi się skwarny. Nie ma tu drzew. Są tylko rozległe, odkryte przestrzenie. Nie ma gdzie odpocząć od prażącego słońca.



W kolejnej miejscowości wchodzę do sklepu/stacji. W toalecie zdejmuję koszulkę. Staram się ją wyprać w wodzie z mydłem, a przynajmniej porządnie przepłukać, by pozbyć się soli z potu. Na koniec moczę ją w lodowatej wodzie, lekko wykręcam i taką zimną i kompletnie mokrą zakładam na siebie. Jaka ulga! Tego mi było trzeba – zimnego kompresu! Wychodzę na zewnątrz, wsiadam na rower. Mija jakieś 20 minut… koszulka jest już zupełnie sucha. Takie warunki.

To już są końcowe kilometry w stanie Colorado. Towner wyznacza granicę między stanami. Przy tablicy stanowej z napisem Kansas, zatrzymuję się i robię pamiątkowe zdjęcie. Nie da się stać spokojnie w miejscu - jest tu pełno much! Nie są zbyt duże, ale są ich niesamowite wręcz ilości. A najgorsze jest to, że te muchy boleśnie gryzą! Fotki robię więc błyskawicznie, podskakując. Od jakiegoś czasu wszystko wygląda podobnie i podobnie będzie przez setki kolejnych kilometrów: długa prosta i płaska droga pod wiatr przedni lub przednio – boczny. Dokoła pustkowie. Raz po raz w oddali widać wysoki silos i zabudowania. Jest jak nad morzem, gdy się idzie plażą i gdy widzi się odległy cel. Wydaje się, że to blisko, ale można tak iść i iść i…. nic. Cel się nie przybliża. Bo to wcale nie jest blisko. To tylko złudzenie. Tu jest to samo. Widzę na horyzoncie coś, co jest np. 20 km dalej.



Na liczniku mam blisko 200 km, gdy docieram do Tribune. Tribune jest podobne do innych miast: silos, wieża ciśnień, sklep. Zjadam tu pizzę. Czuję się zmęczona. Przede wszystkim upałem i wiatrem. Wiatr przeszkadza już od kilku dni. Dziennie robię ok. 200 km. A to oznacza, że walczę z wiatrem już od … kilkuset kilometrów… Myślę, że to zmęczenie po mnie widać. Przede wszystkim widać w oczach. Nikt tu jednak mi nie zagląda w oczy. Może się więc wydawać, że jestem ok.





O zmierzchu docieram do Leoti. Kościół jest zamknięty, nie szukam innego, jadę na pocztę. Poczta jest z tych gorszych – nie ma tu zakamarków i jest zlokalizowana w ścisłym centrum miasta.



Tradycyjnie pali się światło. Nie idzie się schować. Trudno, nic nie poradzę, potrzebuję się wyspać. Rozkładam materac i śpiwór, ustawiam budzik. Co chwilę ktoś przychodzi po przesyłkę, chyba pół miasta mnie tu ogląda. Raz, w środku nocy, przychodzi gość, który mnie budzi. Moje legowisko zastawia mu dojście do skrzynki. Budzę się półprzytomna, wstaję i przepraszając odblokowuję dojście do skrzynki. Ten pan też mnie przeprasza - za to, że musiał obudzić. Jest dziwnie, ale wcale nie źle. Potem śpię dalej spokojnie – aż do momentu gdy ze snu wyrywa mnie budzik.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (11)

Wtorek, 12 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 216.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
1712: 1712kcal Podjazdy: m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Poranek wstaje rześki i słoneczny. Na trawach bieli się szron, -3°C. Zimniutko! Jest za to słonecznie. Nie ma śladu po wczorajszej okropnej pogodzie. Wiatr nie miota rowerem po ulicy. Znad jeziora oraz kawałek dalej jest podjazd. Nic szczególnie trudnego. Potem droga faluje.



Trochę w górę, trochę w dół. We Flagg Ranch zatrzymuję się na śniadanie. Dobrze jest zjeść coś ciepłego. Kiedy wychodzę, na zewnątrz jest już całkiem przyjemnie.



Po przymrozku pozostało wspomnienie. Widoki robią się coraz wspanialsze – wjeżdżam do Grand Teton national Park. Masywne góry pokryte śniegiem, a na dole soczysta zieleń.



To wszystko w słońcu i przy błękitnym niebie. Wrażenie piorunujące.



Nadal jest wcześnie, ludzi nie ma więc zbyt wielu. Droga jest pagórkowata aż do Moran – tam zaczyna się duży podjazd, aż na wysokość 9658ft, tj. 2944 m n.p.m (Tagwotee Pass). Na liczniku 120 km. Zaczynam czuć się średnio. W nosie mam Saharę. Na tej wysokości zupełnie z bliska mogę oglądać śnieg, który został tu jeszcze po zimie. Całkiem sporo tego śniegu. Z przełęczy jest bardzo długi i przyjemny zjazd.



Widoki są znowu mocne – teraz w roli głównej występują niesamowite, bo kolorowe góry! Jest mocno ciepło, wieje.



Na obiad zatrzymuję się w Dubois. Siedząc w Nostalgia Bistro i czekając na jedzenie, łapię przez FB kontakt z Gen. Ona właśnie tu dotarła, więc informuję ją gdzie jestem i po chwili obie czekamy na jedzenie. Obiad jest beznadziejny. Zamówiłam łososia z warzywami, a dostałam ogromną miskę zieleniny i mikroskopijne kawałki ryby. Gen dostała analogiczną wersję kurczaka z warzywami. Obie zgodnie stwierdzamy, że wyjątkowo marne i mało pożywne to jest. Po obiedzie jadę dalej, a Gen zostaje tu na noc, mimo wczesnej jeszcze popołudniowej godziny. Planuje się wyspać i ruszyć nocą, gdy wiatr zmaleje.



Wieczór jest ciepły. Aż do końca dnia jedzie mi się nieźle, choć czuję się nieco wywiana i twarz od tego wiatru mam czerwoną. Do Crowheart docieram w szarówce. Wg mojej rozpiski jest tu poczta. Łatwo ją namierzyć, bo przy drodze stoi nawet drogowskaz kierujący na tę pocztę. Tymczasem okazuje się, że poczta sklejona jest ze sklepem i to wszystko razem, jako komplet, jest… zamknięte. No to pięknie. Po prostu pięknie! Jadę kawałek dalej, wg mojej nawigacji niedaleko jest kościół. Nie robię sobie zbyt wielkich nadziei – kościoły  bywają otwarte. Najczęściej są zamknięte. Podjeżdżam pod świątynię. Naciskam klamkę, ta ustępuje.



A więc mam noc w kościele. Wnoszę rower, rozkładam materac, śpiwór. Cicho, ciemno, ciepło. Leżąc w nawie głównej, pomiędzy rzędami ławek mówię światu dobranoc.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (9)

Niedziela, 10 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 208.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1635m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzę się, w pokoju jest prawie zupełnie ciemno. Nikłe światło wpada przez jedyne, maleńkie okienko. Wygląda na to, że już jest dzień. Wychodzę z pokoju. Po korytarzu chodzi Gen z chłopakami. Mówią, że wstali o 3 w nocy z zamiarem ruszenia na trasę, ale warunki pogodowe były wtedy wprost straszne, więc wrócili do łóżek. Robimy sobie kawę i patrzymy przez okno, jak… delikatnie prószy śnieg.
10 czerwca, 2018 r. – wcześnie rano w Jackson – jest tu coś, czego nie było w Polsce na święta Bożego Narodzenia – śnieg.



Oni wyjeżdżają z hotelu pierwsi. Ja potrzebuję nieco więcej czasu, aby się zebrać. Kiedy wychodzę, pogoda jest dziwaczna. Już nie pada śnieg. Słońce bawi się w berka z granatowymi chmurami i wieje silny, zimny wiatr.



Na dobry początek, droga wiedzie pod górę. Początkowo, przez wiele kilometrów łagodnie, potem - ostro. Przełęcz Big Hole Pass znajduje się na wysokości 2255 m. n.p.m. Stąd trzeba teraz zjechać. Droga jest prosta, widoczność doskonała, w plecy wieje bardzo silny wiatr. Rower rozpędza się i wydaje się, że leci nad tą drogą. Osiągam prędkość 66,2 km/h i jest to mój nowy rekord prędkości na rowerze.



Dalej jest jeszcze jeden większy podjazd, a potem dłuższa chwila wytchnienia – kilkadziesiąt kilometrów zjazdu. Najpierw dość mocno w dół, a następnie łagodnie. Rozległe przestrzenie, góry i pustka cały czas robią na mnie duże wrażenie.



Drogi szerokie, ruch mały, bardzo często pobocza. Są to dobre warunki do jazdy rowerem. Podjazdy wracają dopiero za Twin Bridges. Skoro było dużo w dół, to teraz będzie dużo pod górę. Mniej więcej w połowie stromego podjazdu znajduje się Virginia City. Jest to miasteczko – skansen.



Żałuję, że to jest wyścig w tym momencie. Tu jest tak ładnie, że można by zostać na dłużej. Niestety czas goni. Robię więc zdjęcie w czasie jazdy i to jest całe moje zwiedzanie. Trochę szkoda. Kawałek dalej mijam ciekawy obiekt. Na wzniesieniu stoi duży, biały namiot z drewnianym krzyżem. Jest to… kościół!



Do przełęczy jeszcze kawałek, a za nią trudny, mający niemal 20 km długości, zjazd do Ennis. Ten zjazd mógłby być bardzo szybki i przyjemny, jednak mam tu silny wiatr boczny, który szarpie mną i chwilami zmienia mi tor jazdy. Nie są to dobre warunki. Zjeżdżam więc mocno skoncentrowana, mięśnie mam napięte, cały czas jestem przygotowana na gwałtowniejsze porywy tego wiatru i… one są.
W Ennis postój w dużym sklepie. Trzeba zjeść coś ciepłego i odpocząć chwilę. Tradycyjnie jedną ręką jem, drugą stukam w Internecie.



W Ennis mogłabym zostać na noc, z mapy wyścigu wynika, że parę osób tu śpi. Widzę, że niebo znowu robi się niewesołe, jednak podejmuję decyzję, że jadę dalej.
Chmury burzowe coraz mocniej nasuwają się nad drogę, którą jadę. W dodatku jest cały czas pod górę. Pędzę ile sił w nogach do następnej miejscowości. Składam sobie milion obietnic – że już nie będę kombinować i w tej najbliższej wiosce zostanę na noc. Na burzowym niebie pojawia się tęcza. Wygląda to wspaniale. Tyle tylko, że burza jest o krok!



Docieram w końcu do Cameron. Nic tu nie ma poza kempingiem, przed budynkiem którego jakaś wesoła grupka robi sobie zdjęcia na tle chmur burzowych i tęczy. Słyszę język polski! To zupełnie niesamowite – Polacy! Mnie też ogrania wesołość – zdążyłam tu przed burzą. Niestety mniej wesoło robi się, gdy właściciele kempingu mówią mi, że nie ma już wolnych miejsc. Dodają, że w jednym z domków śpią rowerzyści mówią, że jeśli mnie przyjmą, to mogę u nich zostać. Jestem pewna, że to nasi, 99% pewności. Zabrakło... 1%. Ten jeden procent, to osoby z wskazanego domku – rowerzyści, ale nie z wyścigu. Nie zgadzają się, bym u nich spała. Zrezygnowana zastanawiam się co robić i wtedy wesoła grupka z Polski mówi, że oni też siedzą w jednym domków i skoro niczego nie znalazłam, to zapraszają do siebie. Jakże się cieszę! Noc zapowiadała się bardzo zimna (około 5 stopni na plusie) i w dodatku deszczowa. Miło będzie więc spać w cieple.



Drugi dzień pod rząd biorę prysznic - co za luksus! Potem jemy wspólną kolację i idę spać. Jutro znowu trzeba będzie wstać bardzo wcześnie. Ale to będzie całkiem miła pobudka – przy moim rowerze będzie stał termos z gorącą herbatą oraz pakunek z kanapkami. Życie jest piękne.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (8)

Sobota, 9 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 210.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1656m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Poranek jest chłodny. Ubieram nawet puchową kamizelkę, by zapewnić sobie właściwą termikę. Zaraz na samym początku dnia spotykam kibica wyścigu. Jest to Roger DiBrito. Mówi, że jestem tego poranka pierwszą osobą z TABR, która wyjeżdża z Lolo. Dobrze wiedzieć. To znaczy, że Gen jeszcze nie wstała. No chyba, że ruszyła w nocy, ale raczej w to nie wierzę. Gadamy dłuższą chwilę jadąc wygodną ścieżką rowerową idącą wzdłuż drogi szybkiego ruchu. Roger nawet nagrywa ze mną krótki wywiad. Potem żegna się i wraca polować na kolejnych zawodników.



I…. wszystko by było ok., gdyby nie to, że chwilę później połykam muchę. Nie mogę jej w żaden sposób wykaszleć. Nie pomaga zatrzymanie się i popicie. Nic. Cały czas tak samo źle. Nie mogę wyregulować oddechu, więc zamiast normalnie jechać, jadę bardzo powoli, cały czas kaszląc. W końcu docieram do stacji paliw. Kupuję lek przeciwalergiczny.

Droga cały czas lekko się wznosi. Docieram do dość dużego miasta – Hamilton. Spotykam tu Alainę. Obie odwiedzamy sklep rowerowy. Kupuję torbę na kierownicę. W mojej przestał działać zamek – zostawiam ją obsłudze sklepu. Daję trochę kasy, adres mój domowy i proszę o wysłanie do Polski. Chętnie zgadzają się pomóc.



A potem kolejna niemiła niespodzianka - dziś, trzeci dzień od użądlenia w łydkę na zjeździe w stanie Idaho, pojawił się duży odczyn. Ni z tego ni z owego mała czerwona kropka po ukąszeniu owada, zaczęła się nagle powiększać, puchnąć i swędzieć oraz boleć. To wszystko zaczyna się dziać akurat gdy jestem w Darby. Zaczepiam dwie kobiety siedzące pod sklepem i pytałam o aptekę, albo lekarza. Mówią, że szpital jest, ale w Hamilton. Powrót do Hamilton nie uśmiecha mi się - to by oznaczało konieczność cofania się i utratę wysokości…. Dowiaduję się jednak, że w prawie każdym sklepie spożywczym można kupić lekarstwa. Jadę więc do marketu spożywczego i kupuję lekarstwo. Porządnie smaruję odczyn maścią z kortyzonem i zakładam opatrunek. Teraz mogę jechać dalej.

Wolę nawet nie myśleć o tym ile czasu dziś straciłam:
- na akcję z muchą,
- w sklepie rowerowym,
- na szukanie leku i materiałów opatrunkowych na odczyn na nodze.



Po tym wszystkim czuję się zmęczona i dość mocno głodna, dlatego zatrzymuję się na jedzenie. Nie mając ochoty znowu walczyć z niedobrym żarciem, biorę pewniaka, tj. frytki. Jem, patrząc przez okno jak kolejne osoby jadę pod górę. Chyba widzę też Gen. No cóż. Pospała dłużej niż ja, zregenerowała się. Tymczasem ja wstałam skoro świt, a na liczniku mam… zaledwie 105 km. Bywa i tak. Te niewesołe rozmyślania urozmaicam sobie czytaniem FB i wtedy... przychodzi wiadomość, że mam się wreszcie ruszyć. Że idą burze i te burze w rejonie zostaną na dłużej. Siedzenie w miejscu niczego dobrego nie przyniesie. Po prostu trzeba jechać i to jak najprędzej. I tyle. 



W tym momencie wszystko się zmienia. Z chwili na chwilę zaczynam działać z pośpiechem. Pakuję resztkę frytek do foliowej torebki i wychodzę. Jestem na wysokości 1252 m n.p.m. Pogoda jest coraz gorsza, a przede mną duży podjazd – prawie kilometr w pionie! Bez miejscowości, bez sklepów. Na niebie kotłują się groźne, burzowe chmury. Jest raczej chłodno. Na szczęście nie pada. To niewiarygodne, że przy takim stanie nieba nie leje. Podjazd, który ciągnie się od początku dnia, za miejscowością Sula nabiera bardziej zdecydowanego charakteru. Ostrzejsza wspinaczka – ciągnąca się przez… 20 km, kończy się na przełęczy Chief Joseph Pass, na wysokości 2210 m n.p.m. To pierwszy raz podczas wyścigu, gdy jestem na wysokości ponad 2000 m. i jest to dopiero... początek zabawy na dużych wysokościach.



Z przełęczy do Wisdom – najbliższej miejscowości jest 27 mil, tj. 43,5 km. Na szczęście w większości są to kilometry szybkie – bo w dół. Jest zaledwie 13°C, więc na zjazd trzeba się ubrać. Żadnych miejscowości, sklepów. Nic. Tylko góry i lasy oraz szosa to wszystko przecinająca. Wyobrażam sobie, że musi tu mieszkać pełno niedźwiedzi. Droga jest kompletnie pusta. Może raz na kwadrans przejedzie jakiś samochód i to wszystko.



W końcu zaczyna padać. Ktoś wysoko do góry zabrał się za wyciskanie napompowanych wodą chmur. Jazda jest mniej przyjemna. Do Wisdom docieram zmoknięta. Jest tu hotel i właściciel zaprasza na nocleg. Jednak… jeszcze nie jest ciemno. To nic, że pogoda jest straszna, to jest wyścig. Trzeba jechać.
Do następnej miejscowości – Jackson, jest 29 km i wszystko to jest drogą pod górę. Łagodnie co prawda, ale jednak. Pośród deszczu i wiatru oraz chłodu jadę pustą drogą do Jackson.



Pogoda z chwili na chwilę jest coraz gorsza. Pada, wieje, jest zimno, a dzień powoli dobiega końca.



Do Jackson (1970 m n.p.m.) docieram w głębokiej szarówce. Coś niesamowitego jest w tej miejscowości. Zaledwie kilka domków. Ulicy nie oświetlają żadne latarnie. Ciemno i trochę złowrogo. Pośród wyjącego wiatru, słychać… dźwięk dzwoneczków szarpanych przez wściekły żywioł. Pogoda jest katastrofalna. Prawdziwa nawałnica. Szukam poczty, wg mojej rozpiski ma tu być. Jednak tym razem czeka mnie niemiła niespodzianka. Nie ma klasycznej poczty. Zamiast tego są zwykłe skrzynki na listy. Obok stoi hotel. Bije z niego ciepłe światło świec. Moje oczy przez dłuższą chwilę chłoną ten obrazek. Wtedy w drzwiach pojawia się bosa dziewczyna z latarką.
„Nic tu nie ma, nie ma poczty, chodź do środka!”- mówi do mnie.
Tą dziewczyną jest Genevieve.

Tak łatwo jednak nie odpuszczam. W końcu nie tylko poczty nadają się na nocleg. Tu jest jeszcze kościół. W szalejącej nawałnicy sprawdzam, czy jest otwarty. Niestety nie.



Idę więc do hotelu. Okazuje się, że przez gwałtowną burzę w całej miejscowości nie ma prądu – stąd świece w oknie. Melduję się. Właściciel jest zaskoczony gdy dowiaduje się, że jestem z Polski. Jakoś tak śmiesznie sobie wymyślił, że muszę być z Francji. To nie pierwszy raz, gdy ktoś tu, w Stanach, bierze mnie za Francuzkę. Opłacam pokój jednoosobowy i idę pod prysznic. Prądu co prawda nie ma, ale ciepła woda jeszcze kapie. To cieszy. Po raz pierwszy od startu mogę się w końcu umyć! Gdy układam do suszenia ubrania, właściciel hotelu daje mi miskę owoców. Pysznych, świeżych owoców. Zjadłam je natychmiast.

Mapa

Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (7)

Piątek, 8 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 218.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1398m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Gen wczoraj mówiła, że ona i koledzy wstaną dziś bardzo wcześnie. Może nawet jeszcze w nocy. Budzę się więc wcześnie i ja. Nie jest to już co prawda noc, ale wiem, że nocy raczej nie mogę zarywać, bo to się skończy dużym spadkiem wydajności. A tu przecież nie ma wiat przystankowych, gdzie w chwili kryzysu można na paręnaście minut przysnąć.



Z poczty wytaczam się wprost na stację paliw, na której wczoraj pytałam o kościoły. Biorę kawę i coś do jedzenia. Po chwili pojawiają się oni: Gen i chłopaki. A więc jeszcze stąd nie wyjechali! Też jedzą śniadanie. Wszyscy jesteśmy senni.



Wybywam ze stacji jako pierwsza. Poranne mgiełki sprawiają, że okolica wygląda wspaniale. Są góry, jest droga, a po prawej płynie rwąca rzeka. Gen i chłopaki doganiają mnie dość szybko. Zamieniamy parę słów i oddalają się. Jadą szybciej niż ja.



Niektóre dni są dziwne. W całości pod górę.… i to dosłownie. Nie w przenośni. Droga jest nachylona łagodnie. Niemniej cały czas się wznosi. Cały czas po prawej płynie dzika rzeka. Droga nie jest od tej rzeki w żaden sposób odgrodzona. Nie ma barierek. Jeden nieostrożny ruch kierownicą, chwila nieuwagi i można wlecieć do wody. Wody, która szybko, przetacza się po głazach, pieni się, tworzy wiry. Widać, że tu od razu jest głęboko. Na wszelki wypadek trzymam odległość od prawego skraju drogi.



Kiedy się jedzie pod górę przez… ponad 100 km i kiedy cały czas przy drodze jest rzeka, można w końcu mieć dość. Rzeka przestaje szumieć, a zaczyna nieznośnie hałasować. Widok wcale nie jest urzekający, a… monotonny. Ile tak można? A można! Jeszcze ponad 40 km. Potem droga ucieka od rzeki i zaczyna się wznosić bardziej zdecydowanie. Nie ma już śladu po łagodnym podjeździe. Teraz trzeba mocniej popracować nad zdobywaniem wysokości.



Termometr nie wykazuje upału, jednak mam wrażenie, że jest gorąco i zaczynam źle znosić mocno nasłonecznione, strome odcinki. Dochodzi do tego, że robię przerwy pod każdym napotkanym drzewem. Siadam na ziemi i dochodzę do siebie. I tak kilka razy. W końcu do przełęczy zostaje już tylko jedna mila. Dłuży mi się ona niemiłosiernie. Ale wszystko na swój kres. Nawet ten długi na 162 km podjazd. Oto jestem na przełęczy! Jest tu budynek, w którym można chwile odpocząć. Toalety, woda.



Nabieram wody, myję ręce i twarz. Kiedy wychodzę na zewnątrz dociera... jeden z chłopaków, którzy jechali rano z Gen. Potem drugi, a w końcu ona sama. Widocznie częściej się zatrzymywali, lub robili dłuższe postoje. Na przełęczy byłam pierwsza i cieszę się z tego.

Początek zjazdu z Lolo Pass (5200 ft, tj. 1585 m n.p.m.) to wjazd do stanu Montana. Tabliczka stanowa jest wymowna. Straszy z niej postać niedźwiedzia. Pora zacząć się bać?



Jednak zanim zacznę, pora na nagrodę - zjazd aż do Lolo. Na tym zjeździe Gen i chłopaki uciekają mi. Jakoś… zupełnie się tym nie przejmuję. Co więcej, przed Lolo, zatrzymuję się w dużym sklepie na jedzenie. Miejsce jest mega dziwne. Późnym wieczorem chyba nie chciałabym tu być. Sklep łączy się z kasynem. W środku dużo mężczyzn. Niektórzy bacznie mnie obserwują, większość jednak zatopiona jest w świecie gier. Wzrok mają nieobecny. Utkwiony w monitorach, wyświetlaczach, automatach. Zamawiam ciepłe jedzenie i wychodzę z nim do stolika na zewnątrz. Na zewnątrz jest jakoś tak… zwyczajniej.



Mocno najedzona dokańczam zjazd do Lolo. Gdzieś tu w hotelu śpią Gen i chłopaki. Ja tymczasem w pierwszej kolejności szukam kościoła. Żaden nie jest otwarty. Kończę więc dzień na poczcie. Jasno, czysto, ciepło. Trochę jak... w szpitalu.



Mapa

Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum