Wpisy archiwalne w kategorii
do 100
| Dystans całkowity: | 10042.79 km (w terenie 114.44 km; 1.14%) |
| Czas w ruchu: | 56:05 |
| Średnia prędkość: | 20.56 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 48.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 61356 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 190 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 172 (90 %) |
| Suma kalorii: | 3057 kcal |
| Liczba aktywności: | 143 |
| Średnio na aktywność: | 70.23 km i 3h 44m |
| Więcej statystyk | |
Wakacje 11
Niedziela, 4 sierpnia 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 90.93 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 2726m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Tym razem
wyjątkowo wstaję zgodnie planem. To jeden z nielicznych poranków, gdy nie
ustawiam drzemki. Wiem, że trzeba jechać. Przede mną kawał drogi pod górę. To
nie żarty – to Col du Tourmalet! Podjazd zaczynam z wysokości 860 m n.p.m.,
skończę go na 2115 m n.p.m. Trzeba to przejechać przed południem, zanim znowu
zrobi się ten nieznośny, odbierający siły, upał. Nie tylko ja obrałam taką
strategię. Raz po raz spotykam innych szosowców, którzy też tu jadą. Góra nie
jest łatwa, ale za to widoki są piękne.

I coraz piękniejsze wraz ze wzrostem wysokości. Urozmaiceniem są też napisy na szosie, które pozostały po TdF. Gapiąc się na przednie koło, można sobie przy okazji poczytać.

Na przełęczy mnóstwo kolarzy. Jest restauracja i sklepik z pamiątkami – oczywiście odwiedzam oba te miejsca siedząc na przełęczy ponad godzinę. Zjazd jest równie piękny jak podjazd, a ludzi na rowerach jeszcze więcej. Jest około południa i ruch rowerowy wyraźnie się wzmaga. Zjeżdżając mogę obserwować zbolałe twarze ludzi, którzy jadą pod górę…


Kiedy kończę zjazd, odwiedzam sklep rowerowy. Zapomniałam zabrać smaru do łańcucha. Więc proszę o nasmarowanie. I to jest błąd. Serwisant bierze jakiś smar w spreju i nim spostrzegam, co robi, jest już za późno. Wypsikał mi tym sprejem cały łańcuch, kasetę, przerzutki i korbę. Nie wygląda to dobrze. Tylną oponę, która cały czas delikatnie puszcza powietrze, dopompowuję już sama.
Zaczyna się kolejny podjazd. Początek, w sumie aż na przełęcz Col du Soulor, jest trudny i nieprzyjemny. Raz po raz trafiają się odcinki mocno strome. W dodatku pogoda daje się we znaki. Na początku jest te 38 stopni w słońcu, więc najzwyczajniej w świecie jadąc cały czas pod górę, gotuję się. W jednej z wiosek zatrzymuję się na lody. Sprzedawca pyta mnie skąd jestem, gdy odpowiadam, że z Polski, kłania się i mówi: dzień dobry, panienko! Co za niesamowite spotkanie! Na werandzie siedzi szczupła, długowłosa kobieta. Gdy sprzedawca mówi jej, że jestem z Polski, podchodzi i zaczyna mówić. Mówi łamaną polszczyzną. Jak ktoś kto dawno temu w dzieciństwie miał okazję trochę poznać język. Suwałki. Jej rodzina pochodzi z Suwałk. Rozmawiamy chwilę o Suwałkach. Nie jest to łatwa rozmowa. Tej dziewczynie brakuje słów, by wyrazić to co chce powiedzieć. Jest mocno wzruszona. Piękne spotkanie.
Potem zupełnie niespodziewanie pogoda się mocno psuje. Termometr już nie wskazuje 38 stopni, a zaledwie… 18. Jest pochmurno i wygląda na to, że zbiera się na deszcz. Na Col du Soulor (1474 m n.p.m.) jest mgliście i chłodno, a restauracja właśnie zamyka swe podwoje.

Jest tu kilku szosowców, których widziałam podczas podjazdu. Wszyscy oni właśnie zawracają. Jakoś dziwnie mi się robi – nikt nie jedzie dalej. A to co jest dalej nie wygląda zbyt wesoło: wąska droga pod górę, kompletnie pusto, zimno i coraz większa mgła. Raz po raz droga wchodzi w krótkie skalne tunele. Jest klimatycznie. Widoki przypominają nieco kadry z filmu grozy. W końcu przychodzi moment, że widoczność spada do zaledwie kilku metrów. Można stracić orientację. Czuję się emocjonalnie zmęczona tym osobliwym podjazdem. Zmęczona też szaloną pogodą: najpierw porażającym upałem, a teraz ziąbem. Gdyby ta mgła mogła zniknąć!

Kiedy w końcu docieram na Col du Aubisque (1703 m n.p.m.), czuję pewną ulgę. Nagle niebo robi się świecąco białe. Chwilę później przez mgłę przebija słońce. To trwa dosłownie minuty: mgła robi się coraz bardziej przejrzysta, aż w końcu mogę obserwować błękitne niebo i morze chmur pode mną. Jest już wieczór i kolory, które maluje wieczorne, niskie słońce, są wprost zachwycające. Jest to najpiękniejszy moment podczas całych wakacji. Na przełęczy stoi hotel, kręcą się nawet jacyś ludzie, ale gdy pytam o nocleg, odmawiają. Szkoda. Fajnie by było spać w tak zjawiskowo pięknym miejscu. Jednak skoro się nie da, trzeba zacząć zjeżdżać. Słońce niestety powoli już zachodzi. Pora szukać miejsca do snu.


Początek zjazdu jest jak lot w chmury. One są nadal pode mną, ale tracąc wysokość, mam je coraz bliżej. Wtem słyszę brzęczenie - to zaskoczenie dnia: tu, tak wysoko, rój pszczół. To przerażające – ja przecież jestem uczulona na pszczeli jad! Jedyne co mogę zrobić, to uciekać najszybciej jak się da i mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Chwilę później jestem już w chmurach. Słoneczny, wysokogórski, wieczór pozostał właśnie pięknym wspomnieniem. Jest ponownie zimno, mgliście i wilgotno. W ten sposób docieram do Gourette (1371 m n.p.m.).

Miejscowość wyłania się z gęstej mgły i wydaje się być zupełnie nierealna. Ale jednak są tu domy, jest kościół oraz hotel. Przez szybę widzę ciepłe światła lamp, stoliki, ludzi przy tych stolikach. Patrzę tak przez chwilę i nieomal czuję to ciepło, które stamtąd bije. Drzwi są zamknięte, więc dzwonię. Otwiera miła pani. Niestety cena noclegu to ponad 50 Euro. Dziękując za informację, domykam drzwi. Chwilę patrzę jeszcze w okna przenikając w wyobraźni w tamten świat. A potem wracam do mglistej i zimnej rzeczywistości. Kościół jest otarty. Jednak nie wiem, czy pozostanie otwartym na całą noc. W końcu to nie Ameryka.

Jest tu jednak pomieszczenie w sam raz dla mnie: dziwna przybudówka kościelna. Wygląda jak coś, co przez przypadek nie zostało dokończone. Wejście jest do znacznej wysokości zabite dechami. Jestem gibka, jestem lekka. Przechodzę bez problemu. Nie mam jednak zbyt mocnych rąk i przerzucenie tu roweru jest pewnym wyzwaniem. W końcu jest. W samą porę. Chmura właśnie zaczęła się skraplać i leci z niej zimna, obrzydliwa mżawka. Fajnie jest mieć dach nad głową. Nawet jeśli jest to doklejony do kościoła, zabity dechami, pustostan.

ciąg dalszy

I coraz piękniejsze wraz ze wzrostem wysokości. Urozmaiceniem są też napisy na szosie, które pozostały po TdF. Gapiąc się na przednie koło, można sobie przy okazji poczytać.

Na przełęczy mnóstwo kolarzy. Jest restauracja i sklepik z pamiątkami – oczywiście odwiedzam oba te miejsca siedząc na przełęczy ponad godzinę. Zjazd jest równie piękny jak podjazd, a ludzi na rowerach jeszcze więcej. Jest około południa i ruch rowerowy wyraźnie się wzmaga. Zjeżdżając mogę obserwować zbolałe twarze ludzi, którzy jadą pod górę…


Kiedy kończę zjazd, odwiedzam sklep rowerowy. Zapomniałam zabrać smaru do łańcucha. Więc proszę o nasmarowanie. I to jest błąd. Serwisant bierze jakiś smar w spreju i nim spostrzegam, co robi, jest już za późno. Wypsikał mi tym sprejem cały łańcuch, kasetę, przerzutki i korbę. Nie wygląda to dobrze. Tylną oponę, która cały czas delikatnie puszcza powietrze, dopompowuję już sama.
Zaczyna się kolejny podjazd. Początek, w sumie aż na przełęcz Col du Soulor, jest trudny i nieprzyjemny. Raz po raz trafiają się odcinki mocno strome. W dodatku pogoda daje się we znaki. Na początku jest te 38 stopni w słońcu, więc najzwyczajniej w świecie jadąc cały czas pod górę, gotuję się. W jednej z wiosek zatrzymuję się na lody. Sprzedawca pyta mnie skąd jestem, gdy odpowiadam, że z Polski, kłania się i mówi: dzień dobry, panienko! Co za niesamowite spotkanie! Na werandzie siedzi szczupła, długowłosa kobieta. Gdy sprzedawca mówi jej, że jestem z Polski, podchodzi i zaczyna mówić. Mówi łamaną polszczyzną. Jak ktoś kto dawno temu w dzieciństwie miał okazję trochę poznać język. Suwałki. Jej rodzina pochodzi z Suwałk. Rozmawiamy chwilę o Suwałkach. Nie jest to łatwa rozmowa. Tej dziewczynie brakuje słów, by wyrazić to co chce powiedzieć. Jest mocno wzruszona. Piękne spotkanie.
Potem zupełnie niespodziewanie pogoda się mocno psuje. Termometr już nie wskazuje 38 stopni, a zaledwie… 18. Jest pochmurno i wygląda na to, że zbiera się na deszcz. Na Col du Soulor (1474 m n.p.m.) jest mgliście i chłodno, a restauracja właśnie zamyka swe podwoje.

Jest tu kilku szosowców, których widziałam podczas podjazdu. Wszyscy oni właśnie zawracają. Jakoś dziwnie mi się robi – nikt nie jedzie dalej. A to co jest dalej nie wygląda zbyt wesoło: wąska droga pod górę, kompletnie pusto, zimno i coraz większa mgła. Raz po raz droga wchodzi w krótkie skalne tunele. Jest klimatycznie. Widoki przypominają nieco kadry z filmu grozy. W końcu przychodzi moment, że widoczność spada do zaledwie kilku metrów. Można stracić orientację. Czuję się emocjonalnie zmęczona tym osobliwym podjazdem. Zmęczona też szaloną pogodą: najpierw porażającym upałem, a teraz ziąbem. Gdyby ta mgła mogła zniknąć!

Kiedy w końcu docieram na Col du Aubisque (1703 m n.p.m.), czuję pewną ulgę. Nagle niebo robi się świecąco białe. Chwilę później przez mgłę przebija słońce. To trwa dosłownie minuty: mgła robi się coraz bardziej przejrzysta, aż w końcu mogę obserwować błękitne niebo i morze chmur pode mną. Jest już wieczór i kolory, które maluje wieczorne, niskie słońce, są wprost zachwycające. Jest to najpiękniejszy moment podczas całych wakacji. Na przełęczy stoi hotel, kręcą się nawet jacyś ludzie, ale gdy pytam o nocleg, odmawiają. Szkoda. Fajnie by było spać w tak zjawiskowo pięknym miejscu. Jednak skoro się nie da, trzeba zacząć zjeżdżać. Słońce niestety powoli już zachodzi. Pora szukać miejsca do snu.


Początek zjazdu jest jak lot w chmury. One są nadal pode mną, ale tracąc wysokość, mam je coraz bliżej. Wtem słyszę brzęczenie - to zaskoczenie dnia: tu, tak wysoko, rój pszczół. To przerażające – ja przecież jestem uczulona na pszczeli jad! Jedyne co mogę zrobić, to uciekać najszybciej jak się da i mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Chwilę później jestem już w chmurach. Słoneczny, wysokogórski, wieczór pozostał właśnie pięknym wspomnieniem. Jest ponownie zimno, mgliście i wilgotno. W ten sposób docieram do Gourette (1371 m n.p.m.).

Miejscowość wyłania się z gęstej mgły i wydaje się być zupełnie nierealna. Ale jednak są tu domy, jest kościół oraz hotel. Przez szybę widzę ciepłe światła lamp, stoliki, ludzi przy tych stolikach. Patrzę tak przez chwilę i nieomal czuję to ciepło, które stamtąd bije. Drzwi są zamknięte, więc dzwonię. Otwiera miła pani. Niestety cena noclegu to ponad 50 Euro. Dziękując za informację, domykam drzwi. Chwilę patrzę jeszcze w okna przenikając w wyobraźni w tamten świat. A potem wracam do mglistej i zimnej rzeczywistości. Kościół jest otarty. Jednak nie wiem, czy pozostanie otwartym na całą noc. W końcu to nie Ameryka.

Jest tu jednak pomieszczenie w sam raz dla mnie: dziwna przybudówka kościelna. Wygląda jak coś, co przez przypadek nie zostało dokończone. Wejście jest do znacznej wysokości zabite dechami. Jestem gibka, jestem lekka. Przechodzę bez problemu. Nie mam jednak zbyt mocnych rąk i przerzucenie tu roweru jest pewnym wyzwaniem. W końcu jest. W samą porę. Chmura właśnie zaczęła się skraplać i leci z niej zimna, obrzydliwa mżawka. Fajnie jest mieć dach nad głową. Nawet jeśli jest to doklejony do kościoła, zabity dechami, pustostan.

ciąg dalszy
Wakacje 10
Sobota, 3 sierpnia 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 82.09 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 2326m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Od rana
dokańczam zaczęty wczoraj zjazd. Niewiele tego jest, ze 2-3 km. Nie ma ani
kawałka płaskiego. Zjazd kończę na rondzie, na którym skręcam w lewo, i
natychmiast droga zaczyna się wznosić. Na początku szosa wije się serpentynami,
potem idzie prosto. Cały czas mocno pod górę. To jedna z przełęczy, które
pojawiają się na TdF. Fajnie, że te duże nachylenia wypadły mi akurat rano. Nadal
jeszcze jest wcześnie, gdy zdobywam przełęcz Portilhon i tym samym przekraczam
granicę hiszpańsko-francuską.

Zjazd to już jest Francja. Uczucia mam mieszane. Z jednej strony fajnie, bo przede mną kolejne spektakularne przełęcze i nadzieja na to, że będzie chłodniej, z drugiej strony ludzie. Niezbyt mili i nie mówiący po angielsku. W Hiszpanii było znacznie milej wejść do sklepu, albo restauracji. Tutaj, prawie wszędzie gdzie wchodzę, czuję się intruzem, który tylko sprawia problem swoją nieznajomością francuskiego. Zjazd kończę w Bagneres de Luchon. Zatrzymuję się tu na kawę i ciastko. Zgodnie z moimi przewidywaniami, obsługa kafejki jest po prostu okropna. Pani jest niemiła i widząc, że nie znam francuskiego, ostentacyjnie przewraca oczami. Niemniej kawa i ciastko z malinami są pyszne.

Przede mną kolejny duży podjazd – na przełęcz Peyresoudre (1570 m n.p.m.). Znowu kilkanaście kilometrów kręcenia pod górę. Na tym podjeździe tasuję się z kilkoma szosowcami. Jest gorąco. Raz po raz każde z nas się zatrzymuje w cieniu, pod drzewem - gdy akurat się jakieś trafi. Stoimy przeciętnie co 100 m pionu. Kiedy w końcu docieram na górę, idę do restauracji. Wystrój jest dość surowy, ale obsługa zaskakująco miła. Na ścianie wiszą kolarskie zdjęcia. No i sporo tu szosowców, którzy tak jak ja odpoczywają po zdobyciu przełęczy. Zjadam dużego omleta z frytkami i colą. Przed zjazdem dopompowuję tylną oponę. Od dzisiejszego poranka zauważyłam, że delikatnie ucieka z niej powietrze. Na tyle powoli, że wystarczy dopompować raz lub dwa razy dziennie i można jechać dalej. Skoro tak - nie bawię się w wymianę dętki. Serdecznie nie lubię tej roboty. A zatem, jeśli nie trzeba…
Zjazd to znowu piękne widoki. Szkoda tylko, że umykają tak szybko! Końcowa część jest mniej nachylona. Można się cieszyć uciekającymi kilometrami oraz tym, że to chwilę trwa. Jest nieco czasu, by oswoić się z myślą, że za chwilę trzeba będzie znowu się wspinać kilkaset metrów w górę.
Przełęcz Col d`Aspin, na którą jadę, ma wysokość 1490 m n.p.m. i jest to zdecydowanie najładniejszy z dzisiejszych trzech dużych podjazdów. Widoki są ładne, a droga raczej wąska.

Na przełęcz docieram około godz. 19 i po zrobieniu kilku zdjęć zaczynam zjazd.

Zjazd idzie doliną rzeki i widać, że nie będzie tu łatwo znaleźć miejsca na nocleg. Widzę też, z profilu wysokościowego, że od razu gdy skończy się jazda w dół, bez chwili płaskiego, rozpocznie się jazda pod górę i będzie to już początek wjazdu na słynną Col du Tourmalet.
Raz po raz mijam kempingi, miejscowości. Poza tym albo góra, albo rzeka. Nic. Kompletnie żadnego miejsca pod namiot na dziko. W ten sposób docieram do samego końca zjazdu, do miejscowości Saint Marie de Campan. W centrum widzę kościół oraz cmentarz. Zrezygnowana podjeżdżam do bramy cmentarnej myśląc o noclegu za murowanym ogrodzeniem cmentarza i wtedy zauważam toaletę publiczną. W zasadzie dwie toalety. Wchodzę na chwilę do jednej i do drugiej. Obie czynne i czyste. Wybieram tę większą. Czekam na moment, gdy okolica będzie pusta i szybko wchodzę wraz z rowerem do środka.

To będzie dobra noc. Żaden wiatr, deszcz, ani inny pogodowy kataklizm nie jest mi straszny. A jutro, z samego rana, jadę na Col du Tourmalet!
ciąg dalszy

Zjazd to już jest Francja. Uczucia mam mieszane. Z jednej strony fajnie, bo przede mną kolejne spektakularne przełęcze i nadzieja na to, że będzie chłodniej, z drugiej strony ludzie. Niezbyt mili i nie mówiący po angielsku. W Hiszpanii było znacznie milej wejść do sklepu, albo restauracji. Tutaj, prawie wszędzie gdzie wchodzę, czuję się intruzem, który tylko sprawia problem swoją nieznajomością francuskiego. Zjazd kończę w Bagneres de Luchon. Zatrzymuję się tu na kawę i ciastko. Zgodnie z moimi przewidywaniami, obsługa kafejki jest po prostu okropna. Pani jest niemiła i widząc, że nie znam francuskiego, ostentacyjnie przewraca oczami. Niemniej kawa i ciastko z malinami są pyszne.

Przede mną kolejny duży podjazd – na przełęcz Peyresoudre (1570 m n.p.m.). Znowu kilkanaście kilometrów kręcenia pod górę. Na tym podjeździe tasuję się z kilkoma szosowcami. Jest gorąco. Raz po raz każde z nas się zatrzymuje w cieniu, pod drzewem - gdy akurat się jakieś trafi. Stoimy przeciętnie co 100 m pionu. Kiedy w końcu docieram na górę, idę do restauracji. Wystrój jest dość surowy, ale obsługa zaskakująco miła. Na ścianie wiszą kolarskie zdjęcia. No i sporo tu szosowców, którzy tak jak ja odpoczywają po zdobyciu przełęczy. Zjadam dużego omleta z frytkami i colą. Przed zjazdem dopompowuję tylną oponę. Od dzisiejszego poranka zauważyłam, że delikatnie ucieka z niej powietrze. Na tyle powoli, że wystarczy dopompować raz lub dwa razy dziennie i można jechać dalej. Skoro tak - nie bawię się w wymianę dętki. Serdecznie nie lubię tej roboty. A zatem, jeśli nie trzeba…
Zjazd to znowu piękne widoki. Szkoda tylko, że umykają tak szybko! Końcowa część jest mniej nachylona. Można się cieszyć uciekającymi kilometrami oraz tym, że to chwilę trwa. Jest nieco czasu, by oswoić się z myślą, że za chwilę trzeba będzie znowu się wspinać kilkaset metrów w górę.
Przełęcz Col d`Aspin, na którą jadę, ma wysokość 1490 m n.p.m. i jest to zdecydowanie najładniejszy z dzisiejszych trzech dużych podjazdów. Widoki są ładne, a droga raczej wąska.

Na przełęcz docieram około godz. 19 i po zrobieniu kilku zdjęć zaczynam zjazd.

Zjazd idzie doliną rzeki i widać, że nie będzie tu łatwo znaleźć miejsca na nocleg. Widzę też, z profilu wysokościowego, że od razu gdy skończy się jazda w dół, bez chwili płaskiego, rozpocznie się jazda pod górę i będzie to już początek wjazdu na słynną Col du Tourmalet.
Raz po raz mijam kempingi, miejscowości. Poza tym albo góra, albo rzeka. Nic. Kompletnie żadnego miejsca pod namiot na dziko. W ten sposób docieram do samego końca zjazdu, do miejscowości Saint Marie de Campan. W centrum widzę kościół oraz cmentarz. Zrezygnowana podjeżdżam do bramy cmentarnej myśląc o noclegu za murowanym ogrodzeniem cmentarza i wtedy zauważam toaletę publiczną. W zasadzie dwie toalety. Wchodzę na chwilę do jednej i do drugiej. Obie czynne i czyste. Wybieram tę większą. Czekam na moment, gdy okolica będzie pusta i szybko wchodzę wraz z rowerem do środka.

To będzie dobra noc. Żaden wiatr, deszcz, ani inny pogodowy kataklizm nie jest mi straszny. A jutro, z samego rana, jadę na Col du Tourmalet!
ciąg dalszy
Wakacje 9
Piątek, 2 sierpnia 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 92.63 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1557m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wieczorna
burza przeszła bokiem, natomiast kolejna pojawiła się o 4 nad ranem, ale nie
było to nic wielkiego. Widok z namiotu mam boski.

Po śniadaniu dokańczam zjazd do Sort. W mieście mam trochę czasu. Załatwiam paliwo do kuchenki, a potem jadę do punktu informacji turystycznej. Chwilę muszę czekać na jego otwarcie. Na szczęście punkt jest wyposażony w komputery stacjonarne, a tego właśnie potrzebuję. Wakacyjna trasa została zupełnie przeprojektowana. Mój własny plan przewidywał, że po odwiedzeniu najważniejszych przełęczy po francuskiej stronie, przez Hiszpanię wrócę do Girony, na lotnisko. Ze względu na upały jazda przez Hiszpanię nie była dobrym pomysłem. Dużo korzystniej było wracać przez mniej skwarną Francję. Michał zaprojektował wariant francuski. Teraz tylko musiałam siąść przy komputerze i wgrać trasę do swojego GPSa. Ta trasa w zasadzie od samego początku to improwizacja. Zmiany wprowadzam bardzo często, a GPSa używam nie tylko do jazdy po wyświetlającym się śladzie, ale głównie jako mapy, na której widzę swoją pozycję.
Za Sort droga zaczyna się wznosić, ale nachylenie nie jest duże. Ostrzej robi się dopiero na 38 km dzisiejszej trasy, a kolejne ok. 15 km to już odczuwalne deptanie pod górę. Widoki na podjeździe są piękne.

Na samej przełęczy Port de la Bonaigua (2072 m n.p.m.) jest przyjemna restauracja, w której zjadam obiad. Zamawiam dużego omleta, który jest pyszny i sycący.
Zjazd jest bardzo długi.

Robię go prawie do samego końca, rozglądając się za miejscówką noclegową.

Zależy mi na tym, by już dziś nie zaczynać nowego podjazdu. Nie jest łatwo o miejsce. Jadę ciasną doliną, wzdłuż rzeki. Z jednej strony rzeka, z drugiej strome zbocze. Zarośla zbyt gęste, by się wbić z namiotem. Raz po raz mijam kempingi – jedyne płaskie i niezarośnięte miejsca. Jednak nie chcę spać na kempingu. Kemping kojarzy mi się z hałasem do późnych godzin i ryzykiem bycia obrabowanym. Dlatego jadę dalej i rozglądam się coraz bardziej desperacko. W końcu jest! Boczna droga. Potem wejście w zadrzewienie. Dobry punkt. Tu wiatr z pewnością mnie nie złapie.
ciąg dalszy

Po śniadaniu dokańczam zjazd do Sort. W mieście mam trochę czasu. Załatwiam paliwo do kuchenki, a potem jadę do punktu informacji turystycznej. Chwilę muszę czekać na jego otwarcie. Na szczęście punkt jest wyposażony w komputery stacjonarne, a tego właśnie potrzebuję. Wakacyjna trasa została zupełnie przeprojektowana. Mój własny plan przewidywał, że po odwiedzeniu najważniejszych przełęczy po francuskiej stronie, przez Hiszpanię wrócę do Girony, na lotnisko. Ze względu na upały jazda przez Hiszpanię nie była dobrym pomysłem. Dużo korzystniej było wracać przez mniej skwarną Francję. Michał zaprojektował wariant francuski. Teraz tylko musiałam siąść przy komputerze i wgrać trasę do swojego GPSa. Ta trasa w zasadzie od samego początku to improwizacja. Zmiany wprowadzam bardzo często, a GPSa używam nie tylko do jazdy po wyświetlającym się śladzie, ale głównie jako mapy, na której widzę swoją pozycję.
Za Sort droga zaczyna się wznosić, ale nachylenie nie jest duże. Ostrzej robi się dopiero na 38 km dzisiejszej trasy, a kolejne ok. 15 km to już odczuwalne deptanie pod górę. Widoki na podjeździe są piękne.

Na samej przełęczy Port de la Bonaigua (2072 m n.p.m.) jest przyjemna restauracja, w której zjadam obiad. Zamawiam dużego omleta, który jest pyszny i sycący.
Zjazd jest bardzo długi.

Robię go prawie do samego końca, rozglądając się za miejscówką noclegową.

Zależy mi na tym, by już dziś nie zaczynać nowego podjazdu. Nie jest łatwo o miejsce. Jadę ciasną doliną, wzdłuż rzeki. Z jednej strony rzeka, z drugiej strome zbocze. Zarośla zbyt gęste, by się wbić z namiotem. Raz po raz mijam kempingi – jedyne płaskie i niezarośnięte miejsca. Jednak nie chcę spać na kempingu. Kemping kojarzy mi się z hałasem do późnych godzin i ryzykiem bycia obrabowanym. Dlatego jadę dalej i rozglądam się coraz bardziej desperacko. W końcu jest! Boczna droga. Potem wejście w zadrzewienie. Dobry punkt. Tu wiatr z pewnością mnie nie złapie.
ciąg dalszy
Wakacje 7
Środa, 31 lipca 2019 Kategoria do 100
| Km: | 85.99 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 2777m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Drzewa
skrzypią jak stara, drewniana szafa. Jest zimno i mgliście, wobec tego śpię
godzinę dłużej. Później niż planowałam jem śniadanie i ruszam w drogę. Na początku dokańczam przerwany
wczoraj zjazd.

A potem, z wysokości 1100 m n.p.m., zaczynam podjazd na jedną z przełęczy TdF, na Col de Pailleres, na wysokość 1998 m. To długi i wymagający podjazd.

Wszystko jednak wynagradzają piękne widoki. Zaczynałam w nieciekawej pogodzie, przy 9°C, ale im wyżej jestem, tym bardziej się przejaśnia.

Aż w końcu widzę błękitne niebo i morze chmur pode mną. Jest zjawiskowo.

Na samej przełęczy spotykam szosowca, który też tu jest na wakacjach, chwilę później wjeżdża norweska para na nartorolkach. Robimy zdjęcia, trochę rozmawiamy. Zjazd jest świetny. Przyjemnie jest przez ponad 20 km po prostu delektować się szybką jazdą i pięknymi widokami. Bez żadnego wysiłku.

Kiedy docieram do Ax les Thermes, jest już upał. Po porannym chłodzie nie ma śladu. To tu zmieniam trasę. Za poradą Michała, odbijam do Andory. W Ax les Thermes robię dłuższy odpoczynek. Udaje mi się znaleźć czynną pizzerię. Biorę pizzę, podwójną colę i regeneruję się przed kolejnym dużym podjazdem. Ten będzie znacznie dłuższy, ale też znacznie łatwiejszy.
Do Andory mam stąd 35 km, które w całości będą pod górę, do zrobienia jest 1680 m pionu. Jest gorąco, dlatego robię sporo przystanków, gdy tylko trafia się trochę cienia. Zdejmuję wtedy kask, rękawiczki, a czasem też buty i siedzę z boku drogi, oddając ciepło. Czuję się przegrzana. Droga, którą jadę jest dość mocno obciążona ruchem, na szczęście na ogół jest pobocze. Te pobocza oglądam sobie bardzo dokładnie. Mój namiot jest bardzo podatny na wiatr. Wynika to z połączenia stosunkowo dużej jego powierzchni i wysokości oraz z tego, że… zabrałam za mało szpilek. Dla zapewnienia stabilności brakuje co najmniej dwóch. Na poboczach ruchliwych dróg często leżą różne śmieci. Czasem są to śruby, gwoździe, szpikulce. Coś takiego teraz by się przydało. To by mogło pełnić rolę brakujących szpilek. Czujność popłaca – znajduję długi i solidny szpikulec. Super!

Kiedy docieram do Pas de la Casa, które leży na granicy między Francją a Andorą, jest wczesny wieczór. To nadal nie jest koniec podjazdu. Brakuje jeszcze 300 m pionu. Co więcej widzę w całości resztkę góry, na którą trzeba będzie się wdrapać. Pora trochę niefortunna, bo właśnie zamykają się wszystkie sklepy. Nie zdążyłam załatwić wody na nocleg. Chwilę się zastanawiam co dalej. Szukam hotelu. Niestety nie udaje mi się znaleźć. Dużo łatwiej jest mi znaleźć miejscówkę do spania na dziko, niż załatwić hotel. Trochę jestem zła na siebie, ale patrzę na górę i dochodzę do wniosku, że 300 m pionu to nie aż tak dużo. Do zachodu słońca zostało jakieś 40 minut. No to wio!
Końcówka podjazdu mocno utkwiła mi w pamięci. Pusto, cienie coraz dłuższe, lekki wiatr. Klimatycznie. Równo minutę przed zachodem słońca melduję się na przełęczy Port d`Envalira, na wysokości 2408 m n.p.m. Jest to najwyższa przełęcz tych wakacji. Słońce właśnie zaszło, jestem bardzo wysoko.

Rozglądam się uważnie. Jest stacja paliw. Zamknięta już, ale ktoś siedzi w środku. Pukam po wodę. Otwiera niezbyt miła kobieta, ale wody na szczęście nie odmawia. Poza stacją jest tu kilka innych budynków, w tym zrujnowana restauracja – hotel. To interesujące. Podchodzę bliżej. Fajny pustostan. Tu wiatr mnie nie znajdzie.

Zamykam dzień mając na liczniku 86 km i 2777 m pionu.
Rozbijam namiot i idę spać. Dziś jestem bliżej nieba.
ciąg dalszy

A potem, z wysokości 1100 m n.p.m., zaczynam podjazd na jedną z przełęczy TdF, na Col de Pailleres, na wysokość 1998 m. To długi i wymagający podjazd.

Wszystko jednak wynagradzają piękne widoki. Zaczynałam w nieciekawej pogodzie, przy 9°C, ale im wyżej jestem, tym bardziej się przejaśnia.

Aż w końcu widzę błękitne niebo i morze chmur pode mną. Jest zjawiskowo.

Na samej przełęczy spotykam szosowca, który też tu jest na wakacjach, chwilę później wjeżdża norweska para na nartorolkach. Robimy zdjęcia, trochę rozmawiamy. Zjazd jest świetny. Przyjemnie jest przez ponad 20 km po prostu delektować się szybką jazdą i pięknymi widokami. Bez żadnego wysiłku.

Kiedy docieram do Ax les Thermes, jest już upał. Po porannym chłodzie nie ma śladu. To tu zmieniam trasę. Za poradą Michała, odbijam do Andory. W Ax les Thermes robię dłuższy odpoczynek. Udaje mi się znaleźć czynną pizzerię. Biorę pizzę, podwójną colę i regeneruję się przed kolejnym dużym podjazdem. Ten będzie znacznie dłuższy, ale też znacznie łatwiejszy.
Do Andory mam stąd 35 km, które w całości będą pod górę, do zrobienia jest 1680 m pionu. Jest gorąco, dlatego robię sporo przystanków, gdy tylko trafia się trochę cienia. Zdejmuję wtedy kask, rękawiczki, a czasem też buty i siedzę z boku drogi, oddając ciepło. Czuję się przegrzana. Droga, którą jadę jest dość mocno obciążona ruchem, na szczęście na ogół jest pobocze. Te pobocza oglądam sobie bardzo dokładnie. Mój namiot jest bardzo podatny na wiatr. Wynika to z połączenia stosunkowo dużej jego powierzchni i wysokości oraz z tego, że… zabrałam za mało szpilek. Dla zapewnienia stabilności brakuje co najmniej dwóch. Na poboczach ruchliwych dróg często leżą różne śmieci. Czasem są to śruby, gwoździe, szpikulce. Coś takiego teraz by się przydało. To by mogło pełnić rolę brakujących szpilek. Czujność popłaca – znajduję długi i solidny szpikulec. Super!

Kiedy docieram do Pas de la Casa, które leży na granicy między Francją a Andorą, jest wczesny wieczór. To nadal nie jest koniec podjazdu. Brakuje jeszcze 300 m pionu. Co więcej widzę w całości resztkę góry, na którą trzeba będzie się wdrapać. Pora trochę niefortunna, bo właśnie zamykają się wszystkie sklepy. Nie zdążyłam załatwić wody na nocleg. Chwilę się zastanawiam co dalej. Szukam hotelu. Niestety nie udaje mi się znaleźć. Dużo łatwiej jest mi znaleźć miejscówkę do spania na dziko, niż załatwić hotel. Trochę jestem zła na siebie, ale patrzę na górę i dochodzę do wniosku, że 300 m pionu to nie aż tak dużo. Do zachodu słońca zostało jakieś 40 minut. No to wio!
Końcówka podjazdu mocno utkwiła mi w pamięci. Pusto, cienie coraz dłuższe, lekki wiatr. Klimatycznie. Równo minutę przed zachodem słońca melduję się na przełęczy Port d`Envalira, na wysokości 2408 m n.p.m. Jest to najwyższa przełęcz tych wakacji. Słońce właśnie zaszło, jestem bardzo wysoko.

Rozglądam się uważnie. Jest stacja paliw. Zamknięta już, ale ktoś siedzi w środku. Pukam po wodę. Otwiera niezbyt miła kobieta, ale wody na szczęście nie odmawia. Poza stacją jest tu kilka innych budynków, w tym zrujnowana restauracja – hotel. To interesujące. Podchodzę bliżej. Fajny pustostan. Tu wiatr mnie nie znajdzie.

Zamykam dzień mając na liczniku 86 km i 2777 m pionu.
Rozbijam namiot i idę spać. Dziś jestem bliżej nieba.
ciąg dalszy
Wakacje 6
Wtorek, 30 lipca 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 88.11 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1945m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Historia
lubi się powtarzać. Około północy wiatr, który, tam wysoko, poruszył skrzydła
wiatraków, schodzi blisko ziemi. Wszystko wraca. Jest tak jak na klifie. Na
szczęście jednak to nie jest klif, a pode mną nie ma czarnej morskiej topieli.
To winnica. A obok jest kamienna szopa. Sposób na tę noc jest jeden – iść spać
do tej szopy. Ciemno. Świecę czołówką i idę sprawdzić, czy da się do niej wejść
i jak jest w środku. Na szczęście drzwi są otwarte. W środku sporo sprzętu
rolniczego. Centralne miejsce zajmuje drewniana paleta, obok kanister z
paliwem. Przestawiam to wszystko i robię miejsce na namiot. Ciasno i duszno. W
szopie jest gorąco. Ale to jedyne miejsce, w którym wiatr nie szaleje. Trzeba będzie
wcześnie wstać i poukładać wszystko z powrotem, tak jak było. No i uciekać
stąd. Kolejna nerwowa noc. Nerwowe noce, upały, wiatr, błędy… to są wakacje, a
jakoś niespecjalnie odpoczywam…

Poranek jest słoneczny i bardzo wietrzny. Na mijanej stacji paliw tankuję paliwo do mojej butli od kuchenki. Niecałe 0,33 l, w cenie 0,17 Euro. Sprzedawca po raz pierwszy widzi tak skromne tankowanie, jest zaciekawiony, więc trochę mu opowiadam o moim wyjeździe. Fajnie – wreszcie ktoś mówi po angielsku. A potem, kawałek dalej, piję kawę i jem ciasteczko z truskawkami. Miłe miejsce.
Jadąc do Olette cały czas mam ogromny ruch samochodowy. O ile bezpośrednie spotkania z Francuzami w sklepach i restauracjach są na ogół mało przyjemne, to jako kierowcy są oni naprawdę ok. Jeżdżą z dużą kulturą i uwagą. Nawet gdy ruch jest duży, nie ma się czego bać. Jedyna nieprzyjemność to hałas i spaliny. Poza tym jest bezpiecznie. Dużo, dużo lepiej niż w Polsce.

Droga dziś cały czas się wznosi. Dzień zaczęłam na wysokości 68 m n.p.m., a w Olette – po 55 km - jestem już na 623 m n.p.m. i teraz właśnie podjazd robi się bardziej wyrazisty. Zjeżdżam w końcu z głównej drogi.

Od razu cicho i spokojnie i… mocniej pod górę. Droga początkowo idzie lasem, potem trawersuje górę. Jest bardzo ładnie, widokowo. Wyjątkowo ciekawie prezentuje się Railleu wciśnięte pomiędzy góry. Cicha, nieco senna miejscowość.

Droga nadal się wspina, aż na 1700 m n.p.m., a im wyżej, tym gorsza pogoda. Najpierw pojawia się mgła, potem nagle robi się chłodno i zaczyna popadywać.

Ubrana w strój deszczowy i czapkę zjeżdżam do Matemale. Nic tu nie ma. Jedna, krótka, ostra ścianka i znowu w dół. W ten sposób docieram do deszczowego Formigueres. Tu robię małe zakupy, a przede wszystkim zdobywam wodę na nocleg.
Z noclegami jest ciężko, więc gdy trafia się gęsty las świerkowy, nie zastanawiam się zbyt wiele mimo, że do zachodu słońca jeszcze 2 godziny. Las na wysokości 1484 m n.p.m. Jest ponuro i mgliście, rozbijam namiot i siedzę w nim bez rozpakowywania się. Na wszelki wypadek, gdyby jednak ktoś tu przyszedł i gdybym musiała się zwijać. Mija czas i nikt nie przychodzi. Pora się rozgościć. Pora zjeść obiad i iść spać. Może ta noc w końcu będzie spokojna. Wieje, ale gęsty las zapewnia dobrą ochronę. W każdym razie, to z pewnością będzie zimna noc. Już teraz jest zaledwie 10°C. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj termometr wskazywał 42°C. Dziwny jest ten świat.
Ciąg dalszy

Poranek jest słoneczny i bardzo wietrzny. Na mijanej stacji paliw tankuję paliwo do mojej butli od kuchenki. Niecałe 0,33 l, w cenie 0,17 Euro. Sprzedawca po raz pierwszy widzi tak skromne tankowanie, jest zaciekawiony, więc trochę mu opowiadam o moim wyjeździe. Fajnie – wreszcie ktoś mówi po angielsku. A potem, kawałek dalej, piję kawę i jem ciasteczko z truskawkami. Miłe miejsce.
Jadąc do Olette cały czas mam ogromny ruch samochodowy. O ile bezpośrednie spotkania z Francuzami w sklepach i restauracjach są na ogół mało przyjemne, to jako kierowcy są oni naprawdę ok. Jeżdżą z dużą kulturą i uwagą. Nawet gdy ruch jest duży, nie ma się czego bać. Jedyna nieprzyjemność to hałas i spaliny. Poza tym jest bezpiecznie. Dużo, dużo lepiej niż w Polsce.

Droga dziś cały czas się wznosi. Dzień zaczęłam na wysokości 68 m n.p.m., a w Olette – po 55 km - jestem już na 623 m n.p.m. i teraz właśnie podjazd robi się bardziej wyrazisty. Zjeżdżam w końcu z głównej drogi.

Od razu cicho i spokojnie i… mocniej pod górę. Droga początkowo idzie lasem, potem trawersuje górę. Jest bardzo ładnie, widokowo. Wyjątkowo ciekawie prezentuje się Railleu wciśnięte pomiędzy góry. Cicha, nieco senna miejscowość.

Droga nadal się wspina, aż na 1700 m n.p.m., a im wyżej, tym gorsza pogoda. Najpierw pojawia się mgła, potem nagle robi się chłodno i zaczyna popadywać.

Ubrana w strój deszczowy i czapkę zjeżdżam do Matemale. Nic tu nie ma. Jedna, krótka, ostra ścianka i znowu w dół. W ten sposób docieram do deszczowego Formigueres. Tu robię małe zakupy, a przede wszystkim zdobywam wodę na nocleg.
Z noclegami jest ciężko, więc gdy trafia się gęsty las świerkowy, nie zastanawiam się zbyt wiele mimo, że do zachodu słońca jeszcze 2 godziny. Las na wysokości 1484 m n.p.m. Jest ponuro i mgliście, rozbijam namiot i siedzę w nim bez rozpakowywania się. Na wszelki wypadek, gdyby jednak ktoś tu przyszedł i gdybym musiała się zwijać. Mija czas i nikt nie przychodzi. Pora się rozgościć. Pora zjeść obiad i iść spać. Może ta noc w końcu będzie spokojna. Wieje, ale gęsty las zapewnia dobrą ochronę. W każdym razie, to z pewnością będzie zimna noc. Już teraz jest zaledwie 10°C. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj termometr wskazywał 42°C. Dziwny jest ten świat.
Ciąg dalszy
Wakacje 5
Poniedziałek, 29 lipca 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 99.88 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 736m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzisiejszy poranek
w namiocie to nie tylko śniadanie. To jest też (a może przede wszystkim) czas,
w którym dochodzę do wniosku, że wczoraj popełniłam błąd. No nic. Trzeba jakoś
to przełknąć. Na pocieszenie mam świadomość, że jeszcze dziś rano zwiedzę
miasto, przez które wczoraj wieczorem pospiesznie przeleciałam. Cóż. Miło będzie
usiąść gdzieś i ze spokojem wypić kawę.
Piję kawę i ładuję tablet. Wszelkie wizyty w kawiarniach i restauracjach to dobra okazja na pozyskanie energii. Nie tylko dla siebie, ale też dla elektroniki. Wczesny ranek przechodzi w przedpołudnie. Z premedytacją trwonię czas.

A potem biorę się do roboty i jadę. Nie dzieje się nic szczególnego. Upał. Wiatr mniejszy. Od upału znowu boli mnie głowa. Gdy docieram do miasteczka, siadam w cieniu i odpoczywam. Mam różne myśli. A może pojechać nad morze, zamelinować się gdzieś i wakacje spędzić stacjonarnie? Bez jazdy rowerem… tu jest po prostu za gorąco. Upał odbiera siły, jasność myślenia.
We Francji jest dziwnie. To drugi, po Izraelu, kraj gdzie ludzie nie są zbyt mili. Myślę, że trzeba by znać francuski, by móc tu przyjemnie spędzić czas. Kawiarnie, restauracje, sklepy – obsługa mówi tylko po francusku. Rzadko kiedy można się dogadać po angielsku. W dodatku, jeśli nie zna się francuskiego, to oni nie są zbytnio zainteresowani by pomóc i jakoś się porozumieć. Menu też zwykle tylko po francusku. W praktycznie każdej wiosce można znaleźć sklep z winem. Nie zawsze da się kupić coś do jedzenia, ale wino – tak.
Tego wieczoru znowu śpię na winnicy, ale poza winoroślami są tu też wiatraki. Kiedy rozbijam namiot zauważam, że ich skrzydła kręcą się coraz szybciej. Tam, wysoko, chyba zaczęło wiać. Jednak tu, przy ziemi, jest cisza. Wszystko będzie dobrze… prawda?
ciąg dalszy
Piję kawę i ładuję tablet. Wszelkie wizyty w kawiarniach i restauracjach to dobra okazja na pozyskanie energii. Nie tylko dla siebie, ale też dla elektroniki. Wczesny ranek przechodzi w przedpołudnie. Z premedytacją trwonię czas.

A potem biorę się do roboty i jadę. Nie dzieje się nic szczególnego. Upał. Wiatr mniejszy. Od upału znowu boli mnie głowa. Gdy docieram do miasteczka, siadam w cieniu i odpoczywam. Mam różne myśli. A może pojechać nad morze, zamelinować się gdzieś i wakacje spędzić stacjonarnie? Bez jazdy rowerem… tu jest po prostu za gorąco. Upał odbiera siły, jasność myślenia.
We Francji jest dziwnie. To drugi, po Izraelu, kraj gdzie ludzie nie są zbyt mili. Myślę, że trzeba by znać francuski, by móc tu przyjemnie spędzić czas. Kawiarnie, restauracje, sklepy – obsługa mówi tylko po francusku. Rzadko kiedy można się dogadać po angielsku. W dodatku, jeśli nie zna się francuskiego, to oni nie są zbytnio zainteresowani by pomóc i jakoś się porozumieć. Menu też zwykle tylko po francusku. W praktycznie każdej wiosce można znaleźć sklep z winem. Nie zawsze da się kupić coś do jedzenia, ale wino – tak.
Tego wieczoru znowu śpię na winnicy, ale poza winoroślami są tu też wiatraki. Kiedy rozbijam namiot zauważam, że ich skrzydła kręcą się coraz szybciej. Tam, wysoko, chyba zaczęło wiać. Jednak tu, przy ziemi, jest cisza. Wszystko będzie dobrze… prawda?
ciąg dalszy
Wakacje 2
Piątek, 26 lipca 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 98.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1086m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Było
zdecydowanie za gorąco. Około 40 stopni. Przy każdej okazji zatrzymywałam się
na colę i lody. Okolica przez długie kilometry taka sobie, jechałam wzdłuż
drogi szybkiego ruchu lub drogą szybkiego ruchu, poboczem. Doprawdy – nic ciekawego.

Późnym popołudniem niebo zaczęło przybierać dziwny kolor. Myślałam nawet o nocy w hotelu, ale ostatecznie pojechałam dalej.

Trafiłam w wyjątkowo ładne miejsce, na klif. Z klifu roztaczał się wspaniały widok na sąsiedni klif z latarnią morską oraz, z drugiej strony, na miasteczko. Ustawiłam namiot. Było jak w pięknym śnie.

A potem… piękny sen zamienił się w koszmarną walkę. Nie mogłam przypuszczać, że tak się stanie. Zaczęło się od delikatnego łopotu. Potem było tylko gorzej, aż w końcu wiatr zaczął kłaść namiot. Byłam zdecydowanie zbyt blisko krawędzi klifu.
Środek nocy i nawałnica, gdzieś na klifie. Pode mną urwisko na kilkadziesiąt metrów i morze. Nieźle się władowałam! Dużo sił i nerwów kosztowało mnie zebranie wszystkiego, tak by wiatr niczego nie zepchnął lub nie porwał do morza. Zeszłam na dół, a tam był cmentarz. Też wiało, ale nie aż tak mocno. No i było bezpiecznie. Coś między 2 a 3 w nocy.

Weszłam na cmentarz i rozłożyłam namiot między grobami. Samą sypialnię. Nigdy wcześniej nie spałam na cmentarzu.
ciąg dalszy

Późnym popołudniem niebo zaczęło przybierać dziwny kolor. Myślałam nawet o nocy w hotelu, ale ostatecznie pojechałam dalej.

Trafiłam w wyjątkowo ładne miejsce, na klif. Z klifu roztaczał się wspaniały widok na sąsiedni klif z latarnią morską oraz, z drugiej strony, na miasteczko. Ustawiłam namiot. Było jak w pięknym śnie.

A potem… piękny sen zamienił się w koszmarną walkę. Nie mogłam przypuszczać, że tak się stanie. Zaczęło się od delikatnego łopotu. Potem było tylko gorzej, aż w końcu wiatr zaczął kłaść namiot. Byłam zdecydowanie zbyt blisko krawędzi klifu.
Środek nocy i nawałnica, gdzieś na klifie. Pode mną urwisko na kilkadziesiąt metrów i morze. Nieźle się władowałam! Dużo sił i nerwów kosztowało mnie zebranie wszystkiego, tak by wiatr niczego nie zepchnął lub nie porwał do morza. Zeszłam na dół, a tam był cmentarz. Też wiało, ale nie aż tak mocno. No i było bezpiecznie. Coś między 2 a 3 w nocy.

Weszłam na cmentarz i rozłożyłam namiot między grobami. Samą sypialnię. Nigdy wcześniej nie spałam na cmentarzu.
ciąg dalszy
Sprawy i sprawki
Wtorek, 2 lipca 2019 Kategoria do 100
| Km: | 65.53 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:48 | km/h: | 17.24 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 334m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Z jednego miejsca w drugie. Nawet nie wiem kiedy tyle tych kilometrów wyszło. Planowałam jechać samochodem, ale wreszcie już nie jest tak upalnie i miło było tłuc się rowerem. Przynajmniej trochę ruchu :-)
Niedzielny relaks
Niedziela, 30 czerwca 2019 Kategoria do 100
| Km: | 66.85 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:19 | km/h: | 20.16 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 274m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||

Kaliskie gminobranie (1)
Piątek, 7 czerwca 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 80.52 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:33 | km/h: | 17.70 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 442m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Późnym piątkowym popołudniem wysiadam na stacji kolejowej
w Kaliszu. Jest przyjemnie ciepło. Nie spieszę się. Zaczynam od przypięcia
roweru w małym tłumku innych rowerów i idę do pobliskiej galerii handlowej
zachęcona swojskim szyldem McD. Nie zdążyłam dziś zjeść żadnego obiadu, a w
dodatku pakując się w pośpiechu zapomniałam zabrać ze sobą butli z paliwem do
kuchenki. To oznacza, że wieczorem nie będzie gotowania. Co gorsze – nie będzie też porannej kawy w sobotę i w niedzielę.
Jadąc do McD ruchomymi schodami zastanawiam się, czy bez kawy to wszystko ma
sens… Biorę zestaw z rybą i nie kuszę dłużej losu – wychodzę z nim na zewnątrz.
Jest cieplutko. Siadam na ławce i jem.
A potem ruszam w zaplanowaną, nie tak dawno temu, gminną trasę po okolicach Kalisza. Sporo mam tu gminnych dziur do załatania. Wiem więc, że mimo, że trasa dość długa, to łowy nie będą zbyt obfite. Z miasta uciekam ścieżkami rowerowymi idącymi wzdłuż bardzo głównych i bardzo ruchliwych ulic. Czasami jest pod górę, bo zaczynają się schody. Dosłownie. Czasem po bokach mocno ograniczają mnie bariery. Te metalowe, czerwono-białe. Wszystko to jednak – wobec wizji braku jutrzejszej porannej kawy w namiocie – są błahostki.
Dziś zaliczam tylko jedną gminę, jest to Lisków. Jedzie mi się bardzo przyjemnie. Zupełnie bez wysiłku. Kiedy słońce zachodzi, wyciągam lampki. Jest jeszcze jasno, bo to przecież czerwiec, ale wyciągając lampkę przednią, zauważam, że mocowanie mam wybrakowane. A to pech! Ale, czy na pewno? W końcu podczas klasycznych gminobrań nie jeżdżę nocami. Przecież już za chwilę będę szukać miejscówki. Czy czegoś jeszcze zapomniałam zabrać? Mam nadzieję, że już nie. Nadal jest jeszcze widno, gdy wchodzę na wielką skoszoną łąkę. Obok jest mały staw, w którym głośno rechoczą żaby. Ładne, pełne uroku miejsce. Rozstawiam namiot. Pora kończyć dzień.
A potem ruszam w zaplanowaną, nie tak dawno temu, gminną trasę po okolicach Kalisza. Sporo mam tu gminnych dziur do załatania. Wiem więc, że mimo, że trasa dość długa, to łowy nie będą zbyt obfite. Z miasta uciekam ścieżkami rowerowymi idącymi wzdłuż bardzo głównych i bardzo ruchliwych ulic. Czasami jest pod górę, bo zaczynają się schody. Dosłownie. Czasem po bokach mocno ograniczają mnie bariery. Te metalowe, czerwono-białe. Wszystko to jednak – wobec wizji braku jutrzejszej porannej kawy w namiocie – są błahostki.
Dziś zaliczam tylko jedną gminę, jest to Lisków. Jedzie mi się bardzo przyjemnie. Zupełnie bez wysiłku. Kiedy słońce zachodzi, wyciągam lampki. Jest jeszcze jasno, bo to przecież czerwiec, ale wyciągając lampkę przednią, zauważam, że mocowanie mam wybrakowane. A to pech! Ale, czy na pewno? W końcu podczas klasycznych gminobrań nie jeżdżę nocami. Przecież już za chwilę będę szukać miejscówki. Czy czegoś jeszcze zapomniałam zabrać? Mam nadzieję, że już nie. Nadal jest jeszcze widno, gdy wchodzę na wielką skoszoną łąkę. Obok jest mały staw, w którym głośno rechoczą żaby. Ładne, pełne uroku miejsce. Rozstawiam namiot. Pora kończyć dzień.


Zdjęcia
Zaliczone gminy: Lisków.
Ciąg dalszy





