Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Trans Am Bike Race 2018

Dystans całkowity:6888.18 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:56718 m
Suma kalorii:1712 kcal
Liczba aktywności:37
Średnio na aktywność:186.17 km
Więcej statystyk

Trans Am Bike Race (6)

Czwartek, 7 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 209.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1694m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy rano wychodzę z rowerem na ulicę, jest głęboka szarówka. Kontynuuję podjazd do New Meadows. Dzień wstaje chmurny, a dojeżdżając do miejscowości widzę w oddali kłęby dymu. Jadę z nadzieją, że nie jest to żaden pożar, że droga tam, daleko jest otwarta. W końcu okazuje się, że to jakieś zakłady tak dymią. W New Meadows zatrzymuję się na śniadanie. Z lokalu do którego wchodzę, wychodzi John. Dowiaduję się też, że James ruszył z parku miejskiego w nocy i jest gdzieś z przodu. Ustawiając rower czuję, że dłoń dziwnie mi się lepi. Spoglądam na nią i widzę... krew. Sporo krwi. Nie wiem jak i kiedy, rozcięłam sobie palec. Jem śniadanie, trochę rozmawiam z miejscowymi, wrzucam krótką informację na FB.



Po śniadaniu dzień robi się słoneczny. Znowu błękitne niebo. Droga opada, więc jedzie się fajnie. Raz po raz, podczas wyścigu, spotykam sakwiarzy jadących w drugą stronę. Ich rowery są mocno obładowane, jadą na ogół powoli lub bardzo powoli. Chwilami trochę im zazdroszczę tego, że nie muszą się spieszyć, że mogą zatrzymać się w dowolnym miejscu, że mają czas na robienie zdjęć, że mogą robić przerwy, gdy pogoda staje się zbyt ciężka do jazdy. Tu, na wyścigu, wszystko wygląda inaczej. Nie ma czasu, wszędzie jestem tylko przez chwilę.



Drogi cały czas są praktycznie zupełnie puste. W dodatku szerokie i najczęściej z poboczami. Docieram do White Bird. To ostatnia miejscowość przed dużym podjazdem na przełęcz White Bird Pass. Zatrzymuję się w sklepie. Kupuję do jedzenia słodkie bułki. Pytam o zwykłą, czarną herbatę. Teoretycznie nie ma. W praktyce miły sprzedawca przynosi mi ją z zaplecza. W dodatku pozwala usiąść. Daje krzesło. Rozsiadam się więc między sklepowymi półkami. Dobra regeneracja. To gdzieś tu dowiaduję się, że doganiam Genevieve - Kanadyjkę, która wystartowała mocno, ale najwyraźniej zaczyna słabnąć. Kolega pisze mi, że najpewniej złapię ją jutro. Postanawiam, że… sprawię mu niespodziankę i zrobię to jeszcze dziś.



Przychodzi czas, by skończyć posiadówkę w sklepie i ruszyć w drogę. Przede mną góra dnia. Jest gorąco. Smaruję się kremem przeciwsłonecznym i zaczynam wspinaczkę. Idzie mi dobrze. Jadę żwawo aż na wysokość 1250 m n.p.m. W międzyczasie psuje się pogoda. Góry, które widzę teraz jak na dłoni robią się sine. Połyka je sine niebo. To nie wróży niczego dobrego. Zrywa się silny i zimny wiatr.



Pędzę więc ile sił w nogach na górę. To już niedaleko. Jeszcze tylko 80 m w pionie... i wtedy się zaczyna burza. Burza w górach, na wysokości 1250 m. Nic miłego. Pospiesznie się chowam. Trochę desperacko… wchodzę pod drzewo iglaste. Iglak marnie spisuje się w roli parasola. Siedzę przebierając się w ciuchy deszczowe i podjadając chipsy. Kiedy już jestem ubrana, naprędce analizuję. Ta burza dopiero się rozkręca. Nie ma się gdzie schować. Miejscówka pod drzewem to słaby pomysł. Do przeskoczenia jeszcze 80 m pionu. Trochę ryzykancko… Jednak kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Jadę. Pośród grzmotów i błyskawic oraz w strugach deszczu dokańczam podjazd. A potem przystępuję do zjazdu. Jest to ciężki zjazd. Kręta, górska droga idzie ostro w dół. Asfalt jest spękany, leży na nim żwir. Cały czas leje. Kto zjeżdżał w podobnych warunkach, wie co mam na myśli.



Grangeville osiągam w ulewie. Niebo cały czas jest sine. Wbijam się wraz z rowerem na dużą stację paliw. Robimy tu mały potop i dochodzimy do siebie. Ja i mój rower. Zjadam jakieś niezbyt dobre jedzenie. Ładuję elektronikę. Kupuję baterie litowe do GPSa. Dość długo tu siedzę. Na mapce TABR widzę, że kilka osób zostało tu na noc. Nic dziwnego. Pewnie też złapała ich ta ostra burza. Jest późne popołudnie. Też chętnie już bym nigdzie dalej dziś nie jechała. Jednak jest to wyścig. Uśmiecham się do siebie. Zakładam mokre odzienie i wychodzę na zewnątrz. W drogę!



Początek to droga lekko opadająca w dół poprzeplatana elementami podjazdu. Idzie średnio szybko. Raz robię przystanek, bo czuję, że mi zimno. Pora ubrać się cieplej. Kiedy przychodzi zasadniczy zjazd, jest już praktycznie ciemno. Zjazd jest ostry, droga kiepska. Łatwo wylecieć z tej drogi. Zjeżdżam ostrożnie. W końcu jestem na dole. Stites – tu bym mogła zostać. Ale nie zostanę. A to dlatego, że Gen śpi miejscowość dalej – w Kooskia. Z mojej rozpiski wynika, że mogę śmiało tam jechać. Są tam zarówno kościoły jak i poczta. Czyli miejsce do spania z pewnością się znajdzie.

Szosa nie jest już tak szalona. Jest praktycznie płasko. Jadę sobie i jadę, aż docieram do celu. W miejscowości widzę spacerującą ulicą dziewczynę. To Gen! Chwilę gadamy. Mówi, że ona i dwóch kolegów śpią w hotelu niedaleko i jeśli niczego nie znajdę, to zapraszają. To bardzo miłe. Jednak postanawiam się rozejrzeć. Wchodzę na stację paliw i pytam o kościół. Zaskoczony chłopak pyta, czy o tak późnej godzinie będę się modlić i… którego z kościołów szukam, bo jest ich tu kilka. Odpowiadam, że interesuje mnie każdy kościół, że to może być dowolny kościół. Jego brwi unoszą się wysoko ze zdumienia. Prawie pod niebo. No bo jak można szukać dowolnego kościoła??



Niepotrzebnie tracę czas objeżdżając kościoły – wszystkie są zamknięte. Ostatecznie ląduję na poczcie. Każda poczta w Stanach składa się z dwóch części: urzędowej czynnej zwykle do ok. 15.00 oraz ogólnodostępnej ze skrytkami na przesyłki – czynna 24 h. Pali się tu światło i nie idzie go zgasić. To typowe. Tak będzie na prawie każdej poczcie aż do końca wyścigu. To moja pierwsza poczta noclegowa podczas Trans Am. Dmucham materac, wyciągam śpiwór, naciągam czapkę na oczy. Dobranoc!



Mapa

Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (5)

Środa, 6 czerwca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 189.40 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2088m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy wstaję rano, niebo nie jest już doskonale czarne. To oznacza tylko tyle, że być może spałam nieco za długo. Jednak wczorajsze wczesne wstanie, chrapiący współtowarzysze i górzysty dzień spowodowały, że zdecydowałam się na dłuższą regenerację. Budzę się w dobrej formie. Czuję się zupełnie nieźle. Popijam izotonika, coś zjadam i zwijam biwak. Pora jechać! Na niebie świeci księżyc w ostatniej kwadrze. Słońce jeszcze nie wstało. Podziwiam surową scenerię. Jest perfekcyjnie pusto. Ameryka to wspaniałe miejsce dla tych, co nie lubią tłumów, zgiełku. Wystarczy wjechać w głąb kraju i można doświadczyć ciszy i spokoju w ogromnych ilościach. Czasem ta pustka aż przytłacza.



Naraz góry robią się delikatnie zielone i… miękkie. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Wyglądają jak miękkie poduszki. Znowu… myślę o spaniu!



Kończy się jazda w dół. Jeszcze jednak ostra hopka, podobny zjazd i początek większej wspinaczki. Zanim jednak na dobre wbiję się w ścianę, postój w Richland i śniadanie! Podczas śniadania spotykam znowu Johna i Jamesa. Fajnie jest się tasować.



Po śniadaniu we trojkę przystępujemy do podjazdu. John jest z nas najszybszy. James wspina się z podobną szybkością co ja. Jedziemy więc obok siebie wesoło gadając. Raz po raz przeliczam ile nam jeszcze zostało do końca góry. Koniec jest na wysokości 3653 ft (1113 m n.p.m.). Tu cała nasza trójka się zatrzymuje. Chwilę rozmawiamy, po czym zaczynamy zjazd. Początek jest ostry. Chłopaki rozpędzają się mocno i tyle ich widzę. Spotykamy się ponownie dość szybko - ze względu na duże ciepło, trzeba uzupełniać płyny. Miejscowości są daleko od siebie, więc gdy naraz, pośrodku niczego, trafia się stacja paliw ze sklepem, wjeżdżamy tam wszyscy! Obowiązkowo dokupuję picie. Poza tym wykończyłam już jedną całą tubkę kremu przeciwsłonecznego – kupuję więc drugą. A może by tak… przy okazji lody? Dlaczego nie. Trzeba sobie jakoś radzić ze skwarem.



Jemy lody, ładujemy elektronikę i gadamy o niedźwiedziach. Niedługo wjedziemy w rejony, gdzie prawdopodobieństwo spotkania niedźwiedzia będzie znaczne. Z naszej trójki tylko ja mam ze sobą gaz na niedźwiedzie. Dalsza droga to zupełnie odkryty teren, samo słońce i pagórki. Jest mało przyjemnie. W dodatku jakoś tak duszno. Jakby przedburzowo.

W końcu docieram do dużej tamy. Przy tamie tabliczka stanowa. Tak oto opuszczam Oregon, pierwszy ze stanów, przez które prowadzi wyścig. Wjeżdżam do Idaho. A właściwie wchodzę. Zaraz za tabliczką stanową droga wiedzie mocno do góry. W zasadzie mogłam to podjechać. Nie wiem dlaczego szłam. Chyba upał odebrał mi rozum…



Wsiadam więc na rower i jadę. Mija trochę czasu i mogę potężną tamę podziwiać z góry.



Dalsza droga to kompletne pustkowia. Niebo jest pełne chmur, powietrze ciężkie. Góry wydają się przytłaczające i mimo, że odcień mają zielonawy – pozbawione życia. Nie jest to miejsce, w którym fajnie jest być.



Naraz pojawia się miejsce, gdzie można odpocząć od duchoty – „Gateway to Hells Canyon Store and Cafe”! Zajeżdżam - to jedyny tego typu przybytek w okolicy, dalej zaczyna się na dobre duży podjazd. Pod ścianą stoją dwa rowery. Wchodzę do środka – jest przyjemnie chłodno, jest klima. Przy stoliku, nad pizzą pochylają się John i James. Częstują mnie. Pizza jest dobra, więc biorę identyczną dla siebie. Porządna, kaloryczna pizza z serem,sosem pomidorowym i pepperoni. Do tego zimna Cola. Nie ma to jak zdrowe odżywianie!



Podjazd zaczynam jako pierwsza. Gdzieś w połowie dogania mnie John i wyprzedza. Nie ma za to Jamesa. Pewnie, jak ostatnio, jedzie z moją prędkością, domyślam się więc, że mnie nie dogoni. No i nie dogania. Na górze spotykam Johna, no i zaczynamy zjazd. John szybko znika.

Zjazd jest straszny. Tzn. mógłby być wspaniały. Ale nie jest. Wszystko przez szarańczę.
Tego okropnego robactwa jest pełno na drodze.
To okropne robactwo potrafi wysoko skakać!
To okropne robactwo jest wprost przerażające!
Mimo upału, mam gęsią skórkę. Jadę cała w strachu. Czuję, że w żadnym wypadku nie mogę się zatrzymać, bo jeszcze TO na mnie wskoczy! A fe!!!!
Droga jest ruda od szarańczy. Tej skaczącej, tej łażącej i tej rozjechanej przez samochody.
Za żadną cenę nie zgodziłabym się robić tego zjazdu po raz drugi, w takich warunkach. Jednocześnie się cieszę, że jest to zjazd, a nie podjazd. Powolnego gramolenia się pod górę pośród szarańczy wolę sobie nawet nie wyobrażać! Kiedy tak jadę w dół, coś żądli mnie w prawą łydkę. Auć! Boli!



Zjazd kończy się w Cambridge. Tam staję na stacji. Opatruję użądlenie. Wygląda niegroźnie. Mały, czerwony punkcik i nic poza tym. Dojeżdża James. Johna już dawno nie ma. Teraz droga delikatnie się wspina, przez ok. 30 km. Następnie jest zjazd i trochę płaskiej drogi co Council. Kupuję jedzenie i picie na wieczór przed snem i na jutrzejszy poranek. Spotykam Jamesa. Bierze kawę i jedzie z nią do parku. Mówi, że będzie w tym parku spał. Jestem zaskoczona – kawa tuż przed snem? Śmieje się. Mówi, że może pić kawę i zaraz potem spać. Patrzę na niebo. Jeszcze nie jest ciemno, choć niedługo będzie. Przez chwilę myślę, czy też iść spać do parku. Ale decyduję, że jednak pojadę dalej. Przede mną spory podjazd. Jestem przekonana, że dziś już nie zdołam dotrzeć do New Meadows. Jednak podjadę tak blisko miasteczka, jak tylko się da.

Z miejscówką jest pewien problem. Kilometry pod górę uciekają powoli. Robi się coraz bardziej ciemno. Dookoła pustkowia i nie bardzo jest gdzie się schować. W dodatku prawie wszystko jest pogrodzone. Trochę żałuję, że nie zostałam w parku. No ale cóż…. Jadę i w końcu trafiam – wjazd na czyjeś gospodarstwo. Dom stoi po drugiej stronie ulicy. Nikogo nie ma na zewnątrz, nikt nie stoi w oknie, nie ma szczekających psów. Wbijam się więc w zarośla. I…. mimo, że jestem w zaroślach, moim namiotem szarpie wiatr. Szarpnie mocno przez calutką noc.

Mapa

Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (4)

Wtorek, 5 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 214.10 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1954m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzik dzwoni, jest jeszcze ciemno a kościelną ciszę mąci wyłącznie chrapanie współtowarzyszy. Najciszej jak potrafię zbieram się do drogi. Idzie mi dość opornie. Na chwilę nawet kładę się z powrotem – tak bardzo chce mi się spać. Siłą woli wstaję po raz drugi. Sama siebie napominam – to nie są wakacje, lecz wyścig. Musi być ciężko i jest ciężko. Wychodzę na zewnątrz i od razu uderza mnie przenikliwe zimno. Niebo jest czyściutkie, jakby całą noc ktoś spędził na polerowaniu go, tak aby kiedy wstanie dzień mogło zachwycać idealnym błękitem.



Termometr wskazuje, że jest 5 stopni na plusie. Jak na czerwiec, to zimniutko. Tu, w USA, nie ma wiat przystankowych. Nie ma ławek przy drodze, a pomiędzy miejscowościami są długie kilometry pustkowia, gdzie nie ma kompletnie nic. Senność nie daje za wygraną. Kilka razy siadam na barierkach drogowych i przymykam oczy. Na raty ubieram się, a potem, w miarę upływu czasu i wzrostu temperatury – rozbieram. Leci dużo czasu. Widzę i czuję, że trwonię cenny czas. To już lepiej było pospać dłużej, niż tak się plątać bez sensu. Od rana, od samego początku, droga idzie dziś pod górę. Nie jest bardzo stromo, ale konsekwentnie, coraz wyżej.



W końcu, po wielu kilometrach drogi, docieram do miejscowości John Day. Zwalniam i uważnie się rozglądam. Trzeba zjeść śniadanie. Znajduję przyjemne miejsce. Wbijam się razem z rowerem do środka. W większości przypadków nie ma problemu i można wchodzić z rowerem. Zamawiam śniadanie i dochodzę do siebie. To był ciężki poranek.



Dalsza droga rzuca mi przed oczy piękne górskie krajobrazy. To też rozległe pustkowia. Jadąc dochodzę do wniosku, że Ameryka chyba w środku jest raczej pusta. Przynajmniej tak to na razie wygląda. Wielkie miasta, bogactwo – to wszystko jest na wybrzeżach. W głębi lądu jest jakoś tak cicho i pusto.

Droga nie daje wytchnienia, podjazd robi się coraz bardziej dolegliwy. Słońce grzeje mocniej i mocniej. Nie ma gdzie się przed nim schować, bo drzewa – nawet jeśli są – to na tyle daleko od drogi, że nie dają cienia. Nie ma tu szpalerów drzew, pięknych alej jakie często można spotkać w Polsce.



Kolejno wspinam się na trzy przełęcze: Dixie Pass (5277 ft, tj. 1608 m n.p.m.), Tipton Mt. (5124 ft, tj. 1561 m n.p.m.) i Sumpter Pass (5082 ft, tj. 1549 m n.p.m.). Na wysokościówce wyglądają one jak trzy zęby rekina. Mocne podjazdy i mocne zjazdy.



Po drodze znajduję ładną, czerwoną kamizelkę przeciwwiatrową. Zabieram ją ze sobą. Myślę sobie, że może znajdę właściciela, a jeśli nie – to zatrzymam dla siebie. W nogach 108 km i 1337 m pionu. Jest co robić! Na Tipton spotykam 2 zawodników. Chwilę gadamy, okazuje się, że czerwona kamizelka należy do jednego z nich – bardzo się cieszy, że ją znalazłam. Jednocześnie skarży się na bolące kolano (ostatecznie wyścigu, w związku z tą kontuzją, nie ukończy).



Do Baker City jest aż 26 mil, czyli prawie 42 km. Na szczęście w większości jest to zjazd. Samo Baker City to okazja, by coś zjeść. Na stacji paliw, gdzie się zatrzymuję, spotykam ponownie Jamesa. Miłe to jest spotkanie. Nie bardzo wiem, co kupić. James poleca zawijańca z fasolą. Można to odgrzać w mikrofali, która stoi z boku. Średnio to smaczne, ale nie zawiera mięsa oraz jest bardzo kaloryczne. Im więcej kalorii, tym lepiej! Jazda po Ameryce wysysa siły. Są góry, jest bardzo ciepło. Trzeba więc jeść, by mieć siłę. Wiem już, że jedzenie nie musi być smaczne. Ważne, żeby co najmniej dało się je przełknąć. I równie ważne jest to, by było kaloryczne.



Pod koniec dnia mam bardzo duży zjazd. Widoki są niesamowite. Rower pędzi, a ja widzę jak odległe góry, na które patrzyłam z wysokości, zbliżają się do mnie coraz bardziej. Jak coraz bardziej zamykają się nade mną. Niesamowite wrażenie. Kiedy jest już mocno szaro, rozglądam się za miejscem na nocleg. Znajduję ścieżkę uciekającą nad rzekę. To dobry pomysł, by… na chwilę uciec razem z nią. Na kilka godzin. Podłoże jest pełne cierni. Dlatego rozbijam namiot wprost na starym asfalcie. Nie wbijam ani jednej szpilki. Mam nadzieję, że to będzie spokojna noc.



Mapa

Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (3)

Poniedziałek, 4 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 225.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1735m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzik dzwoni, w moim schronie jest prawie zupełnie ciemno. Dostrzegam maleńkie okienko, przez które do pomieszczenia wpada mdła szarość. Zwijam materac i śpiwór, pakuję graty, jem banana i wychodzę na zewnątrz. Jest…. zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Okolicę spowija gęsta mgła, wszystko dookoła ma kolor sino – niebieskawy. Nie wieje, nie pada. Jest za to przeraźliwie zimno i wilgotno. Temperatura to 5 stopni na plusie.



Ustawiam rower przy tabliczce z nazwą przełęczy i po chwili zaczynam długi zjazd. Jest to najbardziej niesamowity zjazd wyścigu. Widoki jak z innej planety: wyschnięte drzewa, pola lawy. A potem, pośród całej tej gamy szarości, pojawiają się ciepłe barwy – wstaje nowy dzień. Wschód słońca jest magiczny. Jest tak pięknie, że mam w oczach łzy wzruszenia. Jestem tu zupełnie sama. Cały ten wspaniały spektakl jest tylko dla mnie – na wyłączność. Jakże się cieszę, że mogę tu być!



Na zjeździe nie spotykam nikogo. Widzę jedynie z boku drogi rozbity namiot. Obok leży kolarzówka. Chyba ktoś z naszych. Im niżej i im więcej czasu mija od wschodu, tym robi się cieplej. Kiedy docieram do Sisters, jest ładny poranek, coś koło 7.00. Miasteczko jest jeszcze puste. Ostre słońce mocno razi, rozglądam się uważnie za jakimś miłym miejscem, gdzie mogłabym zjeść ciepłe śniadanie. Znajduję. Wbijam się. Jem, ładując elektronikę i piszę parę słów na FB. Przez okno widzę chmury burzowe. Widok jest dziwny. Z jednej strony słoneczny dzień, z drugiej widać, że kroi się coś niedobrego.



Drogom, którymi prowadzi wyścig towarzyszą wygodne, szerokie pobocza. Jedzie się więc przyjemnie i nawet jeśli ruch czasami się wzmaga, nie stanowi to problemu. Dodatkowo udało mi się uporać ze zwiastującym kontuzję bólem kostki. Mogę już normalnie jechać, bez bólu i to mnie bardzo cieszy. Droga jest pagórkowata i krajobraz się zmienia. Nie ma śladu po wielkich lasach, które podziwiałam jeszcze niedawno. Teraz przestrzenie są szerokie, a góry z rzadka porośnięte drzewami. Sprawiają wrażenie wypalonych słońcem.



Przed Mitchell jest duży podjazd – 500 m w górę (Ochoco Pass). A potem jeszcze większy zjazd. Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że Mitchell będzie na końcu tego zjazdu. Tymczasem wszystko co było do zjechania, zjechałam i… znowu zrobiło się przeraźliwie pusto. Niezbyt fajnie dlatego, że w międzyczasie nastało gorąco i powoli kończyło mi się picie. Gdzie to Mitchell?! Ani się spostrzegłam, jak znowu musiałam deptać pod górę. W końcu jednak miejscowość pojawiła się. Jak coś pośrodku niczego. Oaza. To tu miał być punkt wsparcia dla zawodników Trans Am. Miejsce, gdzie można coś zjeść, wypić, a nawet iść spać. W moim przypadku nie było mowy o noclegu, bo dotarłam w środku dnia. Punkt był jednak świetnie przygotowany na przyjazd nocny – przy tabliczce informującej o tym, że to TUTAJ, była ustawiona lampa. Z niemałą ulgą odstawiłam rower i weszłam do budynku. To co tam zastałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Było dużo jedzenia i picia. Jedzenie również w wersji dla tych, co nie lubią mięsa. Makarony, ciasta, napoje zimne i ciepłe. Był nawet fotel do masażu! Posiedziałam tam dłuższą chwilę. Było to kolejne miejsce, gdzie spotkałam ojca i syna (Ben i Graham). Żartowałam sobie nawet z nimi, by jeszcze trochę posiedzieli, bo jak oni pojadą, to i ja będę musiała. Spotkałam tu też Jamesa - długowłosego blondyna z tatuażami i stalowym rowerem.



Tuż przed wyjazdem ludzie z punktu dopompowali mi jeszcze opony dużą, stacjonarną pompką. Teraz mogłam jechać dalej. Za Mitchell był kolejny spory podjazd. Zrobiłam go mając pełny żołądek, w dość dużym cieple. Kiedy późnym popołudniem zameldowałam się na przełęczy Keyes (4369 ft), dojechał James.



Zamieniliśmy kilka słów, po czym rozpoczął się długi zjazd. Przyjemnie. Powietrze zaczęło robić się chłodniejsze. Rozległe pustkowia, szerokie pobocza, drogi bez samochodów, górskie krajobrazy. Ładnie. Był wczesny wieczór gdy dotarłam do John Day Fossil Beds National Monument. Wspaniałe, potężne skały wyrastające po obu stronach drogi.

Wieczorne światła oglądam w Dayville. Jeszcze będąc w Mitchell dowiedziałam się, że można będzie gdzieś tutaj zanocować w kościele Adwentystów. Noc w kościele! To wydaje mi się zupełnie niesamowite! Nigdy dotąd nie spałam w kościele. Jadąc do kościoła mijam domek, przed którym pali się ognisko. Naraz słyszę, że ktoś mnie woła. Przy ognisku siedzą nasi! Są tam między innymi Ben i Graham oraz James. Co za miłe spotkanie! Gospodarze tego miejsca, sympatyczne małżeństwo z małą córeczką, zapraszają na wspólną posiadówę. Dołączam, prosząc o czarną, gorzką, gorącą herbatę. Jest z tym początkowo pewien problem. W Ameryce zwykła herbata nie jest zbyt popularna. Ale ostatecznie udaje im się znaleźć torebkę herbaty. Siedzimy tak rozmawiając i patrząc w ogień. Jest przyjemnie i można na chwilę zapomnieć, że jest to jednak cały czas wyścig. Chwila zapomnienia musi jednak pozostać tylko chwilą….



Nie siedzę długo. Dość szybko jadę do kościoła. To zupełnie blisko. Naciskam klamkę – drzwi ustępują. Kościół rzeczywiście jest otwarty! W środku już ktoś śpi z rowerem. Dobre miejsce. Niezbyt tu podobnie do kościołów jakie znam z Polski. Do części typowo kościelnej przylega salka ze stołami, dużym aneksem kuchennym i z łazienką. Rozkładam materac i śpiwór między stołami. Zasypiam po dłuższej chwili. Spanie z innymi ludźmi nie jest tym co lubię. Chrapanie, które mocno słychać wybudza. A w środku nocy dojeżdża ktoś jeszcze i całe wieki się rozpakowuje szeleszcząc czymś niemiłosiernie.

Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133521

Ciąg dalszy


Trans Am Bike Race (2)

Niedziela, 3 czerwca 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 230.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2161m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzik zadzwonił przed świtem. Czuję się w miarę wyspana. Szybko zwijam namiot i ruszam w drogę. Z samego rana drogi są puste. Szerokie ulice i wygodne pobocza. Czyste niebo. Czy tak wygląda rowerowy raj? Chyba tak. Rozległe przestrzenie. Jest tu zupełnie inaczej niż w Europie. Inny, nowy świat. Jadę, myśląc o kawie. Chętnie bym wypiła coś ciepłego. Tak to właśnie jest podczas wyścigu. Nie ma miłego śniadania w namiocie. Zamiast tego jest kilka łyków zimnego napoju z bidonu i szybie zjedzenie czegoś z zapasów z dnia poprzedniego. Mój organizm domaga się kawy. Na samym początku dnia trafia się szutrowy kawałek. Jest to podjazd, mijam po lewej cmentarz i zjeżdżam – też po szutrze. Ostrożnie. W końcu jadę na kolarzówce.

Około 45 km dzisiejszej trasy docieram do miasteczka. Jest to Corvallis. Zatrzymuję się przy sklepie. Kawa? Oczywiście! Wybór jest duży. Lubię karmel, więc biorę kawę z karmelem. Duży kubek. Z tym kubkiem wychodzę na zewnątrz. Siadam na ziemi i piję. To był zły wybór. Nigdy w życiu nie piłam tak fatalnej kawy! Jest to obrzydliwy, słodki ulepek. Coś okropnego. Piję jednak, bo poranek jest rześki i potrzebuję czegoś ciepłego. Z każdym łykiem czuję się tak, jakby ktoś właśnie teraz wykonywał na mnie badanie i sprawdzał reakcję organizmu na obciążenie glukozą. A fe! Nie jestem w stanie wypić tego paskudztwa do końca. Nigdy nie pijcie kawy w Corvallis. Potężna ilość cukru daje mi jednak sporo energii. Dodatkowo włączam MP3. Tak, świat jest mój! No to dzida.



Jadę i stwierdzam, że jest coraz bardziej pusto. Nie wszędzie jest też pięknie. Czasem mijam zakłady przemysłowe. Niebo przybiera kolor waniliowy. Po błękicie nie ma śladu. Stało się to niepostrzeżenie. Jest ciepławo i duszno. Męcząca pogoda. Czuję, że zasypiam na drodze. Oczy mi się zamykają i doświadczam znajomego uczucia bezwładności. To już? Przecież to dopiero drugi dzień jazdy! Przecież jadę zgodnie z nową strategią! Pamiętając jak zasypiałam po wiatach na MRDP i wiedząc, że 4 godziny snu na dobę, to dla mnie za mało, tu planuję spać 5-7 godzin w zależności od dnia. A jednak… zataczam się na drodze. Tu nie ma wiat. Nie ma ławek. Nie ma sklepu co krok. Są duże odległości między miejscowościami. Przecież nie położę się na drodze. Nonsens! Robię przerwę. Opieram rower o drzewo i przeciągam się. Potem ruszam i z całych sił staram się nie zasypiać.

W końcu docieram do Harrisburga. Znajduję tu „diner” i zamawiam najlepsze możliwe jedzenie – czyli dobry zestaw śniadaniowy. Przeglądam Internet. Mój telefon z polską kartą tu kompletnie nie działa. Amerykańska karta też nie działa. Działa jedynie wi-fi. Dowiaduję się, że Alaina mnie wyprzedziła. Czytam i sama też piszę. Wrzucam parę zdań na FB. Głównie z myślą o rodzinie. To będzie odtąd moja stała praktyka: podczas jedzenia, o ile będzie wi-fi, będę czytać Internet oraz pisać na FB. Jedną ręką jem, drugą piszę. Aby nie tracić czasu. Najedzona ruszam dalej. Droga od początku dnia jest monotonna, ponieważ jest praktycznie kompletnie płasko. W dodatku ciężka, parna (choć zdecydowanie nie gorąca) pogoda. Chyba też potrzebowałam porządnego jedzenia. To pewnie dlatego zasypiałam. Teraz jedzie mi się lepiej.

W głowie siedzi myśl, że dziś muszę wjechać na dużą górę: McKenzie Pass. Droga jest w remoncie i wjazd rowerem jest możliwy tylko w sobotę i niedzielę. Dziś jest niedziela. Choćby nie wiem co, dziś muszę tam dotrzeć. Jeśli się nie uda, to będę musiała jechać objazdem i nadkładać kilometrów. Kompletnie mi się to nie uśmiecha, bo to strata cennego czasu! Jadę więc żwawo. Niestety jest to jazda z bólem. Boli mnie prawa kostka. Jakiś mięsień z boku. Wiem doskonale, że na tak długim wyścigu każda drobna kontuzja może doprowadzić do konieczności wycofu. Wiem, że nie mogę lekceważyć żadnych dolegliwości bólowych, bo jeśli nic nie zrobię, to dalej będzie tylko gorzej. Kilka razy siedzę więc z boku drogi i reguluję ustawienie bloku w bucie.



Pogoda jest dobra. Coś jak cieplejszy wiosenny dzień w Polsce. Jadę na długi rękaw, jedna warstwa ubrań i jest optymalnie. Widoki się zmieniają. Pojawiają się lasy i coraz wyraźniej widać góry. Z boku drogi wyrastają wysokie skały. Jakże tu pięknie!



W McKenzie Station Pub zatrzymuję się na obiad. Wiem, że zaraz zacznie się podjazd na przełęcz i czeka mnie wiele kilometrów bez możliwości kupienia czegokolwiek do jedzenia i picia. Trzeba się więc przygotować. Sam podjazd jest bardzo równy. Nie ma ostrych ścian, ale jest co deptać. To długa wspinaczka, której stroma część zaczyna się na wysokości 500 m n.p.m, a kończy się na ponad 1600 m n.p.m. Ponad 1000 metrów pionu. Podjazd idzie lasem. Potężne drzewa po obu stronach drogi. To robi mocne wrażenie. Zastanawiam się nawet, czy może mieszkają tu niedźwiedzie. Droga rzeczywiście od pewnego momentu jest zamknięta – zagrodzona masywnym szlabanem. Wchodzę za ten szlaban i kontynuuję wspinaczkę.



Na tej drodze spotykam tylko dwóch zawodników: jadących duecie ojca i syna (Graham i Ben). Ben jest najmłodszym zawodnikiem tegorocznego TABR. Ma dopiero 19 lat i jest… przeraźliwie chudy! Doganiają mnie. Zamieniamy kilka słów, a potem długo jeszcze widzę ich stopniowo oddalające się sylwetki.



W końcu robi się ciemno. Zaczynam czuć się nieswojo. A co, jeśli tu rzeczywiście żyją niedźwiedzie? Jestem tu ostatecznie zupełnie sama! Nawet żaden samochód nie przejedzie, bo przecież droga jest zamknięta! Czytałam gdzieś, że ryzyko przypadkowego spotkania niedźwiedzia spada, jeśli niedźwiedź usłyszy, że człowiek jest gdzieś w pobliżu. Staram się więc być słyszalna. Nie mam zbyt mocnego głosu i dlatego nie udało mi się zrobić kariery nauczycielskiej w szkole, ale staram się jak mogę. Wykrzykuję jedno, proste słowo: FE! I tak sobie jadę krzycząc „fe!” - na prawo i „fe!” - na lewo. Musiałam wystraszyć wszystkie potencjalne niedźwiedzie, bo wjechałam na przełęcz nie widząc żadnego z nich.



Za to na przełęczy zobaczyłam światła! Okazało się, że to Ben i Graham ubierają się pod jakimś małym budynkiem na zjazd. Rzeczywiście, chłodno się zrobiło. Jestem też nieco zaskoczona, myślałam, że bardziej mi odjechali. Chwilę gadamy i tyle ich widzę. Nie mam ochoty na długi, nocny zjazd. Patrzę na mały budynek. To toaleta! Wchodzę do środka. Przestronnie i – co najważniejsze – czysto. Tak: to tu zostanę na noc. Nigdzie dalej już dziś nie pojadę. Wprowadzam rower, rygluję drzwi. Sam kibelek jest upiorny. Gdy podnoszę deskę sedesową, zaczyna strasznie wiać ze środka. Skąd ten wiatr?? Ze środka Ziemi? Świecę latarką do środka. Nie widać dna. Zgroza. Na wszelki wypadek kładę na desce sedesowej swój bagaż. Bo jeśli ona sama się otworzy w środku nocy i wyleci ten wiatr, to chyba umrę ze strachu! Wyciągam i nadmuchuję materac, wyciągam śpiwór, zapisuję dzisiejszy ślad w gpsie. No i to tyle. Jestem najprawdopodobniej ostatnią osobą, która zdołała wjechać na przełęcz jeszcze dziś, legalnie. A jutro będę pierwszą, która zjedzie nielegalnie. Dobranoc!

Mapa:
https://ridewithgps.com/trips/26133494

Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (1)

Sobota, 2 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 262.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2554m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Sobota, 2 czerwca, tuż przed 6 rano. Stoimy wszyscy pod Maritime Museum w Astorii. Na niebie delikatne chmury, które zwiastują pogodny dzień. Myślę sobie, że to pierwsza i… ostatnia chwila, gdy jesteśmy wszyscy razem. Jeszcze kilka rozmów, parę zdjęć, uśmiechów. Thomas Camero otwiera szampana. Ktoś rozdaje plastikowe kubeczki. Pijemy za sukces, za powodzenie na trasie. Na placu ktoś błękitnym sprayem wypisał hasło „Be more Mike”. To przypomina o wielkiej tragedii, która wydarzyła się rok temu na IPWR w Australii. To przypomina również o podobnej tragedii podczas ubiegłorocznej edycji TABR, gdy śmiertelnie potrącony został Eric Fishbein. To uświadamia, że nie jesteśmy niezniszczalni, że wystarczy chwila i może nas nie być.



Pijąc szampana i ustawiając się do grupowego zdjęcia, myślę o tym, że każdego roku mniej więcej połowa startujących nie dociera do mety. Z różnych powodów. Infekcje, zatrucia, kontuzje, awarie, wypadki, pogoda, niewystarczająco dobra forma, zbyt słaba psychika. Powodów jest pewnie jeszcze więcej. Tak wiele jak wielu jest zawodników. A stoi nas na starcie 114 osób. Mniej więcej połowa z nas nie dojedzie do mety. Ja będę w tej połowie, która dojdzie - jestem tego pewna. Ani przez chwilę w siebie nie wątpię. Dlatego, że zwątpienie to wstęp do przegranej.



Początek jest zupełnie łagodny. Jedziemy pustymi ulicami miasta. Rozmawiamy, śmiejemy się. Zupełnie nie przypomina to wyścigów, w jakich uczestniczyłam do tej pory. Odległości między nami zwiększają się bardzo powoli, niemal niepostrzeżenie. Teren leciutko faluje. Jestem jeszcze wypoczęta, dlatego górki nie wydają mi się dolegliwe. Jedzie się bardzo przyjemnie, pogoda jest dobra, co chwilę się z kimś mijam. W końcu docieramy do Seaside i tu po raz pierwszy jadę mając widok na bezmiar Oceanu Spokojnego. Widok jest to niezwykły. Fale są długie i wysokie, nad wodą unosi się delikatna mgiełka.



Plaże są piaszczyste i…. puste. Przez chwilę żałuję, że jestem tu na wyścigu. Gdyby to była zwykła wyprawa, to miałabym to, czego tu nie mam: czas. Wtedy zeszłabym na plażę. Zamoczyła nogi w oceanie. Tymczasem… trzeba jechać. Ocean jest dla mnie jak eksponat w muzeum. Oglądam go jak przez szybkę, z daleka.



Widząc zawodników pijących kawę przy stoliku na zewnątrz kawiarni, zatrzymuję się i ja. Mniej więcej do 170 km trasa wyścigu prowadzi wzdłuż oceanu, widoki są cały czas cudowne. W jednej z nadmorskich knajpek zjadam pyszną rybę. Spotykam tu jednego z naszych, to Mark. Ma ciekawy sposób ładowania elektroniki – panel słoneczny. Droga dopiero w Neskowin odbija w głąb lądu. Wtedy też zaczynają się większe wzniesienia. Przednie koło lekko bije góra-dół. Początkowo jest to nieco denerwujące. Zatrzymuję się nawet na chwilę i sprawdzam to. Wychodzi na to, że chyba opona trochę źle się ułożyła. Postanawiam jednak tego nie poprawiać. Szkoda mi czasu. To już lepiej się przyzwyczaić do tego bicia. Czego nie robi się dla wyniku i urwania choćby paru minut!

Przez cały dzień kogoś spotykam. To jak prawdziwe kolarskie święto. Wieczorem zaczynam rozglądać się za miejscem do snu. Przyzwyczajenia z krajów europejskich staram się przenieść na grunt amerykański. Szukam miejsca na namiot i… nie jest to takie proste. Albo tereny są odkryte, albo ogrodzone. Często pogrodzone są również kompletne nieużytki, co wygląda wręcz zabawnie. W końcu znajduję wąską ścieżynkę między dwoma polami. Wbijam się. Ziemia jest twarda, ale to nic nie szkodzi. Na deszcz się nie zanosi. Szpilki wbijam prowizorycznie. To był piękny, słoneczny dzień, ale zimny wiatr sprawił, że ani na chwilę nie zdjęłam rękawków i nogawek. Teraz, w namiocie, zasypiam prawie natychmiast. Na liczniku 262,9 km, w pionie 2554 m.


Mapa: https://ridewithgps.com/trips/26133424

Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race, prolog

Środa, 30 maja 2018 Kategoria do 50, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018, Ekstremalnie
Km: 25.95 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 219m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wszystko zaczyna się wysoko. Od bujania w obłokach. Jestem marzycielką, jakich wiele. Lubię patrzeć w gwiazdy i wyobrażać sobie różne wspaniałe scenariusze. Potrafię w wyobraźni oderwać się od ziemi, szybować wysoko i daleko. Mogę tak… godzinami, dniami, miesiącami. Ale od większości marzycieli odróżnia mnie to, że w końcu przestaję tęsknie patrzeć w gwiazdy. Przychodzi dzień, gdy wyciągam po nie rękę. I zrywam z nieba te najpiękniejsze. Chowam je do kieszeni. Po to, aby potem mieć wspomnienia. Te najlepsze i najbardziej niezwykłe.

Organizacyjnie potrzebowałam załatwić wiele spraw. Od wizy, przez bilety lotnicze, po lokalizator satelitarny, mapy gps, opłatę startową, rezerwację hoteli przed startem. Opracowałam też dokładnie placówki pocztowe na trasie wyścigu. Uzupełniłam ekwipunek oraz nieco zmieniłam konfigurację roweru. To wszystko wymagało czasu, chwilami mocnych nerwów, energii i pieniędzy.



W końcu nadszedł dzień, gdy po raz ostatni przed długim urlopem wyszłam z pracy. Czas, by się spakować i przygotować do lotu. Na lotnisko mnie i ogromny (większy niż zazwyczaj się spotyka) karton z rowerem odwozi tata. Odlatuję z Poznania. Pierwszy lot jest krótki, trwa niewiele ponad godzinę i kończy się na największym europejskim lotnisku – we Frankfurcie nad Menem. Lotnisko jest ogromne. Przesiadka na samolot do USA za ponad 5 godzin. Mam czas, by zorientować się gdzie powinnam iść. Pcham przed sobą wózek z rowerem w kartonie. Karton jest wyższy niż ja. Aby widzieć, gdzie idę i czy zaraz na kogoś nie wjadę, muszę co chwilę się wychylać na prawo i na lewo. Musi to wyglądać zabawnie, bo ludzie wesoło się do mnie uśmiechają. Do przejścia spory kawałek. Kiedy nadałam rower na drugi lot, mogłam wreszcie odetchnąć z ulgą. Teraz pozostało się już tylko przygotować do lotu. Aż 10 godzin w powietrzu! Jedzenie, picie i toaleta. A w toalecie zastrzyk przeciwzakrzepowy. Po raz pierwszy w życiu miałam wbić w siebie igłę. Dziwne uczucie. Czasu nie było już zbyt wiele. Nie mogłam więc pozwolić sobie na rozczulanie się. Jeden raz wyszeptałam sama do siebie: „o mój Boże, nie dam rady, ja tego nie zrobię!”, po czym wbiłam igłę i zrobiłam zastrzyk. Ulga. Udało się.

Lubię i boję się - to zadziwiająca mieszanka uczuć: ten moment, gdy samolot startuje. Gdy coraz szybciej jedzie pasem startowym i w końcu odrywa się od ziemi. Jest w tym coś niezwykłego. Siedzę przy oknie. Widzę, jak ziemia zostaje pode mną. Wszystko to co na dole, staje się coraz mniejsze. A potem przychodzi znajome odprężenie. Jednostajny szum silników. Błękit nieba. Trochę słucham muzyki, trochę patrzę w monitor wyświetlający położenie samolotu, trochę śpię. Lot jest spokojny. Nie wpadamy w żadne turbulencje. Kiedy lecimy nad Kanadą, zerkam przez okienko. Ośnieżone góry wyglądają pięknie. Myślę sobie wtedy o niedźwiedziach.

W Portland lądujemy około godziny 17 czasu amerykańskiego. W Polsce wtedy jest środek nocy. Czuję się zmęczona i senna, a tu dopiero późne popołudnie! Odbieram karton z rowerem i wychodzę z terminalu lotniska. Celowo nie wypakowuję roweru i nie składam go. Zarezerwowałam na tę jedną noc po przylocie pokój w dość drogim hotelu i aby nie mieć problemu z wniesieniem roweru, wolę wejść z dużym bagażem, tj. kartonem. Tymczasem… nie bardzo wiem, co dalej. Przecież jakoś muszę się do tego hotelu dostać. To około 3 km od lotniska. Chodzę z kartonem na wózku i wtedy zaczepia mnie dziewczyna z obsługi parkingu. Pyta gdzie potrzebuję się dostać. Gdzieś dzwoni i po chwili podjeżdża duży samochód z logo mojego hotelu. Miły kierowca ładuje do środka mój rower i po chwili jedziemy. Za przejazd nie musiałam nic płacić, w dodatku kierowca wniósł mój karton do pokoju.

To jest ta chwila: zamykam za sobą drzwi pokoju. Wreszcie! Teraz mogę odpocząć. Daję sobie parę chwil, po czym idę coś zjeść. Jest wieczór, gdy otwieram karton, wyjmuję rower i zaczynam go składać. Muszę podłączyć i zamontować całe oświetlenie na dynamo, ustawić kierownicę, stery, przykręcić tylną przerzutkę, pedały. No i najgorsze: napompować opony. Kosztuje mnie to dużo sił. Kto pompował małą ręczną pompką opony szosowe, wie jak bardzo jest to niewdzięczna robota. Za oknem jest już ciemno, gdy rower jest w końcu gotowy. Teraz mogę iść spać.

Rano budzę się z dziwnym uczuciem strachu. Czegoś takiego nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Boję się wyjść z pokoju. Dociera do mnie z całą jaskrawością, że jestem tysiące kilometrów od domu. Na innym kontynencie. W miejscu, gdzie kompletnie nikogo nie znam. Zupełnie sama. Idę na śniadanie, a potem na dłuższy czas zamykam się w pokoju. Nie mogę jednak bać się w nieskończoność. Wychodzę z pokoju, wytaczam z niego rower, wychodzę z hotelu, na ulicę. Jadę przez miasto. Jest inaczej niż w Polsce. Kierowcy omijają mnie szerokim łukiem. Czuję się bezpiecznie. W Portland mam klika spraw do załatwienia. Kupuję kartę T-Mobile, aby podczas wyścigu mieć Internet. Jeszcze nie wiem, że to pieniądze wyrzucone w błoto. Później okaże się, że T-Mobile działa tylko w większych miastach, a poza nimi zasięgu brak i trzeba korzystać z wi-fi tam gdzie ono jest. Poza tym kupuję gaz na niedźwiedzie oraz w sklepie rowerowym dopompowuję opony. Potem jeszcze coś szybko jem…. i zauważam, że niepostrzeżenie zrobiło się popołudnie. Planowałam pojechać do Astorii, gdzie startuje wyścig, rowerem. Jednak to ponad 180 km po pagórkach. Bez szans, by wyrobić się przed ciemnością. Szukam więc alternatywnego dojazdu i znajduję: autobus odjeżdżający za kilka godzin z dworca kolejowego. Jadę tam rowerem i kupuję bilet. Na dworcu spotykam dwie sympatyczne osoby. Jeden z nich to Hippy – który też pojedzie TABR i wraz ze mną czeka na autobus do Astorii, drugi to Keith, który będzie mi kibicował przez cały wyścig. Droga do Astorii mija szybko, a widoki za oknem są zapowiedzią tego jak będzie wyglądał początek wyścigu. Coś pięknego!



W Astorii Hippy i ja idziemy do hotelu Norblad. Hippy dobrze zna drogę, bo już tu kiedyś spał przed wyścigiem. On, w przeciwieństwie do mnie, nie jest debiutantem. W hotelu zostawiam rower i idę szukać jakiejś czynnej restauracji. To nie takie proste, bo już po 21. Jednak w końcu się udaje. Biorę frytki. Chwilę później przychodzi Hippy i jemy razem.

Następnego dnia jest pięknie i słonecznie. Nie ma upału. Udaje mi się skontaktować z Rolfem z Anglii, poznaliśmy się na FB już jakiś czas temu, teraz możemy się zobaczyć na żywo! Razem z Rolfem jest jego kolega Tim. We trójkę spędzamy cały dzień. Zaczynamy od wizyty w sklepie z gitarami. Rolf lubi i umie grać. Możemy przez chwilę go posłuchać. Resztę dnia spędzamy jedząc i spacerując. Jest jak na beztroskich wakacjach.



Popołudniem na FB ukazuje się informacja, że wszyscy chętni mogą przyjść na obowiązkową, przedstartową kontrolę rowerów już dziś wieczorem. Informuję Rolfa i idziemy. Przynajmniej jutro będzie więcej wolnego czasu. Na kontroli spotykam Bolka Kowalskiego z Warszawy. Umawiamy się na wieczorne piwo.



Kiedy stoimy z Bolkiem nad brzegiem rzeki i pijemy piwo, czuję się jak studentka. Tak, jakby nigdy nic niedobrego się w moim życiu nie wydarzyło. Tak jakby wszystko było dopiero przede mną. Potem dołączają Ben i Graham. Ojciec i syn. Ben ma dopiero 19 lat i jest najmłodszym zawodnikiem tegorocznego TABR. Razem z tatą pojedzie w duecie. Kiedy robi się chłodno, idziemy z Bolkiem do restauracji. Tej samej, w której byłam wczoraj. Spotykamy tam legendę TABR – Thomasa Camero. To zaszczyt siedzieć z nim przy jednym stoliku, rozmawiać, spędzać wspólnie wieczór.



Drugi dzień w Astorii jest pochmurny, raz po raz przelatują mżawki. Korzystam z możliwości zważenia roweru z pełnym ekwipunkiem. Rowery waży Thomas. Mój rower okazuje się niemożliwie ciężki. Niewiele rowerów waży więcej niż mój. Waga bezlitośnie wskazuje wynik: 20,5 kg. I to z pustymi bidonami! Od razu mówię, że zrobię paczkę i odeślę część rzeczy do Polski. Thomas uspokaja. Zaleca, bym z rozwagą przemyślała czy i co odesłać. Przypomina, że mniej nie zawsze znaczy lepiej. Po drodze będą wysokie góry, tam może być bardzo zimno.

Kilka godzin później jest odprawa przedstartowa. Nathan Jones opowiada o zasadach, które obowiązują na wyścigu. Poznaję Polaków, którzy pojadą w TABR. Krzysztofa i Michała startujących jako duet oraz Lecha, który, jak ja, jedzie solo. Z Lechem idę później na pocztę nadać paczkę do Polski. Takich osób jak ja jest więcej. Do okienka czeka kilku chłopaków w rowerowych ciuchach. Nie tylko ja zabrałam za dużo.

Wieczór spędzam wraz z Lechem, idziemy na kolację. Opowiada mi o jedzeniu w Ameryce. To bardzo cenne informacje, z których będę później korzystała przez cały wyścig. Już wiem, że „diner” to wspaniałe miejsce, gdzie o każdej porze dnia można zjeść zestaw śniadaniowy. Zestaw smaczny i pożywny. Potem idziemy na spacer i odprowadzam Lecha do jego hotelu, który jest na drugim końcu miasta, blisko słynnego, wysokiego mostu.



Potem, już sama, wracam do siebie. Fajnie jest się przejść w ten pogodny wieczór mimo, że spacer to długi. Od jutra będę jechać. Wiem, że jak zacznę jazdę, to skończę ją po 6735 km i… miła jest to świadomość.



Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum