Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(101)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 300

Dystans całkowity:8889.41 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:207:26
Średnia prędkość:20.80 km/h
Maksymalna prędkość:48.90 km/h
Suma podjazdów:36186 m
Maks. tętno maksymalne:158 (0 %)
Maks. tętno średnie:128 (0 %)
Liczba aktywności:33
Średnio na aktywność:269.38 km i 12h 57m
Więcej statystyk

Trans Am Bike Race (20)

Czwartek, 21 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 261.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1173m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzik dzwoni, jest jeszcze kompletnie ciemno. Pracownicy poczty już są na miejscu - po drugiej stronie ściany ze skrzynkami na listy. Nie mogę ich zobaczyć, ale słyszę jak przerzucają przesyłki. Słyszę też delikatną muzykę – to gra radio. Miły start w kolejny, długi dzień. Po pogrążonym w ciemnościach Newton chwilę się kręcę. Odwiedzam dworzec kolejowy – muszę uzupełnić wodę. Potem jadę już normalnie trasą.

Odcinek Newton – Cassoday to idealnie prosta droga, 64 km bez zakrętów. Potem nagle zwrot o 90 stopni i kurs na południe. Kiedy tak jadę, dogania mnie Mark. Ostatni raz widzieliśmy się na samym początku wyścigu, jeszcze w stanie Oregon. Teraz, gdy coraz bliżej mety, spotykamy się ponownie. Jedziemy mając przeszkadzający wiatr boczny na kawałku Cassoday – Rosalia. Jest gorąco. Obydwoje się śmiejemy, że gdy tylko dojedziemy do miasteczka o nazwie Eureka, zacznie się radosne patatai z wiatrem. Rozstajemy się, gdy docieramy do Rosalia. Jest tu poczta. Czynnej poczty szukam już od jakiegoś czasu. Zwykle odwiedzam placówki, gdy są już zamknięte. Potrzebuję odesłać do Polski grube ubrania, które były przydatne w górach, na dużych wysokościach. Teraz jest gorąco i stanowią zbędny balast. Poczta niestety okazuje się być zamknięta. Mark poleciał, pora więc i na mnie.

Naraz droga staje się trudna. Wiatr, który miał pomagać jest nagle bardzo silny. Podmuchy przesuwają mnie po ulicy. Oj! Wcale nie jest wesoło. Do Eureki docieram zmęczona gorącem i silnym wiatrem. Wiem, że Mark gdzieś tu je obiad. Ja też zatrzymuję się na jedzenie. Tak, w nogach od rana już ponad 120 km, to dobra pora na obiad. Najedzona przystępuję do dalszej walki z wiatrem. Nadal tak samo silny i nadal trzeba bardzo uważać. Droga nr 54 jest z tych umiarkowanie obciążonych ruchem, jedzie się średnio przyjemnie. Z ulgą przyjmuję odbicie z 54. Jadę teraz do Toronto. Drogi są bardzo spokojne, praktycznie kompletnie puste. Gdyby jeszcze tak nie wiało, to by było super.



Coś dziwnego dzieje się z moim rowerem. Miękko z tyłu, koło toczy się inaczej niż powinno. Kapeć. Tracę dużo czasu na wymianę dętki. Po pierwsze muszę wyjąć narzędzia, które są schowane głęboko w torbie podsiodłowej. To co wyjmuję na zewnątrz, grzebiąc w torbie, muszę zabezpieczyć przed odlotem w kosmos. Wieje niemożliwie i ubrania nabierają odlotowo-znikających właściwości. Zresztą nie tylko ubrania. Wszystko lata! Po założeniu nowej dętki najbardziej znielubiona robota – pompowanie. A na koniec szarpanie się z rowerem, by to koło założyć. Nie wiem jak to możliwe, ale mam z tym bardzo duży problem. Dobre kilkanaście długich minut się mocuję. W końcu jest, udało się!



Dłonie mam upaprane od smaru. Jednak któż by się przejmował takimi drobiazgami podczas wyścigu? Bardziej myślę o stanie moich opon. Przejechały tu już parę tysięcy km. Zastanawiam się, czy nie kupić zapasowej opony, jeśli gdzieś trafię sklep rowerowy. A jak już znajdę – to przede wszystkim potrzebna będzie porządna regulacja przerzutek.



Przed Chanute mijam cmentarz, przy jego bramie stoi kobieta z aparatem. Robi mi zdjęcie. Potem wsiada do samochodu i niedługo spotykamy się – na stacji paliw. Okazuje się, że kibicuje mi. Z prawdziwym entuzjazmem pomaga mi w zakupach. Pyta czego potrzebuję i szybko oraz bezbłędnie prowadzi do półek sklepowych gdzie znajduję wszystko czego szukam. Ale fajnie! Tej nocy planuję spać w hotelu – by wreszcie wziąć prysznic, więc pytam, czy jest tu jakiś. Są dwa i to bliziutko. Dobre i niedrogie, stoją przy ulicy, nie trzeba nigdzie szukać. Warto jednak wcześniej coś zjeść, jakiś obiad. Na koniec spotkania Corina kręci ze mną krótki wywiad.



Zaraz za stacją jest Subway. Jest wczesny wieczór i za chwilę zamykają. Wpadam na jedzenie w ostatnim momencie! Jedząc otwieram tableta i jak zwykle podczas takich przerw sprawdzam wiadomości. Szybko zaczynam żałować, że Internet działa i, że go otwarłam. Wygląda na to, że dziś nici z hotelu. Michał podaje prognozę pogody. Powinnam dziś jechać do bólu, najdalej jak się da, by maksymalnie zbliżyć się do granicy ze stanem Missouri. Wkrótce dobry wiatr się obróci i wtedy będzie masakra. Jest mi żal straconego planu na noc w hotelu. Teraz, kiedy minęło kilka miesięcy od wyścigu, wspomnienie tamtych emocji jest we mnie nadal silne i bardzo jaskrawe. Dobijam się do Michała, próbuję wydobyć dalsze informacje. Czy naprawdę muszę jechać?! Tak bardzo już dziś nie chcę! Wszystko to jednak nadaremnie. W Polsce jest teraz środek nocy. Czuję jak schodzi ze mnie powietrze, mój wspaniały plan właśnie legł w gruzach. Nie będzie prysznica, ani spania w łóżku. Słucham Michała, wypełniam grzecznie jego zalecenie. Aż nie poznaję siebie. To na pewno ja?

Jadę 42 km za Chanute, do Walnut. Po drodze atakuje mnie jeden mocno agresywny pies. Nic nie działa: ani krzyk, ani zatrzymanie się. Gdy przystawia pysk do mojego uda, pryskam go sprejem na niedźwiedzie. Odpuszcza natychmiast! To działa! Działa też na mnie. Sama trochę oberwałam, krztuszę się teraz. Ale ważne jest to, że ten wstrętny psiur dał mi spokój. W Walnut śpię na poczcie. Standardowa noc wyścigowa. Do granicy stanów zostały 72 km. Nie tak źle.



Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (19)

Środa, 20 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 250.40 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 417m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Po wyjątkowo długim nocnym wypoczynku, na rowerze jestem o 5 rano. Nie pada i jest jeszcze zupełnie ciemno.



W końcu słońce wchodzi leniwie na Wielką Równinę. Pokazuje się i zaraz chowa za deszczowymi chmurami. To dość typowe dla tego obszaru. Wczesny poranek to często niebo chmurne. Potem te chmury znikają i jest pełne słońce i niesamowite gorąco.



W Larned zjadam śniadanie. Tym razem niezbyt smaczne. No ale jeść trzeba. Dalsza trasa to znowu upał. Do tego umiarkowany, nieco pomagający, wiatr. Droga ma, znaną już od dość długiego czasu, postać prostej jak drut kreski. Monotonia, kolejne niemal identyczne miasteczka i ogromne, puste przestrzenie zupełnie mi nie przeszkadzają, choć… momentami mam wrażenie, że stoję w miejscu.



Po przejechaniu około 170 km, zatrzymuję się w Nickerson. Tu, w bardzo przyjemnej restauracji, zjadam obiad. Rower jest w środku razem ze mną. Kiedy wytłumaczyłam właścicielce, że ów rower i to co jest do niego przyczepione stanowią tu, w Ameryce, cały mój dobytek, przyznała mi rację, że rower musi być wszędzie tam gdzie ja.



Dziś jest dzień, gdy planuję dotrzeć do Newton. Jest to znany wśród zawodników punkt wyścigu – w mieście znajduje się sklep rowerowy, którego właściciele i pracownicy kibicują uczestnikom Trans Am. Ponoć można tu liczyć na dużą życzliwość, pomoc w regulacjach/naprawach roweru, a nawet prysznic i nocleg.



Na dojeździe do miasta spotykam kilku cyklistów, którzy wyjeżdżają mi na spotkanie. Jedziemy sobie kawałkami razem, tj. obok siebie, rozmawiając.



Od jednego z nich dowiaduję się, że Lech Kiedrowski, którego usiłuję od dłuższego czasu dorwać był tu rano. Ponoć jechał mniej żwawo niż ja. To daje mi pewną nadzieję. Może się uda go dogonić? Kto wie.



W samym Newton, jadąc trasą, omijam słynny sklep. Planowałam w nim nocować, więc widząc, że wyjeżdżam z miasta, sprawdzam na tablecie lokalizację tego sklepu. Miasto – a więc działa net. Od razu dostaję pełno wiadomości, że pojechałam źle, że ominęłam sklep. Fajnie – cieszę się, że ludzie obserwują mój wyścig, że są czujni.



Wracam do sklepu, nie jest on ściśle na trasie, to dlatego poleciałam za daleko. Tymczasem… czeka mnie niemiła niespodzianka. Okazuje się, że sklep jest zamknięty. Na szybie podany jest namiar na hotel. W zasadzie to drzwi obok. Pukam. Wchodzę do środka i niestety… nie zrobiłam wcześniej rezerwacji, więc nici z noclegu. Na serwis roweru też nie mogę liczyć – tzn. nie dziś. Dopiero jutro, od 9, czy 10 rano. Cóż… tak długo nie mogę czekać. To wyścig!

W międzyczasie odzywa się Gen, której już dość długo nie widziałam. Pyta, czy rano będę jeszcze w Newton. Odpowiadam, że ruszę przed świtem i nie będę czekała na serwis roweru, bo to w końcu wyścig i trzeba jechać. Nie wiem jeszcze, że w ten sposób tracę ostatnią podczas TABR szansę na spotkanie jej. Ponieważ ona w Newton podejmie decyzję o wycofaniu się z wyścigu.



Wychodzę z hotelu na zewnątrz lekko zdruzgotana. Inaczej to miało wyglądać. Prysznica dziś nie będzie. Szkoda. Idę na żarcie. Zamawiam pizzę. Potem jeszcze market. Trzeba kupić prowiant na jutro na śniadanie i picie. Dzień kończę tradycyjnie: lokalizuję pocztę. Jest to duża poczta. Bardzo fajna, bo są zakamarki. Nie muszę się układać przy skrzynkach. Na dobrą sprawę, najpewniej przez całą noc nie przyjdzie mnie oglądać zupełnie nikt. W dodatku są gniazdka elektryczne w ścianie. Mogę doładować elektronikę. Doskonale! Zasypiam w dobrym nastroju.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (12)

Środa, 13 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 275.60 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1818m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Gdy wstaję rano, jest jeszcze ciemno. Zaspana tłukę się po kościele, zapalam światło i szykuję się do kolejnego dnia wyścigu. Gen, która planowała ruszyć w nocy, pewnie już jedzie. Nie mam normalnego Internetu, nie mogę sprawdzić gdzie ona teraz jest. Wszystko co mogę, to po prostu jechać.



Początek dnia, to zjazd. Zapowiada się bardzo ładny dzień. Niebo prawie zupełnie czyste. Dalej, aż do Lander, droga jest pagórkowata. Dużym utrudnieniem są roboty drogowe. Całe pobocza są kompletnie nieprzejezdne na odcinku około 20 kilometrów. Duży jaskrawy napis „fresh oil” mówi wszystko. Na pobocza wylana jest smoła, lub coś bardzo do smoły podobnego. Ruch samochodowy jest znośny, ale chyba tylko dlatego, że jest wcześnie rano. Cieszę się, że tak wyszło, że jestem tu o poranku. W środku dnia może być znacznie gorzej.



Roboty drogowe kończą się tuż przed Lander. Jest to najwyższa pora, by zjeść śniadanie. Słońce, jak zwykle o poranku, razi i rozglądanie się za śniadaniem jest wyzwaniem. Lander to sporawe miasto. W końcu przysiadam w kafejce. W sumie średnio, wolałabym klasycznego dinera, ale żaden nie rzucił mi się w oczy. Działa za to wifi. Gen jest bardzo blisko.



Po śniadaniu zaczynają się podjazdy. Jest pod górę i pod wiatr. Wiatr rośnie w siłę. Jadę walcząc z tym wiatrem i widzę w oddali małą, czerwoną kropkę. To Genevieve. Właśnie ją doganiam.



Potem obie jedziemy razem pod górę. Wiatr nami bardzo szarpie. Jest ciężko. Odliczam metry do końca podjazdu. Narzekamy na wiatr. Wieje dramatycznie na tych bezkresnych pustkowiach.



Na tutejszych drogach trafiają się wężyki. Drogi często są popękane wzdłuż, a długie szczeliny są wypełnione jakimś lepiszczem asfaltowym. Powstają podłużne formy, które są lekko wypukłe albo lekko wklęsłe. Gdy się na to najedzie, rower zaczyna niebezpiecznie tańczyć. Obie, Gen i ja, zgodnie stwierdzamy, że nie lubimy wężyków drogowych.



Kiedy podjazd mamy już za sobą, droga wreszcie wykręca na wschód i wiatr zaczyna pomagać. Jest gorąco, dlatego robimy postój w Rest Area w Sweetwater Station. Po tym postoju mkniemy z wiatrem do Jeffrey City.



Gen mi ucieka. Mówi, że spotkamy się w tym City.
Kiedy dojeżdżam do Jeffrey City, jestem zaskoczona. To miasto widmo. Cóż to bowiem za City, skoro jest tu jedna restauracja i kilka domów na krzyż? Przez City biegnie abstrakcyjnie szeroka ulica. Większość polskich wsi jest bardziej City, niż to tutaj…

Wchodzę do knajpy. Niespodzianka – Gen tu nie ma. A więc nie zatrzymała się, pojechała dalej. Czuję, że muszę coś zjeść. Idę więc zamówić to co lubię w Ameryce najbardziej: zestaw śniadaniowy. Przy jednym ze stolików siedzi szczupły, czarnowłosy chłopak. Pyta skąd jestem. Gdy mówię, że z Polski, patrzy na mnie wesoło i czystą polszczyzną mówi: "jak się masz?" Jestem niesamowicie zaskoczona. Zaczynam paplać do niego po polsku, z moich ust leje się prawdziwy słowotok, on jednak tylko się uśmiecha kręcąc gową i już po angielsku wyjaśnia, że to jedyne zdanie jakie zna w moim języku.

Zjadam obiad i uciekam z Jeffrey City. Co za dziwaczne miejsce! Nadal jest z wiatrem. Docieram do Muddy Gap. Tu jest stacja / sklep. Dobry punkt by uzupełnić picie i odpocząć. Niestety poza stacją nie ma tu kompletnie nic! Kiedy siedzę w środku i jem lody, wchodzi cyklista. Zaczynamy gadać. Na imię ma George i jedzie trasą wyścigu, jednak nie jako uczestnik, tylko turystycznie. Zostanie gdzieś tu dziś na noc. Tymczasem ja wiem, że muszę jechać. Nie mogę pozwolić, by Gen uciekła. Sprawdzam mapę. Po drodze nic nie ma. Najbliższe miasto, gdzie ona pewnie się zatrzyma to Rawlins. Kawał drogi stąd, w dodatku w całości to będzie pod wiatr. Zapowiada się konkretna rąbanka…



Kiedy ruszam okazuje się, że nie jest tak źle. Teraz, wieczorem, wiatr zmalał i stał się praktycznie nieistotny. Przestaje też doskwierać upał. Zatrzymuję się na chwilę, bo zauważam, że mój Spot nie świeci, czyli wyczerpały się baterie. Zmieniam je i wtedy, na tym pustkowiu, podjeżdża samochód. Zatrzymuje się. To policja stanowa. Pytają, czy wszystko ok., czy potrzebuję pomocy. Miłe.

Wieczór zamienia się w noc. Jadę do Rawlins. Muszę tam dotrzeć koniecznie dziś. Muszę spać w tym samym mieście co Gen. Czuję, że to będzie kluczowe dla naszego ścigania się. Przed miastem mam 200 m podjazdu. Niby nic strasznego, a jednak… okropnie mi się nie chce. Jestem zmęczona i najchętniej bym rozbiła namiot. Mimo to, twardo jadę.



Kiedy w oddali widzę światła miasta, czuję radość i ulgę.
Mam to.
W mieście szukam poczty. Wstukuję w GPS i jak po sznurku jadę. Oto jest duża poczta w nieco większym miasteczku. Schemat jak co wieczór: materac, śpiwór, dobranoc!

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (1)

Sobota, 2 czerwca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 262.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2554m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Sobota, 2 czerwca, tuż przed 6 rano. Stoimy wszyscy pod Maritime Museum w Astorii. Na niebie delikatne chmury, które zwiastują pogodny dzień. Myślę sobie, że to pierwsza i… ostatnia chwila, gdy jesteśmy wszyscy razem. Jeszcze kilka rozmów, parę zdjęć, uśmiechów. Thomas Camero otwiera szampana. Ktoś rozdaje plastikowe kubeczki. Pijemy za sukces, za powodzenie na trasie. Na placu ktoś błękitnym sprayem wypisał hasło „Be more Mike”. To przypomina o wielkiej tragedii, która wydarzyła się rok temu na IPWR w Australii. To przypomina również o podobnej tragedii podczas ubiegłorocznej edycji TABR, gdy śmiertelnie potrącony został Eric Fishbein. To uświadamia, że nie jesteśmy niezniszczalni, że wystarczy chwila i może nas nie być.



Pijąc szampana i ustawiając się do grupowego zdjęcia, myślę o tym, że każdego roku mniej więcej połowa startujących nie dociera do mety. Z różnych powodów. Infekcje, zatrucia, kontuzje, awarie, wypadki, pogoda, niewystarczająco dobra forma, zbyt słaba psychika. Powodów jest pewnie jeszcze więcej. Tak wiele jak wielu jest zawodników. A stoi nas na starcie 114 osób. Mniej więcej połowa z nas nie dojedzie do mety. Ja będę w tej połowie, która dojdzie - jestem tego pewna. Ani przez chwilę w siebie nie wątpię. Dlatego, że zwątpienie to wstęp do przegranej.



Początek jest zupełnie łagodny. Jedziemy pustymi ulicami miasta. Rozmawiamy, śmiejemy się. Zupełnie nie przypomina to wyścigów, w jakich uczestniczyłam do tej pory. Odległości między nami zwiększają się bardzo powoli, niemal niepostrzeżenie. Teren leciutko faluje. Jestem jeszcze wypoczęta, dlatego górki nie wydają mi się dolegliwe. Jedzie się bardzo przyjemnie, pogoda jest dobra, co chwilę się z kimś mijam. W końcu docieramy do Seaside i tu po raz pierwszy jadę mając widok na bezmiar Oceanu Spokojnego. Widok jest to niezwykły. Fale są długie i wysokie, nad wodą unosi się delikatna mgiełka.



Plaże są piaszczyste i…. puste. Przez chwilę żałuję, że jestem tu na wyścigu. Gdyby to była zwykła wyprawa, to miałabym to, czego tu nie mam: czas. Wtedy zeszłabym na plażę. Zamoczyła nogi w oceanie. Tymczasem… trzeba jechać. Ocean jest dla mnie jak eksponat w muzeum. Oglądam go jak przez szybkę, z daleka.



Widząc zawodników pijących kawę przy stoliku na zewnątrz kawiarni, zatrzymuję się i ja. Mniej więcej do 170 km trasa wyścigu prowadzi wzdłuż oceanu, widoki są cały czas cudowne. W jednej z nadmorskich knajpek zjadam pyszną rybę. Spotykam tu jednego z naszych, to Mark. Ma ciekawy sposób ładowania elektroniki – panel słoneczny. Droga dopiero w Neskowin odbija w głąb lądu. Wtedy też zaczynają się większe wzniesienia. Przednie koło lekko bije góra-dół. Początkowo jest to nieco denerwujące. Zatrzymuję się nawet na chwilę i sprawdzam to. Wychodzi na to, że chyba opona trochę źle się ułożyła. Postanawiam jednak tego nie poprawiać. Szkoda mi czasu. To już lepiej się przyzwyczaić do tego bicia. Czego nie robi się dla wyniku i urwania choćby paru minut!

Przez cały dzień kogoś spotykam. To jak prawdziwe kolarskie święto. Wieczorem zaczynam rozglądać się za miejscem do snu. Przyzwyczajenia z krajów europejskich staram się przenieść na grunt amerykański. Szukam miejsca na namiot i… nie jest to takie proste. Albo tereny są odkryte, albo ogrodzone. Często pogrodzone są również kompletne nieużytki, co wygląda wręcz zabawnie. W końcu znajduję wąską ścieżynkę między dwoma polami. Wbijam się. Ziemia jest twarda, ale to nic nie szkodzi. Na deszcz się nie zanosi. Szpilki wbijam prowizorycznie. To był piękny, słoneczny dzień, ale zimny wiatr sprawił, że ani na chwilę nie zdjęłam rękawków i nogawek. Teraz, w namiocie, zasypiam prawie natychmiast. Na liczniku 262,9 km, w pionie 2554 m.


Mapa: https://ridewithgps.com/trips/26133424

Ciąg dalszy

Brązowa ławka

Sobota, 4 listopada 2017 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Wielanowo
Km: 262.75 Km teren: 0.00 Czas: 11:57 km/h: 21.99
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1130m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano
Bieli się szron na trawie. Zima stoi w progu i pyta, czy może wejść.
Odwracam głowę w stronę słońca.

W nocy
To oszukana noc. Księżyc świeci tak jasno, że wszystkie gwiazdy bledną z zazdrości. Jest jak uliczna latarnia, której światło dochodzi wszędzie.
Pełnia.

Rano
Dolina Noteci skąpana jest w delikatnych promieniach słońca. Woda w stawach rybnych jeszcze nie jest spuszczona. Można tu przyjść z aparatem i robić zdjęcia ptaków. Ptasi raj.
Raj może być wszędzie, na przykład tutaj.

W nocy
Patrzę tylko przez siatkę. Nie wchodzę przez bramę. Jestem pewna, że nic się nie zmieniło.

Rano
Kropelki rosy obficie pokrywają trawy, mienią się w słońcu.
Kropelki czasu uciekają jedna po drugiej. Trzeba się pospieszyć.

W nocy
Minęły dwa lata. Czerwony znicz płonie pod drzewem tak jak wtedy. Na szkle wytopione jest serce. Serce zawsze jest czerwone. To samo miejsce.
Czas się zatrzymał.

O świcie
Kawa nie tylko dla orłów. Mała w dużym kubku. W pośpiechu. Od początku liczę godziny i minuty. Czas płynie bardzo szybko. O 15.54 z Wielanowa odjedzie pociąg, a ja będę siedziała w ostatnim wagonie. Widzę przyszłość.



W dzień
Górki. Wiedziałam, że będą. Nie przeszkadzają mi. Trochę zniszczonych asfaltów. Trzęsie.
Trudna – taka miejscowość.
Czasem droga bywa trudna.

W nocy
Trzy stopnie powyżej zera, chłodno i trochę mgliście. Nocne mgiełki są granatowe i srebrzyste, księżyc nadaje ton.

W dzień
Nie wszystko da się zapamiętać. Pamięć wyrzuca (niektóre) wspomnienia. DK20 do Szczecinka, coś czego zupełnie nie zapamiętałam sprzed dwóch lat. Jak to możliwe, że poprowadziłam tędy? Nigdy więcej. Pasuje do reszty jak pięść do nosa.

O świcie
Ze wesołym uśmiechem pyta dokąd jadę o tak wczesnej godzinie. Dzień jeszcze nie wstał. Pętelka? Nie?
Jak mam wytłumaczyć tamto miejsce? Brakuje mi słów. To logicznie niewytłumaczalne.

W dzień
Pojawia się niczym nieproszony gość. Zajmuje dogodne dla siebie miejsca: plecy, stopy.
Ból zawsze jest niechciany.

W pociągu
Coś czerwonego na mojej dłoni. Krew. Musiałam się zranić wchodząc do pociągu. Jest żywo czerwona. A więc żyję.

Wschód słońca
Dwa lata temu nadszedł szybciej. Ale to złudzenie. Nadszedł w tym samym czasie. Dziś to ja wyjechałam wcześniej z domu, to pociąg odjedzie wcześniej ze stacji.

W nocy
Trzy sarny stoją z boku, patrzą na mnie. Ruszą i przetną mi drogę?…

W dzień
Aleja za aleją. Są podobne, ale każda jest inna. Każda prowadzi do celu.

Wielanowo
Oto jest cel. W nocy. O świcie. Rano. W dzień.
Cały czas niestrudzenie dążyć, by znaleźć się właśnie tutaj i usiąść na zielonej ławce. Stacja kolejowa w środku lasu. Niski, gruntowy peron. Żadnych sklepów, atrakcji. Zupełnie pusto. Kwiatki przed budynkiem ściął mróz. Ławka zmieniła kolor z zielonego na brązowy. Siadam na chwilę.
Teraz mam czas.



Zdjęcia

MRDP (3)

Wtorek, 22 sierpnia 2017 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, MRDP 2017
Km: 264.20 Km teren: 0.00 Czas: 13:50 km/h: 19.10
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 953m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Pobudka znowu w środku nocy. Nie jest łatwo wyjść z ciepłego śpiwora i zmusić się do jazdy. Jednak robię to. Maraton się sam nie przejedzie. Gdy się jedzie solo, w kat. Total Extreme, gdy jest się gdzieś pod koniec stawki i od dawna nie widziało się żadnego zawodnika, trzeba uruchomić wyobraźnię. Wyobrażam więc sobie, że inni też jadą i... od razu dopada mnie ochota na rower! Zarówno noc, jak i poranek są zimne. Ubieram na siebie wszystko co mam, a i tak nie czuję komfortu termicznego. Byle jakie to lato. Zimno jak w jakimś październiku.



W drodze do Zosina trzeba przetrwać fatalnej jakości drogi. Wyboje, dziury, łaty i tak przez kilkadziesiąt km. Nic przyjemnego. Zaciskam zęby. Przez te straszne asfalty mocno bolą mnie dłonie. Od spodu całe są czerwone. Jak pomidory.

Od Zosina, który jest 10 punktem kontrolnym, drogi są już dużo lepsze. Jednak idealnie być nie może – zaczyna się jazda pod masakrycznie silny wiatr. Mam wrażenie, że nie jadę lecz pełznę. Tym bardziej jestem zaskoczona, gdy dowiaduję, że Zuza z Olafem są za mną. Łatwo można stracić orientację w tym kto gdzie jest. Wystarczy chwila w sklepie, w restauracji, sen w krzakach, czy na przystanku i przetasowania murowane.

Do Hrubieszowa docieram wymordowana walką z wiatrem. Zamawiam obiad w knajpie o nazwie Szałas. Nazwa trafna, bo knajpa jest schowana w gąszczu innych budynków, niczym szałas w lesie. Niestety na obiad czekam dość długo. To wkurzające, bo zegar cały czas tyka, a cenny czas ucieka... Hrubieszów przytrzymuje mnie na dłużej. Następna noc ma być jeszcze bardziej zimna. Nie wyobrażam sobie jazdy w gorszym zimnie niż dziś rano! Aż tylu ciepłych rzeczy ze sobą nie zabrałam! W końcu jest sierpień, a nie listopad… Wytracam więc dalej czas – jadę do Lidla kupić ciepłe ubrania sportowe. Dodatkową kurtkę i spodnie. Kiedy zjeżdżam z trasy, widzi mnie Olaf. Woła, że źle jadę. Drę się więc do niego, że ja do sklepu muszę, na zakupy, po ciuchy. Jestem mistrzynią w wytapianiu czasu. A przecież cały czas się bardzo spieszę. Choć gdy pełznę pod wiatr, trudno pewnie w to uwierzyć. Wyścig? Chyba ślimaków! Pasjonujące.



Przed Tomaszowem Lubelskim są górki i przeszkadzający wiatr, tasuję się tu z Olafem. Mówi, że Zuza pognała do przodu. Olaf planuje nocleg w jakimś zajeździe w Tomaszowie mówi, że to zaraz przy drodze. Raz po raz pada deszcz i jest nieprzyjemnie. Czuję, że moja twarz od tego zimna i wiatru cała jest czerwona. Dobrze, że nie mogę siebie zobaczyć w lustrze. To dobre pocieszenie. Zawsze trzeba szukać dobrych stron. W każdej sytuacji.



Wieczorem, w samym mieście, wstępuję na Orlen. Potem szukam zajazdu, o którym mówił Olaf. Mam ochotę na nocleg pod dachem. Dość już mam serdecznie tego wstrętnego zimna! Jednak nie widzę zajazdu. Dogania mnie Wiki. Mówi, że będzie spał pod wiatą, gdy tylko jakąś znajdzie. Natychmiast robi mi się nieskończenie głupio. Ach! Co za idiotka ze mnie! Przecież mam namiot i sprzęt do spania. Dach nad głową nie jest mi potrzebny. Jakieś fanaberie w zmęczonej głowie. Robię małe zakupy i odpuszczam szukanie noclegu pod dachem. Namiot rozstawiam w lasku z boku drogi, na wyjeździe z Tomaszowa. Miejscówka jest z tych świetnych.

Mapa:

ZDJĘCIA


Ciąg dalszy

MRDP (2)

Poniedziałek, 21 sierpnia 2017 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, MRDP 2017
Km: 270.80 Km teren: 0.00 Czas: 13:42 km/h: 19.77
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1306m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzi dzwoni równo o 3 w nocy i czuję się nieprzytomna, chyba nawet lekko kręci mi się w głowie. Wypijam herbatę, która zdążyła już dawno ostygnąć. Jest środek nocy. Nie mam jak podziękować temu panu za gościnę i nocleg. Gdybym miała chociaż kartkę i długopis, to bym napisała kilka ciepłych słów, a tak… wychodzę stąd bez słowa… czuję smutek z tego powodu.

Niestety nadal pada. Jadąc Ścianą Wschodnią wspominam czerwiec. Wtedy pogoda była tu znacznie lepsza. Nie było też tego pośpiechu, który jest teraz. Przyroda wygląda nieco inaczej. Wtedy lato dopiero się zaczynało, teraz już jest po żniwach. Wcześnie rano, około 8 godziny, docieram do szutrowego odcinka MRDP. Już nie pada. Jedzie się niewygodnie, bo pojawiła się paskudna tarka. W czerwcu tego nie było. Mimo to daję radę prawie cały ten fragment zaliczyć w siodle. Śniadanie pod sklepem zjadam w Gródku. Znowu jest to bułka i serek wiejski, do tego proszę o szklankę herbaty – i dostaję ją.



W Hajnówce, gdy wychodzę z Orlenu, spotykam kibiców w samochodzie. Mówią, że polują na zawodników. Króciutką chwilę z nimi rozmawiam. Pewnie nawet nie minutę. Szkoda, że nie wbili na stację, gdy tu siedziałam nad kawą. Niestety na dłuższe rozmowy, poza przerwami gdy akurat jem lub robię zakupy, nie mam czasu, więc praktycznie od razu jadę. Dalsza trasa maratonu częściowo jest zbieżna ze szlakiem Green Velo. Czasami wskakuję nawet na równe, asfaltowe ścieżki tego szlaku idące tuż przy średniej jakości szosie.



Dostaję od kibiców informację sms, że niedaleko za mną jest Gustav. To duże zaskoczenie. Gustav jest mocny, już dawno powinien być daleko z przodu. W końcu dogania mnie, chwilę jedzie obok. Potem się po coś zatrzymuje. Dogania po raz kolejny i to tyle jeśli chodzi o nasze spotkania na trasie.

Pogoda znowu zaczyna się psuć. Pada. Szybko szukam jakiegoś daszku, by się ubrać na deszcz. Niebo wygląda niesamowicie i w dodatku grzmi.



Udaje mi się znaleźć dobre miejsce: jest to cmentarz. Pod kaplicą cmentarną ubieram wodoodporne ciuchy. I... kiedy już jestem gotowa na walkę z wodą lejącą się z nieba – przestaje padać. No i co? Mam znowu tracić czas na przebieranie się?



Siemiatycze – PK8, to tu zjadam obiad i zdejmuję strój deszczowy. Wybieram bar z domowym jedzeniem, zamawiam zupę szczawiową i pierogi. Wszystko pyszne i sycące. Od właściciela dowiaduję się, że prowadzą ten bar rodzinnie od ponad 30 lat! Sympatyczne, warte polecenia, miejsce.

Pogoda zrobiła się niezła. Chmury gdzieś uciekły i nawet pojawiło się słońce. Dzień kończę z przebiegiem 270 km. Powinno być więcej. Śpię pod namiotem. Dziura w pamięci. Kompletnie nie pamiętam tego noclegu. Gdzieś w lesie to było.

Mapa:

ZDJĘCIA


Ciąg dalszy

Niedzielna wycieczka

Niedziela, 9 lipca 2017 Kategoria do 300
Km: 274.67 Km teren: 0.00 Czas: 11:13 km/h: 24.49
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 706m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Była to miła niedzielna wycieczka. Wreszcie w dobrej pogodzie :)






Trochę zdjęć

BBT (2)

Poniedziałek, 22 sierpnia 2016 Kategoria BBT, do 300, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 297.80 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzik zadzwonił po 3 godzinach. Trzy godziny snu to potwornie mało, gdy ma się za sobą 714 km bez snu. Czuję się nieprzytomna, ale zwlekam się z łóżka. Ubieramy mokre ciuchy i wychodzimy na orzeźwiający deszczyk. Kiedy docieramy do Opatowa, leje jak z cebra. Michał jest kawałeczek za mną. Ulicami płyną prawdziwe rzeki. Boję się w nie wjeżdżać, dlatego rypię środkiem, mając niestety na plecach powarkujące TIRy. Michał mówi mi potem, że bardzo ładnie ten odcinek przejechałam, nie wjeżdżając w rzeki i nie dając się w nie zepchnąć. Mimo 3 godzin snu, czuję się dość mocno zmulona i już wiem, że bez kawy się nie obejdzie. Na jakimś Orlenie biorę espresso i od razu jest mi trochę lepiej. Lepiej w tym sensie, że odpływa senność. Za to cały czas dokuczają otarcia i ogólne osłabienie, pocieszam się jedynie tym, że do mety już niecałe 300 km.

Na Punkcie Kontrolnym w Majdanie Królewskim jest scena. Wszyscy aktorzy, którzy na niej występują grają leżąc pod kocami i mimo, że wspaniały jest to występ publika nie klaszcze. Ale to tylko dlatego, że zazdrości aktorom i sama by dała miliony, by też dostać takie role. Spotykamy tu Jelonę i Czerkawa, którzy siedzą przy stole. Jelona wygląda świetnie i myślę sobie, że też bym tak chciała. Gadamy chwilę, a potem ona i Czerkaw ruszają. Ze sceny wstaje Starszapani.

Koszmarny przejazd przez Rzeszów jaki zapamiętałam z 2014 r. tym razem nie jest moim udziałem. Jesteśmy tu wcześniej niż byłam ostatnio. Ruch jest, ale nie aż tak wielki jak wtedy. Miasto nie jest zakorkowane. Po przebiciu się na południe, docieramy do PK w Boguchwale. Jestem tak poobcierana, że ledwo chodzę. Dojeżdża Ola i widząc jak chodzę, proponuje mi linomag na otarcia. Waham się, czy wziąć, bo moje otarcie to już jest ranka i nie jestem pewna, czy rankę można smarować. Ostatecznie nie biorę. Wyjazd z Boguchwały robimy z Michałem osobno. On zostaje na punkcie chwilę dłużej. Jest nieprzyjemnie. Są wredne wysepki i zwężenia. A samochodów sporo. Dalej droga jest w dość marnym stanie. Jedzie się po niej w tym dużym ruchu kompletnie beznadziejnie. Dodatkowo martwię się o Michała, bo dość długo go nie ma.

Tuż przed PK w Brzozowie prawie kończę swoją przygodę z BBT definitywnie. Z podporządkowanej wyjeżdża samochód wprost na mnie. Brakują centymetry, by mnie skasował. Na punkcie dochodzę do siebie po tym incydencie. Dziewczyny z obsługi pamiętają mnie z poprzedniej edycji. Dają żurek z jajkami. Muszę mieć niedobory, bo mam ogromny apetyt na jajka i zjadam dodatkowo cały talerz jajek. Gdy kończę na punkt wjeżdża Michał. Biorę jeszcze ciasto, piję kawę. Z punktu ruszam przed Michałem. Zresztą od noclegu nasza wspólna jazda polega głównie na wsparciu duchowym, bo na kole po górkach nie umiem jechać. Czasem też Michał zostaje gdzieś dłużej, albo robi odbicia w bok i odwiedza sklepy, by kupić sobie coś do jedzenia.

W Brzozowie jest podjazd na rynek, który z BBT 2014 zapamiętałam jako najcięższy podjazd maratonu. Następnie jedziemy do Sanoka. Ulice są w fatalnym stanie, dodatkowo trwają roboty drogowe, ruch miejscami jest wahadłowy, tworzą się spore korki. Michał daleko z przodu. Pada i leje. Jadę jakimś obrzydliwym chodnikiem. Jest tu tak strasznie, że płaczę z bezsilności. Co za okropne miejsce!
Przed Leskiem są serpentynki. Jadę nimi powoli. Michał jest gdzieś z tyłu, bo chyba się przebiera, mnie natomiast dogania zawodnik z nr 1 na plecach. Potem jest zjazd. Zatrzymuję się i czekam przed jego rozpoczęciem na Michała i lecimy.

Droga do Ustrzyk Dolnych ciągnie się długo. Nie ma końca. Twarda kaseta daje mi niezły wycisk. Gdy w końcu docieram na punkt, czuję ulgę. Wygląda tu trochę jak w szpitalu. Obszerne, przeszklone wnętrze, jasne płytki. W istocie traktuję ten punkt jako punkt reanimacyjny. Piję sok z buraków i proszę o prochy przeciwbólowe. Zapijam to mocną kawą. Z punktu ruszam pierwsza na ostatni odcinek 43 km do mety. Próbuję wsiąść na rower. Dopasować do siodła otarcie na tyłku oraz dopasować stopę z bolącą kostką do pedała. Próbuję tak z 5 razy i za każdym razem spadam z roweru. Ludzie idą chodnikiem, jest wczesny wieczór. Pokazują mnie sobie palcami i mówią: patrz, ona już nie może nawet wsiąść na rower.



Cały czas pada. Nie jest to ulewa, lecz gęsta mżawka. Michał dogania mnie gdy kończę podjazd pod Żłobek. Jedzie się fatalnie, prawie nic nie widzę. W dodatku czuję, że nie mam już siły jechać. Wpadam na pomysł, że może zacznę iść, ale gdy zatrzymuję się i przyjmuję postawę pionową, kręci mi się okropnie w głowie. Nie mam więc wyjścia – nawet pchać nie mogę. Niestety muszę jechać. To właśnie teraz płaczę na tym maratonie po raz drugi. Michał jest gdzieś z przodu, ja natomiast stoję trzymając się kurczowo roweru, aby się nie przewrócić. Potem biorę tabletkę glukozy, którą w Żyrardowie dała mi Agnieszka. I wstępują we mnie nowe siły.

Na metę wlatujemy o 22.30 z czasem 59 godzin i 50 minut. W mojej głowie jest świadomość, że z pewnością dostanę karę czasową, albo nawet dyskwalifikację i jestem z tym w pełni pogodzona.

Trasa:



Zdjęcia

Przez chwilę byłam księżniczką

Sobota, 16 lipca 2016 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście Uczestnicy
Km: 258.00 Km teren: 0.00 Czas: 11:49 km/h: 21.83
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 844m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Moja przełajówka ma rozwalone stery. W piątek późnym popołudniem odbyła się jej reanimacja. Dużo trzeba było włożyć pracy w to, aby rower choć przez jakiś czas mógł jeszcze działać przed załatwieniem nowych sterów. Do domu wróciłam późno. Zmęczona i sfrustrowana. Na szybko dopracowałam trasę, dokończyłam pakowanie i pokolorowałam pazurki.

Rano budzik zadzwonił o 4:00. W ramach śniadania zjadłam coś co można nazwać... obiado-podwieczorkiem. A był to makaron z sosem grzybowym, posypany serem i skropiony obficie olejem lnianym, poprawiony niezwłocznie jogurtem truskawkowym z płatkami czekoladowymi. Zajadając jogurt zastanawiałam się nawet, czy to na pewno bezpieczne połączenie ;). Gdzieś między podgrzybkiem a czekoladowym płatkiem wpadła mi w łapki gazeta i ani się nie spostrzegłam, jak wybiła 5:00.
Gazeta na bok. Ruchy trzeba zagęścić! W końcu jadę dziś do Łodzi, odwiedzić Bitelsa i Anuszkę!

Ruszam i od razu czuję, że jedzie mi się świetnie. W zasadzie zupełnie mi nie przeszkadza dość mocno zapakowany rower, na którym wiozę sprzęt biwakowy, żarcie i trochę ciuchów oraz kosmetyki. Może to dlatego, że o tak wczesnej porze nie ma wiatru, a temperatura do jazdy jest bardzo przyjemna. A może tak wspaniale podziałało "śniadanie"? ;)

Po drodze mam w planach niedługie wiercenie się po ryneczkach mijanych miast. Na pierwszy ogień idzie Środa Wlkp. Byłam tu już, ale rynek jest ładny, więc z ochotą odwiedzam. W Winnej Górze zatrzymuję się jedynie na chwilę potrzebną do zrobienia przez pręty ogrodzenia fotki ładnego dworku. Równie krótko bawię w Miłosławiu. Ryneczek uznaję za kompletnie nieciekawy, ładny jest tu jednak stary kościół oraz pałac z parkiem. Na wjeździe do Pyzdr odwiedzam Orlen. Biorę dużą kawę z czekoladą, a potem jadę do centrum. Trwa tu akurat montowanie sceny. Niczego godnego dłuższego zatrzymania tu nie znajduję, robię więc kółeczko i wracam na trasę.

Duże wrażenie robi za to na mnie rynek w Kaliszu. Ładne są też stare kamieniczki na dojeździe do rynku. Niestety cały urok psują samochody, których stoi tu pełno. Pod ratuszem siadam na jednej z ławek i zajadam drożdżówkę. Tak, tu zdecydowanie warto pobyć nieco dłużej. Wyjazd z Kalisza zaplanowałam dość dokładnie, chcąc za wszelką cenę uniknąć przejazdu krajową drogą nr 12. W taki to sposób trafiam do Pietrzykowa. Wpadam tu na stację po herbatę. Popijam, gdy zaczepia mnie obleśny dziadzio. Raczy mnie dość obrzydliwymi tekstami o wpływie roweru na kobiety. Aby się od niego uwolnić, biorę klucz do toalety i znikam mu z pola widzenia. Gdy wracam, na szczęście już go nie ma. Jest za to... pomysł w mojej głowie na dobicie targu z obsługą stacji :)). Oto brelokiem do kluczy od toalety jest ultralightowy otwieracz do piwa. Identyczny jak mój (niestety wyrobiony i prawie nie działający), który niegdyś wygrałam na zawodach sportowych. Proponuję im więc "złoty" interes :)). Mój brelok zupełnie im się nie podoba, ale to nic nie szkodzi - i tak dają mi swój! :)

Zwiedzam jeszcze potem Koźminek i Wartę, robię postój na kanapkę w Szadku i lecę bez zbędnego obijania się do Kwiatkowic, gdzie czeka już na mnie Bitels. Im jestem bliżej, tym mocniej czuję radość z nadchodzącego spotkania. Mimo przeszkadzającego na tym odcinku wiatru jedzie się fajnie. W Kwiatkowicach witamy się wreszcie, chwilę gadamy i ruszamy w drogę do Łodzi. W Konstantynowie Łódzkim łapie nas deszczyk. Przeczekujemy go na przystanku autobusowym, a potem lecimy na obiadek do Manufaktury. Rowery zostawiamy na specjalnym strzeżonym parkingu i dzięki temu możemy pochodzić po tym ogromnym kompleksie handlowym z zupełnym spokojem. Najedzeni jedziemy do głównej atrakcji, czyli słynnego pałacu Schweikerta oraz pięknego przypałacowego parku. Paweł oprowadza mnie. Zarówno park jak i pałac prezentują się wprost wspaniale, do szczęścia brakuje tylko kosa - Wiktora. No ale to już wieczór i zapewne śpi gdzieś w koronach drzew.



Oczywiście wizyta w Łodzi nie jest pełna bez przejazdu reprezentacyjną ulicą Piotrkowską. Jedziemy zatem i robimy fotki. Jest coś koło 21:00, gdy docieramy do Kauflandu, gdzie pracuje Anuszka. W końcówce dnia udaje jej się znaleźć chwilę wolnego czasu na nasze spotkanie. Chętnie by się pogadało dłużej, ale niestety sklep już powoli zamykają i musimy wychodzić.

Dzień kończymy w pałacu. Bitels był tak miły, że załatwił mi nocleg w jednej z komnat :). Tak oto na jedną noc i jeden poranek mogę się poczuć jak prawdziwa księżniczka :).

Zaliczone gminy: Gizałki, Chocz, Opatówek, Koźminek, Goszczanów, Szadek, Wodzierady, Lutomiersk, Konstantynów Łódzki (9 gmin).

Mapa:



Zdjęcia

Relacja Bitelsa

ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum