Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 150

Dystans całkowity:15482.26 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:125:04
Średnia prędkość:19.52 km/h
Maksymalna prędkość:39.00 km/h
Suma podjazdów:114978 m
Maks. tętno maksymalne:174 (91 %)
Maks. tętno średnie:143 (75 %)
Suma kalorii:1924 kcal
Liczba aktywności:122
Średnio na aktywność:126.90 km i 6h 34m
Więcej statystyk

Dolnośląska Jesień (3)

Niedziela, 1 października 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 109.71 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 959m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wstaję przed świtem. Do przejechania mam jeszcze ponad 100 km i sporo pagórków, a pociąg odjeżdża po 13.00. Nie chcę gnać na złamanie karku. Tradycyjnie gotuję kawę 3w1, jem śniadanie i w drogę. Wczorajsza butelka, którą ktoś wyrzucił z samochodu na ulicę jest już rozwałkowana przez inne samochody i zostały z niej szklane koraliki. Skacząc po pagórkach jadę do Gryfowa Śląskiego. Tu po raz pierwszy na tej trasie widzę stację Orlenu. Wbijam na poranną kawę. Są ledwie 4 stopnie powyżej zera, gorąca kawa smakuje więc wybornie. Po kawie jadę oglądać centrum. Lubię centra miast i miasteczek wcześnie rano, kiedy jeszcze wszystko jest uśpione.

Z Gryfowa do Lubania jadę krajówkę, DK 30. W Lubaniu jestem, tak jak w Gryfowie, rano. Poza dwoma zawianymi panami, nie spotykam tu nikogo. Miasteczko ma ładny, zadbany rynek. Zdecydowanie podoba mi się w Lubaniu. Następną ciekawą miejscowością jest Mikułowa. W tej niedużej wiosce jest przystanek autobusowy warty odwiedzenia. Na jego ścianie wiszą półeczki z książkami, którymi można się częstować! Na szybko przeglądam, co jest w ofercie i w dalszą drogę zabieram Ludzi Bezdomnych.



Gmina Zawidów jest maleńka. Leży ona tuż przy polsko-czeskiej granicy, którą przekraczam. Jakieś 20 km jadę przez piękny, sąsiedni kraj. Droga nr 13 jest nieco ruchliwa (choć bez dramatu), potem trasa odbija w boczne, wąskie i puste drogi. Jest tu tak ładnie, że można by tak krążyć po okolicy przez cały dzień. Na wjeździe do Polski wita mnie podniszczona i nieużywana już infrastruktura przejścia granicznego. Kiedyś tu pewnie stało się w kolejce do odprawy granicznej, dziś przejeżdża się zupełnie swobodnie.

Tak oto trafiam do Bogatyni. Robię fotkę kościoła, mijam Elektrownię Turów i zaczynam dość mozolny podjazd z wysokości 233 m. n.p.m. na 361 m. n.p.m. Ciągnie się to to w nieskończoność.

W drodze do Zgorzelca, gdzie kończę trasę, nie ma niczego szczególnie ciekawego. Na sam koniec zaskoczeniem jest jedynie podjazd do dworca ulicą Francuską. Aż 10%! Jest to najbardziej stromy podjazd wyjazdu.

Mapa:


Zdjęcia

Zaliczone gminy: Gryfów Śląski, Olszyna, Lubań - teren wiejski, Lubań - miasto, Siekierczyn, Zawidów, Bogatynia (7 gmin).
Tym sposobem województwo dolnośląskie jest trzecim po zachodniopomorskim i lubuskim, w którym mam zaliczone wszystkie gminy!

Wakacje na Ścianie 8

Sobota, 17 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 146.40 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2270m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Całą noc przelotnie padało. Ranek wita nas zimny i początkowo bezdeszczowy. Początkowo, bo w ciągu dnia pada wielokrotnie i z różną intensywnością. Najbardziej górzysty dzień mamy niestety w marnej pogodzie. Ze Słowacji wydostajemy się wjeżdżając na przełęcz Radoszycką, a w Polsce zjeżdżamy do Radoszyc. 



W Cisnej zaskakuje nas ogromna ilość samochodów i dziki tłum ludzi. Zważywszy na marną pogodę, aż trudno uwierzyć w to co widzimy. Jednak szybko łączymy to z długim weekendem. W dodatku po miasteczku chodzą ubłoceni ludzie z medalami na szyjach. Wygląda na to, że właśnie zakończyły się jakieś pieszo - błotne zawody sportowe. To wiele tłumaczy. Wbijamy się do jednego z lokali na ciepły obiad i herbatę.

Posileni jedziemy nad Solinę. Droga wcale nie jest prosta, raz po raz wyrastają przed nami konkretne ścianki. Kiedy w końcu docieramy do zapory, okazuje się, że część spacerowa z widokiem na Solinę jest w remoncie. Udostępnione jest jedynie wąskie przejście. Z rowerami nie ma szans się tam wcisnąć. Oglądamy więc zbiornik jedynie z daleka, przez pręty metalowego ogrodzenia.

Dalej, zmęczeni sporym ruchem, uciekamy na mniej główną drogę. W Myczkowcach przechodzi ona w parokilometrowy kamienny bruk. Potem na chwilę wyjeżdżamy na DK84 znaną z BBT. Odbijamy z niej w Olszanicy i jedziemy do Ropienki. Za Ropienką podjazd wakacji. Długa ściana.

Pogoda znowu się pogarsza. Nie dość, że cały czas jest zimno, do tego znowu mocno pada. Do Arłamowa docieramy w strugach deszczu, powoli robi się też szaro. Jesteśmy porządnie przemoczeni, a zjazd funduje nam dodatkowy prysznic. Przez chwilę przechodzi nam przez myśl nocleg w agroturystyce. Ale ostatecznie namiot wygrywa. Pod namiotem jest fajniej. Nawet jeśli ten namiot chwilowo bardziej przypomina zatęchłą, mokrą szmatę niż piękny pałac.

Mapa:

Zdjęcia

.

Wakacje na Ścianie 7

Piątek, 16 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 131.60 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1192m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy otwieram namiot, widzę rządek kwitnącego barszczu Sosnowskiego na tle gór. Przed nami końcówka podjazdu na przełęcz Użocką. Jedzie się trochę jak po płaskowyżu. Cały czas teren lekko faluje. Niby podjazd, ale z elementami zjazdu. Trudno się zorientować czy ten zjazd, który się właśnie zaczyna to już jest ten właściwy z przełęczy, czy któryś z wielu drobnych zjazdów. Tuż za przełęczą drogę grodzi szlaban posterunku kontrolnego. Musimy okazać paszporty i opowiedzieć skąd oraz dokąd jedziemy. Zjazd jest bardzo ciężki. Trzeba mocno uważać - droga z drugiej stronie przełęczy nie doczekała się jeszcze remontu. Dziury, wyrwy, kratery, piach, żwir. Wszelkie atrakcje!

W Użoku odwiedzamy mały sklepik. Na ladzie leżą zeszyt, talerzyk i najprawdziwsze stare, drewniane liczydło! Razem z portfelem wyjmuję aparat i pstrykam szybką fotkę. Robimy zakupy. Jak w innym sklepikach - tu też stoi ekspres. Biorę więc czarną, mocną kawę. Pyszna! Pogoda nadal dopisuje, choć niebo już nie jest idealnie błękitne. Siedząc przy drewnianym stole pod sklepikiem obserwujemy wiejskie życie. W obejściach stoją wysokie snopki siana, aktywność koncentruje się przy sklepie. Jest to miejsce nie tylko zakupów, ale też spotkań, rozmów. Po ulicy leniwie chodzą krowy, raz po raz przejedzie mały ciągnik samoróbka, wóz z sianem, albo stara Łada.



Ruszamy i szybko zatrzymujemy się - Michał złapał kapcia. Dalsza część zjazdu również jest dziurawa. Docieramy do Wielkie Berezne. Wyraźnie zanosi się na deszcz. Miasto nie zachwyca. Jest najzwyczajniej w świecie brzydkie. Robimy zakupy i jedziemy na przejście graniczne ze Słowacją. Przed samą granicą jeszcze szybka wizyta na stacji paliw. Za pozostałe Hrywny kupujemy lody, a ja dodatkowo jeszcze kilka paczek suszonych ryb. W międzyczasie zaczyna padać. Na przejściu granicznym spędzamy chwilę czasu. Najpierw kontrola paszportowa na wyjściu z Ukrainy, potem na wejściu na Słowację. Deszczyk na dobre się rozpadał, ubieramy więc kurtki przeciwdeszczowe. Od razu zrobiło się też sporo chłodniej.

Słowacja to na początku same lasy i o niebo lepsza droga od tej, którą mieliśmy na zjeździe z przełęczy Użockiej. Jest spokojnie i jedzie się przyjemnie. Dopiero przed Sniną robi się gorzej. Ruch nagle jest bardzo duży, a kierowcy mało ostrożni. W strugach deszczu zajeżdżamy pod supermarket. Michał przynosi z niego m.in. ciepłe bułeczki. Za Sniną wracają spokojne drogi, deszcz też się nieco uspokaja. Niebo jednak nie wróży poprawy pogody i pod koniec dnia łapią nas burza z ulewą. Siedzimy na przystanku i czekamy na koniec nawałnicy. Burza w końcu mija, ale nie przestaje padać. Z pobliskiego gospodarstwa załatwiam wodę na nocleg. Rozbijamy się w padającym deszczu tuż za Svetlice.

Mapa:

Zdjęcia

Ciąg dalszy

Wakacje na Ścianie 6

Czwartek, 15 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 139.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1354m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Donośny i rozbawiony głos wypowiada słowo "pobudka!"
Co się dzieje? Wyrwana z głębokiego snu myślę początkowo, że to Michał się wygłupia i coś mu odburkuję. Nie ma żadnej odpowiedzi, a ja coraz bardziej rozbudzona słyszę oddalające się kroki. Powoli przypominam sobie wczorajszy wieczór. No tak, po całej tej hecy z awarią rozbiliśmy się tuż przy polnej ścieżce. Zupełnie się nie schowaliśmy, to i zostaliśmy znalezieni ;).

Po śniadaniu jedziemy do Medyki, na przejście graniczne z Ukrainą. Boli mnie kolano. Próbujemy więc zmienić ustawienie bloków. Dzień jest bardzo słoneczny i wygląda na to, że wreszcie będzie ciepło. Dziś święto, wszystkie sklepy od rana są zamknięte, a my po wczorajszym "awaryjnym popołudniu" nie mamy już prawie wcale jedzenia. Na przejściu granicznym po polskiej stronie są sklepy, ale nie udaje się kupić żadnego chleba. Niezbyt ładnie wygląda granica. Jakieś budy, baraki handlowe, sporo drobnych śmieci, generalnie wrażenie bałaganu i brudu. Wymieniamy pieniądze na walutę ukraińską i idziemy do bramek dla pieszych. Kolejka jest dość spora. Ludzie wyglądają dziwnie. Żadnej z tych twarzy raczej bym nie chciała zobaczyć w wąskiej, ciemnej uliczce. Kontrola paszportowa przebiega sprawnie. Obywatele UE mają osobną kolejkę, która jest krótka. To ratuje sytuację. Wychodzimy z Polski. Potem kawałek jedziemy rowerami, a następnie przechodzimy kolejną kontrolę i wchodzimy na Ukrainę.

Po drugiej stronie granicy jest sporo sklepików. Bałagan całkiem podobny do naszego. Sklepiki są czynne. Kupujemy więc chleb, pierniczki, a ja nawet biorę kawę! Tego u nas nie ma - ekspresów do kawy w małych sklepikach spożywczych. Tu są. Kawa nie kosztuje dużo i jest pyszna. Mocna, tak jak lubię. Podczas picia kawy bawię się z miejscowym kotkiem.

Pierwsze kilometry na Ukrainie to piękna, równa i szeroka droga. Nie jedziemy długo. Brak śniadania zrobił swoje. Gdy tylko na horyzoncie pojawia się duża stacja paliw - wbijamy się. Bierzemy jedzenie na ciepło, dokupujemy też prowiant.
W Mościskach odbijamy na bardziej lokalną szosę. Samo miasteczko ma pięknie zadbany skwer z klombami, w głębi którego stoi cerkiew. Wygląda to niesamowicie!

Droga do Samboru jest już gorsza. Trochę  nierówna, trochę dziurawa. Nie przeszkadza to jednak jakoś istotnie. Do Starego Samboru wiedzie główniejsza szosa. Niestety do doskonałości wiele jej brakuje. Ruchu nie ma dużego. W dodatku droga jest bardzo szeroka.

Dużym zaskoczeniem jest barszcz Sosnowskiego. Tę groźną roślinę można spotkać niemal wszędzie! Rośnie na nieużytkach, przy torach kolejowych, przy samej drodze, na łąkach. Występuje zarówno nisko, jak i wysoko. Najwyżej wypatrzone przeze mnie stanowisko było na wys. 750 m. n.p.m. Dziwne, że nikt tu tego nie tępi.



Droga na przełęcz Użocką, którą jedziemy, jest po remoncie. Czyli ideał szosy. Samochodów prawie nie ma. Mijane miejscowości przypominają wioski z dzieciństwa, a rolnictwo jest tu ciężką, ręczną pracą. Nie ma nowoczesnych maszyn, są za to ludzie, którzy własnymi siłami zbierają plony, stawiają snopki siana, pasą krowy, czy kozy. Chwilami mam wrażenie, że jestem w żywym skansenie i bardzo mi się ten skansen podoba.

Droga konsekwentnie cały czas pnie się pod górę. Podjazd jest łagodny. Docieramy do Turki. To ostatnia na dziś większa miejscowość. Gdzieś w tej okolicy spotykamy sakwiarza z Polski. Jedzie sam. Planuje jeszcze przejechać ok. 20 km. My plan mamy mniej ambitny: jakieś 10 km i szukamy miejscówki. Po krótkiej rozmowie lecimy.

Miejscówkę noclegową znajdujemy bardzo ładną. Jest to wzgórze, z którego widać całą okolicę. Takie miejscówki nie trafiają się często.

Mapa:

Zdjęcia

Zaliczone gminy: Medyka.

Ciąg dalszy

Wakacje na Ścianie 5

Środa, 14 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Zdaniem Kota Uczestnicy
Km: 138.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 880m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wiało mocno całą noc. Poranek nie jest nic lepszy. Wieje nawet bardziej. Gotuję wodę na kawę 3w1 i czuję, że jestem kompletnie niewyspana. Po śniadaniu zwijamy obozowisko i ruszamy. Wiatr jest silny i zimny. Za to widoki są świetne, widzialność genialna. Droga do Tomaszowa Lubelskiego jest pagórkowata. Przejazd przez miasto mało przyjemny - duży ruch, hałas. Niebo już od dawna nie jest błękitne. Zastąpił je szarochmur. Stacja Orlenu w całej tej szarości i chłodzie jest jak promyk słońca. Pora na kofeinkę!

Moje zakwasy mają się świetnie. Ledwo chodzę. Co dziwne jakoś mogę jechać rowerem, ale chodzenie jest bolesne. Zastanawiam się jak będzie w górach, skoro już teraz jest tak źle. 

W Bełżcu odwiedzamy wyjątkowo przygnębiające miejsce. Jest to Muzeum - Miejsce Pamięci. Od lutego do grudnia 1940 roku działał tu niemiecki Obóz Zagłady, w którym - w tak krótkim czasie - zamordowano aż 500 000 Żydów. Wstrząsająca i straszliwa zbrodnia.



Kiedy docieramy do Werchraty, popaduje. Niby nic wielkiego. Bardziej straszy niż faktycznie pada. Jednak w chłodzie i wietrze te przelotne deszczyki są mało przyjemne. Droga do Horyńca-Zdroju ciągnie się w nieskończoność, ale w końcu udaje się tam jakoś doczłapać. Nogi mam w stanie opłakanym. Brak roweru przez prawie miesiąc zrobił swoje. Pora na przerwę. Najpierw odwiedzamy sklepiki metalowy (Michał potrzebuje śrubkę) i drogerię (ja potrzebuję małą bateryjkę do pulsometru). Potem w jednym z lokali zamawiamy pierogi.

Przejeżdżamy dziś przez miejscowość i gminę o wyjątkowo oryginalnej nazwie: Wielkie Oczy. Dziwna nazwa wg tablicy informacyjnej pochodzi najpewniej od dwóch stawów, które dawniej tu były. Udaje nam się przejechać prawie 140 km, gdy w Michała rowerze pęka śruba w zacisku sztycy. Nic nie idzie z tym zrobić. Tego co zostało w gwincie nijak nie udaje się ruszyć. Jesteśmy jakieś 20-25 km od Przemyśla, jest chwila po 18.00, jutro święto - Boże Ciało. Stoimy na mostku nad rzeką Wisznią i wygląda to wyjątkowo nieciekawie. Nie da się przecież jechać z taką awarią.

Odpalam internet i szukam kontaktu do jakiegoś sklepu rowerowego w Przemyślu. Michał nie chce rozmawiać przez telefon, mimo, że to jego awaria. Robię więc to za niego. Praktycznie nie ma nadziei, że ktokolwiek o tej porze w przededniu święta odbierze telefon. Jednak staje się cud - po drugiej stronie odzywa się męski głos. Tłumaczę w czym rzecz. Pan mówi, że sklep już jest zamknięty, a on nawet nie mieszka w Przemyślu. Jednak po chwili pyta skąd i gdzie jedziemy. Opowiadam. Pan chwilę milczy, po czym mówi, że podjedzie do sklepu w Przemyślu i otworzy go dla nas, abyśmy przez tę awarię nie musieli kończyć wakacji.

Jest to sklep rowerowy MAR-BIKE, Przemyśl, ul. Mickiewicza nr 28.

Nigdy w życiu tam nie byłam. Nigdy nie spotkałam tego przemiłego pana, który poświęcił dla nas swój wolny wieczór. Jednak taki gest znaczy bardzo dużo. Z całą pewnością warto ten sklep odwiedzić. Siedzi tam człowiek, dla którego rowery to coś więcej niż tylko zarobek, który dla ratowania wakacji nieznanych cyklistów otworzył sklep po godzinach i specjalnie do niego przyjechał.

Aż się nie chce wierzyć! Co za szczęście! Michał pośpiesznie bierze mój rower, ściąga z niego cały bagaż i gna do Przemyśla. Ja... mam za to teraz dużo czasu. Zostaję na mostku z całym mega bałaganem. Michałowy rower, na którym nie da się jechać. Moje sakwy i worek z ekwipunkiem do spania, Michała torby i torebki. Naraz dociera do mnie, że Michał zostawił mnie samą na pustkowiu, bez sprawnego roweru, bez możliwości ucieczki, gdyby coś zaczęło się dziać... Cóż, nie będę przecież siedzieć na tym moście! Ze 100 m dalej jest przystanek autobusowy z wiatą. Przenoszę na raty cały sprzęt, siedzę i czekam... prawie 4 godziny, z narastającym strachem.... W końcu, gdy już jest głęboka szarówka, wraca Michał. Oddycham z ulgą. Udało się załatwić nowy zacisk. Jest jednak już zbyt późno, by jechać dalej. Odjeżdżamy kawałek za mostkiem w bok i tuż przy polnej ścieżce rozbijamy namioty.

Mapa:


Zdjęcia

Zaliczone gminy: Rachanie, Tarnawatka, Tomaszów Lubelski (miasto), Tomaszów Lubelski (teren wiejski), Bełżec, Lubycza Królewska, Horyniec-Zdrój, Lubaczów (teren wiejski), Lubaczów (miasto), Wielkie Oczy, Radymno (teren wiejski), Stubno (12 gmin).

Ciąg dalszy

Wakacje na Ścianie 1

Sobota, 10 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Wakacje na Ścianie Wschodniej Uczestnicy
Km: 127.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 550m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ściana Wschodnia to tereny, których zupełnie nie znałam. Namówiłam więc Michała, aby na krótkie wakacje pojechać na wschód i zahaczyć przy okazji o Ukrainę, bo tam też jeszcze mnie nie było.

Wyjazd zaczynamy w sobotni poranek od dotarcia na dworzec kolejowy Warszawa Centralna. Pociąg do Suwałk, na który czekamy, zupełnie nie jest przystosowany do przewozu rowerów. Niby dwa przedziały mają wywieszone na szybkach informacje, że to miejsca na rowery, jednak nijak to nie chce zagrać: w tych przedziałach są normalne siedzenia dla pasażerów. W każdym z nich gniotą się po dwie osoby i po dwa rowery. Więcej nie wejdzie. W całym wagonie pełno jednak jest rowerów, bo nie tylko my wpadliśmy na pomysł, by w pierwszej połowie czerwca wybrać się na wschód. Nasze rowery stoją zatem na wąskim korytarzyku. Co chwilę ktoś przechodzi i je trąca, przestawia. Na początku to denerwuje nieco, no ale ile w końcu można się stresować? Przecież właśnie zaczynają się wakacje.
Witaj przygodo!

Pełną niezwykłych przeżyć podróż koleją kończymy na polskim Biegunie Zimna - w Suwałkach. Robimy pamiątkowe foty przy pięknym budynku dworca i zaczynamy nasze leniwe przetaczanie się po Ścianie Wschodniej.
Każdy pretekst do postoju jest dobry, czyż nie? :) A jeśli jest się akurat nad pięknym jez. Wigry, to tym bardziej. Tu żaglówka, tam urokliwy pomostek wędkarski - nie można przejechać obojętnie. Trzeba przystanąć i zachwycić się tym pięknem oraz spokojem.

Wigry to nie tylko jezioro, ale też miejscowość z pokamedulskim klasztorem. Michał już tu kiedyś był i wie, że warto podjechać. Jedziemy zatem, a przed dojazdem do klasztoru, przysiadamy nad jeziorem i raczymy się lodami.

Za Wysokim Mostem wjeżdżam w teren. Trochę piachu, kamieni, ale na ogół da się jakoś ślamazarnie i nieporadnie jechać. Nie pali się, są wakacje. Jest czas i na spacer z rowerem po piachu i na robienie zdjęć drewnianym domkom. W międzyczasie buntuje się moja elektronika. Współpracy odmawiają pulsometr oraz rowerowy licznik.


Jedziemy przez przepastne lasy, a potem przez rozległe łąki. Pustawo tu i spokojnie. Samochodów mało, ludzi też. Pod koniec dnia pojawiają się małe góreczki. W Kuźnicy, pod białoruską granicą, robimy zakupy na wieczór. Pora kończyć jazdę na dziś.

Mapa:

Zdjęcia

Zaliczone gminy: Lipsk, Nowy Dwór, Sidra, Kuźnica (4 gminy).

Ciąg dalszy


Dolnośląski maj (4)

Poniedziałek, 1 maja 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 134.10 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1545m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Dzień zaczynam od Kolorowych Jeziorek. One rzeczywiście są kolorowe i wyglądają niesamowicie. Szkoda, że niebo jest zachmurzone, bo w słońcu z pewnością wyglądają jeszcze lepiej. Za to ze względu na wczesną godzinę mam to szczęście, że jestem tu zupełnie sama. Po odciskach butów na błotnistych odcinkach ścieżki wnioskuję, że w ciągu dnia muszą tu być prawdziwe tłumy! Idę pod stromą górę aż do Błękitnego Jeziorka mijając po drodze jeziorka Żółte i Purpurowe. Wyżej, nad Błękitnym, jest jeszcze Zielony Stawek, ale ścieżka rozwidla się i robią się z niej aż trzy dróżki. Nie wiem zupełnie, którą wybrać, a że jestem tu już długo, postanawiam zejść na dół.

Pagórkowatą drogą jadę do Miedzianki, a z niej zjeżdżam zaliczyć Janowice Wielkie. Jest mocno w dół i jest to dla mnie droga w jedną stronę – będę musiała nią wrócić. Zjeżdżając wiem już zatem co będzie trzeba za chwilę podjechać. Uuuu… miejscami ponad 10%.

Tak więc... jadę pod górę do Miedzianki :). Co za masakra! A za Miedzianką niewiele lepiej, droga przechodzi w teren i znowu pnie się pod górę. Mniej lub bardziej terenowo, za to prawie cały czas w górę jest aż do Pastewnika. To ponad 600 m n.p.m. Ileż tak można ciągle jechać pod górę?! To miał być wyjazd pod hasłem „zalicz gminę”, a nie „zalicz pion”… Kiedy wreszcie podjazd kończy się, oddycham z ulgą. Ale ulga nie trwa długo. Zjazd jest fatalny. Droga to zniszczony asfalt raz po raz zamieniający się w teren, kamienie, żwir, piach. Nie da się odpocząć. W dodatku wieje. Wieje coraz mocniej.

W gminie Bolków na chwilę wyjeżdżam na DK 5. Umykam z niej czym prędzej i jadę pod zamek. W pełnym słońcu wygląda pięknie. Potem odwiedzam jeszcze ryneczek, na którym trwają przygotowania do pierwszomajowych uroczystości. Dalej jadę do Strzegomia i jest to prawdziwa udręka. Po wczorajszym, mocno górzystym dniu, ten odcinek miał dać trochę wytchnienia. Płasko, ale… niestety bardzo silnie wieje w twarz. Przede mną, w oddali, majaczą sylwetki rowerzystów. Niezwykle powoli w końcu ich doganiam. Widzę też umęczonych cyklistów pchających rowery na podjeździe o nachyleniu… 1%. Jest to masakra jakich mało. O ile w górach można czasem odpocząć na zjazdach, to tu odpoczynku nie ma żadnego. Jadę te 12 km/h i ledwo ciągnę. Strzegom słynie z wydobywanych w okolicy granitów. Na rynku jest nawet pomnik przedstawiający Strzegom jako granitowe serce Polski. W mieście, mimo że jest to pierwszy maja, udaje mi się kupić ciepłe bułeczki. Z apetytem je zajadam siedząc na jednej z ławek pod ratuszem.

Odwiedzam jeszcze na chwilę Świebodzice i przez moment się zastanawiam, czy jechać na Zamek Książ. Jestem okropnie umordowana wczorajszymi górami oraz dzisiejszym długim podjazdem do Pastewnika i bardzo silnym wiatrem. Odpalam internet. No tak, to zamek, który trzeba koniecznie zobaczyć. Jadę więc. Niestety tego dnia nie jest to dobry pomysł. Trzeba było odpuścić i przyjechać tu kiedy indziej. Tymczasem… przede mną wyrasta podjazd po ruchliwej krajówce. Daję sobie z nim spokój, z pewnością bym się tu czołgała z szaleńczą prędkością 5 km/h doprowadzając kierowców do białej gorączki. Obok jest ozdobna brama i szeroka parkowa aleja prowadząca do zamku. Jadę-idę. Jest tu ogromny tłum ludzi. Aleja to ze 3 km spaceru i jazdy jak na hulajnodze, bo w tym tłumie normalnie jechać się nie da. Dookoła pełno budek z jedzeniem i nikomu-do-niczego-nie-potrzebymi pierdołami, które jednak ludzie kupują. Mimo, że budek jest bardzo dużo, każda jest oblegana i mimo tego oblężenia zatłoczona jest też aleja. Nic przyjemnego. Spotykam kilku rowerzystów. Wyglądają na podobnie zgnębionych jak ja. Docieram aż pod bramę zamku, ale niestety nic stąd nie widać. Aby cokolwiek zobaczyć, trzeba kupić bilet. Kompletnie to nie ma sensu. Za dużo czasu to zajmie, poza tym nie mam gdzie bezpiecznie zostawić roweru i sakw, no i ten męczący, głośny tłum. Zdesperowana wdrapuję się na mały pagórek i z oddalenia robię zdjęcie zamku. Kiedyś tu wrócę. Niekoniecznie w długi weekend. Niekoniecznie w środku sezonu.

Podjazdy się nie chcą skończyć. W Szczawnie-Zdrój jestem późnym popołudniem. Odwiedzam Dom Zdrojowy. Czy może być lepsze miejsce do nabrania wody na nocleg? Wieczorem odwiedzam jeszcze Świdnicę. Centrum jest bardzo ładne, to zdecydowanie jedno z najładniejszych miasteczek majówki. Zachwycający jest też słynny Kościół Pokoju.



Noc spędzam pod drzewami, na skraju pola. Znowu jest dość pochyło.

Zaliczone gminy: Janowice Wielkie, Bolków, Dobromierz, Paszowice, Strzegom, Świebodzice, Stare Bogaczowice, Szczawno-Zdrój, Świdnica (obszar wiejski), Świdnica (miasto), Żarów (11 gmin).



Zdjęcia

Ciąg dalszy

Dolnośląski maj (3)

Niedziela, 30 kwietnia 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 148.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2036m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano zamiast budzika, budzi mnie śpiew ptaków. Nie pada, ale jest zimno. Gotuję kawę, jem śniadanie i wychodzę na drogę. Ząbkowice Śląskie mają piękny ratusz, który od bardzo dawna chciałam zobaczyć. Oglądam go w pełnym słońcu. Niespiesznie kręcąc się po kompletnie pustym rano mieście, odkrywam jeszcze krzywą wieżę oraz zamek. Dalej jadę do Kamieńca Ząbkowickiego. Tam też jest zamek i to zachowany w dobrym stanie. Robię sobie długi spacerek pod zamkiem i ucieka mi tu sporo czasu. Za Kamieńcem mijam znaki informujące, że dalsza droga jest zamknięta. Mimo tego, jadę. Jadę aż docieram do mostu nad Nysą Kłodzką, który jest w remoncie. Tego mostu nie ma! Z wody wyrastają jedynie elementy konstrukcyjne. Na szczęście obok przyklejona jest drewniana kładka dla pieszych. Niezbyt łatwo jest na nią wejść z rowerem obładowanym sakwami (nierówny teren, schodki), ale udaje mi się ostatecznie przeprawić na drugą stronę.



Dalsza droga wspina się długim podjazdem na przełęcz Łaszczową (592 m. n.p.m.). Jest to miejscami zniszczony mocno asfalt, po którym płynie woda z roztopów i po którego bokach w górnym odcinku leży jeszcze śnieg. Na przełęczy spotykam miejscowego rowerzystę, który właśnie wjechał tu od drugiej strony. Opowiada, że po dziurawym podjeździe czeka mnie piękny, gładki zjazd aż do Kłodzka. Zaraz, zaraz…jak to?! Wg planu Kłodzko miałam minąć od północy. Kolega ze śmiechem mówi, że owszem da się, ale jest to błotnisty teren i nie poleca. Częstuje mnie jeszcze kilkoma galaretkami, robimy wspólną pamiątkową fotkę i każde jedzie dalej w swoją stronę. Zjazd faktycznie jest przyjemny i docieram nim do Kłodzka. Robię małe zakupy spożywcze i idę zjeść coś ciepłego. Wybieram makaron w sosie borowikowym z bekonem. Jest to najsmaczniejszy makaron całej majówki! Kłodzko jest piękne i siedzę tu dość długo, jedząc, spacerując i robiąc zdjęcia.

Pogoda jest ładna – niemal bezchmurne niebo. I tylko szkoda, że tak chłodno. Dalsza trasa to ciągle jazda góra-dół. Docieram w ten sposób do Jedliny- Zdrój, która jakoś specjalnie mnie nie zachwyca. Wyjeżdżam z niej długim, brukowanym podjazdem i wtedy odkrywam, że Jedlina najfajniej wygląda z góry. Zaraz potem jestem w Wałbrzychu. Trafiam na roboty ziemne i muszę się przedzierać po piachu. Droga się wspina aż osiąga Boguszów-Gorce. Miasto słynne jest z tego, że jest tu najwyżej w kraju położony ratusz.

Późnym popołudniem wjeżdżam do Kamiennej Góry, a potem już za miastem, do Rudawskiego Parku Krajobrazowego. Zaczyna się podjazd na przełęcz Rędzińską. Początkowo nachylenie trzyma te 6-9%, potem robi się znacznie ciężej i 10% rzadko schodzi z licznika, są też odcinki 15%. Czuję się wypompowana. Pod koniec mocno górzystego dnia, niem mam sił na mocowanie się z tym podjazdem. Schodzę z roweru i idę aż na samą przełęcz. Jaki podjazd – taki zjazd. Czyli ściana w dół. Zjazdem docieram aż do odbicia z trasy do dużej atrakcji turystycznej – Kolorowych Jeziorek. Jest już mocno szaro. Za późno by oglądać jeziorka. Nie pojadę też dalej, bo oczywiście chcę je zobaczyć. Jasne staje się, że gdzieś tu, przy tej niedługiej i stromej drodze dojazdowej, muszę rozbić namiot. Miejscowi zarabiają na parkingach. Każdy płaski fragment terenu to płatny parking. Nie ma rady, pchając rower, wchodzę więc w teren, na bardzo stromą górę. Wysiłek jest to kosmiczny i gdy zatrzymuję się na zboczu, jestem ledwo żywa. Na dużej stromiźnie stawiam namiot. Od strony spadku podkładam pod niego wszystko co tylko się da, aby jakoś dać radę się tu wyspać. Efekt jest… nad wyraz zadowalający.

Zaliczone gminy: Kamieniec Ząbkowicki, Kłodzko (obszar wiejski), Kłodzko (miasto), Nowa Ruda (miasto), Jedlina Zdrój, Boguszów - Gorce, Czarny Bór, Kamienna Góra (miasto), Marciszów (9 gmin).



Zdjęcia

Ciąg dalszy

Mówią mi, że jestem "naj" :)

Sobota, 11 marca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 103.20 Km teren: 0.00 Czas: 05:04 km/h: 20.37
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 432m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Poranek mija leniwie. Za oknem bieli się szron. Ani mi się śni wychodzić z domu zanim te lodowate biele nie znikną. Czytam magazyn Ewy Chodakowskiej i myślę sobie, że przydałoby się być bardziej fit. Więcej ruchu, więcej sportu. O tak! Wcinam kolejne czekoladowe ciasteczka i obiecuję sobie, że kiedyś się wezmę.

Biel za oknem w końcu znika, słońce nieśmiało przebija się na niebie, natomiast ja nieśmiało wystawiam nos z domu. Dziś w planach krótka wycieczka na południe. Przygotowałam się do niej należycie. Byłam na stronie gminy, pooglądałam zdjęcia zabytków, trasę wytyczyłam tak by po drodze odwiedzić też ciekawy most kolejowy.

Jarocin jest po drodze do Ostrowa Wlkp. Mija się go też jadąc rowerem do Kępna, albo do Krakowa. Wiele razy byłam przelotem, ale nigdy nie wpadłam na rynek. Nie widziałam pomnika glana, ani rzeźby z brązu przedstawiającej glany naturalnej wielkości.
Zaczynam od przebijania się do Swarzędza i prawie od razu mam dość. Trwają roboty drogowe i przejazd jest wprost okropny. Dość powiedzieć, że uciekam w okoliczne lasy, by uniknąć upierdliwej, miejskiej jazdy.

Tym razem wiatr mi sprzyja. Jedzie się wyjątkowo fajnie i lekko. Może to też dlatego, że dziś nie targam ze sobą sprzętu biwakowego. Sprawnie docieram do Środy Wlkp. Robię rundkę po rynku, potem zajeżdżam na Orlen. W sumie nie potrzebuję, ale kawę przecież mogę wypić :).

Zamotanie dopada mnie w Solcu. Raz po raz zerkam na gps. Zauważam, że pokazuje cały czas to samo miejsce. Tę samą prędkość. Nawet gdy stoję. Zawiecha! Nic nie działa, wyjmuję więc brutalnie jedną z baterii i odpalam od nowa. Uff, działa! Jestem jednak w niewłaściwym miejscu, pojechałam za daleko. Muszę zawrócić, by dotrzeć do pierwszej atrakcji dnia – mostu kolejowego. Motam się nieco. Nie wiem dlaczego. Jest coś dziwnego w tym Solcu. Gpsy głupieją. I ludzie też. Gruntówką docieram do przejazdu kolejowego, a potem gruntowym singlem jadę tuż pod nasypem, do mostu. Most jest piękny. Robię serię zdjęć i spacerkiem idę na drugą stronę. Potem kontynuuję jazdę terenem.

Dalsza droga do Jarocina mija spokojnie. Jadę tak jak na Ostrów. Po drodze jest jeszcze Radlin z ruinami pałacu Opalińskich. Nie potrafię obok nich przejechać obojętnie. Tym razem też robię zdjęcia. Zerkam na zegarek. Czas zagęszczać ruchy, Jarocin czeka!

W mieście najpierw odszukuję ukryty w parku pałac Radolińskich. Obecnie mieści się w nim schronisko młodzieżowe, dobrze wiedzieć. Kluczę po parkowych alejkach, potem jadę do centrum. Przed wjazdem na rynek idę pod pomnik glana. W końcu jestem w polskiej stolicy rocka. Jedyny chyba taki pomnik. Na rynku szukam odlanych z brązu glanów naturalnej wielkości. Znajduję je przy jednej z rynkowych ławeczek. Wyjmuję z sakwy zabrane specjalnie na tą okoliczność własne buciki…. A potem wyskakuję z butów spd i też ustawiam je obok.



Dworzec jest ostatnią na dziś atrakcją. Zabytkowy, ładnie zdobiony. Do pociągu wraz ze mną wsiada kilkuosobowa ekipa na kolarzówkach. Nie rozmawiamy, ale trochę się obserwujemy. Gadać zaczynamy dopiero na poznańskim dworcu. Daria, Maria i Piotr ze Zgrupki Luboń tak jak ja jechali dziś do Jarocina, rozmawia nam się tak fajnie, że przenosimy się do jednego z poznańskich pubów. W taki nieoczekiwany sposób kończę mój wyjazd :).



Mówią mi, że jestem naj :)

Blaszane niebo poleciało w kulki

Niedziela, 27 listopada 2016 Kategoria do 150
Km: 103.33 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 271m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Pod blaszanym niebem

Awanturka

Coś na pociechę nim...

... dostanę po twarzy.


kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum