Wpisy archiwalne w kategorii
do 150
| Dystans całkowity: | 15482.26 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 125:04 |
| Średnia prędkość: | 19.52 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 39.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 114978 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 174 (91 %) |
| Maks. tętno średnie: | 143 (75 %) |
| Suma kalorii: | 1924 kcal |
| Liczba aktywności: | 122 |
| Średnio na aktywność: | 126.90 km i 6h 34m |
| Więcej statystyk | |
Piłowanie
Niedziela, 9 września 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 136.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 432m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Pociągi osobowe z Wielanowa zatrzymują się w Pile. To koniec trasy. Dalej jest autobusowa komunikacja zastępcza, ze względu na remont torów. Autobusy nie przewożą rowerów. Zatem mogłam z Piły pojechać do Poznania innymi pociągami, omijajacymi odcinek w remoncie. Piła - Bydgoszcz - Poznań, na przykład. Mogłam też w Pile wsiąść na rower i rowerem wrócić do domu. "Pojadę rowerem." To była moja odpowiedź na pytanie konduktora, który sprzedając mi bilet tylko do Piły, zapytał: i co pani dalej zrobi?
Jego zaskoczenie... lubię zaskakiwać.

Droga do domu dłużyła mi się. Wiatr się odwrócił i, tak jak wczoraj, przeszkadzał. Jazdę urozmaicał ból ścięgna. Na stacji w Gołańczy nie mieli w ofercie ani kawy, ani herbaty. Jakoś tak dziwnie...

Trasa: Gołańcz, Piła, Kiszkowo, Chodzież, Mieścisko, Margonin, itd. Kolejność przypadkowa.
Jego zaskoczenie... lubię zaskakiwać.

Droga do domu dłużyła mi się. Wiatr się odwrócił i, tak jak wczoraj, przeszkadzał. Jazdę urozmaicał ból ścięgna. Na stacji w Gołańczy nie mieli w ofercie ani kawy, ani herbaty. Jakoś tak dziwnie...

Trasa: Gołańcz, Piła, Kiszkowo, Chodzież, Mieścisko, Margonin, itd. Kolejność przypadkowa.
Stegna
Sobota, 18 sierpnia 2018 Kategoria do 150
Uczestnicy
| Km: | 105.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:08 | km/h: | 25.40 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 334m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rowerowa sobota, w doskonałym towarzystwie. Pojechaliśmy z Elbląga do Stegny, nad morze. By zanurzyć stopy w wodzie. Zjeść gofra i zapiekankę. Jeden dzień, a poczułam się jak na wakacjach. Wakacje, wakacje....


Trans Am Bike Race (31)
Poniedziałek, 2 lipca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 138.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 2323m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Około 7 rano wjeżdżam do Virginii. Jest to już ostatni z 10
stanów, przez które prowadzi wyścig.

Przed Haysi są trzy bardzo ciężkie podjazdy. Wszystkie one w części zamieniają się dla mnie w podejścia. Dalej nie jest wiele lepiej. Spotykam jednego z zawodników. Tasujemy się. Jedzie nieznacznie szybciej niż ja.

Od długiego czasu, od wielu dni, staram się dorwać Lecha Kiedrowskiego. Wisi przede mną w stałej odległości około 100 km. Czasem nieco mniej. Wygląda to niezmiennie tak samo: on jedzie wolniej niż ja. Jednak bardzo mało śpi. Kiedy ja go lekko doganiam w ciągu dnia, on odskakuje w nocy.

O 13.28 docieram do Honaker. Mam na liczniku ledwie 68 km, które zdołałam wykręcić jadąc od samego rana. W pionie są to 1292 m. Jest ostro! Pokonuję prawie drugie tyle km i jestem w Meadowview, to 115 km dzisiejszej trasy, w pionie już 2111 m. Jest tu duży węzeł drogowy, leci tędy droga nr 81. Sama miejscowość jest mała. Nic tu nie ma. Nie ma nawet gdzie wpaść na żarcie. Wszystko zamknięte na głucho. Na szczęście na wyjeździe jest McD. Co za radość! Idę na obiad. Zamawiam to co zwykle. Kiedy jem, podchodzi do mnie miły człowiek, który zaprasza na nocleg do kościoła. Kusząca jest to propozycja, bo czuję się zmęczona, no ale jest to wyścig. Trzeba jechać dalej.

Niespodziewanie do Damascus docieram sprawnie. Może to dlatego, że porządnie się najadłam i zregenerowałam w klimatyzowanym wnętrzu. A może dlatego, że podjazdy są mniej strome. A może… to wszystko razem. Na głównym skrzyżowaniu, rozglądając się już powoli za pocztą do spania, zauważyłam kibiców. Stali z wymalowaną na kartce flagą Polski (odwrotną – ale w tym momencie zupełnie tego nie zauważyłam!) i wypisanym moim imieniem. Widząc, że nadjeżdżam, zawołali mnie po imieniu. Co zaskakujące, wymówili moje imię zupełnie poprawnie – co wcale nie jest takie oczywiste! Z tego wszystkiego odpowiedziałam im po polsku. Oczywiście po chwili przeszłam na angielski.

Byli to Mary i Jerry. Czekali na mnie! Spotkanie niezwykle miłe. Obserwowali jak jadę i zastanawiali się, czy dziś zdecyduję się tu przyjechać, czy odłożę to na jutrzejszy poranek. Powiedzieli, że znają mój zwyczaj nocowania na pocztach i zaraz mogą mnie na najbliższą pocztę zaprowadzić. Dodali jednak, że serdecznie zapraszają na nocleg do siebie, jeśli tylko mam ochotę. Kusili prysznicem! To wydawało mi się tak cudowne, że aż nierealne! Zjedliśmy więc razem kolację, potem poszłam pod prysznic i uprałam w ręku swoją sfatygowaną koszulkę kolarską. Dostałam na noc piżamkę w rowerki i był to podczas wyścigu jedyny moment gdy przez kilka godzin nie miałam na sobie stroju BBT 1008 km.

Spałam w prawdziwym łóżku. Cudownie, wspaniale!
Mile spędzony wieczór, noc w prawdziwym łóżku i rano wspólne śniadanie z ulubioną, gorzką, czarną herbatą.
https://ridewithgps.com/trips/27433446
Ciąg dalszy

Przed Haysi są trzy bardzo ciężkie podjazdy. Wszystkie one w części zamieniają się dla mnie w podejścia. Dalej nie jest wiele lepiej. Spotykam jednego z zawodników. Tasujemy się. Jedzie nieznacznie szybciej niż ja.

Od długiego czasu, od wielu dni, staram się dorwać Lecha Kiedrowskiego. Wisi przede mną w stałej odległości około 100 km. Czasem nieco mniej. Wygląda to niezmiennie tak samo: on jedzie wolniej niż ja. Jednak bardzo mało śpi. Kiedy ja go lekko doganiam w ciągu dnia, on odskakuje w nocy.

O 13.28 docieram do Honaker. Mam na liczniku ledwie 68 km, które zdołałam wykręcić jadąc od samego rana. W pionie są to 1292 m. Jest ostro! Pokonuję prawie drugie tyle km i jestem w Meadowview, to 115 km dzisiejszej trasy, w pionie już 2111 m. Jest tu duży węzeł drogowy, leci tędy droga nr 81. Sama miejscowość jest mała. Nic tu nie ma. Nie ma nawet gdzie wpaść na żarcie. Wszystko zamknięte na głucho. Na szczęście na wyjeździe jest McD. Co za radość! Idę na obiad. Zamawiam to co zwykle. Kiedy jem, podchodzi do mnie miły człowiek, który zaprasza na nocleg do kościoła. Kusząca jest to propozycja, bo czuję się zmęczona, no ale jest to wyścig. Trzeba jechać dalej.

Niespodziewanie do Damascus docieram sprawnie. Może to dlatego, że porządnie się najadłam i zregenerowałam w klimatyzowanym wnętrzu. A może dlatego, że podjazdy są mniej strome. A może… to wszystko razem. Na głównym skrzyżowaniu, rozglądając się już powoli za pocztą do spania, zauważyłam kibiców. Stali z wymalowaną na kartce flagą Polski (odwrotną – ale w tym momencie zupełnie tego nie zauważyłam!) i wypisanym moim imieniem. Widząc, że nadjeżdżam, zawołali mnie po imieniu. Co zaskakujące, wymówili moje imię zupełnie poprawnie – co wcale nie jest takie oczywiste! Z tego wszystkiego odpowiedziałam im po polsku. Oczywiście po chwili przeszłam na angielski.

Byli to Mary i Jerry. Czekali na mnie! Spotkanie niezwykle miłe. Obserwowali jak jadę i zastanawiali się, czy dziś zdecyduję się tu przyjechać, czy odłożę to na jutrzejszy poranek. Powiedzieli, że znają mój zwyczaj nocowania na pocztach i zaraz mogą mnie na najbliższą pocztę zaprowadzić. Dodali jednak, że serdecznie zapraszają na nocleg do siebie, jeśli tylko mam ochotę. Kusili prysznicem! To wydawało mi się tak cudowne, że aż nierealne! Zjedliśmy więc razem kolację, potem poszłam pod prysznic i uprałam w ręku swoją sfatygowaną koszulkę kolarską. Dostałam na noc piżamkę w rowerki i był to podczas wyścigu jedyny moment gdy przez kilka godzin nie miałam na sobie stroju BBT 1008 km.

Spałam w prawdziwym łóżku. Cudownie, wspaniale!
Mile spędzony wieczór, noc w prawdziwym łóżku i rano wspólne śniadanie z ulubioną, gorzką, czarną herbatą.
https://ridewithgps.com/trips/27433446
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (29)
Sobota, 30 czerwca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 131.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1792m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Od rana góry, Apallachy. Gdyby nie psy, bieda i brud,
to byłoby tu tak cudownie! Jest zielono, bardzo zielono, w tej zieleni góry
wyglądają wprost przepięknie. Dziś zgubiłam krem przeciwsłoneczny, nowy -
wczoraj kupiony. Już mam nowy. Niestety jestem dość mocno opalona. Nie lubię
opalenizny, nie podoba mi się ona, w mojej opinii wygląda mało estetycznie.
Wolę bladą skórę, bladą karnację i mimo, że dużo jeżdżę na rowerze, cały czas
staram się dbać, by nie złapać zbyt dużo opalenizny. Tu, podczas jazdy w
wyścigu, nie zawsze jestem w stanie odpowiednio zadbać o skórę. Więc jestem
opalona i wyglądam przez to strasznie. Wszystko do siebie pasuje, bo jadę
również strasznie. Powoli.

Od paru dni mam narastające problemy ze skórą. W panujących tu gorączkach oraz bardzo wysokiej wilgotności powietrza, coś dziwnego zaczęło się dziać ze skórą na brzuchu i klatce piersiowej. Pojawiły się zaczerwienienia, które przekształciły się w krwawiące ranki. Ranki te w kontakcie z koszulką kolarską pieką, szczypią. No generalnie, dokuczają. Dokucza też ranka otarciowa na tyłku. Czyszczę ją na noc, a za dnia mocno smaruję kremem i masakruję kolejnymi kilometrami po górach i w upale. Krew miesza się z kremem, ale dzięki kremowi przynajmniej jest znośnie i nie boli zbytnio. Da się przeżyć. Krem dokupiłam dziś nowy, w aptece. Spotkałam akurat grupkę miejscowych szosowców, którzy w tym czasie popilnowali mi rower. Jeszcze tylko wspólna fotka i w drogę!
Popołudniem zrobiło się gorąco: 38 stopni i pełne słońce. Do tego duże podjazdy w tym skwarze. Mój organizm nie wyrabia w takim upale. Podjazd przed Buckhorn męczyłam na raty. Do Buckhorn dotarłam ledwo żywa. A tam... sklepik, w którym śmierdziało stęchlizną. Było tam chyba tylko jedno jedyne okno, bo w środku panował półmrok, drzwi otwarte na oścież. Brak klimatyzacji. Strach było cokolwiek dotknąć, miałam wrażenie, że wszystko jest tu brudne, wilgotne i oblepione kurzem. Wziąłem napój i lody. Najgorsze lody w moim życiu. Prawie niejadalne, nie zdołałam się przemóc i zjeść całej porcji. Lody jadłam w cieniu, na ławce pod sklepem, pocąc się niemiłosiernie od samego tylko siedzenia. Kiedy wstałam z drewnianej ławki, zobaczyłam, że pozostała po mnie duża mokra plama. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek w życiu była aż tak spocona w warunkach naturalnych (sauny nie liczę). Zażenowana tym widokiem, czym prędzej wsiadłam na rower i uciekłam.

Późnym popołudniem dotarłam do Chavies. Na stacji zrobiłam drobne zakupy, potem jadąc przez tę niewielką miejscowość wypatrzyłam pocztę. Zdumiewające! Na moim wykazie poczt tej poczty nie miałam! Weszłam do środka. Wspaniale! Są gniazdka elektryczne do podładowania elektroniki, na podłodze leży dywan, a światło (co rzadkie) da się zgasić! Ta poczta mogłaby być genialną miejscówką na nocleg. Ale nie jest. A to dlatego, że nie ma tu klimatyzacji. W dodatku okna są nieotwieralne. Jest nieprzeciętnie duszno. Temperatura przekracza 30 stopni.

Pocę się od samego tylko leżenia. To bez sensu. Wychodzę i jadę kilkadziesiąt metrów dalej, pod kościół. Kościół jest zamknięty, rozbijam więc namiot na jego tyłach. Samą tylko sypialnię, bez tropiku. Jak gorąco!

Widzę jak drogą jedzie dwóch zawodników. Ich migające tylne lampki. Ten widok doprowadza mnie do rozpaczy. Ta tropikalna pogoda kompletnie mnie rozwala. Na nic nie mam siły. Zasypiam w złym nastroju. Przebyłam dziś zaledwie 131 km, a ujechałam się okrutnie.
Mapa
Ciąg dalszy

Od paru dni mam narastające problemy ze skórą. W panujących tu gorączkach oraz bardzo wysokiej wilgotności powietrza, coś dziwnego zaczęło się dziać ze skórą na brzuchu i klatce piersiowej. Pojawiły się zaczerwienienia, które przekształciły się w krwawiące ranki. Ranki te w kontakcie z koszulką kolarską pieką, szczypią. No generalnie, dokuczają. Dokucza też ranka otarciowa na tyłku. Czyszczę ją na noc, a za dnia mocno smaruję kremem i masakruję kolejnymi kilometrami po górach i w upale. Krew miesza się z kremem, ale dzięki kremowi przynajmniej jest znośnie i nie boli zbytnio. Da się przeżyć. Krem dokupiłam dziś nowy, w aptece. Spotkałam akurat grupkę miejscowych szosowców, którzy w tym czasie popilnowali mi rower. Jeszcze tylko wspólna fotka i w drogę!
Popołudniem zrobiło się gorąco: 38 stopni i pełne słońce. Do tego duże podjazdy w tym skwarze. Mój organizm nie wyrabia w takim upale. Podjazd przed Buckhorn męczyłam na raty. Do Buckhorn dotarłam ledwo żywa. A tam... sklepik, w którym śmierdziało stęchlizną. Było tam chyba tylko jedno jedyne okno, bo w środku panował półmrok, drzwi otwarte na oścież. Brak klimatyzacji. Strach było cokolwiek dotknąć, miałam wrażenie, że wszystko jest tu brudne, wilgotne i oblepione kurzem. Wziąłem napój i lody. Najgorsze lody w moim życiu. Prawie niejadalne, nie zdołałam się przemóc i zjeść całej porcji. Lody jadłam w cieniu, na ławce pod sklepem, pocąc się niemiłosiernie od samego tylko siedzenia. Kiedy wstałam z drewnianej ławki, zobaczyłam, że pozostała po mnie duża mokra plama. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek w życiu była aż tak spocona w warunkach naturalnych (sauny nie liczę). Zażenowana tym widokiem, czym prędzej wsiadłam na rower i uciekłam.

Późnym popołudniem dotarłam do Chavies. Na stacji zrobiłam drobne zakupy, potem jadąc przez tę niewielką miejscowość wypatrzyłam pocztę. Zdumiewające! Na moim wykazie poczt tej poczty nie miałam! Weszłam do środka. Wspaniale! Są gniazdka elektryczne do podładowania elektroniki, na podłodze leży dywan, a światło (co rzadkie) da się zgasić! Ta poczta mogłaby być genialną miejscówką na nocleg. Ale nie jest. A to dlatego, że nie ma tu klimatyzacji. W dodatku okna są nieotwieralne. Jest nieprzeciętnie duszno. Temperatura przekracza 30 stopni.

Pocę się od samego tylko leżenia. To bez sensu. Wychodzę i jadę kilkadziesiąt metrów dalej, pod kościół. Kościół jest zamknięty, rozbijam więc namiot na jego tyłach. Samą tylko sypialnię, bez tropiku. Jak gorąco!

Widzę jak drogą jedzie dwóch zawodników. Ich migające tylne lampki. Ten widok doprowadza mnie do rozpaczy. Ta tropikalna pogoda kompletnie mnie rozwala. Na nic nie mam siły. Zasypiam w złym nastroju. Przebyłam dziś zaledwie 131 km, a ujechałam się okrutnie.
Mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (23)
Niedziela, 24 czerwca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 148.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1880m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Poranek nie jest czysty. Na niebie widać niewesołe chmury i
wszystko wskazuje na to, że „coś z tego będzie”. Powietrze szybko robi się
duszne i ciężkie, aż w końcu za Houston (32 km dzisiejszej trasy) łapie mnie
deszcz, a potem burza z ulewą. Jest za to ciepło i nie wieje.

W takich deszczowo-burzowych warunkach przemierzam ok. 40 km do Summersville. Tam zjadam obiad i w przelotnych deszczach lecę do Eminence.

Za tą miejscowością zaczyna się ciężki odcinek z wieloma ściankami po naście procent. Niektóre wpycham, bo za ciężko jest jechać. Chwilami zastanawiam się nawet nad tym co ja robię na tak ciężkim wyścigu. Bo to cały czas jest wyścig. Niezależnie od tego, czy idę, czy jadę. W końcu osiągam Ellington. Po prawie 30 km ciągłych ścian. Masakra. Zaraz potem łapię się jednak na myśli o tym, że właśnie spełniam swoje marzenie, że jestem tu z własnej woli, chcę tu być oraz, że przyjedzie dzień gdy, już po zakończeniu wyścigu, będę sama zazdrościła sobie z tych dni. Uśmiecham się. To cudowne, że tu jestem. Że mam tę możliwość uczestniczenia w wyścigu.
Ellington to dziura zabita dechami, miejscowość wygląda tak, jakby wszyscy z niej uciekli. Pusto. Ale ponoć jest tu poczta. Teoretycznie mogłabym jechać dalej, ale kilka dni temu jakaś dziwna muszka ugryzła mnie nieco poniżej szyi. Akurat dziś z tej okazji zaczął się powiększać odczyn uczuleniowy. Tradycyjnie obrzęk, zaczerwienienie, swędzenie i uczucie ogólnego rozbicia. Najchętniej poszłabym spać do hotelu, bo jest tu hotel, ale niestety finansowo nie stać mnie na ten luksus. Krążę więc chwilę po Ellington, szukając poczty. W końcu jedna z mieszkanek podpowiada gdzie ta poczta jest. Jadąc zgodnie z jej wskazówkami, trafiam bez pudła. Obok jest kościół. Kościół to zawsze lepsza miejscówka od poczty. Przede wszystkim dlatego, że w nocy można sobie zgasić światło. No i nikt nie przyjdzie, by odebrać przesyłkę. Niestety kościół jest zamknięty. Pogoda znowu się psuje i zaczyna padać deszcz. Chowam się więc szybko na poczcie.

Kiedy jestem już zakopana w śpiworze, wchodzi mocno zarośnięty, brodaty mężczyzna. Odbiera list i chwilę ze mną gada. Zaprasza nawet do domu, na normalny nocleg do swojej rodziny, ale ja nie mam już siły, by wszystko zwijać i iść. Jedyne o czym marzę, to sen.
mapa
Ciąg dalszy

W takich deszczowo-burzowych warunkach przemierzam ok. 40 km do Summersville. Tam zjadam obiad i w przelotnych deszczach lecę do Eminence.

Za tą miejscowością zaczyna się ciężki odcinek z wieloma ściankami po naście procent. Niektóre wpycham, bo za ciężko jest jechać. Chwilami zastanawiam się nawet nad tym co ja robię na tak ciężkim wyścigu. Bo to cały czas jest wyścig. Niezależnie od tego, czy idę, czy jadę. W końcu osiągam Ellington. Po prawie 30 km ciągłych ścian. Masakra. Zaraz potem łapię się jednak na myśli o tym, że właśnie spełniam swoje marzenie, że jestem tu z własnej woli, chcę tu być oraz, że przyjedzie dzień gdy, już po zakończeniu wyścigu, będę sama zazdrościła sobie z tych dni. Uśmiecham się. To cudowne, że tu jestem. Że mam tę możliwość uczestniczenia w wyścigu.
Ellington to dziura zabita dechami, miejscowość wygląda tak, jakby wszyscy z niej uciekli. Pusto. Ale ponoć jest tu poczta. Teoretycznie mogłabym jechać dalej, ale kilka dni temu jakaś dziwna muszka ugryzła mnie nieco poniżej szyi. Akurat dziś z tej okazji zaczął się powiększać odczyn uczuleniowy. Tradycyjnie obrzęk, zaczerwienienie, swędzenie i uczucie ogólnego rozbicia. Najchętniej poszłabym spać do hotelu, bo jest tu hotel, ale niestety finansowo nie stać mnie na ten luksus. Krążę więc chwilę po Ellington, szukając poczty. W końcu jedna z mieszkanek podpowiada gdzie ta poczta jest. Jadąc zgodnie z jej wskazówkami, trafiam bez pudła. Obok jest kościół. Kościół to zawsze lepsza miejscówka od poczty. Przede wszystkim dlatego, że w nocy można sobie zgasić światło. No i nikt nie przyjdzie, by odebrać przesyłkę. Niestety kościół jest zamknięty. Pogoda znowu się psuje i zaczyna padać deszcz. Chowam się więc szybko na poczcie.

Kiedy jestem już zakopana w śpiworze, wchodzi mocno zarośnięty, brodaty mężczyzna. Odbiera list i chwilę ze mną gada. Zaprasza nawet do domu, na normalny nocleg do swojej rodziny, ale ja nie mam już siły, by wszystko zwijać i iść. Jedyne o czym marzę, to sen.
mapa
Ciąg dalszy
Trans Am Bike Race (22)
Sobota, 23 czerwca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
| Km: | 149.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1906m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W nocy, o ironio, spałam słabo. Moje serce pracowało dziwnie
i nie pozwoliło na spokojny sen.
Ranek jest więc jakiś taki byle jaki. Czuję się zmęczona. Plączę się po kuchni i pokoju. Jem, piję, pakuję klamoty na rower i… zmuszam się do wyjścia na zewnątrz. Pogoda jest piękna, ale trasa jest trudna. Wykres wysokościowy nie kłamie – tu jest ścianka za ścianką. Ostry podjazd się kończy i zaraz zaczyna się równie ostry zjazd. Nie ma czasu, ani możliwości, by robić więcej zdjęć podczas jazdy, jedno albo dwa muszą wystarczyć. Tu cały czas trzeba być skupionym i dawać z siebie wszystko.

Po 76 km bardzo interwałowej jazdy docieram do Marshfield. W sumie więcej było pod górę, niż w dół. Na tym odcinku zrobiłam 1087 m pionu. Pora coś zjeść, trafia się McD, więc jest super. Biorę jak zwykle zestaw frytki + Fish burger.

Zjadam z apetytem, jednocześnie odpoczywając od stromych ścianek i gorąca. Kiedy kończę, podchodzi do mnie nieznajomy. Pyta, czy jestem jedną z tych osób, które jadą rowerem przez całą Amerykę. Wyścig jednak jest znany. Potwierdzam. Pan kładzie mi na tacce 20 USD i mówiąc: „be safe”… ucieka. Stan mojego konta bankowego uszczupla się szybciej niż bym chciała, dlatego cieszy mnie ten niespodziewany, miły gest. Potem w ślady tego pana idą moi kibice z Polski. To piękne i wzruszające. Wreszcie nie muszę rozcieńczać izotoników wodą!
Dalsza droga to niekończące się górki, po około 50 km docieram do Hartville. Udaje mi się tutaj znaleźć miłe miejsce, gdzie mimo późnego popołudnia, zjadam pyszne danie śniadaniowe. Z nowymi siłami jadę do Graff. Wg rozpiski ma być tutaj poczta. Budynek pocztowy rzeczywiście jest. To mała poczta, wszystko wygląda dobrze. Jednak gdy naciskam klamkę, okazuje się, że drzwi są zamknięte na klucz. Z noclegu nici.
Rozczarowana jadę dalej. Docieram do Bendavis. Poczty co prawda tu nie ma, ale jest… Kościół Baptystów. Budynek jest duży. No i nie jest tu pusto. Przy wejściu kręcą się kobieta i mężczyzna. Szybko mnie zauważają, zaczynamy rozmawiać. Mówią, że co prawda w kościele nie można spać, ale mogę rozbić namiot w przykościelnym ogródku, a potem przyjść do kościoła na kolację. Rozbijam więc namiot w zapadających ciemnościach. Kiedy wszystko już prawie jest gotowe, Toni wychodzi z kościoła i mówi, że rozmawiała z pastorem i mogę jednak spać w kościele. Zwijam więc szybko namiot i ładuję się do środka.

Wraz z Toni i jej mężem zjadam kolację, a potem zasypiam w kościele. Dziś przejechałam jedynie 150 km. To bardzo mało. Ciężka poprzednia noc z dziwnymi problemami sercowymi, późny wyjazd z Ash Grove, wymagające ukształtowanie terenu i upał zrobiły swoje.
Mapa
Ciąg dalszy
Ranek jest więc jakiś taki byle jaki. Czuję się zmęczona. Plączę się po kuchni i pokoju. Jem, piję, pakuję klamoty na rower i… zmuszam się do wyjścia na zewnątrz. Pogoda jest piękna, ale trasa jest trudna. Wykres wysokościowy nie kłamie – tu jest ścianka za ścianką. Ostry podjazd się kończy i zaraz zaczyna się równie ostry zjazd. Nie ma czasu, ani możliwości, by robić więcej zdjęć podczas jazdy, jedno albo dwa muszą wystarczyć. Tu cały czas trzeba być skupionym i dawać z siebie wszystko.

Po 76 km bardzo interwałowej jazdy docieram do Marshfield. W sumie więcej było pod górę, niż w dół. Na tym odcinku zrobiłam 1087 m pionu. Pora coś zjeść, trafia się McD, więc jest super. Biorę jak zwykle zestaw frytki + Fish burger.

Zjadam z apetytem, jednocześnie odpoczywając od stromych ścianek i gorąca. Kiedy kończę, podchodzi do mnie nieznajomy. Pyta, czy jestem jedną z tych osób, które jadą rowerem przez całą Amerykę. Wyścig jednak jest znany. Potwierdzam. Pan kładzie mi na tacce 20 USD i mówiąc: „be safe”… ucieka. Stan mojego konta bankowego uszczupla się szybciej niż bym chciała, dlatego cieszy mnie ten niespodziewany, miły gest. Potem w ślady tego pana idą moi kibice z Polski. To piękne i wzruszające. Wreszcie nie muszę rozcieńczać izotoników wodą!
Dalsza droga to niekończące się górki, po około 50 km docieram do Hartville. Udaje mi się tutaj znaleźć miłe miejsce, gdzie mimo późnego popołudnia, zjadam pyszne danie śniadaniowe. Z nowymi siłami jadę do Graff. Wg rozpiski ma być tutaj poczta. Budynek pocztowy rzeczywiście jest. To mała poczta, wszystko wygląda dobrze. Jednak gdy naciskam klamkę, okazuje się, że drzwi są zamknięte na klucz. Z noclegu nici.
Rozczarowana jadę dalej. Docieram do Bendavis. Poczty co prawda tu nie ma, ale jest… Kościół Baptystów. Budynek jest duży. No i nie jest tu pusto. Przy wejściu kręcą się kobieta i mężczyzna. Szybko mnie zauważają, zaczynamy rozmawiać. Mówią, że co prawda w kościele nie można spać, ale mogę rozbić namiot w przykościelnym ogródku, a potem przyjść do kościoła na kolację. Rozbijam więc namiot w zapadających ciemnościach. Kiedy wszystko już prawie jest gotowe, Toni wychodzi z kościoła i mówi, że rozmawiała z pastorem i mogę jednak spać w kościele. Zwijam więc szybko namiot i ładuję się do środka.

Wraz z Toni i jej mężem zjadam kolację, a potem zasypiam w kościele. Dziś przejechałam jedynie 150 km. To bardzo mało. Ciężka poprzednia noc z dziwnymi problemami sercowymi, późny wyjazd z Ash Grove, wymagające ukształtowanie terenu i upał zrobiły swoje.
Mapa
Ciąg dalszy
Małopolska
Środa, 2 maja 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 129.50 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1446m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Olkusz. Dojazd do miasta był nieprzyjemny. Drogi z dużym ruchem. Od rana brzydko: zimno i mżawka. Czas w Olkuszu spędziłam przede wszystkim na zastanawianiu się, czy pada na tyle, by ubierać deszczówkę, czy jednak pozostać w wiatrówce. Deszczówka wygrała. Ale ostatecznie... to deszcz przegrał.

Ucieczka z Olkusza - każda droga jest dobra, by uciec od ruchliwej wylotówki z Olkusza - także ta, gruntowa. A... szlak czerwony by to wszystko trafił! ;)

Rabsztyn - z oddali ten zamek wygląda najładniej.

Tam się wgramolę - na majówkę pojechałam z niedziałającą przerzutką tylną. Tzn. działała tylko czasami - najczęściej wtedy, gdy zupełnie się nie spodziewałam, że zadziała. To nie była kwestia zwykłej regulacji. Coś się blokowało w manetce. Na górkach było wesoło, ale wpychu żadnego nie zaliczyłam. Wszystko w siodle.

Okienna wiosna.

Błękitny Ojców.

Kościółek na wodzie, Ojców. Cały czas jest zimno, od czasu do czasu leci mżawka.

Ruiny zamku w Ojcowie.

W Pieskowej Skale.

Dolina Prądnika, zaczęło wychodzić słońce.

Patchwork. W Naramie czekał ostry podjazd. Jak już wrzuciłam młynek, to nie mogłam z niego wyjść prawie do końca dnia. Manetka oszalała i kompletnie odmówiła współpracy. na szczęście działała przerzutka przednia.

Proszowice - siedząc tu, na ryneczku, doszłam do wniosku, że nie lubię roweru, a dokładniej Małopolski na rowerze. Droga nr 776 z dużym ruchem i brakiem pobocza była tak koszmarna, że skłoniła mnie do znacznej zmiany planów.

Wisła, Nowe Brzesko - most był bardzo wąski, ruch mógł się odbywać tylko w jedną stronę - na zmianę.

Zaliczone gminy: Sułoszowa, Iwanowice, Michałowice, Kocmyrzów-Luborzyca, Koniusza, Proszowice, Nowe Brzesko, Drwinia.
Ciąg dalszy
Trasa
Orle Gniazda
Wtorek, 1 maja 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 134.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1439m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Olsztyn, słońce Jury.

Zalew Porajski - tam gdzie jest dużo ludzi, nie może być fajnie.

Bobolice.

Mirów.

Morsko.

Na pagórku.

Smoleń.

Taka droga.

Nastrojowo.

Mój Pazurek!

Senny las.

Zaliczone gminy: Myszków.
Ciąg dalszy
Trasa

Zalew Porajski - tam gdzie jest dużo ludzi, nie może być fajnie.

Bobolice.

Mirów.

Morsko.

Na pagórku.

Smoleń.

Taka droga.

Nastrojowo.

Mój Pazurek!

Senny las.

Zaliczone gminy: Myszków.
Ciąg dalszy
Trasa
Przedwiośnie
Sobota, 10 marca 2018 Kategoria Kocia czytelnia, do 150
| Km: | 107.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 174174 ( 91%) | HRavg | 143( 75%) |
| : | kcal | Podjazdy: | 407m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po raz pierwszy, w tym roku, na przełajówce.
Stoję pod bramą.
Dalej nie pójdę.

Przebiśniegi. Idzie nowe.

Przedwiośnie.

Sędziowie patrzą i oceniają surowo. Oceniają mnie.
Kto z mieczem..., ten od miecza...
Z tarczą, czy na tarczy?...

Stoję pod bramą.
Dalej nie pójdę.

Przebiśniegi. Idzie nowe.

Przedwiośnie.

Sędziowie patrzą i oceniają surowo. Oceniają mnie.
Kto z mieczem..., ten od miecza...
Z tarczą, czy na tarczy?...

Miasto Szaleńców
Niedziela, 18 lutego 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Kocia muzyka
| Km: | 113.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 1.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 591m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Przez większość czasu było mi okropnie zimno. Jak nie w dłonie, to w stopy, a pod koniec chyba nie czułam już nic.
Myśli moje ciągle uciekały do domu, mało brakowało, a zjechałabym z trasy... który to już raz? Chyba trzeci. A może czwarty. Nie liczę. Dziś nie odpuściłam.
To o czym marzyłam, gdy jechałam, to był kubek gorącej herbaty z cytryną, zamiast ohydnie zimnej wody z bidonu, oraz gorący prysznic. Lubię, gdy wszystko staje się proste. Gdy jedyne czego potrzebuję, to podstawowe, najprostsze rzeczy. Rower mi to daje.
Myśli moje ciągle uciekały do domu, mało brakowało, a zjechałabym z trasy... który to już raz? Chyba trzeci. A może czwarty. Nie liczę. Dziś nie odpuściłam.
To o czym marzyłam, gdy jechałam, to był kubek gorącej herbaty z cytryną, zamiast ohydnie zimnej wody z bidonu, oraz gorący prysznic. Lubię, gdy wszystko staje się proste. Gdy jedyne czego potrzebuję, to podstawowe, najprostsze rzeczy. Rower mi to daje.

"Miała zestarzeć się ze mną nadzieja na coś, co czeka mnie. Miałam spokojnie przejść obok wiatraków, porażki godnie znieść. Miałaś mi pewność dać, nieważne, kto przegra, lecz kto jest sam"






