Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2018

Dystans całkowity:1618.79 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:14503 m
Liczba aktywności:15
Średnio na aktywność:107.92 km
Więcej statystyk

Trans Am Bike Race (35)

Piątek, 6 lipca 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 261.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1506m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy się budzę wiem, że to ostatni dzień wyścigu. Jeszcze dziś będę na mecie. Dziwna jest to świadomość. Pakuję się, zapalam światło na mojej ostatniej poczcie – w końcu ono powinno się palić cały czas, zgasiłam je wyłącznie na potrzeby swojego noclegu. Na zewnątrz jest jeszcze kompletnie ciemno, 5 nad ranem. I od razu jest gorąco. Aż 24 stopnie... dzień zapowiada się ciężki...



Po 32 km docieram do Mineral. Jest wcześnie rano, kręcę się tu chwilę w poszukiwaniu dinera. Dziś do zrobienia mam łącznie 261 km. Dobrze by było zacząć od porządnego śniadania. Oczywiste jest dla mnie, że cały ten odcinek przejadę dzisiaj. Choć wiem, że w Polsce są osoby, które zastanawiają się, czy rozbiję to na dwa dni. Otóż… nie ma takiej możliwości. Z pomocą jednego z mieszkańców miasteczka trafiam w miłe miejsce, w którym zjadam pożywne śniadanie. Jestem gotowa by znów zmagać się z upałem i pagórkami.
Ten ostatni dzień obfituje w spotkania z kibicami. Pierwszą osobą, która wyjeżdża mi na spotkanie jest Holly. Przyjechała na wspaniałej tytanowej kolarzówce Lynskey, jaką sama bym chętnie miała! Potem spotykamy jeszcze jednego kibica i we trójkę idziemy na śniadanie.



Holly pyta na co mam ochotę i kupuje mi cały zestaw pysznego jedzenia! Jedziemy potem jeszcze kawałek razem i Holly wykręca na Richmond. Ja jadę dalej trasą. A trasa prowadzi przez bardzo ładne tereny. W dodatku na bardzo długim odcinku wiedzie wygodnymi drogami dla rowerów. Jadąc spotykam kolejnych kibiców. Już teraz, choć przecież jeszcze cały czas jadę, składają mi gratulacje ukończenia wyścigu.

Jest gorąco i duszno. To wszystko jednak się zmienia. Na niebie pojawiają się burzowe chmury. Burza rozkręca się szybko, jest wyjątkowo gwałtowna i trwa długo. Jakieś 20 minut stoję pod gęsto ulistnionym drzewem. Leje jak z cebra. Samochody ledwo jadą. Część z nich stoi na światłach awaryjnych, bo w sumie nie widać drogi. Cieszę się, że ruch samochodowy jest odseparowany od rowerowego. Kiedy deszcz przestaje przypominać ścianę wody i zamienia się w zwykły prysznic, jadę.



Nie ma na co czekać, to już późne popołudnie, a do mety brakuje jeszcze jakieś 47 km. Burza oczywiście nadal trwa. Trasa idzie teraz lasem i tylko w jednym momencie boję się – wtedy gdy pośród błyskawic przejeżdżam po moście nad Chickahominy River. Rzeka jest szeroka i nagle jestem najwyższym punktem na otwartej przestrzeni.

Willamsburg to prawie meta, brakuje do niej już tylko 20 km. Można zacząć odliczanie. Miasteczko jest ładne. Kwitną tu kwiaty. Kwitnie również coś, co mocno mnie uczula. Niespodziewanie zaczynam bardzo mocno kaszleć. Kaszel jest tak mocny, że trudno mi złapać normalny oddech i muszę się na chwilę zatrzymać. Po wyjeździe z miasta, na szczęście, to wszystko mija bez śladu.
Pada cały czas i jest już ciemno. W deszczu jadę aż do samego końca. Nad York River, potem ścieżkami rowerowymi przez Yorktown (trochę się gubię, ale jak się dowiem potem na tych ścieżkach nie tylko ja się gubiłam) i ostatni podjazd na metę, pod Victory Monument.



W tych ostatnich chwilach, zamiast radości, w głowie siedzi mi myśl, że przecież nie tak to sobie wyobrażałam. Miałam wjechać na metę w piękny słoneczny dzień. Tymczasem jest to późny wieczór, ciemno i deszcz, w dodatku nie mam pojęcia gdzie tu jest najbliższa poczta.

Mimo takich deszczowo-wieczornych okoliczności, na mecie czeka na mnie i wiwatuje całkiem pokaźny tłum ludzi! Tom Alford i John Sprock to dwie osoby, które otaczają mnie prawdziwą opieką. Robią zdjęcia, dają jedzenie i picie. Potem idziemy razem do restauracji na pizzę, a następnie Tom ładuje mnie i mój rower (zarówno ja jak i rower jesteśmy przemoczeni od deszczu) do swojego samochodu i zawozi do przykościelnego hotelu.



Dostaję od chłopaków czyste ubranie, które dla mnie załatwili i wspaniałe klapki z motywem amerykańskiej flagi. Dowiaduję się też, że Lech Kiedrowski, którego do końca próbowałam dorwać zameldował się na mecie zaledwie ok. 6 godzin przede mną. Tak niewiele zabrakło!

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (34)

Czwartek, 5 lipca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 153.10 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2214m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
To było dobre, by nocować tutaj, tuż pod górą i od rana zacząć wspinaczkę... pieszą. To bardzo ciężki podjazd. Normalnie do zrobienia w siodle. Ale nie po ponad 6000 km wyścigu. Pod koniec góry (4 km marszu), spotkam motocyklistę.



To jeden z „Road Angels” – obserwuje wyścig i widząc, że ktoś z nas zaczyna podjazd, wyjeżdża mu motocyklem na spotkanie. Doskonale wie jak tu jest. Wie, że to odosobniona góra, że od wielu kilometrów nie było możliwości, by zaopatrzyć się w jedzenie i picie. Widział już wielu zawodników kompletnie wycieńczonych tą ścianą. I dlatego w swoich motocyklowych kuferkach ma wszystko co może być zawodnikowi potrzebne.



Mi wystarcza trochę arbuza i picie. Miłe spotkanie.
Zjazd jest niejednorodny. Z elementami podjazdu.



Od 11 godz. znowu spiekota. Masakra. Raz po raz nawierzchnią znowu jest loose gravel. Można to wziąć w ręce i przepuścić pomiędzy palcami.



A na rowerze można się na tym elegancko wyłożyć. W końcu zajeżdżam do White Hall, mając w nogach 76 km i 1400 m pionu, jest 13.50. Na wjeździe do miejscowości dogania mnie samochód, a w nim cztery dziewczyny. Mówią, że obserwowały na mapie jak jadę i wsiadły do samochodu, by mnie złapać. Mają dla mnie niespodziankę. Jest to przepyszny napój przecierowy z truskawek i bananów oraz ciastko. Odpoczywam wraz z nimi w klimatyzowanym sklepie. Mówią, że dziś moim punktem końcowym pewnie będzie Palmyra, to 61 km dalej. Żadna z nas jeszcze nie wie, że nie zostanę tam na noc, lecz dokręcę jeszcze 15 km.



Do końca dnia jest gorąco. Bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem jest przejazd przez Charlottesville - duże miasto. Ogromny ruch, wąskie, kręte i pagórkowate drogi. Dramat. Jest to chyba jedyny fragment wyścigu, gdy nie czuję się bezpiecznie na szosie. Dalej, gdy trasa ucieka z drogi nr 20, jest już lepiej. Nadal są pagórki, jest ich sporo, ale nie ma już tego strasznego ruchu.



Pod wieczór docieram do Kents Store. Nie ma tu nic. To mała wioska. Jednak tuż przy drodze zauważam pocztę. A to niespodzianka! Tej poczty nie mam na swojej rozpisce. Wchodzę do środka. To mała, kameralna i nieco zagracona poczta. Jest stare krzesło na kółkach, coś w rodzaju stolika oraz oczywiście skrytki na listy. Nie spodziewam się, by ktokolwiek miał tu przyjść. Przecież tu nic nie ma! Kilka domków na krzyż. Kiedy na ścianie znajduję wyłącznik światła, wiem już, że to jest to! Zostanę tu na noc. Klimatyzacji nie ma, jest ciepło, ale nie skwarnie. Moja ostatnia poczta wyścigu… wiele ich było, wiem, że tę zapamiętam bardzo dobrze. Rozkładam materac. Śpiwór nie jest potrzebny, bo ciepło. Zatem zwijanie się o poranku będzie szybkie.



Gaszę światło. Dobranoc, jutro ukończę Trans Am Bike Race i znajdę się w elitarnym gronie finiszerów.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (33)

Środa, 4 lipca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 177.50 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1945m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Noc na poczcie była spokojna. O 5 rano jestem już na rowerze. Jest jeszcze kompletnie ciemno. Po ciemku robię liczne pagórki po mieście. Od samego początku jest bardzo ciepło. Jeszcze w sumie noc, a już 21 stopni... to nie wróży dobrego dnia.



Jak to kiedyś usłyszałam: „it is too hot to have a good day”. No więc dziś na tapecie to, czego nie lubię. Trasa bardzo interwałowa. Ciągle ostre zjazdy i podjazdy/podejścia. Do tego dziury zabite dechami - nie ma gdzie zjeść normalnego śniadania. Po 70 km jazdy zjadam... chipsy. Daje mi to energię na kolejne 30 km pagórków. Co za rzeźnia! Jakby mało było atrakcji, tuż przed Buchanan trafia się jakieś 7-9 km po drodze wysypanej luźnym żwirem.



Dość gruba warstwa nawierzchni, którą można wziąć w dłoń i przesypywać między palcami. Jest to fatalne do jazdy na szosowych oponach. Czy wspominałam już, że jest ciężko?
Dopiero po przebyciu 101 km i 1043 m pionu, o godz. 12.49 jem śniadanie. Lepiej późno niż wcale. W zestawie frytki, cola i grzyby. Tylko to uznałam za jadalne. Z jedzeniem jest tu katastrofa. Czasami myślę sobie, że nie mogłabym mieszkać na stałe w USA ze względu na jedzenie. Choć z drugiej strony, uczestnicząc w wyścigu stołuję się zawsze na mieście, jem to co mogę dostać szybko, bez zbędnego czekania. Pewnie mając więcej czasu, lub gotując samodzielnie, można tu całkiem dobrze zjeść.

Czuję się chora od upału i stromych gór. Docierając do Lexington, na liczniku mam 146 km i 1554 m pionu. Poważnie myślę o poczcie i noclegu tutaj. A jest dopiero 18! Zbiera się na jakaś burzę. Jeśli zdecyduję się jechać dalej, to chyba czeka mnie noc w siodle, bo przez najbliższe 63 mile praktycznie nie ma sklepów, poczt. To już będzie wjazd na Wezuwiusz, ponad 1000 m n.p.m. Ostatnia bardzo duża góra wyścigu. W niewesołym nastroju szukam jakiegoś dinera. Jadę przez miasteczko uważnie się rozglądając.



I nic. Wchodzę więc do restauracji. Jest to elegancka restauracja. Białe obrusy, gustownie ubrani ludzie. No i ja. W stroju sportowym, tym samym niezmiennie od… ostatnich dni maja, gdy wylatywałam z Polski. Na szczęście nie capię i wyglądam zupełnie znośnie. Oglądam menu, mili kelnerzy pilnują mi stojący na zewnątrz pod oknem rower, kiedy idę do łazienki umyć ręce i twarz. Zamawiam dobre danie. Dokładnie to na co mam ochotę. Nie patrzę na koszty, ponieważ to jest wyścig, a mój organizm domaga się porządnego i wartościowego posiłku.



Biorę zatem gorącą, czarną herbatę (jak już kilka razy wcześniej pisałam – gorąca, czarna herbata nie jest tu dobrem powszechnym), łososia z cytryną, szpinakiem i pure ziemniaczano-marchewkowym. Tego pure zamawiam podwójną porcję. Obiad jest pyszny i sycący! W restauracji klimatyzacja jest ustawiona w taki sposób, że chłodzi w sposób przyjemny, nie jest nieznośnie zimno. Jedząc gadam sobie przez Internet. Mile jest jeść dobry obiad i rozmawiać. Tak, to prawda – do końca już niedaleko. Jeszcze tylko dwa razy trzeba będzie się zerwać ze snu przed świtem i mam to! Czuję w sobie energię. Nie zostanę tu na poczcie.

Jadę dalej jeszcze ponad 30 km, lekko pod górę, do wsi Vesuvius. To maleńka wioska u stóp góry o tej samej nazwie. Stąd właśnie zaczyna się ostatni duży podjazd TransAm. Jest tu poczta. Mikroskopijna. Oświetlona. Wszystko widać z ulicy. Raczej nie jest to dobre miejsce na sen. Jadę kawałek dalej, przekraczam tory kolejowe i wdrapuję się pod całkiem spory kościół. Kościół jest zamknięty, ale jest tu dużo przestrzeni na zewnątrz. Jest też bardzo duża wiata, już prawie zupełnie ciemno, ale widać, że ona chyba jest jeszcze w budowie. Wchodzę pod wiatę i rozbijam pod nią namiot.



W najciemniejszym punkcie. Samą sypialnię, bez tropiku. W dole ludzie puszczają sztuczne ognie i świętują. Dziś święto, Dzień Niepodległości, 4 lipca.

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (32)

Wtorek, 3 lipca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 180.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2242m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Dzień zaczynam od śniadania z Mary i Jerry`m. Potem zakładam na siebie wypraną, wilgotną nadal nieco koszulkę. Jeszcze tylko Jerry smaruje mi łańcuch i po chwili jestem już na trasie. Wilgotna koszulka przyjemnie chłodzi mnie, w dodatku sam poranek też jest raczej chłodny. To miła odmiana od poprzednich dni. Zaczynam od podjazdu. Z wysokości 604 m n.p.m. wjeżdżam na 1161 m n.p.m.. Podjazd jest długi, ciągnie się przez 28 km. Jedzie mi się go bardzo dobrze, szybko. Kiedy kończę, jestem zadowolona, przefrunęłam dosłownie nad tą górą!



Mam na liczniku 110 km, jest godz. 15 i siedzę w McDonald`s, w Fort Chiswell. Znowu na zewnątrz jest spiekota, po przyjemnym poranku pozostało jedynie wspomnienie. Żar odbiera siły. Niemniej cały czas, niezależnie od poziomu marudzenia jestem szczęśliwa. Cieszę się z tego, że mogę tu być, uczestniczyć w tym szaleńczym wyścigu. Zmagać się z pogodą, jaka w Polsce nie występuje nigdy. To piękne. Życie jest bardzo proste tutaj: jazda, jedzenie, picie, spanie, walka ze zmęczeniem i pogodą oraz górami. Gdyby tylko takie problemy istniały, to życie byłoby bajką.



Po raz drugi tego dnia ląduję w McDonald`s. Jest to w Fairlawn. Aby tu zjeść na chwilę zjechałam z trasy, która na ostatnich kilometrach malowniczo biegła lewym brzegiem rzeki New River. Teraz przekraczam most i wjeżdżam do dość sporego miasta – Radford. W mieście, nieoczekiwanie, ślad prowadzi do parku. Parkowymi ścieżkami jadę więc dalej. Taki sposób wytyczenia drogi sprawia, że przejazd przez miasto zupełnie nie stresuje. Super.





Po drodze do Christiansburg spotykam jeszcze dwoje kibiców, a potem, już po ciemku, wjeżdżam do miasta. Na wjeździe widzę znak ustawiony przy ulicy dla uczestników TABR. Znak informuje o możliwościach noclegowych dla zawodników w mieście. Mi jednak nie chce się już szukać. Bo mam namierzoną pocztę. Lubię spanie na pocztach. To jedna z tych rzeczy, które tworzą klimat wyścigu. To nie jest chyba legalne. Ale też nie jest zakazane. Nigdy nie wiem też co zastanę. Niektóre poczty są duże, nowoczesne, klimatyzowane. Inne są małe, ciasne. Jeszcze inne – zabytkowe. Jedną z zabytkowych poczt jest właśnie ta w Christiansburg.



Stara posadzka, malowidła na ścianach. Miło jest zasypiać w takim pięknym wnętrzu!

Mapa
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (31)

Poniedziałek, 2 lipca 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 138.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2323m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Około 7 rano wjeżdżam do Virginii. Jest to już ostatni z 10 stanów, przez które prowadzi wyścig.



Przed Haysi są trzy bardzo ciężkie podjazdy. Wszystkie one w części zamieniają się dla mnie w podejścia. Dalej nie jest wiele lepiej. Spotykam jednego z zawodników. Tasujemy się. Jedzie nieznacznie szybciej niż ja.



Od długiego czasu, od wielu dni, staram się dorwać Lecha Kiedrowskiego. Wisi przede mną w stałej odległości około 100 km. Czasem nieco mniej. Wygląda to niezmiennie tak samo: on jedzie wolniej niż ja. Jednak bardzo mało śpi. Kiedy ja go lekko doganiam w ciągu dnia, on odskakuje w nocy.



O 13.28 docieram do Honaker. Mam na liczniku ledwie 68 km, które zdołałam wykręcić jadąc od samego rana. W pionie są to 1292 m. Jest ostro! Pokonuję prawie drugie tyle km i jestem w Meadowview, to 115 km dzisiejszej trasy, w pionie już 2111 m. Jest tu duży węzeł drogowy, leci tędy droga nr 81. Sama miejscowość jest mała. Nic tu nie ma. Nie ma nawet gdzie wpaść na żarcie. Wszystko zamknięte na głucho. Na szczęście na wyjeździe jest McD. Co za radość! Idę na obiad. Zamawiam to co zwykle. Kiedy jem, podchodzi do mnie miły człowiek, który zaprasza na nocleg do kościoła. Kusząca jest to propozycja, bo czuję się zmęczona, no ale jest to wyścig. Trzeba jechać dalej.



Niespodziewanie do Damascus docieram sprawnie. Może to dlatego, że porządnie się najadłam i zregenerowałam w klimatyzowanym wnętrzu. A może dlatego, że podjazdy są mniej strome. A może… to wszystko razem. Na głównym skrzyżowaniu, rozglądając się już powoli za pocztą do spania, zauważyłam kibiców. Stali z wymalowaną na kartce flagą Polski (odwrotną – ale w tym momencie zupełnie tego nie zauważyłam!) i wypisanym moim imieniem. Widząc, że nadjeżdżam, zawołali mnie po imieniu. Co zaskakujące, wymówili moje imię zupełnie poprawnie – co wcale nie jest takie oczywiste! Z tego wszystkiego odpowiedziałam im po polsku. Oczywiście po chwili przeszłam na angielski.



Byli to Mary i Jerry. Czekali na mnie! Spotkanie niezwykle miłe. Obserwowali jak jadę i zastanawiali się, czy dziś zdecyduję się tu przyjechać, czy odłożę to na jutrzejszy poranek. Powiedzieli, że znają mój zwyczaj nocowania na pocztach i zaraz mogą mnie na najbliższą pocztę zaprowadzić. Dodali jednak, że serdecznie zapraszają na nocleg do siebie, jeśli tylko mam ochotę. Kusili prysznicem! To wydawało mi się tak cudowne, że aż nierealne! Zjedliśmy więc razem kolację, potem poszłam pod prysznic i uprałam w ręku swoją sfatygowaną koszulkę kolarską. Dostałam na noc piżamkę w rowerki i był to podczas wyścigu jedyny moment gdy przez kilka godzin nie miałam na sobie stroju BBT 1008 km.



Spałam w prawdziwym łóżku. Cudownie, wspaniale!
Mile spędzony wieczór, noc w prawdziwym łóżku i rano wspólne śniadanie z ulubioną, gorzką, czarną herbatą.

https://ridewithgps.com/trips/27433446
Ciąg dalszy

Trans Am Bike Race (30)

Niedziela, 1 lipca 2018 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Trans Am Bike Race 2018
Km: 156.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1782m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od samego rana pogoda jest ciężka. Duszno i wilgotno. Jak można tu żyć na co dzień? Pracować, uczyć się, odpoczywać? Wydaje mi się to nierealne. Tu samo oddychanie tą skwarną zupą męczy…



Mijam kolejne biedne wioski. Widok jest porażający. Zdjęć robię bardzo mało, bo najzwyczajniej w świecie głupio mi robić zdjęcia, dokumentować, czyjąś biedę… Ludzie często mieszkają tu w nędznych barakach, czasem nawet pod plandekami.



Baraki obrośnięte glonami i mchami od wilgoci. W barach też zupełnie inaczej, jakoś tak niechlujnie, choć nadal sympatycznie. W miejscach publicznych ludzie normalnie palą papierosy. Dużo jest tu osób palących. Palą prawie wszyscy. Inna Ameryka.



Dziś jest tak strasznie gorąco, że nawet psy pozbawione są sił. Na mój widok zazwyczaj nie rzucają się w pogoń. Szczekają z daleka, czasem leniwie podnoszą łby. Kiedy więc nadciąga burza, a wraz z nią ulewa, odczuwam radość. Myślę sobie o tym miłym ochłodzeniu, które zwykle następuje po burzy. Tu jednak naprawdę jest inaczej: po burzy powietrze nie robi się rześkie. Jest jeszcze gorzej niż przed burzą. Temperatura nie spada. Rośnie za to wilgotność powietrza. Drogi parują.



Widać jak kłęby pary unoszą się nad asfaltem. Jak w takich warunkach robić podjazd? To tak, jakby wrzucić rower do sauny i jechać w saunie. Nic miłego.



Tego dnia dopadła mnie jeszcze jedna burza. Nie zmokłam jednak, bo w tym czasie robiłam zakupy na stacji. Kiedy wyszłam, było już po wszystkim. Szybko i gwałtownie. Pod wieczór wszystko wskazywało na to, że jednak zmoknę, ale znowu się udało.



Z burzą na plecach, pośród błyskawic rozcinających niebo, dotarłam do Elkhorn City.



Szybko zlokalizowałam pocztę. To była bardzo przyjemna poczta, choć bez klimy. W środku zakamarkowo i nie gorąco. Szło normalnie oddychać.



Ciepło. Położyłam się więc na samym materacu, bez śpiwora. Zasypiałam ze świadomością, że dzięki temu z rana urwę kilka cennych minut.

Mapa
Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum