Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(101)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Czerwiec, 2017

Dystans całkowity:1741.14 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:11306 m
Liczba aktywności:26
Średnio na aktywność:66.97 km
Więcej statystyk

Poniedziałek

Poniedziałek, 19 czerwca 2017 Kategoria do 50
Km: 33.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 221m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Ogryzek

Niedziela, 18 czerwca 2017 Kategoria do 50
Km: 16.17 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 56m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze

Wakacje na Ścianie 9

Niedziela, 18 czerwca 2017
Km: 27.85 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 290m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ponad 10-godzinna podróż pociągiem przede mną. Wracam do domu.



Zdjęcia

Wakacje na Ścianie 8

Sobota, 17 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 146.40 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2270m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Całą noc przelotnie padało. Ranek wita nas zimny i początkowo bezdeszczowy. Początkowo, bo w ciągu dnia pada wielokrotnie i z różną intensywnością. Najbardziej górzysty dzień mamy niestety w marnej pogodzie. Ze Słowacji wydostajemy się wjeżdżając na przełęcz Radoszycką, a w Polsce zjeżdżamy do Radoszyc. 



W Cisnej zaskakuje nas ogromna ilość samochodów i dziki tłum ludzi. Zważywszy na marną pogodę, aż trudno uwierzyć w to co widzimy. Jednak szybko łączymy to z długim weekendem. W dodatku po miasteczku chodzą ubłoceni ludzie z medalami na szyjach. Wygląda na to, że właśnie zakończyły się jakieś pieszo - błotne zawody sportowe. To wiele tłumaczy. Wbijamy się do jednego z lokali na ciepły obiad i herbatę.

Posileni jedziemy nad Solinę. Droga wcale nie jest prosta, raz po raz wyrastają przed nami konkretne ścianki. Kiedy w końcu docieramy do zapory, okazuje się, że część spacerowa z widokiem na Solinę jest w remoncie. Udostępnione jest jedynie wąskie przejście. Z rowerami nie ma szans się tam wcisnąć. Oglądamy więc zbiornik jedynie z daleka, przez pręty metalowego ogrodzenia.

Dalej, zmęczeni sporym ruchem, uciekamy na mniej główną drogę. W Myczkowcach przechodzi ona w parokilometrowy kamienny bruk. Potem na chwilę wyjeżdżamy na DK84 znaną z BBT. Odbijamy z niej w Olszanicy i jedziemy do Ropienki. Za Ropienką podjazd wakacji. Długa ściana.

Pogoda znowu się pogarsza. Nie dość, że cały czas jest zimno, do tego znowu mocno pada. Do Arłamowa docieramy w strugach deszczu, powoli robi się też szaro. Jesteśmy porządnie przemoczeni, a zjazd funduje nam dodatkowy prysznic. Przez chwilę przechodzi nam przez myśl nocleg w agroturystyce. Ale ostatecznie namiot wygrywa. Pod namiotem jest fajniej. Nawet jeśli ten namiot chwilowo bardziej przypomina zatęchłą, mokrą szmatę niż piękny pałac.

Mapa:

Zdjęcia

.

Wakacje na Ścianie 7

Piątek, 16 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 131.60 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1192m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy otwieram namiot, widzę rządek kwitnącego barszczu Sosnowskiego na tle gór. Przed nami końcówka podjazdu na przełęcz Użocką. Jedzie się trochę jak po płaskowyżu. Cały czas teren lekko faluje. Niby podjazd, ale z elementami zjazdu. Trudno się zorientować czy ten zjazd, który się właśnie zaczyna to już jest ten właściwy z przełęczy, czy któryś z wielu drobnych zjazdów. Tuż za przełęczą drogę grodzi szlaban posterunku kontrolnego. Musimy okazać paszporty i opowiedzieć skąd oraz dokąd jedziemy. Zjazd jest bardzo ciężki. Trzeba mocno uważać - droga z drugiej stronie przełęczy nie doczekała się jeszcze remontu. Dziury, wyrwy, kratery, piach, żwir. Wszelkie atrakcje!

W Użoku odwiedzamy mały sklepik. Na ladzie leżą zeszyt, talerzyk i najprawdziwsze stare, drewniane liczydło! Razem z portfelem wyjmuję aparat i pstrykam szybką fotkę. Robimy zakupy. Jak w innym sklepikach - tu też stoi ekspres. Biorę więc czarną, mocną kawę. Pyszna! Pogoda nadal dopisuje, choć niebo już nie jest idealnie błękitne. Siedząc przy drewnianym stole pod sklepikiem obserwujemy wiejskie życie. W obejściach stoją wysokie snopki siana, aktywność koncentruje się przy sklepie. Jest to miejsce nie tylko zakupów, ale też spotkań, rozmów. Po ulicy leniwie chodzą krowy, raz po raz przejedzie mały ciągnik samoróbka, wóz z sianem, albo stara Łada.



Ruszamy i szybko zatrzymujemy się - Michał złapał kapcia. Dalsza część zjazdu również jest dziurawa. Docieramy do Wielkie Berezne. Wyraźnie zanosi się na deszcz. Miasto nie zachwyca. Jest najzwyczajniej w świecie brzydkie. Robimy zakupy i jedziemy na przejście graniczne ze Słowacją. Przed samą granicą jeszcze szybka wizyta na stacji paliw. Za pozostałe Hrywny kupujemy lody, a ja dodatkowo jeszcze kilka paczek suszonych ryb. W międzyczasie zaczyna padać. Na przejściu granicznym spędzamy chwilę czasu. Najpierw kontrola paszportowa na wyjściu z Ukrainy, potem na wejściu na Słowację. Deszczyk na dobre się rozpadał, ubieramy więc kurtki przeciwdeszczowe. Od razu zrobiło się też sporo chłodniej.

Słowacja to na początku same lasy i o niebo lepsza droga od tej, którą mieliśmy na zjeździe z przełęczy Użockiej. Jest spokojnie i jedzie się przyjemnie. Dopiero przed Sniną robi się gorzej. Ruch nagle jest bardzo duży, a kierowcy mało ostrożni. W strugach deszczu zajeżdżamy pod supermarket. Michał przynosi z niego m.in. ciepłe bułeczki. Za Sniną wracają spokojne drogi, deszcz też się nieco uspokaja. Niebo jednak nie wróży poprawy pogody i pod koniec dnia łapią nas burza z ulewą. Siedzimy na przystanku i czekamy na koniec nawałnicy. Burza w końcu mija, ale nie przestaje padać. Z pobliskiego gospodarstwa załatwiam wodę na nocleg. Rozbijamy się w padającym deszczu tuż za Svetlice.

Mapa:

Zdjęcia

Ciąg dalszy

Wakacje na Ścianie 6

Czwartek, 15 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 139.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1354m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Donośny i rozbawiony głos wypowiada słowo "pobudka!"
Co się dzieje? Wyrwana z głębokiego snu myślę początkowo, że to Michał się wygłupia i coś mu odburkuję. Nie ma żadnej odpowiedzi, a ja coraz bardziej rozbudzona słyszę oddalające się kroki. Powoli przypominam sobie wczorajszy wieczór. No tak, po całej tej hecy z awarią rozbiliśmy się tuż przy polnej ścieżce. Zupełnie się nie schowaliśmy, to i zostaliśmy znalezieni ;).

Po śniadaniu jedziemy do Medyki, na przejście graniczne z Ukrainą. Boli mnie kolano. Próbujemy więc zmienić ustawienie bloków. Dzień jest bardzo słoneczny i wygląda na to, że wreszcie będzie ciepło. Dziś święto, wszystkie sklepy od rana są zamknięte, a my po wczorajszym "awaryjnym popołudniu" nie mamy już prawie wcale jedzenia. Na przejściu granicznym po polskiej stronie są sklepy, ale nie udaje się kupić żadnego chleba. Niezbyt ładnie wygląda granica. Jakieś budy, baraki handlowe, sporo drobnych śmieci, generalnie wrażenie bałaganu i brudu. Wymieniamy pieniądze na walutę ukraińską i idziemy do bramek dla pieszych. Kolejka jest dość spora. Ludzie wyglądają dziwnie. Żadnej z tych twarzy raczej bym nie chciała zobaczyć w wąskiej, ciemnej uliczce. Kontrola paszportowa przebiega sprawnie. Obywatele UE mają osobną kolejkę, która jest krótka. To ratuje sytuację. Wychodzimy z Polski. Potem kawałek jedziemy rowerami, a następnie przechodzimy kolejną kontrolę i wchodzimy na Ukrainę.

Po drugiej stronie granicy jest sporo sklepików. Bałagan całkiem podobny do naszego. Sklepiki są czynne. Kupujemy więc chleb, pierniczki, a ja nawet biorę kawę! Tego u nas nie ma - ekspresów do kawy w małych sklepikach spożywczych. Tu są. Kawa nie kosztuje dużo i jest pyszna. Mocna, tak jak lubię. Podczas picia kawy bawię się z miejscowym kotkiem.

Pierwsze kilometry na Ukrainie to piękna, równa i szeroka droga. Nie jedziemy długo. Brak śniadania zrobił swoje. Gdy tylko na horyzoncie pojawia się duża stacja paliw - wbijamy się. Bierzemy jedzenie na ciepło, dokupujemy też prowiant.
W Mościskach odbijamy na bardziej lokalną szosę. Samo miasteczko ma pięknie zadbany skwer z klombami, w głębi którego stoi cerkiew. Wygląda to niesamowicie!

Droga do Samboru jest już gorsza. Trochę  nierówna, trochę dziurawa. Nie przeszkadza to jednak jakoś istotnie. Do Starego Samboru wiedzie główniejsza szosa. Niestety do doskonałości wiele jej brakuje. Ruchu nie ma dużego. W dodatku droga jest bardzo szeroka.

Dużym zaskoczeniem jest barszcz Sosnowskiego. Tę groźną roślinę można spotkać niemal wszędzie! Rośnie na nieużytkach, przy torach kolejowych, przy samej drodze, na łąkach. Występuje zarówno nisko, jak i wysoko. Najwyżej wypatrzone przeze mnie stanowisko było na wys. 750 m. n.p.m. Dziwne, że nikt tu tego nie tępi.



Droga na przełęcz Użocką, którą jedziemy, jest po remoncie. Czyli ideał szosy. Samochodów prawie nie ma. Mijane miejscowości przypominają wioski z dzieciństwa, a rolnictwo jest tu ciężką, ręczną pracą. Nie ma nowoczesnych maszyn, są za to ludzie, którzy własnymi siłami zbierają plony, stawiają snopki siana, pasą krowy, czy kozy. Chwilami mam wrażenie, że jestem w żywym skansenie i bardzo mi się ten skansen podoba.

Droga konsekwentnie cały czas pnie się pod górę. Podjazd jest łagodny. Docieramy do Turki. To ostatnia na dziś większa miejscowość. Gdzieś w tej okolicy spotykamy sakwiarza z Polski. Jedzie sam. Planuje jeszcze przejechać ok. 20 km. My plan mamy mniej ambitny: jakieś 10 km i szukamy miejscówki. Po krótkiej rozmowie lecimy.

Miejscówkę noclegową znajdujemy bardzo ładną. Jest to wzgórze, z którego widać całą okolicę. Takie miejscówki nie trafiają się często.

Mapa:

Zdjęcia

Zaliczone gminy: Medyka.

Ciąg dalszy

Wakacje na Ścianie 5

Środa, 14 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Zdaniem Kota Uczestnicy
Km: 138.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 880m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wiało mocno całą noc. Poranek nie jest nic lepszy. Wieje nawet bardziej. Gotuję wodę na kawę 3w1 i czuję, że jestem kompletnie niewyspana. Po śniadaniu zwijamy obozowisko i ruszamy. Wiatr jest silny i zimny. Za to widoki są świetne, widzialność genialna. Droga do Tomaszowa Lubelskiego jest pagórkowata. Przejazd przez miasto mało przyjemny - duży ruch, hałas. Niebo już od dawna nie jest błękitne. Zastąpił je szarochmur. Stacja Orlenu w całej tej szarości i chłodzie jest jak promyk słońca. Pora na kofeinkę!

Moje zakwasy mają się świetnie. Ledwo chodzę. Co dziwne jakoś mogę jechać rowerem, ale chodzenie jest bolesne. Zastanawiam się jak będzie w górach, skoro już teraz jest tak źle. 

W Bełżcu odwiedzamy wyjątkowo przygnębiające miejsce. Jest to Muzeum - Miejsce Pamięci. Od lutego do grudnia 1940 roku działał tu niemiecki Obóz Zagłady, w którym - w tak krótkim czasie - zamordowano aż 500 000 Żydów. Wstrząsająca i straszliwa zbrodnia.



Kiedy docieramy do Werchraty, popaduje. Niby nic wielkiego. Bardziej straszy niż faktycznie pada. Jednak w chłodzie i wietrze te przelotne deszczyki są mało przyjemne. Droga do Horyńca-Zdroju ciągnie się w nieskończoność, ale w końcu udaje się tam jakoś doczłapać. Nogi mam w stanie opłakanym. Brak roweru przez prawie miesiąc zrobił swoje. Pora na przerwę. Najpierw odwiedzamy sklepiki metalowy (Michał potrzebuje śrubkę) i drogerię (ja potrzebuję małą bateryjkę do pulsometru). Potem w jednym z lokali zamawiamy pierogi.

Przejeżdżamy dziś przez miejscowość i gminę o wyjątkowo oryginalnej nazwie: Wielkie Oczy. Dziwna nazwa wg tablicy informacyjnej pochodzi najpewniej od dwóch stawów, które dawniej tu były. Udaje nam się przejechać prawie 140 km, gdy w Michała rowerze pęka śruba w zacisku sztycy. Nic nie idzie z tym zrobić. Tego co zostało w gwincie nijak nie udaje się ruszyć. Jesteśmy jakieś 20-25 km od Przemyśla, jest chwila po 18.00, jutro święto - Boże Ciało. Stoimy na mostku nad rzeką Wisznią i wygląda to wyjątkowo nieciekawie. Nie da się przecież jechać z taką awarią.

Odpalam internet i szukam kontaktu do jakiegoś sklepu rowerowego w Przemyślu. Michał nie chce rozmawiać przez telefon, mimo, że to jego awaria. Robię więc to za niego. Praktycznie nie ma nadziei, że ktokolwiek o tej porze w przededniu święta odbierze telefon. Jednak staje się cud - po drugiej stronie odzywa się męski głos. Tłumaczę w czym rzecz. Pan mówi, że sklep już jest zamknięty, a on nawet nie mieszka w Przemyślu. Jednak po chwili pyta skąd i gdzie jedziemy. Opowiadam. Pan chwilę milczy, po czym mówi, że podjedzie do sklepu w Przemyślu i otworzy go dla nas, abyśmy przez tę awarię nie musieli kończyć wakacji.

Jest to sklep rowerowy MAR-BIKE, Przemyśl, ul. Mickiewicza nr 28.

Nigdy w życiu tam nie byłam. Nigdy nie spotkałam tego przemiłego pana, który poświęcił dla nas swój wolny wieczór. Jednak taki gest znaczy bardzo dużo. Z całą pewnością warto ten sklep odwiedzić. Siedzi tam człowiek, dla którego rowery to coś więcej niż tylko zarobek, który dla ratowania wakacji nieznanych cyklistów otworzył sklep po godzinach i specjalnie do niego przyjechał.

Aż się nie chce wierzyć! Co za szczęście! Michał pośpiesznie bierze mój rower, ściąga z niego cały bagaż i gna do Przemyśla. Ja... mam za to teraz dużo czasu. Zostaję na mostku z całym mega bałaganem. Michałowy rower, na którym nie da się jechać. Moje sakwy i worek z ekwipunkiem do spania, Michała torby i torebki. Naraz dociera do mnie, że Michał zostawił mnie samą na pustkowiu, bez sprawnego roweru, bez możliwości ucieczki, gdyby coś zaczęło się dziać... Cóż, nie będę przecież siedzieć na tym moście! Ze 100 m dalej jest przystanek autobusowy z wiatą. Przenoszę na raty cały sprzęt, siedzę i czekam... prawie 4 godziny, z narastającym strachem.... W końcu, gdy już jest głęboka szarówka, wraca Michał. Oddycham z ulgą. Udało się załatwić nowy zacisk. Jest jednak już zbyt późno, by jechać dalej. Odjeżdżamy kawałek za mostkiem w bok i tuż przy polnej ścieżce rozbijamy namioty.

Mapa:


Zdjęcia

Zaliczone gminy: Rachanie, Tarnawatka, Tomaszów Lubelski (miasto), Tomaszów Lubelski (teren wiejski), Bełżec, Lubycza Królewska, Horyniec-Zdrój, Lubaczów (teren wiejski), Lubaczów (miasto), Wielkie Oczy, Radymno (teren wiejski), Stubno (12 gmin).

Ciąg dalszy

Wakacje na Ścianie 4

Wtorek, 13 czerwca 2017 Kategoria do 200, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 162.50 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 703m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Dziś na długi czas dosłownie przyklejamy się do granicy. Początkowo polsko - białoruskiej, potem polsko - ukraińskiej.

Udaje nam się przejechać niecałe 20 km (lecimy akurat ścieżkami rowerowymi przez Włodawę) i wtedy z posesji na dużej prędkości wyjeżdża samochód. Prawie ląduję na jego masce. Udaje mi się wyhamować i mocno skręcić kierownicę, by nie doszło do wypadku. To mogło skończyć się fatalnie. Zatrzymujemy ten samochód i robimy kierowcy mega awanturę. Niestety w nerwach żadne z nas nie wzywa policji, ani nie robi zdjęcia tablic rejestracyjnych i kierowca ostatecznie ucieka bezkarnie. To niemiłe spotkanie wystarcza w zupełności, by kompletnie przeszła mi ochota na jakikolwiek dłuższy postój w tym mieście. Michał kupuje jedynie wodę, chwilę gada pod sklepem z sakwiarzami, którzy trochę narzekają na Green Velo i bez żalu wybywamy stąd.

Mocno dziś wieje, w dodatku zakwasy nic, a nic nie chcą ustąpić. Jedzie się więc ciężko i powoli. W Dorohusku na ławce w parku robimy pierwszą dłuższą przerwę. Miejsce nie jest osłonięte od wiatru, szybko robi się nam zimno.

Naszą uwagę praktycznie od samego początku wyjazdu zwraca ogromna ilość bocianów. W każdej miejscowości przynajmniej po kilka zajętych gniazd. Mniej lub bardziej okazałych. Bociany chodzące po podwórkach, łąkach, a nawet po ulicy to tutaj zupełnie normalny widok.

Przed Hrubieszowem pojawiają się pierwsze większe pagórki. Na wjeździe do miasta odwiedzamy Orlen, bo to chyba pora na kawę :). Wyjeżdżając z  miasta kręcimy chwilę po DK74, a potem zmagając się z mocnym wiatrem skaczemy po kolejnych wzniesieniach. Po (mimo zakwasów) kawie jedzie mi się super.



Namioty rozbijamy dziś w lesie liściastym. Noc jest bardzo wietrzna i z tego powodu słabo śpię.

Mapa:

Zdjęcia


Zaliczone gminy: Włodawa (teren wiejski), Włodawa (miasto), Wola Uhruska, Ruda-Huta, Dorohusk, Dubienka, Horodło, Hrubieszów (teren wiejski), Hrubieszów (miasto), Werbkowice, Mircze, Tyszowce (12 gmin).

Ciąg dalszy

Wakacje na Ścianie 3

Poniedziałek, 12 czerwca 2017 Kategoria do 200, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 179.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 593m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od rana czuję się średnio. Przed wakacjami praktycznie cały miesiąc nie jeździłam na rowerze z powodu urazu kciuka. Dwa dni jazdy sprawiły, że w nogach zrobiły mi się mega zakwasy. Dość powiedzieć, że trudno mi jest zginać nogi. Nawet wejść do namiotu lub z niego wyjść. Nieprzyjemne jest również zwykłe chodzenie.

Pogoda nie jest zbyt piękna. Chłodno i niebo zaciągnięte chmurami. Jedzie mi się niezbyt dobrze przez te zakwasy. Czuję je szczególnie gdy jedziemy pod górę do Świętej Góry Grabarki - serca polskiego prawosławia. Góra zasłynęła w 1710 roku, gdy w okolicy szalała epidemia cholery. Wtedy to pewnemu starcowi we śnie objawiło się, że ratunku trzeba szukać na pobliskiej górze. Ludzie idąc na górę, przynosili ze sobą krzyże, pili wodę ze źródełka i obmywali się nią. Wg kronik parafialnych ratunek od choroby znalazło wtedy 10.000 osób. Wzgórze jest zadrzewione, jednak to nie drzewa robią największe wrażenie.
Robi je las krzyży.



Wyjeżdżając z Grabarki ryzykujemy jazdę mało ruchliwą drogą do Mielnika, do przeprawy promowej na Bugu. Prom powinien być. Alternatywą dla promu jest DK19. Michał mówi, że droga ta nie należy do przyjemnych. W Mielniku najpierw znajdujemy miejsce starej przeprawy promowej. Poza skromną, przycumowaną łódeczką nie ma tu nic. Sprawdzamy jeszcze raz w internecie gdzie znajduje się przeprawa i jedziemy dalej. Mamy nieco szczęścia. Mimo, że załapaliśmy się na przerwę w kursowaniu promu (prom pływa bezpłatnie, ale pan proponuje, że jeśli damy mu małą łapóweczkę, to zrobi dla nas jeszcze jeden kurs przed przerwą), udaje nam się popłynąć. A to dlatego, że krótko po nas na przeprawę trafia... klasa policyjna! Wszyscy płyniemy za darmo - tak jak powinno być i nikt już o łapówkach nie wspomina :).
Po drugiej stronie Bugu przysiadamy pod wiatą na jedzonko (pada akurat deszczyk), a potem gruntówką dojeżdżamy do szosy.

Entuzjazm do jazdy na dobre wraca w Terespolu. Tak, to jest TEN słynny Terespol, daleko na wschodzie kraju. Nie jestem wielką entuzjastką robienia zdjęć przy każdej lub prawie każdej tabliczce z nazwą miejscowości, ale tu fotkę trzeba zrobić koniecznie! Kawałek za miastem rozsiadamy się na trawie i robimy krótką przerwę na kanapki. Pogoda pogarsza się. Do Kodenia jedziemy targani zimnym wiatrem. Kiedy już tam docieramy, idziemy na porządny obiad. Gdy jemy, przetacza się burza i spada ściana wody. Czekamy aż pogoda się wyszaleje i jedziemy na noc do Hanny.

Hanna to nie jest nasza koleżanka. Jest to nazwa miejscowości oraz gminy!

Mapa:


Zdjęcia

Zaliczone gminy: Dubicze Cerkiewne, Kleszczele, Milejczyce, Nurzec Stacja, Mielnik, Sarnaki, Konstantynów, Janów Podlaski, Rokitno, Terespol, Kodeń, Sławatycze, Hanna (13 gmin).

Ciąg dalszy

Wakacje na Ścianie 2

Niedziela, 11 czerwca 2017 Kategoria do 200, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 157.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 782m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Droga, przy której spaliśmy wydawała się mało ruchliwa, ale jednak ostatecznie byliśmy zaskoczeni, że samochodów jest więcej niż się początkowo spodziewaliśmy.

Krótko po ruszeniu zbliżamy się niemal na wyciągnięcie ręki do białoruskiej granicy. Widać dość wyraźnie słupki graniczne, a las za tymi słupkami to już Białoruś. Moja elektronika cały czas nie działa (poza GPS). W Krynkach robimy postój w parku, a potem odwiedzamy sklepik. Kupując baterie do licznika dochodzę do wniosku, że wzroku nie mam już tak ostrego jak w młodości. Usiłuję odczytać wypisany maczkiem symbol baterii i nie udaje mi się to. Z pomocą przychodzi miła pracownica sklepu... podając mi swoje okulary. Zakładam je na nos i nagle napis widać zupełnie czytelnie :). Niestety nowa bateria nie pomaga. Licznik raz się włącza, raz wyłącza kasując wszystkie dane. Najbardziej przeszkadza mi to, że nie widzę aktualnej temperatury oraz godziny.

Przed nami Kruszyniany. Miejsce wyjątkowo atrakcyjne. Przede wszystkim, mimo wczesnej godzinny, jedziemy do Zajazdu Tatarskiego. Chcemy spróbować kuchni tatarskiej. Obiad przed południem? A dlaczego nie! Nie jest łatwo wybrać. Jednak w końcu decyduję się na babkę ziemniaczaną po tatarsku. Babka jest na ciepło. Michał też bierze coś egzotycznego. Najadamy się pysznym jedzonkiem do syta i z nową energią jedziemy pod piękny zielony meczet. Bardzo żałuję, że niebo jest szare. O ile ładniej by tu było, gdyby zechciało być błękitne! Pod meczetem spotkanie z Zibim - starym znajomym z maratonów szosowych.



Na trasie mamy niedługi odcinek krajówką. Jest to DK65. Ruchu jednak nie ma prawie wcale. Strasznie nie jest.
Następny przystanek robimy nad zbiornikiem zaporowym Siemianówka, utworzonym w dolinie górnej Narwi. Dzień jest dziwny. Gdy słońce się chowa - robi się chłodno. Gdy wychodzi zza chmur - jest gorąco. Kiedy zbliżamy się do jeziora, akurat jest gorąco. Kupujemy więc lody i tak zaopatrzeni jedziemy nad wodę. Jak miło jest być na wakacjach!

Do Narewki jedziemy ruchliwą, mało przyjemną drogą. Wpadamy na pomysł, by uciec z tej szosy, trochę wydłużyć trasę i gruntówką pojechać do Białowieży. Szutrowa droga jest w dobrym stanie i jedzie się nią przyjemnie. Odwiedzamy Białowieżę, przekraczamy też bramę Białowieskiego Parku Narodowego. Niestety żubrów nie udaje nam się zobaczyć.
Zwartym kompleksem leśnym pomykamy do Hajnówki. Robimy w niej zakupy na wieczór i parę kilometrów za miasteczkiem rozbijamy namioty.

Mapa:

Zdjęcia

Zaliczone gminy: Sokółka, Szudziałowo, Krynki, Gródek, Michałowo, Narewka, Hajnówka (obszar wiejski), Hajnówka (miasto), Białowieża (9 gmin).

Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum