Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Kot w wielkim mieście

Dystans całkowity:8125.77 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:263:45
Średnia prędkość:23.04 km/h
Maksymalna prędkość:49.50 km/h
Suma podjazdów:30310 m
Maks. tętno średnie:128 (67 %)
Liczba aktywności:38
Średnio na aktywność:213.84 km i 14h 39m
Więcej statystyk

Warszawa w pierwszej połowie marca

Niedziela, 14 marca 2021 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Km: 309.40 Km teren: 0.00 Czas: 13:33 km/h: 22.83
Pr. maks.: 47.96 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 897m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ostatni weekend zimy 2020/2021 wypadało godnie uczcić. Niezbyt rowerowa dla mnie ta zima była. Poza tym, że od początku roku co miesiąc wpadała dłuższa trasa, to w zasadzie nie działo się nic. W styczniu Gdańsk. W lutym Częstochowa. A w marcu… Warszawa.

Wyruszyłam na trasę o 3.38 w niedzielę. Niedziela to dobry dzień na jazdę drogą krajową nr 92. Ruch jest wtedy mały i warunki są wprost idealne, by zrobić długą trasę po dobrej nawierzchni. Nocny początek dłuży mi się. W dodatku muszę cały czas skupiać wzrok, zwłaszcza pomiędzy miejscowościami, gdzie nie ma oświetlenia: od soboty jest silny wiatr i za jego sprawą na drodze leży sporo gałęzi. Niezbyt dużych, ale jednak wolę, by żadna z nich nie wplątała mi się w koło.



Pierwsze 100 km to bardzo nieprzyjemny odcinek. Mam silny i lodowato zimny wiatr boczny. To bardzo wychładza. Czuję, jak stopniowo, prawostronnie zamieniam się w zmarzlinę. Pod jedną z wiat przystankowych zatrzymuję się i ubieram cieplej. Na wiatrówce ląduje deszczówka. Nie pada, ale przydaje się dla lepszej izolacji termicznej. Dodatkowo na prawą stopę, w której z zimna powoli tracę czucie, nakładam woreczek foliowy. Nadal jest ciemno.

Wschód słońca oglądam dopiero gdzieś w okolicy Słupcy. Niebo jest czyste, zimny i przeszkadzający wiatr wzmaga się. Aż wierzyć się nie chce, że to wszystko ma się niedługo zmienić. Według prognoz, wiatr ma zacząć pomagać, a błękitne niebo zastąpią chmury, z których spadnie deszcz.



Nieco zmęczona walką z wiatrem, docieram do Genowefy. To żadna z moich koleżanek. To miejscowość. Jest tu przy drodze stacja Orlenu. Godzina 8:44, 103 km za mną – idealny moment na pierwszy postój i słodką kawę.

Walka z wiatrem kończy się za Koninem. Swoje dołożyły też lekkie górki. Górki i wiatr sprawiły, że poczułam się trochę jak ten koniński koń przy trasie – żaden galop, tylko stanie dęba.



Potem jest już lepiej. Wiatr wreszcie pomaga. W Kole robię kilka zdjęć malowniczo rozlanej Warty.



Tymczasem niebo od jakiegoś już czasu poszarzało. Jadę akurat obwodnicą Krośniewic (około 153 km trasy), gdy zaczyna lekko kropić. Na początku nic sobie z tego nie robię, ale gdy z biegiem czasu zaczyna padać mocniej, zatrzymuję się na chwilę i zakładam spodnie deszczowe oraz osłonkę na kask.



Staram się zagęszczać ruchy. Minimalizować postoje i nie obijać się zanadto. A to dlatego, że dziś jest trochę jak na wyścigu. Jadę jako ucieczka, natomiast z domu jedzie za mną pościg. Drugi i ostatni postój robię na Orlenie w Nowych Zdunach, równo 100 km po poprzednim postoju. Jest to tuż przed Łowiczem. Biorę tu małą herbatę z cytryną, dokupuję izotonik i zjadam ciastko z wiśnią i czekoladą kupione jeszcze w sobotę w Gruzińskiej Piekarni.

Łowicz, tak jak pozostałe, wcześniejsze miasta, mijam lekko bokiem. Cały czas raz po raz papaduje deszczyk. Dopiero w Sochaczewie lekko wjeżdżam do miasta. To tu uciekam z DK 92, by resztę trasy do Warszawy zrobić zupełnie bocznymi drogami. Przejeżdżam przez Żelazową Wolę, mijam dom urodzenia Fryderyka Chopina, przecinam most na Utracie i wszystko się zmienia. Do Warszawy jeszcze około 50 km. Z każdym kilometrem coraz bliżej i z każdym kilometrem… coraz trudniej w to uwierzyć: ogromne miasto jest blisko, tymczasem jadę przez kompletne wioski. Biegają tu luzem psy i kury, przy drodze często widać drewniane domki, które czas świetności mają dawno już za sobą. Apogeum wszystkiego,to wjazd w teren. Ubity, lekko kamienisty szuter, a kawałek za nim dołem idzie trasa S8.



Widać stąd już wieżowce stolicy. Jeszcze trochę i naraz z całej tej wiejskiej scenerii nagle wjeżdżam do miasta. Wrażenie jest niesamowite. Jeszcze bardziej niesamowite jest to, że nadal jadę jako ucieczka.

Złapana zostaję już w Warszawie, na jednym ze skrzyżowań, na światłach.



Jak na prawdziwym wyścigu, ucieczka skasowana na sam koniec! Od teraz, już zupełnie bez pospiechu, jedziemy przez miasto i często robimy zdjęcia. Nie trzeba się spieszyć. Do odjazdu pociągu o 20:18, jeszcze ponad 2 godziny. Pod Pałacem Kultury jesteśmy o 17:55.



Stąd kierujemy się na Starówkę.



Ubieramy się cieplej i jak wielu innych turystów spacerujemy, pijemy herbatę, jemy oscypki, słuchamy ulicznych grajków. W międzyczasie dzień dobiega końca.

Rowerem i pieszo do Gdańska

Piątek, 22 stycznia 2021 Kategoria do 350, Kot w wielkim mieście, Kocia czytelnia, Gdańsk
Km: 335.40 Km teren: 0.00 Czas: 18:11 km/h: 18.45
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1327m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
" — Widzisz - powiedziała - tyle jest tego, co nie znajduje sobie miejsca ani latem, ani jesienią, ani na wiosnę. To wszystko, co jest nieśmiałe i zagubione. Niektóre rodzaje nocnych zwierząt i tacy, którzy nigdzie nie pasują i w których nikt nie wierzy... Trzymają się na uboczu cały rok. A potem kiedy jest spokojnie i biało i kiedy noce stają się długie, a wszyscy posnęli snem zimowym — wtedy wychodzą".

Tove Jansson "Zima Muminków"


Gwieździsta noc, lecz niebo całe czarne. Pod kołami mojego roweru tysiące gwiazd. Mienią się i skrzą lodowym blaskiem. Ostrożnie. Wystarczy jeden fałszywy ruch…
5:03 w styczniu, to jeszcze noc. Patrzę w gwiazdy rozsypane na asfalcie i nie cieszy mnie ich widok.

Pierwszy postój to Janowiec. Biorę kawę i zjadam kanapkę. Słońce niedawno wstało i zapowiada się ładny dzień. Wiatr sprzyja aż do setnego kilometra. Dopiero za Kcynią, gdy wykręcam na wschód, zaczyna przeszkadzać. Do tego robi się dziwnie. Droga biegnie doliną Noteci, w cieniu zbocza. Mało słońca tu dociera i widać to bardzo wyraźnie. Chodnik i droga dla rowerów całe zaśnieżone i zalodzone. Na szosie śnieżne jęzory. Zastanawiam się jak będą wyglądały szosy w lasach na północy kraju, mając nadzieję, że nie gorzej niż tu.

W Nakle krótki przystanek pod wiatą i szybka wizyta na stacji. Nie biorę niczego ciepłego do picia, postanawiam dociągnąć do Tlenia, gdzie mam nadzieję zjeść, jak co roku, obiad.



Szosa nr 241 z Nakła na Mroczę tradycyjnie jest nieprzyjemna. Ruch umiarkowany, ale jednak drażniący. Z ulgą z niej zjeżdżam i nie przeszkadza mi nawet boczny wiatr, który się pojawia wraz ze zmianą kierunku. W Koronowie jestem o 13:18. Przejeżdżam przez miasteczko, robię kilka fotek nad Kanałem Lateralnym i zagłębiam się w lasy. Nie jest źle. Sporo śniegu, ale drogi czyste.



Najzimniej jest nad jeziorem Wierzchy. Pełno śniegu i ten chłód! Jezioro ma zamarzniętą taflę. Po raz pierwszy widzę je białe. Jest cicho i spokojnie.



Cisza aż dźwięczy w uszach. Aż by się chciało zostać tu dłużej. Niestety dotkliwy ziąb szybko weryfikuje te chęci.



A potem jest Tleń. Pod słynnym Przystankiem zatrzymuję się tylko na chwilę. Przez obostrzenia epidemiczne jedzenie można zamówić tylko na wynos. Nie bardzo wyobrażam sobie obiad na wynos, gdy się ma w nogach ponad 200 km i gdy jedzie się rowerem. Wychłodzenie organizmu z pewnością by przyszło bardzo szybko. Robię fotkę, bo… to wszystko, co w tej sytuacji mogę zrobić. Godzina 16:10, jadę dalej. Za Tleniem jest pod górę. Zwykle podjazd ten robię zregenerowana i posilona dobrym obiadem. Teraz jadę na żelu energetycznym. Jest jakoś inaczej. Niefajnie. Szosy w lasach na szczęście cały czas są ok. Docieram do miejscowości Osie, powoli robi się szaro. Za Osiem szosa znowu wnika w las. Naraz czuję, że tylne koło lekko ucieka. Na asfalcie jest trochę śniegowej chlapy i dużo wody. Trochę podobnie to wygląda, jak w dolinie Noteci. A potem jest już tylko gorzej. Śnieg, śnieg, sporo śniegu. Czasem cała szosa w śniegu, czasem wolne od niego wąskie paski wyjeżdżone przez koła samochodów. No i ciemno. Słońce zaszło już jakiś czas temu.

Kiedy docieram do Lipionek, mam za sobą 222 km i jestem nieco poirytowana. Przeprawa śniegowa, podczas której idę i jadę na zmianę trwa już długo i miło by było, gdyby w końcu dobiegła końca.



Zatrzymuję się na przystanku autobusowym i sprawdzam w telefonie mapę. Nie wygląda to zbyt dobrze. 10 kilometrów zabawy w śniegu już co prawda za mną, ale wszystko wskazuje na to, że zanim dotrę do główniejszej drogi, czeka mnie jeszcze 8 km przeprawy. Karmię się nadzieją, że może nie będzie tak źle, ale sama za bardzo w to nie wierzę. Tak więc aż do Jaszczerka na zmianę idę i jadę. Raz po raz, gdy jedzie jakiś samochód, muszę włazić w głębokie zaspy, żebyśmy mogli bezpiecznie się minąć. 18 kilometrów marszo-jazdy.



Kiedy w końcu docieram do drogi wojewódzkiej, cieszę się jak dzika. Oczywiście obiecuję sobie, że na pierwszej napotkanej stacji robię w pełni zasłużoną przerwę na gorącą herbatę. Stacja taka trafia się w Skórczu i jest to pierwszy przystanek w cieple od… 185 km.



Biorę herbatę i uciekam z nią do toalety. Na wszelki wypadek. Jest epidemia i nigdy nie wiadomo, jak zachowa się obsługa stacji. Gdyby ktoś nadmiernie zatroskany o moje dobro i bezpieczeństwo kazał mi wyjść z herbatą na zewnątrz, to chyba bym tego nie zniosła. Rygluję się więc w toalecie. Opuszczam deskę, myję ręce i siadam. Jem, piję. Wreszcie w cieple i bez strachu, że ktoś mnie wygoni. Te kilka minut działa cuda. Wychodzę ze stacji i gdyby nie ból wychłodzonych kolan, czuję się świetnie. Modlę się o to, by dalsza droga była już bez śniegowych atrakcji. Na przeprawę straciłam bardzo dużo czasu i kosztowała mnie ona dużo energii. Obiecuję sobie, że na drogę krajową nr 91 wyjadę zaraz za Pelplinem, a nie jak zwykle dopiero w Tczewie. Na wszelki wypadek, by na pewno nie władować się już w żaden śnieg. Mam też plan awaryjny. Jeśli pobocza 91 będą zasyfione lub zaśnieżone, to wycofuję się z trasy, kupuję wodę, zakładam biwak i przeczekuję do rana.

Droga do Pelplina jest prawie bez śniegu. Raz po raz pojawiają się śnieżno-lodowe jęzory, ale nie ma tego dużo. Wystarczy tylko jechać uważnie, żeby w nic takiego się nie władować. Na dojeździe do miasta zaczyna lekko kropić deszczyk. Zupełnie tak jakby zima chciała powiedzieć: pamiętaj, zawsze może być gorzej…

Zawsze może być gorzej: temperatura na minimalnym plusie i deszcz. Raz mocniej raz słabiej. Pada. Spędzam w Pelplinie kilka minut. Odwiedzam toaletę na Orlenie, potem na mieście robię zdjęcia iluminacji świątecznych. Deszcz jednak każe się streszczać.



Z coraz mocniej bolącym lewym kolanem jadę dalej. Pod jedną z wiat autobusowych zakładam pełen strój deszczowy.



Planu rezygnacji z trasy na szczęście nie muszę realizować. Ruch na DK 91 jest mały, mimo piątkowego wieczoru. Pobocza natomiast są idealnie lub niemal idealnie czyste. Żadnego śniegu, żadnego lodu. Super!
Ostatni, trzeci postój robię na dużym Orlenie w Pszczółkach. Biorę herbatę i tak jak w Skórczu, chowam się z nią w toalecie. Stąd do Gdańska jest już blisko (31 km), dlatego kupuję tu też dużą butelkę wody mineralnej na nocleg. Te ostatnie 31 km mogę jechać z dodatkowym ciężarem.

Tabliczkę z napisem Gdańsk mijam o godzinie 00:33.



A więc to już sobota. Parę kilometrów dalej jest nowy wiadukt, na którym rok temu miałam wypadek. Coś się we mnie blokuje. Nie potrafię przejechać tego odcinka. Schodzę z roweru. Włażę na chodnik. Idę powoli. Oglądam to miejsce dokładnie…

A potem jest już tylko radość. Nie ma nic więcej poza cudownym, starym Gdańskiem. Wjeżdżam na Most Zielony, zatrzymuję się w bramie. Zachwyt. Pięknie wygląda Długi Targ w świątecznej szacie. Po to właśnie tu jechałam, by zobaczyć te wszystkie światełka, migotliwą choinkę. Robię całą serię zdjęć. Czas spędzony teraz, tu – jest nagrodą za całą trasę. Uśmiecham się sama do siebie, bo wiem, że to jeszcze nie wszystko. W ramach nagrody jest jeszcze noc w lesie na Westerplatte, pomnik na Westerplatte i Gdańsk jutro rano.





Kończę sesję zdjęciową. Staram się zapamiętać dobrze ten piękny widok i mając go cały czas przed oczami, ruszam w drogę na Westerplatte. Noc pełna jest gwiazd. Są wszędzie. Na niebie i na ziemi też. Te na niebie są piękne i czyste. Te na ziemi skrzą się złowrogo i przywołują piątkowy poranek. Ostrożnie!

Na wiadukcie, na ulicy Sucharskiego, siadam na dobrze oświetlonym przystanku autobusowym. To dobry moment na zagotowanie wody i zalanie liofilizatu. Będzie idealny do jedzenia, gdy dojadę do lasu i założę biwak. Wyjmuję kuchenkę i gotuję wodę. Potem mam do przejechania zupełnie krótki odcinek i już jestem na miejscu. Wnikam w las i po raz drugi w życiu kładę się spać do worka biwakowego, jeszcze tylko obiadek i zasłużony odpoczynek. Niebo i korony drzew – to widzę tuż przed snem.

Ciąg dalszy

Westerplatte i Gdańsk

Poniedziałek, 18 marca 2019 Kategoria do 50, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Km: 20.15 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 179m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzik ustawiłam tak, by zadzwonił tuż przed wschodem słońca. Tak, abym mogła wystawić twarz z namiotu, o ile oczywiście będzie warto, o ile niebo nie będzie pełne chmur.

Noc minęła szybko. Spałam mocno na tyle, że nie potrzebowałam stoperków. Hałas całej tej wielkiej maszynerii po drugiej strony ulicy zupełnie mi nie przeszkadzał. Ranek wstał zimny - były tylko 4 stopnie na plusie. W poniedziałek rano jest tu inaczej niż w poranek niedzielny. Poprzednio było tu zupełnie pusto. Teraz przez gałęzie drzew mogę patrzeć na ludzi idących do pracy. Dziwne to uczucie: oglądać innych z ukrycia. Wstawiam wodę na kawę. Zjadam śniadanie i czuję, że to już czas złożyć obozowisko i pojechać pod Pomnik, a potem na miasto.

Pogoda jest niezwykła. Niebo to błękit poprzetykany chmurami. Podjeżdżam na plażę. Poza poszukiwaczem bursztynów i mną, nie ma tu nikogo. Potem jadę pod Pomnik Obrońców Westerplatte. Wieje! Wieje niesamowicie mocno! Pomnik stoi na odsłoniętej górce. Pod pomnikiem wywieja jest ogromna. Robię kilka zdjęć i uciekam na dół. Przenikliwe zimno i przeszywający wiatr nie pozwalają tu pobyć dłużej.



Dojazd do miasta w dużym wietrze. No ale dziś nigdzie mi się nie spieszy. Mogę sobie spokojnie jechać. Na Stare Miasto docieram chwilę po godzinie 8 i nie jest tu zupełnie pusto. Nie ma też jednak tłoku. Robię zdjęcia, a potem chowam się w kawiarni. Jak dobrze jest posiedzieć w cieple! Potem znowu wychodzę na miasto. I tak mija czas... przychodzi pora powrotu do domu.

Westerplatte

Niedziela, 17 marca 2019 Kategoria do 350, Gdańsk, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Km: 327.60 Km teren: 0.00 Czas: 14:48 km/h: 22.14
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1327m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzę się znacznie wcześniej niż planowałam. Wiercę się trochę, ale szybko uznaję, że to bez sensu tak leżeć. Lepiej będzie po prostu wstać i zjeść śniadanie (o ile śniadaniem można nazwać posiłek zjedzony około 3.50 w nocy). Koniec końców, wychodzę z domu o 4.25. Ruszam w ciemność. Deszcz, który bębnił o dach, kiedy jadłam śniadanie akurat szczęśliwie przestał padać. Szosy są mokre i koła rozchlapują wodę, ale przynajmniej nie moknę od góry. Dość długo jest ciemno. Jednak w porównaniu z ubiegłorocznym listopadowym Wielanowem – to jest nic. Listopadowe noce są dłuższe, a poranki wstają niezbyt chętnie…. Dziś czuć, że wiosna się zbliża wielkimi krokami. Jadąc czuję jej oddech na plecach.

Tak. Są to ostatnie chwile, ostatnia szansa, by – jak co roku – pojechać do Gdańska zimą. Nie ma co czekać na lepszy czas, bo taki - tej zimy, już nie przyjdzie. Zestaw pogodowy jest całkiem dobry: mam silny wiatr w plecy, nie jest zimno (minimalnie 6, a maksymalnie 14 stopni), no i prawie nie pada.

Kiedy docieram do Janowca, jest już jasno. Tuż przed 7 rano. Biorę kawę, przegryzam kanapką i jadę. Zbyt długo ta jazda nie trwa, bo naraz czuję, że dzieje się coś dziwnego. Kapeć. Oczywiście z tyłu. Na flaku toczę się z 200-300 m pod wiatę przystankową, którą widzę w oddali. Zupełnie nie mam ochoty zmieniać dętki gdzieś na rowie, pod płotem, czy znakiem drogowym. Wiata jest lepsza. Narzędzia w podsiodłówce mam na samym dnie, więc aby je wyjąć, muszę najpierw wyjąć wszystko inne. Potem zdejmowanie koła, wymiana dętki, pompowanie i zakładanie koła. Schodzi ponad 20 minut.

Kiedy wsiadam ponownie na rower, jest jakoś inaczej. Od razu i natychmiast. Boli w lewym biodrze. Auć! Niedobrze – nie mogę się mocniej zgiąć, nie mogę zejść w dolny chwyt! Mimo bólu, nie przestaję jechać. Próbuję jakoś to rozciągnąć, rozprowadzić ból. I nic. Przez całe 50 km, do Nakła, jadę z mocnym bólem. W Nakle przerwa na Orlenie. Biorę zapiekankę i herbatę z syropem malinowym. Herbata stygnie powoli. Zapiekanka została już miłym wspomnieniem, a tu jeszcze trzeba chwilę poczekać aż da się ją wypić.

Wyjazd z Nakła jest spokojny. Fajnie, bo zwykle jest tu spory ruch i bywa nieco nerwowo. Po wyjeździe z Nakła przecinam DK 10. A na skrzyżowaniu… McD! To nowość. Jestem przekonana, że wcześniej tego tu nie było. Warto wiedzieć, choć dla mnie, na tej trasie, niczego to nie zmienia. Główny posiłek i tak zjem prawie 100 km za Nakłem, w Tleniu. Kilometry uciekają szybko. Biodro cały czas boli. Próbuję schodzić w dolny chwyt, ale ból jest zbyt dotkliwy i nie mogę w tej pozycji jechać zbyt długo.

Do Koronowa jest ostry zjazd. Droga w tym miejscu została wyremontowana i można teraz to polecieć bardzo szybko, bez ryzyka władowania się w jakąś podłą wyrwę. Niebo wygląda dynamicznie – granatowe, opite deszczem chmury na zmianę ze słońcem. Wieje cały czas mocno. Ten wiatr sprawia, że nie czuć ciepła. Jest 14 stopni, a można mieć wrażenie, że jednak znacznie chłodniej. Nic mnie tu, w Koronowie, nie zatrzymuje. Lecę dalej. Za Kanałem Lateralnym uciekam z krajówki w boczną drogę. Teraz trasa idzie lasem. Co dziwne jest tu dość sporo samochodów. Może to dlatego, że jest niedziela? A może godzina taka – w końcu jestem tu chwilę po 12 w południe. Wcześnie.

Gdy pojawia się osty zjazd nad jezioro Wierzchy, wiem że Przystanek Tleń jest bardzo blisko. Na tym zjeździe, zza zakrętu wypada mi naprzeciw jadące pod górę całe stado motocykli, a wraz z nimi osobówka. Motocykle wyprzedzają z głośnym rykiem silników samochód i robi się nieprzyjemnie ciasno… No tak, skoro motocykliści wyjechali na drogi, to znaczy, że wiosna naprawdę jest już blisko.

Przystanek Tleń wygląda dziś inaczej niż zwykle. Po raz pierwszy zatrzymuje mnie w drzwiach wystawiona plansza z wypisaną prośbą o oczekiwanie na wskazanie stolika. W środku dużo ludzi. Wszystkie stoliki zajęte. Czas oczekiwania to 25 minut. Chociaż… wolna jest jedna z małych sof, z niskim stolikiem – jeśli… chcę usiąść w tym miejscu. Oczywiście, że chcę! Zawsze siedzę właśnie tu. Choć ta jedna jedyna „moja” sofa jest akurat zajęta. Jak zwykle mogę wejść razem z rowerem. Zamawiam porządny obiad. Biorę zupę grzybową, sandacza z ziemniakami, bobem i sosem krewetkowym oraz herbatę. Natomiast w ramach deseru wybieram szarlotkę na ciepło i cappuccino. Wszystko jest wprost przepyszne. Przystanek Tleń to wspaniałe miejsce.

Po bitej godzinie wychodzę na zewnątrz, jest godzina 15.30 i zupełnie jasno. Jest też zaskakująco duży ruch. Zwykle bywam w tym miejscu znacznie później, w sobotę – a nie, jak dziś – w niedzielę. No i nigdy nie byłam tutaj tak blisko pierwszego dnia wiosny! Tłumy ludzi w Przystanku Tleń, duży ruch na zwykle pustych szosach – to już ostatni dzwonek, by zrobić tę trasę. Nie jest zbyt przyjemnie.

Jeszcze przez jakieś 50 km jadę za jasności. Nowa Cerkiew to już głęboka szarówka. W dodatku od jakiegoś czasu przelotnie pada. Zatrzymuję się pod wiatą przystankową i ubieram strój deszczowy. Najgorsze warunki pogodowe trafiają mi się przed Pelplinem. Wiatr dziwnie kręci. Trafiają się bardzo silne boczne podmuchy i wtedy muszę mocno trzymać rower. W dodatku jest ciemno, pada, szosa jest wąska, no i są samochody. W mieście na chwilę zajeżdżam na stację. Kupuję picie oraz 2 pierniczki. Krótki przystanek, praktycznie od razu jadę dalej. Nie ma na co czekać. Coraz bardziej myślę o tym, że chętnie bym poszła spać. Tymczasem kropi, a do Westerplatte brakuje jeszcze 65 km.

Bocznymi drogami jadę dalej, przez 20 km, do Tczewa. Deszcz raz pada, raz nie pada. Jest chłodno. Wieje czasem z tyłu, czasem z boku. Bywało przyjemniej, bywało też gorzej. W Tczewie decyduję, że resztę trasy, tj. następne 40 km, przejadę DK 91. Ruch, co dziwne, nie jest duży. To niedzielny wieczór, więc spodziewałam się, że będzie paskudnie. Tymczasem samochodów jest zaskakująco mało. Co jeszcze dziwniejsze – te co są, jadą na ogół nie w stroną Gdańska, a na południe. To sprawia, że wyprzedza mnie mało samochodów. W dodatku na znacznej części tej szosy jest pobocze.

Jakieś 26 km przed Westerplatte, widzę w oddali światła Rafinerii. To już blisko! Do Gdańska wjeżdżam równo o 21.28. Nigdy nie dotarłam tu tak wcześnie. Mam zatem czas. Mimo kropiącego raz po raz deszczyku, odwiedzam piękne stare miasto. W nocnej scenerii wszystko wygląda zupełnie inaczej niż za dnia. Jest po prostu pięknie. Migotliwie. Ciepłe światła lamp ulicznych, mokry bruk, wszystko lśni.

No a potem pozostaje już tylko dojazd na Westerplatte. Miejscówki noclegowej nie szukam. Wiem gdzie jechać. Nie muszę nawet uważnie się rozglądać. To miejsce można znaleźć nasłuchując. Szum jadących po szynach wagonów. Jęki, zgrzyty i trzaski maszynerii. Osobliwa nocna filharmonia. Wnikam w las…

Zdjęcia
Mapa



Ciąg dalszy

Kraków

Czwartek, 3 maja 2018 Kategoria do 100, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Km: 74.55 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 172m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy byłam już utwierdzona w przekonaniu, że nie lubię Małopolski, ta rzuciła mi pod koła najpiękniejszy las, jaki kiedykolwiek widziałam.

Od rana spędziłam jakieś pół godziny na robieniu zdjęć. Żadne nie oddaje tego niesamowitego piękna.

Dalej Małopolska również mile mnie zaskoczyła, zacierając wczorajszy niesmak. Wjechałam na Wiślaną Trasę Rowerową. Od Nowego Brzeska naście kilometrów asfaltowego dywanika na wiślanym wale. Potem jeszcze kawałek tą trasą o nawierzchni gruntowej (w budowie). Aż w końcu wyjazd na szosę. Udało mi się chyba dobrze zaplanować wjazd do Krakowa, bo mijałam całe grupy cyklistów i ruch samochodowy był mały.

Blisko Krakowa trafiały się i takie widoki:

W Krakowie:

Kraków

Wawel


Zaliczone gminy: Niepołomice.

Podsumowanie:
Na majówkę miałam nie jechać. Tak się jednak złożyło, że miałam aż 3 dni tylko dla siebie. Trasę zaplanowałam na szybko, bez większego zastanawiania się, bez gminnej optymalizacji. Brałam pod uwagę przede wszystkim kryterium pogodowe (nie miałam ochoty przez 3 dni marznąć i moknąć). W drugiej kolejności szukałam atrakcji i jedyne co mi przyszło go głowy, to szlak Orlich Gniazd. Zupełnie nie miałam czasu na wczytywanie się, czy ten szlak w całości jest szosowy, więc naprędce skleciłam własną, szosową trasę, oczywiście bez dróg krajowych.

Na resztę trasy - po Orlich Gniazdach - zupełnie nie miałam pomysłu, więc zrobiłam łuk w okolicy Krakowa. Drogi wojewódzkie, które na tym łuku się pojawiły były niestety paskudne do jazdy rowerem. Drugiego dnia jazdy miałam dużo ruchliwych szos, których szybko miałam dość. Dużo czasu spędziłam na przystankach autobusowych. Siedziałam tak sobie... bo nie miałam ochoty jechać. Wkurzał mnie okropnie cały ten uliczny smród i hałas. Dzień sobie uciekał, a ja prawie stałam w miejscu.

Kiedy już doszłam do wniosku, że serdecznie nie lubię Małopolski i mocno zmodyfikowałam trasę, trafiłam w miejsce wyjątkowej urody - do Puszczy Niepołomickiej. W tak wspaniałym lesie nie byłam nigdy wcześniej. Jadąc tamtędy wieczorem, dnia drugiego i słysząc pohukiwanie sów, czułam się więcej niż zachęcona, by wejść w ten las na nocleg. Noc była wspaniała. Sowy. I kompletna, nieprzenikniona ciemność. Rankiem na biwaku spędziłam aż 2 godziny, z czego dobre 30 minut chodziłam po tym lesie, robiąc zdjęcia. Zaczarowane miejsce. Żal było wychodzić i jechać dalej.

Dalsza droga to była Wiślana Trasa Rowerowa. Trafiłam na nią przypadkiem: wąski asfaltowy dywanik biegnący rzecznym wałem. Łącznie WTRem przejechałam 15 km, z czego niewielka część miała nawierzchnię gruntową (szlak jest cały czas w budowie). Dojazd do Krakowa przyjemny - bocznymi drogami. A samo miasto? Cóż, przyznaję, że gubiłam się. W ścisłym centrum tłum ludzi, w dodatku dzień zrobił się skwarny. Ze 2-3 godziny kręciłam się po centrum. Próbowałam zjeść jakiś obiad w którymś z licznych ogródków, ale... nie udało się. Na zewnątrz ponoć nie można ustawiać rowerów i przypinać do ogrodzenia, bo straż miejska wlepia za to mandaty. Do ogródka z rowerem nie sposób było się wcisnąć.

W tej sytuacji, jedyne co dałam radę kupić i zjeść - będąc z rowerem - to były lody. Zjadałam łącznie aż 6 gałek lodów, w ramach obiadu. W pociągu powrotnym, ścisk. Dużo ludzi, mimo środka majówki. Na szczęście miałam miejscówkę i na szczęście działała klimatyzacja. A w Poznaniu - inny świat. Czułam się trochę tak, jakby ktoś z hiszpańskiego lata wrzucił mnie w lato norweskie. Kraków żegnałam w upale, Poznań natomiast powitał mnie chłodem i padającym deszczem.
Trasa

Styczniowy Gdańsk

Niedziela, 7 stycznia 2018 Kategoria do 50, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście Uczestnicy
Km: 18.85 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kaszlę. Budzi mnie mój własny kaszel. Zimne powietrze wczorajszego dnia trochę mi chyba zaszkodziło. Odpalam kuchenkę i gotuję wodę na kawę. Jeden stopień powyżej zera. Zimniutko. W takich warunkach, po takiej trasie kawa 3w1 smakuje najlepiej. Sącząc gorący napój myślę sobie, że to genialna miejscówka, dużo lepsza niż Rafineria. Potem zwijam namiot i jadę szukać pomnika. Ale najpierw wizyta nad morzem. Po raz pierwszy widzę morze w Gdańsku! Wieje silny wiatr, fale są wysokie. Nie bawię więc tu długo. Droga nagle się kończy. Zaczyna się teren wojskowy. Ogrodzenie, stróżówka. Napis o obowiązku okazania przepustki bez wezwania budzi respekt. Gdzież ten monument? Zdesperowana podchodzę do furtki obiektu wojskowego i nim udaje mi się nacisnąć dzwonek, wychodzi dwóch żołnierzy.
     - Dzień dobry, może to wydać się panom zabawne, ale nie mogę znaleźć pomnika, gdzie to jest?
     - Dzień dobry, to nie jest zabawne – odpowiada jeden z nich z poważną miną, po czym kontynuuje:
     - Pomnik został rozebrany. Nie ma go już, nie cieszył się zainteresowaniem, coraz mniej ludzi go odwiedzało, wzbudzał kontrowersje.
     - To niemożliwe! Pan musi żartować!
Wtedy znika cała powaga. Żołnierz śmieje się łobuzersko i dokładnie wyjaśnia gdzie mam dalej jechać.
Pod monumentem jest zupełnie pusto. Zimny, styczniowy poranek. Spędzam tu w zadumie kilka chwil.

Dalsza część dnia to dojazd co zabytkowego centrum. Towarzyszy mi Giovanni, który wyjeżdża naprzeciw. Razem jedziemy na słynną ul. Długą, pod fontannę Neptuna oraz na śniadanie. Niebo w końcu na dobre się przeciera i robi się błękitne. Świątecznie przystrojone zabytkowe centrum wygląda zjawiskowo. Moja wisienka na torcie.


Bal

Sobota, 6 stycznia 2018 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście, Gdańsk
Km: 319.30 Km teren: 0.00 Czas: 15:07 km/h: 21.12
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Noworoczny bal zakończyłam na Westerplatte.



        ….czas ruszać w drogę. Taki wymarsz zawsze jest nagły. W jednej chwili wszystko się zmienia, temu, kto odchodzi, zależy na każdej minucie, szybko wyciąga namiotowe śledzie i gasi żar, zanim ktokolwiek przyjdzie przeszkadzać i wypytywać, i zaczyna biec, w biegu zarzucając plecak, i wreszcie jest już w drodze, raptem spokojny niczym wędrujące drzewo, na którym nie rusza się ani jeden liść. Tam, gdzie stał namiot, świeci pusty prostokąt zbielałej trawy. Później, kiedy zrobi się dzień, zbudzą się przyjaciele i powiedzą: „Odszedł, widać jesień się zbliża”.
           Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie

Podczas śniadania sprawdzam prognozy. A jednak ma padać… W pośpiechu przepakowuję bagaż. Planowałam po raz pierwszy spać pod płachtą biwakową, ale skoro ma być deszcz i jeden stopień powyżej zera, to… jednak nie. Zakładam większą torbę trójkątną w ramę roweru i pakuję do niej swój najlżejszy namiot. Płachta zostaje w domu.

Przez to małe zamieszanie wychodzę z domu znacznie później niż planowałam, ale kiedy tylko ruszam, ogarnia mnie znajomy spokój. Jest ciemno. Styczniowy dzień bardzo nie chce wstać, za to noc czerni się w nieskończoność. Tuż nad drogą unoszą się mgły. Niewiele widać. Aby lecieć w chmurach, wcale nie trzeba odrywać się od ziemi. Przychodzi w końcu chwila, gdy niebo przestaje być idealnie czarne. Następuje przedświt. Potem świt. Aż w końcu wschód słońca. Kawa na Orlenie w Janowcu Wielkopolskim jest słodka i wzbogacona czekoladą.

Jest zimno, 2-3 stopnie powyżej zera. Testuję skarpetki i koszulkę z wełny merino. O ile koszulka jest super, to ciepłe skarpetki są super po wielokroć. Jestem mocno zaskoczona, bo mam tylko te skarpetki, bez ochraniaczy na butach, a nie marznę w stopy!
Noc była bezchmurna, poranek był podobnie piękny. Ale jeszcze przed południem słońce chowa się za chmurami. Robi się beznadziejnie szaro. Drzewa są nagie, bezlistne, kolor mają… drewniany. Brązowo-buro-szary. Te same drzewa na wiosnę będą zachwycać soczystą zielenią.
Wiosna? Jak to daleko! To dalej niż do Gdańska.

To dzieje się właśnie teraz: Ameryka zamarza, Australia się gotuje, a Polska - topi. Pola pod wodą. Łąki pod wodą. Topią się słupy energetyczne oraz drzewa. Ziemia jest przesiąknięta, rowy przepełnione, a kałuże wyglądają jak jeziora. To jeszcze bajoro, czy już staw? Nikt nie łowi ryb. A zatem, bajoro. Moja miejscówka pod Rafinerią Gdańską pewnie zamieniła się w bagno. Ale dziś nie potrzebuję się tym martwić. Bo będę spała na Westerplatte.

Wiatrołomy. Drzewa leżące na ziemi, pochylone od wiatru jak źdźbła trawy. Musiał tu przejść huragan. To wszystko widzę dojeżdżając do Nakła. Widok upiorny i wstrząsający.

Nakło n. Notecią wita mnie szarością. Jest lepiej niż rok temu – nie ma takiego ruchu. Miasto jest nieco senne. Nie ma tu niczego co by mnie mogło przytrzymać na dłużej. Chociaż… może jednak się zatrzymam. Nie chce się ocieplić, nie mam ochoty na zimną wodę z bidonu. Kawa już była, więc może teraz herbata? Dlaczego nie? Jak bal, to bal! Orlen i herbata. Idę, trzymając gorący kubek w dłoni i słyszę, że mój prawy but wydaje dziwne dźwięki. Odkręcił się blok. W samą porę zauważyłam! Imbusy na dnie sadlebaga. To jest chyba to, czego w systemie ultralight nie lubię najbardziej: aby wyjąć coś co jest na dnie, najpierw trzeba wyjąć wszystko inne. I uzewnętrznić się.

Za Koronowem zaczynają się tereny, które lubię. Dużo lasów. Małe drogi. Cisza, spokój. No i nadal jasno, jest kwadrans przed czternastą. Zależy mi, by nad jezioro Wierzchy dojechać jeszcze w świetle dziennym. Styczniowy dzień jest bardzo krótki, jednak udaje mi się to. Woda jest bardzo spokojna. Odstawiam rower na bok i idę robić zdjęcia. Temperatura z 5 stopni spada do 3. Wiem już, ze cieplej na pewno nie będzie… zbliża się koniec dnia.

Kiedy licznik wskazuje 190 km trasy wiadomo, że to już. Przystanek Tleń. Wspaniałe miejsce pośrodku lasów, nad jeziorami, we Wdeckim Parku Krajobrazowym. Zawsze docieram tu mniej lub bardziej wymęczona. Zawsze głodna i zmarznięta. To moja trzecia wizyta. Pamiętam jak przyjechałam tu po raz pierwszy dwa lata temu: zimny dzień, początek lutego, ciemno i nagle rozświetlony budynek, okna, w których widać ciepło. Podjeżdżam, niepewna, czy można tu wejść z rowerem, czy można tu coś zjeść. Miejsce zupełnie nieznane. Za drugim razem, chciałam, aby było tak jak wtedy. Siadłam na tej samej kanapie, przy tym samym stoliku, identycznie oparłam rower o ścianę. Tak samo jak wtedy bardzo nie chciało mi się jechać dalej.

Dziś wracają do mnie wszystkie te wspomnienia. Jak ptaki na wiosnę do swoich miejsc. Już prawie jestem w środku i widzę przez okno, że „moje” miejsce jest wolne i czeka na mnie. Wchodzę, rower opieram o ścianę. Zamawiam obiad. Taki sam jak rok temu. Jak dobrze tu być! W miłe miejsca zawsze chętnie się wraca. Delektuję się każdą chwilą, pysznym jedzeniem. Zachwyca mnie szarlotka. Małe cukiernicze cudeńko upieczone w ceramicznej foremce specjalnie na moje zamówienie. Może być lepiej? Jak zwykle pojawia się myśl, by tu zostać i nie jechać dalej. Rozmawiam z dziewczynami z obsługi. To one tworzą niesamowity klimat tego miejsca. Obiecuję sobie i im, że któregoś dnia przyjadę specjalnie tutaj. Nie będzie to przystanek w drodze do Gdańska, lecz cel. Dopijam kawę.

             Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. Miał przed sobą sto mil ciszy.
                                Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie

Po wyjściu z Przystanku Tleń, jest już ciemno. Do Gdańska, do Westerplatte, jeszcze 129 km. Dobrze wiem, co będzie dalej – przepastne lasy. Zaczynam od znajomego podjazdu. Lubię go, bo pozwala od razu się rozgrzać i zatrzymać ciepło. Nie zawsze jest wesoło. W ciemności ktoś może się schować. Ktoś może cię obserwować, a ty o tym nie wiesz, chyba, że wydrze się na całe gardło: sieeeemaaaa! I zaryczy tak kilka razy. Wtedy w żadnym wypadku nie można się odezwać. Tak długo jak jedziesz bez słowa, nikt nie wie, że to ty.

Monotonia małych dróg, ich nierówna nawierzchnia i ciemność wyjątkowo działają mi dziś na nerwy. Nie mogę się wprost doczekać, aż wyjadę na DK91. Ale to dopiero tuż przed Tczewem. Kawał drogi. Najpierw wizyta w Pelplinie. Jest to… ostatni przystanek na trasie. Napełniam bidony wodą, aby było jej trochę na poranną kawę i piję sok pomidorowy. Komu w drogę, temu wrotki. Znowu wychodzę w noc.

I kiedy myślę sobie, że prognozy się nie sprawdzą i nie będzie żadnego deszczu, zaczyna padać. Jeszcze w to nie wierzę. Ale to mokre coś, co leci z nieba to z pewnością jest deszcz. Trafia się wiata, do Gdańska jeszcze jakieś 54, może 56 km. Ubieram strój deszczowy i jadę. Nie jest to opad ciągły. Raczej przelotne mżawki, ale przy temperaturze 2 stopni powyżej zera i po przejechaniu już prawie 300 km jest to przykra niespodzianka.

Nie ma jednak co marudzić. Jak na jeden z pierwszych dni stycznia, warunki są przecież doskonałe! Przed Tczewem wyjeżdżam na upragnioną krajówkę. Odtąd prawie cały odcinek, aż do Gdańska, jest oświetlony. Na stacjach paliw samochody z imprezowiczami. Z każdego wysypuje się przynajmniej po czterech facetów, zachowujących się odrażająco głośno. Nie ma mowy, bym odwiedziła którąkolwiek z tych stacji. Jak już wspominałam, nie zawsze jest wesoło.

Pod tabliczką z napisem Gdańsk melduję się równo minutę po północy. A więc znowu nie udało mi się dojechać w sobotę! Znowu jest to niedziela. A tak niewiele zabrakło!

Od tego momentu, do chwili gdy zasypiam w śpiworze mijają równo 2 godziny. Do Westerplatte nie jest daleko, kilkanaście km. Jednak po drodze łapie mnie ulewa, którą przeczekuję na przystanku. Potem wjeżdżam na półwysep. Jestem tu po raz pierwszy. Droga jest pusta i mokra. Tereny mocno przemysłowe. Jakieś kontenery, składy materiałów, zakłady, tory kolejowe. Dziwnie tu. Rozglądam się w poszukiwaniu miejsca do spania. Ziemia podtopiona od ciągle padającego deszczu. Albo miejsca tak obrzydliwe, że zupełnie nie biorę ich pod uwagę. I nagle jest. Las. Od ulicy odchodzi jakaś boczna dróżka. Gaszę lampki, wyciszam telefon i staję się niewidzialna. Zagłębiam się w las. Rozbijam namiot. Prędzej! Prędzej! Pada deszcz! Dmucham materac. Kładę rower za namiotem. Nie przypinam go. Zakopuję się w śpiworze. Zupełnie blisko, tuż obok drogi, jest jakiś wielki zakład. Przez cały czas jeżdżą tu pociągi, zakład nieustannie wydaje jakieś dźwięki: buczy, warczy, zgrzyta, piszczy. Upiorna, nocna filharmonia.
Koniec balu, zasypiam na Westerplatte.
Trasa:


Zdjęcia

ciąg dalszy

Spacerek noworoczny

Poniedziałek, 1 stycznia 2018 Kategoria do 50, Kot w wielkim mieście Uczestnicy
Km: 26.29 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 82m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze

Kotlin - Wrocław (2)

Sobota, 15 lipca 2017 Kategoria do 200, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście Uczestnicy
Km: 195.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 508m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzik nie jest potrzebny. Budzę się sama dlatego, że robi się jasno. Zerkam na zegarek: 4 nad ranem. No nie! Jest sobota, nie chcę wstawać tak wcześnie. Obracam się więc na drugi bok i próbuję spać dalej. Niestety nie bardzo mi to spanie wychodzi. Wiercę się trochę, mija pół godzinki i dochodzę do wniosku, że chętnie wypiję gorącą kawę 3w1. Czyli jednak pora wstać. Jest rześko - tylko 10 stopni. Moje wysokie zarośla całe są w rosie i w... ślimakach.

Rozległe, puste, polne przestrzenie towarzyszą mi jeszcze przez ponad 30 km. Co za niesamowita monotonia! Trochę bardziej zielono robi się jedynie nad Prosną, ale potem są znowu tylko pola. W końcu jednak robi się ciekawiej - pojawiają się lasy, a nawet zbiorniki wodne.

Wyjątkowo nieprzyjemne okazują się miasteczka. Odolanów, z dużym ruchem samochodowym, wydaje mi się wprost okropny, uciekam więc z niego czym prędzej. Pierwszą przerwę robię nad Zalewem Sośnie. Przy drewnianym stoliku zjadam drożdżówkę. Naraz słyszę czyiś głos. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dochodzi on z... Zalewu. To zupełnie zaskakujące - środkiem Zalewu idzie jakiś facet. Wody ma raz po pas, raz po ramiona. Musi być bardzo płytko. Rozmawia z kimś kto chyba stoi na brzegu. Dobre kilkadziesiąt metrów od niego.

Miłą niespodzianką jest wioska o nazwie Kocina. Poza nazwą niestety nie znajduję tu niczego ciekawego, w dodatku asfalt jest mocno zniszczony. Dla kontrastu DK25 jest gładka i równa. Mimo to, jazda krajówką nie jest przyjemna. Po Odolanowie to drugie dziś miejsce, w którym nie chcę zbyt długo być, przyspieszam więc i tak osiągam Międzybórz, a wraz z nim Orlen. To dopiero 10 km od postoju nad Zalewem Sośnie, jednak nie potrafię sobie odmówić wypicia kawy.

Na stacji jest tłoczno, ciasno i duszno. W dodatku kawa jest wyjątkowo gorąca i nie idzie jej szybko wypić. Muszę więc chwilę gnieść się w tym tłumku i duchocie. Po wypiciu kawy i zjedzeniu zapiekanki, z prawdziwą ulgą wychodzę na zewnątrz. Krajówki zostały już na szczęście ostatnie metry.

Pogoda zaczyna się psuć. Na niebie wiszą ciężkie chmury. Wszystko wskazuje na to, że prognozy się sprawdzą i popada... a może jednak nie? Raz po raz przebija słońce i wtedy wraca miłe ciepło. Jadę drogą równoległą do S8. To chyba stara krajówka, bo szosa jest szeroka, z porządnym poboczem. Do tego równa. Świetnie się jeździ takimi drogami.

W Oleśnicy, podobnie jak w Odolanowie, ruch jest duży. Jest to więc drugie miasteczko, z którego szybciutko uciekam. Przed wjazdem do Wrocławia odbijam jeszcze na chwilę na północ, by zaliczyć gminę Dobroszyce. Szare niebo robi się sine. Zrywa się porywisty wiatr i zaczyna lać. Spada na mnie ściana wody. Nie zatrzymuję się - to bez sensu i tak jestem mokruteńka. Jaki jest więc sens ubierać kurtkę przeciwdeszczową? Jadę do pierwszej napotkanej wiaty przystankowej i przeczekuję resztę tej niesamowitej ulewy.

A po ulewie... jakby nigdy nic, wychodzi słońce i robi się wprost gorąco. Szybko wysycham, jedynie buty pozostają mokre dłużej. Do Wrocławia wjeżdżam mało ruchliwymi, lokalnymi drogami. W oddali widzę chmury kłębiące się nad Ślężą. Na mnie jednak tego dnia nie spada już ani jedna kropla deszczu.

Wyjazd kończę w gościnie u czarnegokotka. Spędzamy bardzo mile czas na pogaduszkach, jedzeniu pysznych potraw i nocnym zwiedzaniu Starego Miasta. Sobotę kończymy głęboko w nocy, właściwie jest to już niedziela. Kotek i Kot idą przez rozbawiony, nocny Wrocław. Jeden jest czarny, drugi różowy. Chociaż.... w nocy wszystkie Koty są czarne :)




Mapa:

Zdjęcia

Zaliczone gminy: Godziesze Wielkie, Sośnie, Międzybórz, Kobyla Góra, Syców, Dziadowa Kłoda, Dobroszyce (7 gmin).

Ciąg dalszy

Dolnośląski maj (6)

Środa, 3 maja 2017 Kategoria do 100, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Km: 54.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 175m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano jest duża mgła. Jazda w takiej mgle potrafi zamoczyć ubranie jak deszczyk tyle, że zajmuje to chwilę więcej czasu. Ubieram więc deszczówkę i jadę. W Kątach Wrocławskich piję kawę na Orlenie. Odwiedzam rynek, a potem jadę do Wrocławia. W stolicy Dolnego Śląska mam sporo czasu. Bawię się więc w szukanie słynnych wrocławskich krasnali. Wracam do domu pociągiem Regio o 12.35. Dość wcześnie, więc udaje mi się uniknąć jazdy w tłumie ludzi wracających z majówki.



Zaliczone gminy: Kąty Wrocławskie, Kostomłoty.


Zdjęcia

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum