Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 350

Dystans całkowity:11477.49 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:411:35
Średnia prędkość:21.71 km/h
Maksymalna prędkość:47.96 km/h
Suma podjazdów:37525 m
Maks. tętno maksymalne:171 (0 %)
Maks. tętno średnie:140 (0 %)
Suma kalorii:13063 kcal
Liczba aktywności:36
Średnio na aktywność:318.82 km i 14h 41m
Więcej statystyk

:) Styczniowa Warszawa

Sobota, 17 stycznia 2015 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście Uczestnicy
Km: 314.38 Km teren: 0.00 Czas: 12:25 km/h: 25.32
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 670m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Moje pierwsze TRZYSTA (w tym roku).

Szczegóły później.
..............................................................................................................................................................................................................................

Spotykamy się o 5:05 nad ranem w sobotę. Wilk i ja. Jest zimno, ledwie 1 stopień powyżej zera. Wg prognoz może padać. Trasa przed nami długa, ponad 300km z Poznania do Warszawy. Startujemy z nadzieją, że te opady jednak nas ominą, bo deszcz na tak długiej trasie i w takim zimnie to udręka.

W duecie
Jedziemy DK92. Wilk długo przekonywał mnie, że ta droga nie jest taka zła, że nieprzyjemny jest w zasadzie jeden odcinek i przejedziemy go w sobotni wczesny poranek. Od samego początku idzie gładko. Jest ciemno, jednak wspólną jazdę w ciemnościach mamy opanowaną. Gdy tak mkniemy przez kolejne miejscowości myślę sobie nawet, że będąc tak zgranym duetem, równie dobrze moglibyśmy razem ćwiczyć taniec towarzyski, jazdę na tandemie, czy pływanie synchroniczne ;)).

Kocie stópki
Jest tak wrednie zimno, że szybko zaczynają mi marznąć stopy. Na pierwszej napotkanej stacji paliw (Września) wchodzę do środka by je rozgrzać. Zdejmuję buty i drepczę chwilę bez nich, potem dodatkowo zabezpieczam stopy foliami. W nocnej scenerii oglądamy centrum Wrześni (ładnie, jeszcze świątecznie, podświetlone) i lecimy na Słupcę. Niebo powoli zaczyna się przejaśniać w okolicach Strzałkowa.

Pas startowy
Sama DK92 nie jest specjalnie ciekawa. To po prostu bardzo długa prosta. Dobra nawierzchnia, prawie zupełnie płasko (kilka góreczek w okolicach Konina). Można mieć wrażenie, że to niekończący się pas startowy biegnący przy linii kolejowej (pociągów widzieliśmy bardzo dużo, pod koniec dnia żałowałam nawet, że ich nie liczyłam). Przy tym faktycznie jest prawie zupełnie pusto. Idąca obok autostrada przejęła lwią część ruchu. Kiedy jechałam tą drogą samochodem w 2007r., ruch był tu jeszcze ogromny i zapamiętałam właśnie sznur aut non stop w obie strony. A tu taka niespodzianka! Poza tym od Goliny mamy szerokie pobocze. Miejsca na poboczu jest tyle, a ruch tak mały, że swobodnie możemy jechać obok siebie i gadać.

Spacer
Generalnie jednak prawie cały czas się wiozę na kole Michała. Tak, tak – obijam się :). Dłuższe postoje robimy dwa: w McD w Koninie i w McD w Kutnie. Przy okazji pierwszego postoju Michał kombinuje coś z klockami hamulcowymi przy tylnym kole, bo podczas hamowania słychać było dziwne dźwięki. Niestety okazuje się, że problemem nie są klocki, a pęknięta obręcz. Sprawa poważna – nie wiemy, czy nie położy nam to trasy. Opcją awaryjną jest spacer do najbliższej stacji kolejowej.

Nie podawaj kotu mleka ;)
DK92 jedziemy aż do Łowicza. Jesteśmy tam już po ciemku. Oglądamy ładny rynek i po chwili ruszmy dalej. Na niedługim kawałku jedziemy DK70. Nie jest to przyjemna droga, za to gdy z niej odbijamy, robi się super. Jedziemy prawie pustymi szosami do Nieborowa, gdzie jest ładny pałac. Niestety możemy na niego popatrzeć tylko z daleka, bo brama jest zamknięta. Jakieś 60 km przed Warszawą zaczyna kropić, a ja zaczynam słabnąć. To dziwne. Nie czuję bólu nóg, nie jestem głodna, nie chce mi się też pić. Jest mi za to lekko mdło, chyba w kawie, którą wypiłam w Kutnie za dużo było mleka. Cały czas jechaliśmy bardzo równym tempem, teraz wlokę się 20-22 km/h. Raz nawet pojawia się 17 km/h. Na płaskiej drodze! Wstyd i zgroza! Michał szybko to zauważa. Czeka na mnie i od tej chwili ciągnie z prędkością niższą od przelotowej o 2 km/h. Siedząc na kole takie tempo jestem w stanie wytrzymać bez katowania się. W Warszawie wstępujemy jeszcze do Krzyśka, który pożycza Michałowi nowiutkie tylne koło.

Mapa:


Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...

Grudniowa Mława

Sobota, 20 grudnia 2014 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście Uczestnicy
Km: 317.22 Km teren: 0.00 Czas: 12:25 km/h: 25.55
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1038m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ona, czyli Mława
Cztery dni przed Wigilią jadę z Wilkiem w trasę. Miało być gdzie indziej. Gdzieś gdzie tuż przed Świętami będzie pięknie, ale cel narzuca nam wiatr. Prognozy zapowiadają wyjątkowo silny wiatr, także przelotne ulewy, być może nawet śnieg i dokuczliwe zimno. W takiej sytuacji jazda z bocznym wiatrem nie ma sensu. Tłusty cel odkładamy na kiedy indziej. Teraz celem staje się Mława i trasa do niej – równiutko zgodna z kierunkiem wiatru. Ponoć w Mławie nie ma niczego ciekawego. Taki Okonek ;). Jednak cel nie zawsze musi być ciekawy, piękny, porywający… To może być gdziekolwiek.

Wszystko takie samo

W piątek krótko przed północą spotykam się z Wilkiem. Przed nami długa noc. Początek trasy (aż do Witkowa) jedziemy zgodnie z moim projektem. Są to spokojne, boczne drogi. Niektóre lekko dziurawe, ale przecież znam tu każdą dziurę na pamięć. Jadąc tak pokazuję Michałowi niektóre charakterystyczne miejsca. Zastanawiam się też jak mu się podobają moje tereny. I wtedy łapię się na tym, że to zupełnie bez sensu! Przecież jest zupełnie ciemno. Droga podobna do drogi, wioska do wioski…. Wszystko takie samo. Zwracam uwagę na „Marylę Rodowicz” w Górze, zatrzymujemy się też na ładnie przystrojonym w lampki świąteczne rynku w Pobiedziskach. W Czerniejewie podjeżdżamy pod pałac. Dziura w bramie, którą zrobił samochód przebijając mur na wylot cały czas zasłonięta jest blachą falistą. Znicze nadal stoją. Ale już się nie palą….

Gwiazdy

Za Witkowem odbijamy na północ, do Trzemeszna. Wiatr zacina z boku, faktycznie jest mocny, ale nie szarpie mi rowerem, więc nie jest źle. W Trzemesznie oglądamy ładną wieżę ciśnień (pięknie podświetloną) oraz po kamiennym bruku jedziemy na rynek. Noc mamy wspaniałą. Nad nami niebo pełne gwiazd.

Automat na monety

Po trzeciej w nocy zaczyna mnie brać senność. Mówię o tym Michałowi i zaczynamy gadać, by jakoś przegonić ten kryzys. Na dłuższy postój zatrzymujemy się w Skulsku, na małej stacji Orlenu. Dla mnie oczywiście kawa! Dziwny tu mają ekspres. Zupełnie nieorlenowski – to automat na monety, który nie wdaje reszty. Miły pan z obsługi od razu mnie o tym informuje i chętnie rozmienia mojego piątaka na drobne. Nie ma tu jak usiąść. To co? Na podłodze? Z grzeczności pytam pana czy możemy. Nie ma nic przeciwko. Pyta jak długa droga przed nami i czy nie straszno nam jechać w taką pogodę. Robi nam nawet fotkę :).

27 choinek

Prawie aż do samego Włocławka jedziemy fajnymi, bocznymi drogami. Wilk spisał się na medal projektując tę trasę. Bocznych dróg jest dużo. Ruch na nich żaden. Same wioski i małe miasteczka. Na nocnym odcinku do Włocławka (188km) naliczyłam ledwie 27 choinek (!), a to świadczy najdobitniej o tym jak mocno boczne to były drogi.

O wschodzie słońca

Przed Włocławkiem ruch trochę większy. Na polach wiatraki pracują jak oszalałe. Ale wieje! A w samym Włocławku przerwa śniadaniowa w McD. Mojego ulubionego zestawu kupić nie mogę, bo obowiązuje menu poranne. Biorę więc jakąś wielką bułę, frytki i herbatę. Siedzimy tak prawie bite 2 godziny. Jemy, pijemy i… podziwiamy (przez okno) wschód słońca ;). Jest ciepło i tak przyjemnie, że miło jest się tak polenić. Tym bardziej, że Wilk uparcie twierdzi, że w Mławie nic nie ma, więc bez sensu jest tam akurat spędzać czas w oczekiwaniu na pociąg. W McD jest lepiej.
Przejeżdżamy przez Włocławek, robimy fotki na rynku i na moście nad Wisłą. A potem mamy… podjazd dnia z doliny Wisły. Niestety po nocnej jeździe mam problemy z krtanią. Boli mnie, lekko zatyka. Kaszlę więc i chrypię. Zakrywam polarkiem usta i nos, jednak aż do końca czuję dyskomfort, a chwilami (od ostrego kaszlenia) nawet lekki posmak krwi w ustach.

Tak jak wtedy

Dość duży ruch trafiamy w Sierpcu, potem do Żuromina jest około 9 km odcinek centralnie na północ. Czyli z wiatrem bocznym. Wszystko (poza deszczem, który miał być, a za wyjątkiem kilku krótkich mżawek nie było wcale) jest zgodne z prognozą – najbardziej wieje przed Mławą. Boczny wiatr szarpie mi rowerem. Kilka razy rzuca mną w bok. Na tym odcinku jest jak podczas marcowej trasy do Sochaczewa. Wpadam w lekką panikę. Wilk szybko zauważa co się święci i przez chwilę mnie osłania przed mocnymi porywami wiatru. Nie da się tak jednak jechać dłużej, bo droga nie ma pobocza, a samochodów trochę tu jest. Jedziemy jednak blisko siebie i powoli. Udaje się przetrwać ten paskudny odcinek. Gdy odkręcamy na wschód, czuję wielką ulgę.

Chłopcy

Przed Mławą dostajemy na deser kilka pagórków. Krtań dokucza cały czas, więc nie pozwalam sobie na głębszy oddech (mocniejszą jazdę). No i w końcu jest – tabliczka „MŁAWA”. Mamy farta, bo akurat bokiem drogi idzie dwóch chłopców. Zagaduję ich i robią nam pamiątkową fotkę z Mławą :). Dworzec kolejowy w Mławie okazuje się tak obrzydliwy, że aż uroczy ;). Kupujemy bilety powrotne i jedziemy do Warszawy. W pociągu jemy ciastka, pijemy colę i… walczymy z sennością. W samej Warszawie z czasem jest ciasno, ale mimo to udaje się odwiedzić Stare Miasto i zobaczyć je w przedświątecznej szacie. Wrażenie jest piorunujące. Nigdy nie widziałam tak pięknych świątecznych dekoracji! Prawdziwa uczta dla oka. I wtedy to się staje – po raz pierwszy w tym roku odczuwam, świąteczną atmosferę. Jest pięknie. Jak Warszawa, to oczywiście mój ulubiony Pałac Kultury. No a potem już dworzec centralny i powrót do domu.

Mapa:


Zdjęcia:

https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...

Kółeczko

Sobota, 13 września 2014 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Km: 312.26 Km teren: 0.00 Czas: 12:58 km/h: 24.08
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Zrobiłam dziś kółeczko. O takie:


Plan na sobotę miałam trochę inny. Też TRZYSTA, ale liniowe i przez to fajniej wygladające na mapie ;). Jednak prognozy były jakieś takie niezdecydowane, a jeśli liniówka, to najlepiej z wiatrem. W dodatku do realizacji tamtej trzysetki bym musiała wstać o 1.00 w nocy. Nie chciało mi się. Ostatnio niewyspana jestem. I leniwa. I z kontuzjami. Wobec tego siadałam i wykreśliłam zamaszyste kółeczko. W kółeczku zawierało się kilka miejsc, które chciałam odwiedzić:
Nowy Tomyśl (zobaczyć na spokojnie, a nie tylko, ot tak – w locie / przelocie),
Zbąszyń (aby wypić kawę na wiadomej stacji – tyle wspomnień),
Wąsowo (aby sprawdzić jak wygląda wyremontowany po wielkim pożarze pałac),
Grodzisk Wlkp. (aby spotkać się z Norbertem, który gdzieś tam mieszka).
Chciałam w miarę możliwości jechać jak najmniej głównymi drogami. Dlatego to kółeczko wyszło mi trochę koślawe. Ze względu na duży problem z dłonią i lekki z achillesem do GPSa wgrywam 2 wersje kółeczka. Pełną - 300 km i skróconą 250km. Wzięłam też ze sobą papierowe mapy, aby w razie czego móc przyciąć tę trasę jeszcze mocniej.

Schadzka
Budzik dzwoni o 4.00 nad ranem. Jest zupełnie ciemno, ale to dobra pora na pobudkę przed długą trasą. Tym razem poranny czas przecieka mi między palcami i zamiast o 5.00, wyruszam 10 minut później. Na pierwszych kilometrach trasy zauważam na chodniku… kota i lisa. Siedzą sobie grzecznie razem. Chyba przerwałam im schadzkę, bo lis spłoszony umyka do lasu, natomiast kot (z dzwoneczkiem na szyi!) biegnie co sił do domu :). Główne ulice Poznania wcale puste nie są, jednak da się nimi jechać. Aż do Pamiątkowa jadę sobie dokładnie tą samą trasą, którą jechałam w zeszłym tygodniu do Choszczna. Za Pamiątkowem odbijam na Witoldzin. Jak przeglądałam trasę widziałam, że odcinek Witoldzin – Myszkowo (około 3 km) jest niepewny. Trudno było stwierdzić, czy będzie tam asfalt, czy też nie. Gdy docieram na miejsce okazuje się, że szosy jednak nie ma. Jest gruntówka, ale na rowerze przełajowym z nieco szerszymi od szosowych oponami (a takim rowerem jadę) daje się to sprawnie przejechać. Na szosówce by już było gorzej i pewnie bym się wracała. Trafia mi się bardzo ładny dzień. Poranne mgiełki utrzymują się długo i przez to można odnieść wrażenie, że wschód słońca trwa bez końca. Miękkie światło sprzyja robieniu zdjęć. Pstrykam więc ile wlezie ;).

Przez siatkę

W Kaźmierzu mijam zakłady mleczarskie. Już z daleka widać potężny komin i… wydobywający się z niego czarny jak smoła dym. Dym odpowiednio też śmierdzi. Szczęśliwi, którzy nie musieli tego wąchać ;). Kawałek za Kaźmierzem mijam jez. Bytyńskie. Widok jest bardzo ładny. W Lwówku zauważam stary, zrujnowany kościół. Już z drogi widać, że jest to ciekawy obiekt. Zawracam więc i próbuję się tam przedostać (lubię chodzić po takich ruderach, mają swój klimat). Niestety teren jest ogrodzony. Z żalem patrzę przez siatkę, robię parę zdjęć i jadę dalej. Stąd do Nowego Tomyśla mam już niedaleko, jednak nie jadę najkrótszą droga, lecz trochę nadkładam, by odwiedzić Wąsowo. Podjeżdżam pod pałac, który po wielkim pożarze w marcu 2011r. został odbudowany i dziś znowu prezentuje się świetnie. Za Wąsowem pewne zaskoczenie: wzdłuż szosy biegnie droga dla rowerów. Asfaltowa i… w zdecydowanie lepszym stanie niż sama szosa. Wobec tego przenoszę się na ciąg dla rowerów. Jest znacznie wygodniej! Droga ta biegnie przez jakieś 10 km.

Rehabilitacja
W Nowym Tomyślu wpadam na genialny pomysł rehabilitowania nadwyrężonego ścięgna achillesa. Dziś już prawie nie boli, więc wymyślam, że pomogę sobie jeszcze bardziej w powrocie do zdrowia. Odwiedzam obuwniczy, by kupić podpiętki. Niestety nie mają. Trochę idę (sporo osób się tu kręci), trochę jadę po zadbanym deptaku. Zastanawiam się co robić dalej z trasą. Jeśli bym miała jechać wersję krótszą, to bym musiała właśnie tutaj zacząć wykręcać na Grodzisk, jeśli dłuższą – to jechać dalej na Zbąszyń. Trochę się chmurzy, ale pogoda jest perfekcyjna na kółeczko – jest ciepło i co najważniejsze: w ogóle nie wieje. Czuję się nieźle, więc decyduję się jechać do Zbąszynia. W lasach, które mam na całym odcinku do tego miasta pełno jest grzybiarzy.

39,6
No i w końcu jest – Zbąszyń. Zatrzymuję się na wiadomej stacji i zamawiam kawę. Pora ku temu najwyższa, bo to już ponad 130 km trasy. Jem też babkę mandarynkową, którą zabrałam z domu oraz bawię się GPSem. Po przerwie kawowej kręcę się po miasteczku. Odbywa się tu właśnie jakiś festyn strażacki. Odwiedzam obuwniczy i kupuję podpiętki, które od razu instaluję w butach. Piętę mam teraz dobre kilka mm wyżej. To powinno na dobre odciążyć achillesa. To też tutaj dostaję smsa od Krzysztofa, który dziś na dziko wystartował w poznańskim wyścigu szosowym Bike Challenge. Na 100 km trasie wykręcił kosmiczną jak dla mnie średnią 39,6 km/h (02:32:58) i na prawie 2000 zawodników był 72. To oznacza, że już po zawodach i Norbert, z którym wstępnie byłam umówiona na kilka wspólnych km w okolicy Grodziska, pewnie niedługo będzie się zbierał do domu. Pora zagęszczać ruchy! Jednak nie jest to takie proste, bo podpiętka, która miała pomóc – niespodziewanie wadzi. I to mocno! Ścięgno, które było już zaleczone zaczyna najpierw lekko swędzieć, potem już normalnie kłuć. I tak mija kilka km. W końcu wyciągam tę nieszczęsną podpiętkę. Jest od razu lepiej, ale do jazdy bez bólu wracam przez długi czas. To tylko pokazuje jak bardzo jestem wrażliwa na wszelkie zmiany.

Ostatnia setka
W Powodowie przed Wolsztynem na chwilę muszę zjechać na DK 32. Nie jestem z tego specjalnie zadowolona, bo krajówek nie lubię, jednak z racji soboty ruch jest mały. Jadę mimo zakazu jazdy dla rowerów. Nawierzchnia – perfekcyjna. W Wolsztynie smaruję się kremem przeciwsłonecznym i nadaję do Norberta. Aż do Grodziska jadę spokojnymi, przyjemnymi asfaltami. W samym miasteczku robię kilka fotek i jadę w stronę Kamieńca. Za tą miejscowością (200 km trasy) dogania mnie Norbert i od teraz jedziemy razem, obok siebie. Gadamy trochę o poznańskim sprincie na setkę, w którym uczestniczył i jedzie się bardzo sympatycznie. Początkowo Norbert miał ze mną jechać tak gdzieś do Śremu i potem zawrócić, potem wpadł na pomysł, że pojedzie aż do Swarzędza i stamtąd wróci koleją do domu. To oznacza, że całą ostatnią setkę z mojej trasy zrobimy razem. Moje kółeczko jest trochę koślawe i udaje mi się przeciągnąć Norberta po asfaltach w jego okolicy, którymi do tej pory nie jeździł. W Śremie robimy krótką przerwę pod sklepem (dzięki za colę!). Początkowo jedziemy obok siebie, potem trochę po zmianach, a pod koniec siadam na kole. Chyba coś w tym jest, że jazda na kole idzie mi średnio. Raz jest mi za szybko, raz za wolno, czasem w sam raz. Czyżby faktycznie istniała tylko jedna osoba, z którą mogę w idealnej harmonii jeździć na kole po płaskim? Gdy docieramy do Środy Wlkp. zaczyna się robić szaro. I tak – początkowo w szarówce, a potem już w ciemnościach docieramy do Swarzędza. Tu odprowadzam Norberta na stację kolejową, a sama wracam do domu domykając moje kółeczko.

Fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...


BB Tour cz. 4

Poniedziałek, 25 sierpnia 2014 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, BBT
Km: 313.61 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Dlaczego SOLO?
Zapisując się na BBT od początku wiedziałam, że interesuje mnie wyłącznie kategoria SOLO. Kategoria niewątpliwie trudniejsza, bo wymagająca nie tylko mocnych nóg, ale też odporności psychicznej. Bo to nie tylko jazda w pojedynkę, ale też samotne użeranie się z ewentualnymi awariami roweru, kontuzjami, pogodą, wiezienie ze sobą wszystkich niezbędnych narzędzi, samotne zwalczanie kryzysów, brak możliwości pogadania z zawodnikami podczas jazdy i spotykanie się z nimi tylko na punktach kontrolnych. 1008 kilometrów samotności. Potrafię jeździć sama. Nie boję się również samotnej jazdy w nocy. Trasy takie jak Poznań - Kraków, czy Poznań - Ełk (Poznań - Ełk), Zimna i deszczowa solowa trzysetka, czy udźwignięcie długiej, górzystej trasy we Włoszech, w dniu gdy Krzysztof mnie zostawił samą, pozwoliły mi upewnić się w przekonaniu, że również z tą trasą dam sobie radę. Ponadto przez te wszystkie lata zebrało się grono osób święcie wierzące w to, że niewiele potrafię, a moim jedynym talentem (rzekomo i tak wątpliwym) jest umiejętność wiezienia się na kole. No i jakby tego było mało – sporo miałam do przemyślenia. Tak długa trasa wydawała mi się ku temu wprost idealna.

Sprzeciw!
Szef wyścigu Robert Janik był zdecydowanie przeciwny mojemu pomysłowi. Gdy nalegałam na SOLO, po wielokroć pisał mi: "stanowczo odradzam!". Odradzał, ponieważ miał to być mój pierwszy start w BBT, no i w dodatku jestem kobietą. Radził, bym najpierw pojechała w kategorii OPEN, a na SOLO zdecydowała się ewentualnie w kolejnej edycji. Dotąd żadna dziewczyna nie rzuciła się na tak głęboką wodę, by od razu lecieć SOLO. Nie tak łatwo jest mnie jednak zbić z tropu i nalegałam tak długo, aż z kategorii OPEN (tam zostałam początkowo wrzucona) przeniesiono mnie do SOLO.

Prolog
Wszystko zaczyna się w piątek. Krzysztof też startuje (kategoria OPEN). Jedziemy rowerami na poznański dworzec kolejowy i czekamy na pociąg jadący do Świnoujścia. Na BBT jedzie nim mnóstwo osób. Są między innymi: Wilk, Blondas, Krzysztof Dziedzic, Marcin Nalazek i Hipki. Długa podróż w miłym towarzystwie mija mi bardzo szybko. Świnoujście wita nas chłodem, chyba zanosi się na deszcz. Niestety nie udaje się odebrać pakietów startowych przed odprawą i honorowym przejazdem przez miasto z masą krytyczną. Odprawa i przejazd zajmują dość sporo czasu. Cennego czasu, który powinien być wykorzystany przede wszystkim na odpoczynek. Między odprawą a jazdą przez miasto idziemy do McD. Podczas przejazdu honorowego trzymam się z tyłu. Nie lubię być w tłumie. Przez cały ten czas od odprawy aż do zakończenia przejazdu spotykam pełno znajomych. Są tu Klan i Irenka, Beata z WTRu, Janek Wesołowski, Edward Dąbrowski, Ania Zakens (przebrana za wiewiórkę – prawie jej nie poznałam!) :). Po przejeździe honorowym można wreszcie odebrać pakiety startowe.



Szczęśliwej drogi!

Zawodnicy z kategorii SOLO startują jako ostatni. Mój start przypada na 10.01. Jednak jadę na prom, z którego ruszymy w Polskę wcześnie. Widzę start wszystkich kolejnych grup. W ten sposób żegnam Irenkę i Klana, Eranis i Janka, Ola, Wąskiego, Krzysztofa, Bogusia Kramarczyka, Zdzisława Kalinowskiego. W końcu przychodzi również moja kolej! No to jadę. Ale nie długo. Torba, którą mam zawieszoną na kierownicy opada i przyciera o oponkę. No to stop i poprawiam. Wygląda na to, że za dużo do niej załadowałam. Przepakowuję się. Widzi to mnóstwo przechodniów. Mijają mnie kolejne (ostatnie już) osoby startujące w BBT. Tak oto, stojąc na chodniku z porozrzucanym dookoła majdanem, niefartownie zaczynam moją solówkę. Gdy jadę na pierwszy punkt kontrolny mija mnie auto BBT. Potwierdza się moje przypuszczenie – za mną nie ma już nikogo. Jestem najbardziej ostatnia ze wszystkich ostatnich ;). Obiecuję jednak jadącej w aucie Eli Dobrochowskiej, że się poprawię i na następnym punkcie nie będę ostatnia. Na PK w Płotach czekają już tylko na mnie, aby móc zacząć się zwijać. Jakie to straszne uczucie! WSZYSCY już tu byli!!


Luz
Moja torba na kierownicy luzuje się przy jeździe po nierównym, o torach kolejowych już nie wspominając. Wyprzedzam trzech chłopaków. Potem oni mnie doganiają i widzą jak stoję i morduję się z torbą. Jeden z nich pyta czy może pomóc, bo ma zipy! No ale niestety! Nie ma, że boli! Jadę SOLO. Nie wolno mi korzystać z pomocy innych. Ze smutnym uśmiechem mówię, że nie może mi pomóc. Luzującą się co chwilę torbę mocuję przy pomocy taśmy izolacyjnej, którą mam ze sobą. Totalna prowizorka. Ale prowizorki często są pancerne i trudno je zniszczyć. Ta też jest taka i wytrzymuje bez poprawek do końca. Jedyne co – mam utrudniony dostęp do torby.

Zaskoczona
Na punkt kontrolny nr 2 docieram już spokojniejsza. Nie jestem ostatnia – za mną parę osób. Ile? Około 4. Świetnie – nie muszę już czuć się winna, że czekają tylko na mnie. Na punkcie duże zaskoczenie – zastaję tu Eranis i Djtronika. Cóż oni tu robią o tej porze?! Przecież startowali znacznie przede mną! Na mój widok szybko się zwijają.


Źle! Wracaj!
Przelot do Piły – trzeciego punktu kontrolnego jest długi – prawie 100km. W międzyczasie, w Kaliszu Pomorskim wjeżdża się na DK nr 10. Boję się tej drogi. A to przecież dopiero pierwsza z tych okrytych złą sławą krajówek! Jednak nie jedzie się tu źle. Chyba trafiam w jakieś okno, bo ruch jest nieduży. Na 175 km trasy, w Mirosławcu, mijam dwójkę szosowców stojących tyłem do mnie przy drodze. Pozdrawiam ich i dopiero gdy są już za mną orientuję się, że byli to Eranis i Djtronik. Gdy docieram do Wałcza, zaczyna padać. Po chmurach widać, że raczej wielkiego deszczu nie będzie, więc bez zatrzymania i przebierania się jadę dalej. Tu dowiaduję się, że Wilk i Wax, którzy jadą razem, są już w Bydgoszczy, a ich średnia to prawie 33 km/h. Cisną chłopaki ostro! Chwilę się zamyślam i popełniam pierwszy drobny błąd nawigacyjny – na wyjeździe z miasta trzeba było odbić w prawo, a poleciałam prosto. Dla własnego dobra, by uniknąć większych wtop, zerkam na GPSa często. Błąd wykrywam po około 200 metrach i zawracam. Za mną jedzie jakiś chłopak. Źle! Wracaj! – Krzyczę do niego. Punkt w Pile mimo, że tak daleki od poprzedniego, jest zaopatrzony dość marnie. Sytuację ratuje Ania Zakens – pielęgniarka wyścigu i moja maratonowa koleżanka. - Z punktu w Drawsku wzięła tu kilka pysznych bułek. Dostaję jedną z nich.

„Leć Kocie i nie dotykaj ziemi!”
Z punktu w Pile wjeżdża się na duże rondo. Aby trafić we właściwy zjazd, okrążam je ze dwa razy. [Jak się dowiaduję już na mecie – nie tylko ja się tu zamotałam – świeżo upieczony rekordzista SOLO – Remik Ornowski też miał tu mały problem ;).] Powoli robi się szaro. Uruchamiam tylną lampkę i przednią (na początku w trybie mrugającym). Jedzie mi się dziwnie. Chyba…. zaczyna mi się chcieć spać! A to przecież jeszcze nawet nie trzysetny kilometr trasy. Niestety niewiele mogę z tą sennością zrobić. Muzyka na słuchawkach zaczyna mnie wkurzać (wyłączam zatem). Nie ma do kogo ust otworzyć. Nie ma nikogo, kto by zaczął zagadywać i wyciągać z tej senności. SOLO jest ciężkie. Czuję to po raz pierwszy. Czuję to ZDECYDOWANIE zbyt szybko! Gdy ruszałam z Piły Wąski żegnał mnie słowami: leć Kocie i nie dotykaj ziemi! Teraz razem z Olem mijają mnie, a ja się wlekę jak dżdżownica i czuję, że jeszcze trochę i zasnę.

Skrzaty
Bydgoszcz i Chata Skrzata to 306 km trasy i pierwszy duży punkt kontrolny. Można tu iść spać. Jednak mimo, że potrzebuję – nie idę. Boję się, że przez to znów będę ostatnia. To oczywiście jest błąd. Trzeba było zasnąć choć na chwilę i dać odpocząć umordowanemu walką z sennością organizmowi. Zamiast tego kiwam się na krześle i jem obiad. Obok siedzi Wąski. Dostaje swój obiad gdy ja swój już skończyłam. Podbieram mu jedną pyrkę. Potem powstaną o tym legendy ;). Z tej senności jest mi też mocno zimno. Trzęsę się. Dociera Eranis. Gadamy trochę. Generalnie nie bardzo mam ochotę jechać dalej, ale biorę się w garść i ruszam przed Eranis, Wąskim, Olkiem.

„Zależy pod jakim kątem!”
Do PK w Toruniu nie jest aż tak daleko – niecałe 70 km. Jadę w głęboką noc. Jest cicho i ciemno. Raz po raz przejeżdża jakieś auto. Naraz w tej nocy widzę papierową, białą wycinankę. Męska, szczupła dłoń podaje mi nożyczki. Nie widzę gościa, ale rozmawiamy o tej wycinance. Zastanawiamy się jak to powycinać. I wtedy mówię zupełnie głośno i wyraźnie: zależy pod jakim kątem! Mój własny głos budzi mnie z tego dziwacznego i absurdalnego półsnu w chwili gdy zjeżdżam z drogi w jakieś krzaki.
Tego już za wiele!
Postanawiam na najbliższym PK odpocząć, bo ta zabawa robi się coraz bardziej niebezpieczna. Następny PK to Bar na Rozdrożu w Toruniu. Przed budynkiem kręci się kilku zawodników. Są też rodzice Olka. Średnio kontaktuję i gdy mówią, że są z Torunia i czekają na syna, który zaraz powinien nadjechać zupełnie nie łączę faktów. Muszą mi powiedzieć wprost, że chodzi o Ola, bo sama bym na to nie wpadła ;). Przez szybę puka od środka Beata Tulimowska. Uśmiecha się. Wchodzę więc do ciepłego wnętrza. Biorę kawę, zupę pomidorową i frytki. Fantastyczny mix ;). Piję, jem i kładę głowę na stole. Nie da się! – Powtarzam to kilka razy. W międzyczasie pojawia się Wąski, chyba Olek i być może też Eranis. Potem kładę się na podłodze, ale jest mi zbyt twardo i ciągnie zimnem. Szybko wracam do stołu. Przy stołach śpi kilka osób. A więc nie tylko ja jestem senna? Nie zasypiam, ale takie polegiwanie z zamkniętymi oczami dobrze mi robi. Jest mi trochę lepiej, jadę więc dalej w ciemną noc.

Piotr Rebe Zieliński
Zanim docieram do Włocławka, zaczyna dnieć. Dzień zapowiada się szary. Najważniejsze dla mnie jednak jest to, że w końcu przestaje być ciemno! Gdy mijam zakłady azotowe, znowu łapie mnie senność. Aby nie dopuścić do ponownego zasypiania na rowerze, zatrzymuję się, wyjmuję aparat i robię fotkę. Na punkt kontrolny docieram z ulgą. Jest on świetnie zorganizowany, gości nas Rebe, jest już też Beata. Nie lada atrakcją jest wielka biała karta z autografami zawodników, którzy już tu byli. Swój podpis (imię i nazwisko) umieszczam i ja. Jedzenie jest dobre i bardzo urozmaicone, a pod dużym namiotem jest nie tylko stół, ale też łóżka polowe i koce. Można się trzepnąć w kompletnym ubraniu, nawet w butach! Tak właśnie robię. Ustawiam na budziku 20 minut. Gdy się budzę, czuje się dużo lepiej. Na łóżku obok śpi Wąski. Na punkcie są też Eranis i Olo. Wyjazd z Włocławka budzi mnie na dobre – to przejazd po kamiennym bruku. Super! O zaśnięciu nie ma mowy ;).

Doba
O 10.02 mija doba jak jadę. Szału ni ma ;). W dobę zrobiłam zaledwie 477,34 km. A miało być tak pięknie! Tuż przed Gąbinem pojawiają się lekkie górki. Obok idzie ścieżka rowerowa, którą jedzie jakiś duży rajd rowerowy obstawiony przez jadące ulicą motocykle i wozy straży pożarnej. Gąbin jest fajnym punktem. Są tu 2 duże namioty (w tym jeden ogrzewany) z łóżkami / leżakami. Jest jedzenie i kawa oraz herbata. Niedociągnięciem jest tymczasowy brak kubków. Nici z kawy / herbaty! Leżę chwilę w ogrzewanym namiocie. W sumie bardziej z lenistwa i chęci pogadania z kimś (są już Eranis i Djtronik) niż prawdziwego zmęczenia. Oni tu trochę śpią, więc nastawiam budzik i ja. Na 20 minut. Gdy dzwoni, wstaję od razu i jadę. Oni jeszcze śpią. Szybko się zbieram i jadę do następnego punktu w Żyrardowie. Zmagam się z kontuzją kostki. Ostrym kłującym bólem dokucza mi jeden z mięśni przyśrodkowych. Zaciskam zęby i oswajam ból.

Miękka buła
Tuż przed Sochaczewem kawałek trzeba pokonać DK50. To jakieś 2 km, ale fatalne, bo z bardzo dużym ruchem i bez pobocza. Potem trasa odbija już do samego Sochaczewa i wraca na DK50 za miastem. Aż strach. Dalej to już cały czas tak strasznie będzie? Na szczęście nie, bo jest pobocze. Linia je wyznaczająca została wymalowana białą farbą, ta farba jest dziwnie karbowana. Pewnie po to by każdy kierowca czuł, że zjeżdża na pobocze. Kierowca roweru szosowego odczuwa to w sposób straszny. Tarka przeokropna!! Przed Żyrardowem niebo jest ciemne od chmur. Zrywa się też silny wiatr (na szczęście w plecy). Widać, że zanosi się na ulewę. Ubieram deszczówkę, a gdy zaczyna lać i grzmieć, chowam się pod wiatą przystanku. Chwilę później dociera dwóch innych zawodników (spali przy stołach w Toruniu). Siedzimy pod wiatą we trójkę. Jeden z nich zakłada wodoodporne skarpetki i zabezpiecza je taśmą izolacyjną, by woda nie dostała się w nie od góry. Sprytne! Robię to samo :). Ulewa przechodzi w zwykły deszcz, ale jakoś nie chce nam się ruszyć. A przecież nie dzieje się nic strasznego i można by jechać! Siedzę i usiłuję się zebrać w sobie. Nijak mi to nie wychodzi. Oj, prawdziwa miękka buła ze mnie! To już pół godziny w plecy, a to nie jest wycieczka krajoznawcza, lecz wyścig! Chłopaki przejawiają jeszcze mniej entuzjazmu niż ja. Przełamuję się i mówię głośno, że jadę. Jak mówię głośno, to przecież nie wycofam się z tego i nie klapnę z powrotem na ławeczkę, prawda? ;). Prawda. Ruszam.

Zombie
W deszczu jedzie mi się dobrze. Nie przeszkadza mi on wcale, więc tym bardziej mam do siebie żal o ten stracony czas. Okazuje się też, że (z zupełnego przypadku) owijając skarpetki taśmą izolacyjną, zablokowałam ból mięśnia kostki. Zadziałało jak taśma rehabilitacyjna i już wiem, ze nie ściągnę tego z nogi aż do końca. Docieram do Żyrardowa, a tam same zombie. W pięknej dużej sali Centrum Kultury plączą się umęczeni zawodnicy. Mokrzy, poowijani w koce, kołdry i co tam jeszcze. Twarze mają poszarzałe, miny niewesołe. Nastroje też. Coś gadają o limicie czasu, czy warto dalej jechać. Że zimno i deszcz po ponad 550km nie pozwolą jej ukończyć. Nie wierzę w to co słyszę! Jest tu tak przygnębiająco, że aby nie załapać doła jem pospiesznie i piję. Na tym punkcie dają też prochy: magnez (biorę i łykam) oraz guaranę (biorę, nie łykam, chowam do plecaka – może się przyda, kto wie?). Obsługa jest wyjątkowo miła. Uciekam jednak stąd szybko i nie ryzykuję załapania doła.

Od Żyrardowa aż do samego końca jedzie mi się znakomicie. I gdyby nie jedna wtopa, to by było wprost pięknie, a było tak:

Edward
DK 50 okazała się ruchliwa, ale z poboczem, nie było więc źle. Okryte złą sławą okolice Grójca, o których tyle słyszałam nie były aż tak fatalne, a samo miasteczko ze starannie wypielęgnowanymi drzewkami bardzo mi się spodobało. Za Grójcem trasa prowadziła drogą równoległą do trasy S7. Ruch mały, jechało się super. To gdzieś tu, przed Białobrzegami dowiaduję się, że mój serdeczny kolega, Edward Dąbrowski miał wypadek. Odwiedzał stację paliw, by coś kupić i przejeżdżał przez kałużę. Była w niej dziura. Upadł na kamień i rozwalił staw biodrowy. Trafił do szpitala. To straszne.

Kontrola
W Białobrzegach jestem pod koniec dnia. Do jedzenia zbyt wiele tu nie ma, ale znajduję trochę ciasta piernikowego z punktu w Żyrardowie. Zjadam z apetytem. Chwilę gadam z innym solistą tu siedzącym (chyba nr 31). Na chwilę też wyłączają prąd. A na zewnątrz trwa jakiś koncert. Zbieram się. Przede mną jazda na Radom. Są tu drogi techniczne, którymi mamy jechać. Pilnuję więc mocno trasy w GPSie, by przypadkiem gdzieś źle nie zjechać. Trochę mota się tu grupa Basi Kwaśniewskiej. Nie mają nawigacji. Spotykam ich jak stoją i myślą co dalej robić. Jest już ciemno. Jadą za mną. Ściśle pilnuję, by trzymali do mnie odległość przynajmniej 100m, a gdy uznaję, że chyba są za blisko, zatrzymuję się nawet i puszczam ich przodem. W ten sposób mam kontrolę nad odległością. W Radomiu jadą inaczej niż ja (chyba), bo zupełnie znikają mi z oczu (byli akurat gdzieś za mną). Okolic Radomia nie wspominam źle.

Śpiąca królewno, dość już tego snu!!!
Za to potem jest wjazd na DK9 i jazda tą drogą do Iłży. Od dawna jest już ciemno. Droga do Iłży jest ruchliwa i bez pobocza. To prawdziwy koszmar. Iłża to moje zatracenie. Ilekroć myślę o BBT wracam do Iłży. Ileż bym dała by móc cofnąć czas!
Błąd nr 1:nie sprawdziłam lokalizacji motelu MOYA – dużego punktu kontrolnego ze spaniem i wymyśliłam sobie, że to gdzieś w centrum. Gdy jadąc trasą go nie znajduję, wpadam w panikę. Zatrzymuję się i na bardzo dużym powiększeniu w GPSie przeklikuję Iłżę. NIE MA MOTELU!!! Cholera!! I co teraz?? Jest mi zimno. Nie ma motelu. Co robić? Latam po tej Iłży jak wściekła. Rowerem i biegiem. Nic. W końcu ktoś jedzie. Od nas. Pytam go gdzie motel. Za miejscowością – odpowiada. Jadę więc za nim trzymając przepisową (nawet większą) odległość. Potem, w motelu mówił, że usiłował mnie zgubić, ale jechałam tak zawzięcie, że nie było to możliwe.
W motelu spotykam Klana i Irenkę, którzy skończyli spanie i zaraz jadą. Nie jestem senna wcale. Ta akcja z szukaniem motelu dodatkowo jeszcze mnie pobudziła.
Błąd nr 2: jest północ. Zjadam obiad i postanawiam (z rozsądku!!) iść spać, by resztę trasy zrobić już bez snu. Zastanawiam się czy warto spać teraz, bo senna nie jestem. No ale idę do pokoju i nastawiam budzik na 50 minut. Ale go NIE włączam. Zasypiam.............................
Budzi mnie przypadkowa rozmowa. Głos jakiegoś chłopaka. Zrywam się jak ostrzelana śrutem. Zlewam się zimnym potem. Mam przeczucie, że stało się coś niedobrego. Spoglądam na zegarek. Miałam spać do 01:50. A jest 04:30. Matko boska!!!! Położyłam trasę! Nie pobiję rekordu jedynej jak dotąd dziewczyny SOLO – Basi Chowaniec. Przespałam swój czas. No i to by było na tyle.

Wścieklizna
Rzucam przekleństwami, latam jak wściekła. Ogarniam się błyskawicznie. Kupuję 2 batoniki na drogę. Uruchamiam GPSa. Cała się trzęsę z nerwów. Wsiadam na rower i jadę. Jest przeraźliwie zimno. Tylko 8 stopni. DK9 planowałam robić w nocy. A ładuję się na nią wraz z zaczynającym się właśnie dniem. Pięknie! Spanie z rozsądku. Do diabła z całym tym rozsądkiem!! Rozsądek nie zawsze jest dobry. Czasem lepiej jednak zdać się na wyczucie. Wściekła jestem jak diabli. Jedzie mi się jednak cały czas dobrze. Tasuję się z zawodnikiem SOLO nr 31. Czuję wyraźnie, że mam więcej sił niż on. On szarpie i stąd to tasowanie. Ja jadę równiutko. Pojawiają się górki. Zupełnie mi one nie przeszkadzają. Ostrowiec Świętokrzyski, Opartów. Tu jeszcze się tasujemy. Na jednym z przystanków on się zatrzymuje i ja też. Chwilę gadamy. To Wojtek Chowaniec, brat Basi - mojej rekordzistki. Mówię mu więc głośno, że przyjechałam tu pobić jej rekord. Robię to specjalnie, by dodać sobie odwagi. Jadę dalej. Pogoda jest piękna. Szykuje się pełen słońca dzień. Tylko ten ruch taki wielki! Jedzie się przez to strasznie. DK9 ma swoje lepsze momenty z poboczem. Ma też jednak fragmenty takie, że włos się jeży na głowie i wtedy pozostaje modlitwa o to, aby to wszystko dobrze się skończyło...

Nasze dziewuchy
W nowej Dębie, w szkole, jest kolejny PK. Jem tu 2 porcje makaronu i jadę. Powoli zaczynam czuć ból ścięgien achillesa, zwłaszcza lewego. Mam też zdrętwiałe 3 palce lewej dłoni. Pewnie bojąc się samochodów zbyt kurczowo trzymałam kierownicę. Zrzucam ciepłe ciuchy, bo po porannym zimnie nie majuż śladu. Od momentu wyjazdu z Iłży narzucam sobie żelazną dyscyplinę. Zatrzymuję się wyłącznie na PK. Wyjątki są dwa: raz przed Rzeszowem, gdy padła bateria w GPSie i za Sanokiem w krzakach sikustop. Narzucam też odpowiednie tempo. Pilnuję pulsu i kadencji. Dzięki temu jedzie mi się lekko. Postanawiam jechać możliwie szybko (ale bez zajechania się!) dopóki jest względnie płasko. Przypuszczam, że w górach mocno zwolnię. Do Rzeszowa dojeżdżam w środku dnia, około 13.00. Docieram zjazdem do dużego ronda. Z góry widać, że całe rondo stoi szczelnie zatkane samochodami. Stoją też ulice dojazdowe. Nie poznaję siebie. Przeciskam się między autami. Czasem jadę normalnie, czasem jak na hulajnodze, ale przemieszczam się. Jazda przez miasto jest mocno nieprzyjemna. Tuż za miastem jest Zajazd Taurus i kolejny punkt kontrolny. Są tu owoce. To świetnie, bo akurat nadeszła taka pora, że mam na nie wielką ochotę. Zjadam tu praktycznie same owoce i piję kawę. W łazience znajduję na umywalce sudocrem. Aż się uśmiecham – nasze dziewuchy tu były!

Pomruczeć?
Za punktem DK 9 osiąga chyba szczyt swojej okropności. Ruch jest tak wielki, że aż boję się w niego włączyć. Czekam długą chwilę na choćby małą lukę. Potem jest wstrętna miejscowość o nazwie z tego co pamiętam, Boguchwała. Przez środek drogi idzie wysepka. Pasy ruchu są wąskie, a ruch ogromny. Tworzą się za mną korki, a silniki TIRów złowrogo za mną powarkują. Staram się nie zwariować i myśleć pozytywnie. Przypominam sobie, że przecież zawsze chciałam poprowadzić takiego TIRa i wydobyć ten głęboki dźwięk z jego silnika osobiście. Potem jest odbicie do Brzozowa i sam Brzozów. A tam trzeci od końca punkt kontrolny obsługiwany przez dziewczyny z Koła Gospodyń Wiejskich. Już ja wiem co dziewczyny z takich kół potrafią wyczarować za specjały! Oczywiście się nie mylę. Ciasto jest wprost przepyszne! Jedząc je aż mrużę oczy z rozkoszy (jako Kot, powinnam może i pomruczeć ;)). Robią mi nawet fotkę jak jem taka rozanielona. Aż żal stąd jechać. No ale trzeba. Dziewczyny zapraszają na ten punkt przy okazji kolejnej edycji BBT.

Miłość, która boli
Za Brzozowem góry zaczynają się na dobre. Już przejazd przez miasteczko to niezły podjazd. W Sanoku szosa jest w fatalnym stanie – dziurawa, frezowana, z koleinami. Jednak jestem tu poza godzinami szczytu i ruch jest znośny. Kolejny podjazd to Lesko. Długi. Zpewnym zaskoczeniem zauważam, że podjazdy idą mi leciutko i…. wcale się nie wlekę (a przecież przypuszczałam, że w górach mocno zwolnię!). Co więcej nie zawsze używam najlżejszych biegów. Pod koniec podjazdu w Lesku mija mnie auto. Chłopak w nim siedzący krzyczy, że ładnie jadę i że to jeszcze tylko kawałek. Jedzie mi się świetnie. Gdyby tylko nie te bolące ścięgna, to by było wprost znakomicie. Senna nie jestem wcale. Czuję się bardzo dobrze. Ekipa wspierająca mnie smsowo jest zaniepokojona moją kontuzją. Proponują nawet bym zwolniła trochę. Mowy nie ma! Staram się izolować ból, oswajać go. Do pewnego stopnia jest to wykonalne. Najgorzej jest po zjazdach, gdy znów trzeba zacząć kręcić. Wtedy ostry kłujący ból lewego achillesa idzie aż w piętę. Cóż poradzić? Miłość do długich tras, jak każda inna miłość, czasem sprawia ból i przynosi cierpienie. 5 km przed punktem w Ustrzykach Dolnych mija mnie auto wyścigu. Pytają czy czegoś potrzebuję. Pytam tylko ile do punktu :). Z auta tego wysiada jakiś zawodnik, numeru nie pamiętam.

Ze znieczuleniem
Na punkcie w Ustrzykach Dolnych jest Ania – pielęgniarka wyścigu. Dowiaduje się o mojej kontuzji i podaje mi dwie tabletki przeciwbólowe. Radzi zapić to słodzoną kawą. Robię co każe. Od Ani i pozostałych osób z punktu wiem, że czasowo do mety mam jakieś 3 godziny. Jest 19.25. Choćbym i miała się od teraz czołgać na brzuchu, wiem już, że zrobię nowy kobiecy rekord trasy w kategorii SOLO. Na samą myśl uśmiecham się do siebie. Uśmiech jednak zaraz schodzi z moich ust, gdy przypominam sobie Iłżę. Ta radość (niestety!) nie będzie pełna. Na punkcie pytają mnie czy poczekam tu na kogoś, by kogoś mieć w zasięgu wzroku na tej ostatniej prostej. Dziwię się. Przez całą trasę jestem SOLO. Na nikogo się nie oglądałam. Tu nie robię wyjątku. Gdy tylko kończę jeść i pić, ubieram się ciepło i jadę. Wyjazd z U. Dolnych to szarówka szybko przechodząca w noc. Droga jest praktycznie zupełnie pusta. Dwa razy wylatują za mną puszczone luzem psy. Mija mnie kilka samochodów.

Bieszczady
Chyba nigdzie niebo nie jest tak czarne i pełne gwiazd jak tutaj. Nie sposób ich policzyć. Są ich pewnie miliony. Meta jest o krok. Docieram na nią o 22.35. I tak po 60 godzinach i 35 minutach kończę swoją najdłuższą w życiu solówkę, łącznie 1015,61km. Mój pierwszy BBT.

FOTKI

Z Wilkiem do Pragi / 1

Piątek, 13 czerwca 2014 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Km: 329.24 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 979m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wyjazd do Pragi zaczynam w piątek o drugiej nad ranem. To wtedy ze snu wyrywa mnie budzik. Rower stoi obok łóżka, gotowy do drogi. Pozostaje pospiesznie zjeść śniadanie i wyjść z domu. Herbata, kanapka, gazeta. Skromnie. Gdy ruszam, jest jeszcze ciemno, gdy docieram na poznański Górczyn - jasnawo. Wilk już na mnie czeka. Witamy się i rozpoczynamy na dobre naszą czterodniową wycieczkę do Pragi. Do Pragi z Poznania można dojechać na raz. Wybieramy jednak trasę dłuższą, z trzema międzylądowaniami przed osiągnięciem celu i przejazdem przez trzy kraje: Polskę, Niemcy i Czechy.

Powtórka
Droga pod granicę niemiecką prawie w całości pokrywa się z drogą, którą pokonaliśmy już wcześniej jadąc do Berlina. Jest praktycznie zupełnie płasko. Wtedy było z wiatrem, tym razem (wg prognoz) wiatr ma przeszkadzać. Tymczasem rankiem jest cisza. Delektujemy się nią, dopóki możemy. Krótko po starcie Michał wyłapuje, że moja tylna przerzutka źle chodzi. Wsiada na mój rower i robi testową rundkę regulacyjną. Pierwszy dłuższy postój mamy około setnego kilometra na stacji paliw w Zbąszyniu. Piję tu kawę, jemy coś i ruszamy.

Pierwszy w rankingu
Przednio-boczny wiatr powoli zaczyna się rozkręcać i wszystko wskazuje na to, że prognozy jednak się sprawdzą. Michał jedzie jako pierwszy, ja chowam się za nim. Daję mu ze dwie, może trzy krótkie zmiany, bo aż mi głupio, że tak cały czas się wiozę. Zatrzymanie na fotkę robimy pod monumentalną figurą Jezusa w Świebodzinie, która zgodnie z „Rankingiem Jezusów” jest najwyższym pomnikiem przedstawiającym Zbawiciela. Robimy zdjęcie i Chrystus zdaje się nam błogosławić... ale czy na pewno?... Zastanawiam się nad tym patrząc na niebo pełne chmur, z których właśnie zaczyna padać deszcz... Od tej pory praktycznie aż do końca dnia pogoda jest przekrotna.

Cywil
Następny postój wypada w Krośnie Odrzańskim. Wpadamy do sklepu Netto zrobić ostatnie zakupy po polskiej stronie. Kiedy się tu kręcimy zagaduje mnie jakiś facet. Pyta, czy może znowu jadę do Berlina. Przez chwilę zastanawiam się skąd się znamy. Olśnienie przychodzi szybko – to policjant, którego spotkaliśmy w tym właśnie miejscu na trasie do Berlina. Dziś jest w cywilu (i za chwilę też idzie na rower). Śmiejemy się z tego niespodziewanego spotkania. Co za zrządzenie losu! Kolejne kilometry pokonujemy głównie lasami. Jesteśmy więc osłonięci od wiatru.

Głodny jak wilk
W Gubinku mam ochotę na kawę. Jazda (przez wiatr i poprawianie bagażu, który raz po raz się luzuje) nie idzie jednak tak szybko jak powinna, więc zamiast kawy jest cola. Zaczyna mocniej padać. Ubieram więc kurtkę deszczową i wtedy deszcz prawie ustaje. No i tak ganiamy się z tymi przelotnymi deszczykami. Pogoda by mogła być lepsza, ale również i gorsza, więc nie ma co specjalnie marudzić. W końcówce dnia zaczynają się pagórki. Krajobraz wyraźnie zmienia się i widać, że płasko nie będzie. Pierwsze wzniesienia, którymi kończymy dzień są zapowiedzią tego co będzie dalej. Gdy rozbijamy namioty Michał oświadcza, że jest godny jak wilk. A skoro Wilk gada takie rzeczy, to małe drapieżniki (jak np. koty) muszą się mieć na baczności ;). Ponad trzystukilometrowy przelot udało się wykonać zgodnie z założonym wcześniej planem. Zasypiam zadowolona z tego dnia. Ja, mistrzyni długiej prostej :).

Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...

Pierwszy dzień wg Wilka: http://wilk.bikestats.pl/1167583,Czechy-z-Kotem-1.html

Solówka na 330 km

Piątek, 16 maja 2014 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Km: 330.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1200m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Zaprojektowałam trasę bocznymi drogami z domu pod granicę czeską. Wyszło tego niewiele ponad 300km. Wykonalne w jeden dzień. Stabilnie złe prognozy (zimno, deszcz) i lekka niepewność, czy na pewno wszędzie będzie pod kołami szosa skłoniły mnie, by nie jechać szosówką, a przełajówką. Jak się okazało – mogę sobie tylko pogratulować tej decyzji. Rower spisał się na medal i dzięki niemu nie położyłam tej trasy.

Na poważnie
Budzik w piątek dzwoni o 3 w nocy. Herbata, śniadanie, kawa, radio, gazeta, Internet, ciasteczko i mogę ruszać. Jestem załadowana tak mocno jak to tylko możliwe. Zamki w podsiodłówce i torbie biodrowej niemal pękają i dopinam je z trudem. Mam ze sobą wszystko to co może mnie uratować przed hipotermią. Tym razem nie bagatelizuję prognoz i podchodzę do sprawy poważnie. W końcu jadę sama, nie będzie nikogo do pomocy. Moje pierwsze samotne trzysta. Po trasie liniowej. Żadnych wahadeł, pętli. A jeśli coś pójdzie nie tak, a będę daleko od domu? ..... Wyrzucam wszystkie wredne myśli z głowy. 5.03 – ruszam. Dwie osoby wierzą we mnie. To całkiem sporo.

Wieczór
Początek mam świetny. Prognoza się sprawdza. Wieje przyjemnie w plecy. Jest chłodno, ale wobec braku deszczu, zupełnie mi to nie przeszkadza. Jadę szybko. Po około 15km mogę podziwiać piękny wschód słońca. Po lewej słońce, po prawej jeszcze księżyc. Dzień walczy z nocą, a ostatecznie.... wygrywa wieczór. Dzień będzie jednym, wielkim szarym wieczorem. Robię fotkę słońcu wiedząc, że to pierwsze i ostatnie chwile gdy widzę je dziś na niebie. Ze zdjęciami tym razem jest słabo – torba biodrowa blokuje dostęp do kieszeni, do każdego zdjęcia muszę się zatrzymać.


Na przełaj
Pierwszy przystanek robię w Środzie Wlkp. Ogarnia mnie małpi rozum - zamiast biec w krzaki, postanawiam wejść do toalety na stacji. A tam kolejka, bo weszła wycieczka emerytów. Jak ta idiotka grzecznie stoję, czekam i marnuję czas. Wyjeżdżając ze stacji trochę się motam i na chwilę wylatuję na DK11. Po raz pierwszy jadę z GPSem - dzięki niemu szybko zawracam i jadę już zgodnie z wytyczoną trasą. Pierwszy odcinek gruntowy pojawia się tuż przed 50km. Na początku jest ok., potem pojawia się głęboka tarka (wytrzepało nieźle), a w końcu głęboki piach. Tu już niestety nie da się jechać. Jest zimno, więc biegnę z rowerem.

Prawdziwy przełaj! Gruntowy odcinek ma 2,3km i kończę go wylatując na biegnące tu razem DK11 i 15. Przede mną remontowany most na Warcie (ruch wahadłowy) mam tu sporo szczęścia. Ruch blokuje wielki, powolny ciągnik. Wciskam się przed niego i dzięki temu mam wygodny i bezpieczny przejazd. Za mostem uciekam z krajówek i bocznymi drogami jadę do Jarocina. Nawierzchnie nie są może perfekcyjne, ale drogi za to puste. Mogę się zatem do woli cieszyć szarością dnia i (nadal) brakiem deszczu. W Jarocinie GPS prowadzi mnie pod prąd. Na szczęście to jakaś osiedlowa droga.


Wyzwiska
Krótko za miastem trafiam na zamknięty przejazd kolejowy. Korzystam z przymusowej przerwy. Wysyłam pierwsze smsy z trasy i jem pierwszą kanapkę. Drugi i ostatni odcinek gruntowy przypada na 93 kilometrze (3km). Tym razem teren jest zupełnie jadalny i całość robię (niezbyt szybko, ale jednak) w siodle. Równolegle do DK15 jadę aż do Krotoszyna. Przelatuję przez centrum miasta (nie bardzo wiem na co patrzeć: na GPSa, czy przed siebie na drogę, ale jakoś to ogarniam i nie błądzę). Jest tu całkiem ładnie, robię nawet kilka fotek. Tuż za miastem jadę równą i prawie pustą szosą. Niestety pojawia się znak zakazu jazdy rowerem i obok ścieżka. Początkowo z kostki betonowej. Co za badziewie! Wjeżdżam na ścieżkę dopiero kawałek dalej, gdy pojawia się na niej asfalt. Choć i tak jest tu przeciętnie (szyszki, gałęzie itd.). Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak bardzo starają się zepchnąć rowerzystów na boczny tor. Na tej trasie (już w dalszej części) generalnie będę raczej omijała ścieżki, które bardziej będą mnie wnerwiały i przeszkadzały niż pomagały (wyjątkiem będą ruchliwe odcinki w miastach, gdzie jednak dla własnego bezpieczeństwa będę się nimi tłukła). Wielu ludzi będzie mnie obrzucało wyzwiskami, że mam spadać na ścieżkę, parę razy zostanę strąbiona, raz nawet gość pogrozi mi pięścią.


Pani z parasolką
Tuż za Krotoszynem (119 km trasy) zaczyna padać. I tak nieźle. Spodziewałam się tego deszczu wcześniej. Nie mam żadnych złudzeń – od razu się zatrzymuję pod drzewami (las) i ubieram się przeciwdeszczowo. Od teraz aż do końca trasy będę sobie namakać :). Z wiatrem dzieje się coś dziwnego. Chwilami nie wieje wcale. Z naprzeciwka na rowerze jedzie pani z parasolką. Parasolka ani drgnie. Wiatru chwilowo brak.


Próba
Przed przejazdem przez most na Baryczy nawierzchnia dramatycznie się pogarsza: łaty, dziury, wyrwy, muldy, spękania, szczeliny. Ta szosa jest gorsza od terenu! Przekraczam Barycz i robię postój na przystanku autobusowym. Deszcz wali o niego ostro. Dziury w drodze są pełne wody. Kanapkę jem szybko, bo w tych warunkach postój mocno wychładza.

Ruszam dalej i czekam na koniec parszywej nawierzchni. Niestety kilometry mijają i nie zmienia się nic. Cały czas ta sama trzepaczka. Po 15 kilometrach zaczynają mnie boleć dłonie i nadgarstki. Jadę bardzo powoli, bo trzęsie nieludzko. Cały czas leje. Zimno mi przy takiej powolnej jeździe, ale szybciej niż te 17-21 km/h nie daję rady ciągnąć. Bardzo się cieszę, że jestem tu sama i nikt nie widzi tej strasznej żenady. Nerwy mi zupełnie puszczają i klnę w głos. Wredny odcinek ma aż 30 km!

Gdy docieram do Twardogóry, zjeżdżam na stację się ogrzać. Mam dość. No bo ileż można się tak tłuc?! Tu by się przydał porządny full zamiast twardej do bólu aluminiowej przełajki. Wchodząc na stację widzę, że za nią jest kamienny bruk. No po prostu świetnie! Jak tak dalej pójdzie, to pod granicę dojadę jutro.


Wiara
Zamawiam bardzo dużą kawę. Mają nawet miód, więc słodzę miodem. Ale pyszna! Wysyłam przepełnione rozpaczą smsy. Jedna z osób chyba straciła we mnie wiarę - dostaję namiar na ratunkowy pociąg i informację, że idzie mi na tyle słabo, że jeśli pojadę dalej rowerem, to na miejscu będę koło 21.00. Została jeszcze druga osoba. Chyba nadal we mnie wierzy. Czy na pewno?... Nie wiem, ale trzymam się tego i postanawiam wziąć się w garść. Tak na wszelki wypadek. Aby nie zawieść. Od wyjścia ze stacji w Twardogórze aż do miasta, z którego jest pociąg, jadę mocno. Dochodzę do przekonania, że pociąg nie będzie dla mnie kuszącą alternatywą tylko wtedy, jeśli będę na stacji kolejowej na tyle wcześnie, że musiałabym długo czekać. Mam trochę szczęścia, bo odcinek brukowy w Twardogórze kończy parszywą trzydziestkę. Od teraz nawierzchnie są już lepsze. Wytrzęsiona mam lekki problem by wkręcić się od nowa na wysokie obroty, no ale rozkręcam się i nadrabiam stracony czas.


Fontanna
Z Oleśnicy jadę drogą nr 451 do Bierutowa. To 15 kilometrów w bardzo dużym ruchu samochodowym. Jest nieprzyjemnie, bo pogoda akurat jeszcze bardziej się załamała i zamiast siąpienia mam ulewę. Modlę się o szczęśliwy przejazd. Raz po raz lecą na mnie fontanny wody i wtedy zupełnie nic nie widzę. Gdy w Bierutowie odbijam z tej drogi czuję się autentycznie szczęśliwa. Jedzie mi się od teraz bardzo dobrze i odczuwam nawet osobliwą przyjemność z tej jazdy i stargania się. W mieście jestem z porządnym zapasem czasu do pociągu. Nie kusi by czekać. Lekko motam się w Grodkowie. GPS pokazuje, że mam jechać prosto, a tu drogi na wprost brak. Robię więc zawijasa i po chwili wracam na wytyczoną trasę.

Ostatnia kawa
Z Piątkowic (287km trasy) wysyłam (tym razem radosne) smsy, że jedzie mi się świetnie. Mam miłą świadomość, że do końca zostało już niewiele – jakieś 40 km (czuję nosem „metę” i jadę szybko). Jest zimno – ta chwila na smsy wystarczyła, bym wpadła w lekki dygot. Czym prędzej ruszam. W międzyczasie zatapia mi się mp3. Wielki żal! Teraz muzykę mogę odtwarzać jedynie w myślach. Zaczynają się lekkie górki, ale to tym lepiej – rozgrzewam się. Ostatni przystanek stacyjny robię kilkanaście km przed granicą. To tu odkrywam, że moje starannie zrobione dzień wcześniej paznokcie wyglądają żałośnie – od tej wielogodzinnej ulewy wszystko poodłaziło. Było nie malować ;). Na stacji kawę robi mi bardzo miły chłopak. Cały czas mnie zagaduje. Tak mocno, że aż mam problem z jedzeniem :). Sprawdza w necie ile dokładnie mi jeszcze zostało do przejechania i szczegółowo opowiada, jak będzie wyglądać ten ostatni odcinek. Jeszcze nie wiem jak bardzo mi w tym momencie pomaga....


Harpagan
Gdy opuszczam stację, jest już trochę szaro. GPS prowadzi mnie jeszcze przez chwilę, a potem.... zaczyna się coś w rodzaju Harpagana. Nagle urządzenie wariuje – mapa kończy się. Powyżej jest czarna pozioma krecha, a nad nią biała pustka. Jadę powtarzając sobie w myślach bogaty opis drogi, który usłyszałam na stacji: droga w remoncie, ruch wahadłowy, podjazd. Wszystko to jest. Czyli jadę dobrze? Potem docieram do rozjazdu. Którędy dalej? Nie mam pojęcia gdzie jechać. Jest zimno, prawie ciemno i pada. Molestuję (już po raz ostatni) GPSa, ale nic to nie daje. W tej sytuacji pozostaje telefon do przyjaciela. Udaje się dodzwonić, ale i tak jadę źle. Szosa (lekki podjazd) kończy się gruntem. Stoi tu jakiś duży dom, w oknie pali się światło. Idę tam. Miły pan wychyla się z okna. Dość długo gadamy i w końcu wiem jak jechać dalej. Zawracam. Jeszcze tylko kilka kilometrów. Tak, to już naprawdę blisko! W końcu jest. Moja meta! :)

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum