Wpisy archiwalne w kategorii
do 250
| Dystans całkowity: | 15612.19 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 376:49 |
| Średnia prędkość: | 20.24 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 49.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 72371 m |
| Maks. tętno średnie: | 128 (67 %) |
| Suma kalorii: | 1712 kcal |
| Liczba aktywności: | 72 |
| Średnio na aktywność: | 216.84 km i 10h 45m |
| Więcej statystyk | |
Zielona Góra - Leszno (2)
Sobota, 19 marca 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
| Km: | 206.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 6.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 505m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W nocy padało. Z drzew nadal
trochę kapie. Gotuję wodę na kawę 3w1, jem śniadanie i zwijam się. Jest
przejmująco zimno, wilgotno i mgliście - deszcz wisi w powietrzu, ale co dziwne
- nie pada. Jak również nie wieje. Jadę wzdłuż granicy polsko - niemieckiej.
Pustki tu i prawie same lasy. Planując trasę widziałam, że na RwG nie ma
podglądu dla tej drogi. Trochę się martwiłam, czy czasem nie właduję się w
teren. Jednak terenu nie ma. Czasem za to trafia się bruk. Trzęsie i spowalnia.
Bruku generalnie jest dużo. Niektóre fragmenty są znośne i całkiem szybkie,
inne nierówne i powolne. Pierwsza stacja trafia się dopiero w Gozdnicy. Jest tu
dziwnie ciemno, więc naciskam na klamkę i sprawdzam, czy jest czynne. Na
szczęście tak. Biorę herbatę, nabijam punkty i niespodzianka! Okazuje się, że z
tą transakcją nabywam praw do jakiejś super hiper karty dla wybitnych klientów.
Brodaty i kudłaty sprzedawca pyta skąd jadę. Gdy opowiadam o gminach, nie jest
zbyt zaskoczony. Miał już kiedyś na stacji klienta co wędrował i jego celem
było zejść pieszo cały kraj.
Kolejne gminy to same lasy oraz drogi dziurawe, brukowane, łaciate i wyboiste. Wszystko boli od jazdy po takich nawierzchniach. W głowie kiełkuje plan, by część trasy sobie odpuścić i kilka gmin zaliczyć przy innej okazji. Urokliwie tu, ale jazda przyjemna nie jest. Kolejna stacja trafia się dopiero w Szprotawie, ponad 100 km za Gozdnicą. W takich warunkach, po parszywych nawierzchniach i w zimnie - jest to kawał drogi. Wbijam się do środka. Stacja licha. Mały wysoki stolik, bez krzeseł. Można sobie komfortowo... postać. Miejsce jak dla konia. I tylko owsa brak.
Najbardziej nieprzyjemną drogą jest dziś droga nr 297 do Bolesławca. Równa. Ale wąska, kręta, bez pobocza i ruchliwa. Na odcinku administrowanym przez lubuskie jest fatalnie. Na odcinku dolnośląskim przylega asfaltowa ddrka dość mocno pamiętająca zimowe warunki (pełno piachu na niej!). Gdy kończę jazdę tą drogą, ładuję się w lokalną dziurawkę, która przechodzi w płyty betonowe. Są tu jakieś zakłady i ogólnie jakoś tak nieprzyjemnie mi tu być teraz, gdy już jest po zmroku..... Naraz z naprzeciwka ktoś idzie. Facet z mdło świecącą latareczką. Z prawdziwą ulgą wyjeżdżam stąd na normalną szosę, która przechodzi w... normalny bruk. Jadę jeszcze kawałek (bruk jest prawie cały czas) i tuż przed Niegosławicami, w zagajniku, rozbijam się na noc. Księżyc pięknie świeci, nie muszę nawet palić lampki. Ostatni raz w tak jasną noc rozbijałam się pod Koszalinem w zeszłym roku. Jest też przeraźliwie zimno, tylko 1 stopień powyżej zera. Wymęczona wstrząsającymi nawierzchniami i zimnem oraz brakiem możliwości zjedzenia czegoś ciepłego po drodze, obiecuję sobie, że bankowo jutro przytnę trasę. Przystępuję do gotowania wody na zupkę chińską. Lepszy rydz niż nic.
Mapka trasy z całego weekendu:
Zdjęcia
Zaliczone gminy: Zielona Góra (teren wiejski), Świdnica, Brody, Tuplice, Trzebiel, Łęknica, Przewóz, Gozdnica, Małomice, Przemków, Gaworzyce, Radwanica, Żukowice, Jerzmanowa, Głogów (teren wiejski), Głogów (miasto), Kotla, Węgliniec, Pieńsk, Osiecznica, Bolesławiec (teren wiejski), Chocianów, Gromadka (23 gminy).
Ciąg dalszy
Kolejne gminy to same lasy oraz drogi dziurawe, brukowane, łaciate i wyboiste. Wszystko boli od jazdy po takich nawierzchniach. W głowie kiełkuje plan, by część trasy sobie odpuścić i kilka gmin zaliczyć przy innej okazji. Urokliwie tu, ale jazda przyjemna nie jest. Kolejna stacja trafia się dopiero w Szprotawie, ponad 100 km za Gozdnicą. W takich warunkach, po parszywych nawierzchniach i w zimnie - jest to kawał drogi. Wbijam się do środka. Stacja licha. Mały wysoki stolik, bez krzeseł. Można sobie komfortowo... postać. Miejsce jak dla konia. I tylko owsa brak.
Najbardziej nieprzyjemną drogą jest dziś droga nr 297 do Bolesławca. Równa. Ale wąska, kręta, bez pobocza i ruchliwa. Na odcinku administrowanym przez lubuskie jest fatalnie. Na odcinku dolnośląskim przylega asfaltowa ddrka dość mocno pamiętająca zimowe warunki (pełno piachu na niej!). Gdy kończę jazdę tą drogą, ładuję się w lokalną dziurawkę, która przechodzi w płyty betonowe. Są tu jakieś zakłady i ogólnie jakoś tak nieprzyjemnie mi tu być teraz, gdy już jest po zmroku..... Naraz z naprzeciwka ktoś idzie. Facet z mdło świecącą latareczką. Z prawdziwą ulgą wyjeżdżam stąd na normalną szosę, która przechodzi w... normalny bruk. Jadę jeszcze kawałek (bruk jest prawie cały czas) i tuż przed Niegosławicami, w zagajniku, rozbijam się na noc. Księżyc pięknie świeci, nie muszę nawet palić lampki. Ostatni raz w tak jasną noc rozbijałam się pod Koszalinem w zeszłym roku. Jest też przeraźliwie zimno, tylko 1 stopień powyżej zera. Wymęczona wstrząsającymi nawierzchniami i zimnem oraz brakiem możliwości zjedzenia czegoś ciepłego po drodze, obiecuję sobie, że bankowo jutro przytnę trasę. Przystępuję do gotowania wody na zupkę chińską. Lepszy rydz niż nic.
Mapka trasy z całego weekendu:
Zdjęcia
Zaliczone gminy: Zielona Góra (teren wiejski), Świdnica, Brody, Tuplice, Trzebiel, Łęknica, Przewóz, Gozdnica, Małomice, Przemków, Gaworzyce, Radwanica, Żukowice, Jerzmanowa, Głogów (teren wiejski), Głogów (miasto), Kotla, Węgliniec, Pieńsk, Osiecznica, Bolesławiec (teren wiejski), Chocianów, Gromadka (23 gminy).
Ciąg dalszy
Karnawał_1
Sobota, 30 stycznia 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 227.83 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 13:17 | km/h: | 17.15 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 7.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1816m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Trasę zaprojektowałam na szybko, na kolanie, zupełny spontan.
Najpierw wykreśliłam jedną, potem drugą, trzecią…. Jak szalony rysownik, który
co chwilę zrywa kartkę, na której dopiero co zaczął prowadzić linię. Z
założenia trasa miała nie iść głównymi drogami, w miarę możliwości omijać
miasta, być ciekawa widokowo oraz w razie potrzeby miała być możliwa do
skrócenia.
Manewry linkowe
Poranek w Żmigrodzie jest pochmurny i wietrzny. Jak na przedostatni dzień stycznia jest dość ciepło. Początek idzie „świetnie”. Trzeba podciągnąć linkę zepsutego od długiego czasu hamulca przedniego. Planuję go nie używać, a podciągniecie linki ma mnie wyratować w razie potrzeby nagłego hamowania. Zwykle taki „manewr linkowy” wystarcza właśnie na jedno hamowanie, a potem klamka znowu się zapada i hamulec nie działa wcale.
7 m/s
Mimo znacznego poślizgu w stosunku do planu (jakieś dwie godziny) nastrajamy się optymistycznie do trasy i do walki z wiatrem, który wieje wg prognoz z prędkością 7 m/s. Wiatr ten przez najbliższe 150 km będzie nas gnębił przednio i przednio-bocznie. Bomba! Nie będzie od niego chwili wytchnienia… Ale czy ktoś obiecywał, że będzie słodko?
Ach, dzieje się!
Jazda idzie jak krew z nosa, a nawet gorzej, bo krew z nosa zwykle idzie dosyć szybko. Kilometry wcale nie uciekają. Tak jakby stoimy w miejscu. Coś tam jednak się dzieje, bo przecinamy Odrę, drogę krajową nr 94, autostradę A4, aż w końcu docieramy do Jawora. Piękny i spory Kościół Pokoju widać z daleka, więc skoro już tu jesteśmy – podjeżdżamy bliżej. Za Jaworem zaczynają się podjazdy. Wiatr cały czas przeszkadza, nawierzchnie są niezbyt dobre, no to aby jeszcze sobie dołożyć – podjazdy będą w sam raz. Idzie więc na pierwszy ogień podjazd przez Chełmiec. W przypływie nadmiaru mocy, gdzieś w tych okolicach, Garmin zrywa łańcuch. Szybkie skuwanie i dalejże pod górę. Lasy Parku Krajobrazowego Doliny Chełmy prezentują się świetnie. Szkoda tylko, że dzień się już powoli kończy.

W zastępstwie
Wieje paskudnie mocno. Najwyższy punkt trasy ma 612 m.n.p.m. Z tej wysokości widać w dole światła Jeleniej Góry. Jesteśmy całkiem blisko, ale do miasta nie zjedziemy. Zjazd po serpentynach do Dziwiszowa to niezła masakra – wieje tak, że aż przestawia, w dodatku nachylenie jest dość znaczne, a ja mam do dyspozycji tylko jeden sprawny hamulec. Wpadam w lekką panikę, klnę jak szewc - na swoją głupotę, że niesprawnym rowerem wybrałam się w taki teren. Po zjeździe zaczyna się powoli nawrotka. Wykręcamy na północny zachód i wiatr już tak nie przeszkadza. Ale idealnie przecież być nie może. No bo jak to tak? Skoro wiatr przestał być dużym problemem - coś musiało go zastąpić. Deszcz. Deszcz przy 6 stopniach powyżej zera, po 150 km jazdy pod wiatr, to jest to czego nam było potrzeba do szczęścia. Przy życiu trzyma mnie myśl o Lwówku Śląskim. To nieco większe miasteczko. Jak będzie dogodne miejsce – zje się w cieple obiad.
Jedno zdjęcie
Takie miejsce udaje się znaleźć. Jemy więc dwudaniowy obiad, pijemy kawę oraz herbatę. Oj, dużo tego dobrego! Aż za dużo, bo ciężko potem jechać z pełnym żołądkiem. Pada z krótkimi przerwami cały czas. W tym uroczym deszczyku docieramy do Złotoryi. Ładnie tu, ale z obawy przed utopieniem aparatu robię tylko jedno zdjęcie. Musi wystarczyć.
Karnawał
Sobota płynnie przechodzi w niedzielę. Jak karnawał, to karnawał, sobotnia impreza nie może się przecież skończyć przed północą! Tak więc balujemy do 01:10, kiedy to jak porządni imprezowicze po udanej balandze łapiemy poziom.
Mapa:
Zaliczone gminy: Brzeg Dolny, Miękinia, Środa Śl., Udanin, Wądroże Wielkie, Mściwojów, Jawor, Męcinka, Świerzawa, Wojcieszów, Jeżów Sudecki, Wleń, Lubomierz, Lwówek Śląski, Pielgrzymka, Złotoryja obszar wiejski, Złotoryja miasto, Miłkowice (18 gmin).
Zdjęcia
Manewry linkowe
Poranek w Żmigrodzie jest pochmurny i wietrzny. Jak na przedostatni dzień stycznia jest dość ciepło. Początek idzie „świetnie”. Trzeba podciągnąć linkę zepsutego od długiego czasu hamulca przedniego. Planuję go nie używać, a podciągniecie linki ma mnie wyratować w razie potrzeby nagłego hamowania. Zwykle taki „manewr linkowy” wystarcza właśnie na jedno hamowanie, a potem klamka znowu się zapada i hamulec nie działa wcale.
7 m/s
Mimo znacznego poślizgu w stosunku do planu (jakieś dwie godziny) nastrajamy się optymistycznie do trasy i do walki z wiatrem, który wieje wg prognoz z prędkością 7 m/s. Wiatr ten przez najbliższe 150 km będzie nas gnębił przednio i przednio-bocznie. Bomba! Nie będzie od niego chwili wytchnienia… Ale czy ktoś obiecywał, że będzie słodko?
Ach, dzieje się!
Jazda idzie jak krew z nosa, a nawet gorzej, bo krew z nosa zwykle idzie dosyć szybko. Kilometry wcale nie uciekają. Tak jakby stoimy w miejscu. Coś tam jednak się dzieje, bo przecinamy Odrę, drogę krajową nr 94, autostradę A4, aż w końcu docieramy do Jawora. Piękny i spory Kościół Pokoju widać z daleka, więc skoro już tu jesteśmy – podjeżdżamy bliżej. Za Jaworem zaczynają się podjazdy. Wiatr cały czas przeszkadza, nawierzchnie są niezbyt dobre, no to aby jeszcze sobie dołożyć – podjazdy będą w sam raz. Idzie więc na pierwszy ogień podjazd przez Chełmiec. W przypływie nadmiaru mocy, gdzieś w tych okolicach, Garmin zrywa łańcuch. Szybkie skuwanie i dalejże pod górę. Lasy Parku Krajobrazowego Doliny Chełmy prezentują się świetnie. Szkoda tylko, że dzień się już powoli kończy.

W zastępstwie
Wieje paskudnie mocno. Najwyższy punkt trasy ma 612 m.n.p.m. Z tej wysokości widać w dole światła Jeleniej Góry. Jesteśmy całkiem blisko, ale do miasta nie zjedziemy. Zjazd po serpentynach do Dziwiszowa to niezła masakra – wieje tak, że aż przestawia, w dodatku nachylenie jest dość znaczne, a ja mam do dyspozycji tylko jeden sprawny hamulec. Wpadam w lekką panikę, klnę jak szewc - na swoją głupotę, że niesprawnym rowerem wybrałam się w taki teren. Po zjeździe zaczyna się powoli nawrotka. Wykręcamy na północny zachód i wiatr już tak nie przeszkadza. Ale idealnie przecież być nie może. No bo jak to tak? Skoro wiatr przestał być dużym problemem - coś musiało go zastąpić. Deszcz. Deszcz przy 6 stopniach powyżej zera, po 150 km jazdy pod wiatr, to jest to czego nam było potrzeba do szczęścia. Przy życiu trzyma mnie myśl o Lwówku Śląskim. To nieco większe miasteczko. Jak będzie dogodne miejsce – zje się w cieple obiad.
Jedno zdjęcie
Takie miejsce udaje się znaleźć. Jemy więc dwudaniowy obiad, pijemy kawę oraz herbatę. Oj, dużo tego dobrego! Aż za dużo, bo ciężko potem jechać z pełnym żołądkiem. Pada z krótkimi przerwami cały czas. W tym uroczym deszczyku docieramy do Złotoryi. Ładnie tu, ale z obawy przed utopieniem aparatu robię tylko jedno zdjęcie. Musi wystarczyć.
Karnawał
Sobota płynnie przechodzi w niedzielę. Jak karnawał, to karnawał, sobotnia impreza nie może się przecież skończyć przed północą! Tak więc balujemy do 01:10, kiedy to jak porządni imprezowicze po udanej balandze łapiemy poziom.
Mapa:
Zaliczone gminy: Brzeg Dolny, Miękinia, Środa Śl., Udanin, Wądroże Wielkie, Mściwojów, Jawor, Męcinka, Świerzawa, Wojcieszów, Jeżów Sudecki, Wleń, Lubomierz, Lwówek Śląski, Pielgrzymka, Złotoryja obszar wiejski, Złotoryja miasto, Miłkowice (18 gmin).
Zdjęcia
Strzałka
Środa, 11 listopada 2015 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 219.85 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 07:31 | km/h: | 29.25 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 526m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Cyk-cyk, rach-ciach, myk-myk i jest!
Dzida? Nie. Dzida dla mnie za ciężka. Wolę strzałkę :)
....................................................
Budzę się około 3 w nocy. Bez budzika. Nie, nie wstaję jeszcze. Leżę. Obudził mnie ból gardła i pieczenie w nosie. Wspaniale. Chora ostatnio byłam niecały miesiąc temu... Mielę śniadanie i jadę do Swarzędza.
Ostro i od razu
Ze Starsząpanią spotykamy się na dworcu kolejowym. Jestem na miejscu i właśnie montuję lemondkę, gdy zjawia się ona. Jest siódma rano i już mocno wieje. To dobry znak. Gdy zapowiadają wiatr, to często prawdziwe wianie zaczyna się dopiero gdy dzień już na dobre trwa. Dziś dmucha ostro od razu. Około 7.20 ruszamy i od początku jest szybko. Lecimy DK92 do Łowicza. Niezbyt ciekawa trasa, ale idealna na jazdę z wiatrem - bo jest dobra nawierzchnia i prawie cały czas idzie równo na wschód. Kładę się na lemondce i lecę jak strzałka. Starsza lekko zostaje - ale tylko na początku - potrzebuje nieco więcej czasu na rozkręcenie się. Potem już lecimy razem - dobrze zgrane.
Z radości
Zaliczamy policyjną przygodę w Strzałkowie (a może to była Słupca?). W każdym razie szosa jest pusta. Jesteśmy tu tylko my i... wyprzedzający nas radiowóz. Auto zwalnia, włącza awaryjne, zatrzymuje się. No tak - pewnie czegoś od nas chce. Policjant zaczyna gadkę, że jedziemy na zakazie. Trochę próbuję z nim dyskutować, ale kiedy proponuje nam 300 zł mandatu - rozmowy mi się zdecydowanie odechciewa. Grzecznie przechodzimy na beznadziejną, brukową ścieżkę rowerową. Koszmarek. Trzęsie, dziwne zakręty, krawężniki. Wścieklizny tam dostaję i nosi mnie równo. Ale siedzimy na ścieżce twardo, bo gość może przecież czekać na nas kontrolnie kawałek dalej. Kiedy w końcu zjeżdżamy na równą ulicę... aż zwalniam z radości aby nacieszyć się tą gładkością. Złość wyparowuje błyskawicznie.
Oczy
Pogoda nie jest idealna. Idealny jest wiatr (silny, stabilny, w plecy) i temperatura (14-16 stopni). Niestety raz po raz pada. Nie jest to całodzienny deszcz, nie są to nagłe ulewy.
To jak.... popłakiwanie przez cały dzień.
Jak pełne łez oczy.
Ucho
Gardło boli w najlepsze. Zaczyna też boleć prawe ucho. Z nosa leci. Raz po raz puszczam Starszą do przodu, a sama staję, by przedmuchać nos. Podczas jednego z takich przystanków wymieniam też padnięte baterie w GPS.
Kawę pijemy na Orlenie kawałek za Goliną. Siadamy tu na chwilę. Potem jest jeszcze stacja (chyba w Kłodawie) gdzie tylko uzupełniamy wodę. Na tej stacji zaczepiają nas chłopaki z obsługi. Też jeżdżą rowerami i żałują, że muszą być dziś w pracy. Ostatni popas w Kaszewach Kościelnych. To kawałek za Kutnem. Jem tu zapiekankę na Shellu (nie jest zbyt dobra, za dużo mięsa). Z przeziębieniem czuję się coraz gorzej. Gdy jadę, to jeszcze nie jest tak źle, ale na postoju w ciepłym czuję się bardzo nieszczególnie.

Syntetyczna
Cała trasa przejechana dość żwawym tempem. Z wiatrem. Nie zmęczyłam się wcale. Poza paroma krótkimi kawałkami nie przykładałam się. Samo się zrobiło. W Łowiczu meldujemy się z bardzo bezpiecznym zapasem czasu. Kupujemy bilety, syntetyczną herbatkę z automatu (ważne, że ciepła) i ładujemy się do pociągu. Konduktor to cyklista. Gadamy więc trochę o rowerach. W Kutnie długa, prawie godzinna, przesiadka. Na szczęście Kutno jest super. Nie dość, że mają tu ładny dworzec, wspaniałą płaską okolicę, to w dodatku na dworcu jest mała, przytulna restauracyjka (gdyby taka mogła być w Poznaniu....zamiast obrzydliwego "chlebaka"). Wbijamy się. Bierzemy po dużej herbacie z cytryną i po wegetariańskiej zapiekance.
Majaki
A w pociągu.... Sama nie wiem, czy to wyśniłam w gorączce, czy działo się naprawdę. Jakiś gość chciał odkupić moją przełajówkę. Pamiętam, że protestowałam. Gapił się na nią i podziwiał mimo, że po deszczowej jeździe była uwalona błotem. Potem gadał z nami prawie całą drogę. Gadał dużo i momentami ciekawie. Okazało się, że mamy nawet gdzieś daleko wspólnych znajomych.
Gadał i gadał (oj, aż za dużo!), a ja się czułam gorzej i gorzej. Jakby ktoś mi przystawił żelazko do twarzy. Ostatecznie cała ta gadanina spadła na Starszą, bo jakoś tak.... się wyłączyłam. A potem wsiedli podpici ludzie. Gadali o śmierdzących stopach, jakiś pijany koleś spadł z siedzenia wprost na kolana Starszej. Wspaniała przygoda kolejowa się trafiła. Starsza widząc, że przysypiam czytała mi bajkę na dobranoc. Jakiś blog o jeździe na rowerze i o rzucaniu krawatem. Czad.
Mapa:
Zdjęcia
Dzida? Nie. Dzida dla mnie za ciężka. Wolę strzałkę :)
....................................................
Budzę się około 3 w nocy. Bez budzika. Nie, nie wstaję jeszcze. Leżę. Obudził mnie ból gardła i pieczenie w nosie. Wspaniale. Chora ostatnio byłam niecały miesiąc temu... Mielę śniadanie i jadę do Swarzędza.
Ostro i od razu
Ze Starsząpanią spotykamy się na dworcu kolejowym. Jestem na miejscu i właśnie montuję lemondkę, gdy zjawia się ona. Jest siódma rano i już mocno wieje. To dobry znak. Gdy zapowiadają wiatr, to często prawdziwe wianie zaczyna się dopiero gdy dzień już na dobre trwa. Dziś dmucha ostro od razu. Około 7.20 ruszamy i od początku jest szybko. Lecimy DK92 do Łowicza. Niezbyt ciekawa trasa, ale idealna na jazdę z wiatrem - bo jest dobra nawierzchnia i prawie cały czas idzie równo na wschód. Kładę się na lemondce i lecę jak strzałka. Starsza lekko zostaje - ale tylko na początku - potrzebuje nieco więcej czasu na rozkręcenie się. Potem już lecimy razem - dobrze zgrane.
Z radości
Zaliczamy policyjną przygodę w Strzałkowie (a może to była Słupca?). W każdym razie szosa jest pusta. Jesteśmy tu tylko my i... wyprzedzający nas radiowóz. Auto zwalnia, włącza awaryjne, zatrzymuje się. No tak - pewnie czegoś od nas chce. Policjant zaczyna gadkę, że jedziemy na zakazie. Trochę próbuję z nim dyskutować, ale kiedy proponuje nam 300 zł mandatu - rozmowy mi się zdecydowanie odechciewa. Grzecznie przechodzimy na beznadziejną, brukową ścieżkę rowerową. Koszmarek. Trzęsie, dziwne zakręty, krawężniki. Wścieklizny tam dostaję i nosi mnie równo. Ale siedzimy na ścieżce twardo, bo gość może przecież czekać na nas kontrolnie kawałek dalej. Kiedy w końcu zjeżdżamy na równą ulicę... aż zwalniam z radości aby nacieszyć się tą gładkością. Złość wyparowuje błyskawicznie.
Oczy
Pogoda nie jest idealna. Idealny jest wiatr (silny, stabilny, w plecy) i temperatura (14-16 stopni). Niestety raz po raz pada. Nie jest to całodzienny deszcz, nie są to nagłe ulewy.
To jak.... popłakiwanie przez cały dzień.
Jak pełne łez oczy.
Ucho
Gardło boli w najlepsze. Zaczyna też boleć prawe ucho. Z nosa leci. Raz po raz puszczam Starszą do przodu, a sama staję, by przedmuchać nos. Podczas jednego z takich przystanków wymieniam też padnięte baterie w GPS.
Kawę pijemy na Orlenie kawałek za Goliną. Siadamy tu na chwilę. Potem jest jeszcze stacja (chyba w Kłodawie) gdzie tylko uzupełniamy wodę. Na tej stacji zaczepiają nas chłopaki z obsługi. Też jeżdżą rowerami i żałują, że muszą być dziś w pracy. Ostatni popas w Kaszewach Kościelnych. To kawałek za Kutnem. Jem tu zapiekankę na Shellu (nie jest zbyt dobra, za dużo mięsa). Z przeziębieniem czuję się coraz gorzej. Gdy jadę, to jeszcze nie jest tak źle, ale na postoju w ciepłym czuję się bardzo nieszczególnie.

Syntetyczna
Cała trasa przejechana dość żwawym tempem. Z wiatrem. Nie zmęczyłam się wcale. Poza paroma krótkimi kawałkami nie przykładałam się. Samo się zrobiło. W Łowiczu meldujemy się z bardzo bezpiecznym zapasem czasu. Kupujemy bilety, syntetyczną herbatkę z automatu (ważne, że ciepła) i ładujemy się do pociągu. Konduktor to cyklista. Gadamy więc trochę o rowerach. W Kutnie długa, prawie godzinna, przesiadka. Na szczęście Kutno jest super. Nie dość, że mają tu ładny dworzec, wspaniałą płaską okolicę, to w dodatku na dworcu jest mała, przytulna restauracyjka (gdyby taka mogła być w Poznaniu....zamiast obrzydliwego "chlebaka"). Wbijamy się. Bierzemy po dużej herbacie z cytryną i po wegetariańskiej zapiekance.
Majaki
A w pociągu.... Sama nie wiem, czy to wyśniłam w gorączce, czy działo się naprawdę. Jakiś gość chciał odkupić moją przełajówkę. Pamiętam, że protestowałam. Gapił się na nią i podziwiał mimo, że po deszczowej jeździe była uwalona błotem. Potem gadał z nami prawie całą drogę. Gadał dużo i momentami ciekawie. Okazało się, że mamy nawet gdzieś daleko wspólnych znajomych.
Gadał i gadał (oj, aż za dużo!), a ja się czułam gorzej i gorzej. Jakby ktoś mi przystawił żelazko do twarzy. Ostatecznie cała ta gadanina spadła na Starszą, bo jakoś tak.... się wyłączyłam. A potem wsiedli podpici ludzie. Gadali o śmierdzących stopach, jakiś pijany koleś spadł z siedzenia wprost na kolana Starszej. Wspaniała przygoda kolejowa się trafiła. Starsza widząc, że przysypiam czytała mi bajkę na dobranoc. Jakiś blog o jeździe na rowerze i o rzucaniu krawatem. Czad.
Mapa:
Zdjęcia
Laski w Laskowicach
Sobota, 7 listopada 2015 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 228.12 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 09:44 | km/h: | 23.44 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 714m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
[Siedzi na bujanym fotelu i gmera mnie stopą po grzbiecie. Chyba pije
kawę, bo w pokoju wspaniale pachnie kawą. Przeciągam się i z radosnym
miauknięciem wskakuję jej na kolana.
Łups!
Kubek kawy ląduje na podłodze. Starszapani zrywa się z fotela i żwawo rusza za mną. Oj, niedobrze! Nie dam się tak łatwo złapać.... pędzę przez podwórko, jedną ulicę, drugą.... przez kolejne wioski, miasteczka... Pędzimy zawzięcie razem.]
Wcześnie rano - już nie jest ciemno. Coś tam widać, choć jeszcze niewiele. Jak na listopadowy poranek nie jest szczególnie zimno (10 stopni). Ale... prawie od razu łapie nas deszczyk. Nie pada mocno i początkowo nawet zastanawiamy się, czy jakoś chronić się przed deszczem (wg prognoz miało padać minimalnie i krótko). Ubieramy się jednak i jest to dobra decyzja - pada non stop mniej lub mocniej przez ponad 40 kilometrów.
Nasze stopy
Kiedy docieramy do Ryczywołu, jesteśmy już całe przemoczone. Kurtki deszczowe oczywiście puściły i są teraz jak mokre szmaty. W butach też woda. Ładujemy się do marketu. Najpilniejszą sprawą jest wysuszenie i ogrzanie stóp. Kupuję nam po 2 pary skarpetek, biorę foliówki i na rozweselenie - trochę słodkiego. Niczym się nie przejmując zdejmujemy mokre skarpetki i zakładamy nowe-suche w sklepie, tuż za kasami. Wszyscy mogą podziwiać nasze stopy :).
Delikatnie
Chwilę później zbieramy się na odwagę, by wyjść. Całe jesteśmy mokre. Na szczęście jednak przestało padać. A to daje nadzieję na to, że może jednak nie będziemy ciąć trasy. Dzień aż do końca jest mglisty, raz po raz delikatnie kropi. Mimo to jedzie nam się bardzo dobrze. Jedyną przerwę na kawę robimy w Łobżenicy na Orlenie. Próbujemy się tam podsuszyć, Starsza podkręca nawet grzejnik i rozwiesza na nim kurtkę. Ale grzejnik nie działa.

Bar
Kiedy zapada wieczór, robi się nastrojowo. Jesteśmy akurat w Borach Tucholskich. Las jest wyjątkowo ładny, a mgły dodają mu tajemniczości. Przez chwilę myślę sobie, że fajnie by teraz było wejść w ten las i rozbić namiot.
No ale nie tym razem. Lecimy przed siebie. Robi się ciemno, mgła też jakby większa. Widoczność jest mocno ograniczona. Jedziemy przez to troszkę wolniej. W końcu docieramy do Laskowic. Mamy bezpieczny zapas czasu, idziemy więc do jedynego czynnego tu baru. Knajpa to klasyczna "mordownia". Wystrój archaiczny, jakiś smętny automat do gier. Półmrok. Przy stolikach stali bywalcy tokują nad trunkami. Jak się okazuje - prawie każdy facet jest koło pięćdziesiątki, prawie każdy to kawaler. Wzbudzamy niemałe zainteresowanie. Czujemy, że jeszcze chwila, a zaczną się nam oświadczać :)). Zjadam więc szybko zapiekankę i z nóżki na nóżkę toczymy się na dworzec kolejowy.
Mapa:
Zaliczone gminy: Kęsowo, Tuchola, Cekcyn, Jeżewo (4 gminy).
Zdjęcia
Łups!
Kubek kawy ląduje na podłodze. Starszapani zrywa się z fotela i żwawo rusza za mną. Oj, niedobrze! Nie dam się tak łatwo złapać.... pędzę przez podwórko, jedną ulicę, drugą.... przez kolejne wioski, miasteczka... Pędzimy zawzięcie razem.]
Wcześnie rano - już nie jest ciemno. Coś tam widać, choć jeszcze niewiele. Jak na listopadowy poranek nie jest szczególnie zimno (10 stopni). Ale... prawie od razu łapie nas deszczyk. Nie pada mocno i początkowo nawet zastanawiamy się, czy jakoś chronić się przed deszczem (wg prognoz miało padać minimalnie i krótko). Ubieramy się jednak i jest to dobra decyzja - pada non stop mniej lub mocniej przez ponad 40 kilometrów.
Nasze stopy
Kiedy docieramy do Ryczywołu, jesteśmy już całe przemoczone. Kurtki deszczowe oczywiście puściły i są teraz jak mokre szmaty. W butach też woda. Ładujemy się do marketu. Najpilniejszą sprawą jest wysuszenie i ogrzanie stóp. Kupuję nam po 2 pary skarpetek, biorę foliówki i na rozweselenie - trochę słodkiego. Niczym się nie przejmując zdejmujemy mokre skarpetki i zakładamy nowe-suche w sklepie, tuż za kasami. Wszyscy mogą podziwiać nasze stopy :).
Delikatnie
Chwilę później zbieramy się na odwagę, by wyjść. Całe jesteśmy mokre. Na szczęście jednak przestało padać. A to daje nadzieję na to, że może jednak nie będziemy ciąć trasy. Dzień aż do końca jest mglisty, raz po raz delikatnie kropi. Mimo to jedzie nam się bardzo dobrze. Jedyną przerwę na kawę robimy w Łobżenicy na Orlenie. Próbujemy się tam podsuszyć, Starsza podkręca nawet grzejnik i rozwiesza na nim kurtkę. Ale grzejnik nie działa.

Bar
Kiedy zapada wieczór, robi się nastrojowo. Jesteśmy akurat w Borach Tucholskich. Las jest wyjątkowo ładny, a mgły dodają mu tajemniczości. Przez chwilę myślę sobie, że fajnie by teraz było wejść w ten las i rozbić namiot.
No ale nie tym razem. Lecimy przed siebie. Robi się ciemno, mgła też jakby większa. Widoczność jest mocno ograniczona. Jedziemy przez to troszkę wolniej. W końcu docieramy do Laskowic. Mamy bezpieczny zapas czasu, idziemy więc do jedynego czynnego tu baru. Knajpa to klasyczna "mordownia". Wystrój archaiczny, jakiś smętny automat do gier. Półmrok. Przy stolikach stali bywalcy tokują nad trunkami. Jak się okazuje - prawie każdy facet jest koło pięćdziesiątki, prawie każdy to kawaler. Wzbudzamy niemałe zainteresowanie. Czujemy, że jeszcze chwila, a zaczną się nam oświadczać :)). Zjadam więc szybko zapiekankę i z nóżki na nóżkę toczymy się na dworzec kolejowy.
Mapa:
Zaliczone gminy: Kęsowo, Tuchola, Cekcyn, Jeżewo (4 gminy).
Zdjęcia
Ci-cho-sza
Niedziela, 11 października 2015 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
| Km: | 207.10 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 08:13 | km/h: | 25.20 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 621m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
"Po cichu, po wielkiemu cichu, idu sobie ku miastu na zwiadu, i idu i patrzu
Na ulicach ci-cho-sza, na chodnikach ci-cho-sza
nie ma Mickiewicza i nie ma Miłosza
Tu ci-cho-sza, tam ci-cho, szaro brudno i zima
nie ma Słowackiego i nie ma Tuwima"
..........................................................................................................................................................................................................
Cicho
Na ulicach ci-cho-sza, na chodnikach ci-cho-sza, gdy jadę nocą przez puste miasto, przez puste wsie. Jedna wielka cisza. Ciemno i zimno. Początkowo równo zero stopni, ale im bliżej dnia, tym zimniej. Nad jeziorem Niepruszewskim oglądam z szosy niebo. Księżyc tuż przed nowiem. Jasne gwiazdy. Powoli się zaczyna rozjaśniać.
Temperatura leci w dół: 0, -1, -2, -3, -4.
Grubo
Ubrana jestem ciepło, porządnie opatulona. Jestem lekko przeziębiona, więc tym bardziej. Nawet rękawice mam grube, zimowe. Nie martwię się też o stopy – zabrałam ocieplane wkładki do butów. Takie na baterie, no i oczywiście zapas baterii.
Szybciej!
Kiedy z –2 robi się –3, obie wkładki przełączam na maksymalne grzanie. Niestety w takim ustawieniu baterie na długo nie wystarczają. Muszę je dość często zmieniać. Leci na to dużo czasu i baterii. Baterie w zasobnikach siedzą ciasno. Palcami nie da rady ich wyjąć. Trzeba sobie pomóc np. kluczami. Trudno działać w rękawiczkach. Z kolei bez rękawiczek jest potwornie zimno. Przy -4 wkładki nie dają mi już prawie nic. Jest obłędnie zimno. Stopy aż bolą. Staram się nimi poruszać. I nic. Cały czas boli. W końcu świat zaczyna mi się zawężać: zimno. Ból. Szybko. Do ciepła. Szybciej!! Jestem na obwodnicy Opalenicy. Koniecznie do ciepła! Teraz! Nic tu nie ma, a potrzeba rozgrzania stóp jest coraz pilniejsza. Schować się gdziekolwiek. Końcówka obwodnicy, w oddali Orlen. Pędzę. Zgrabiałymi dłońmi wyciągam jeszcze z torby kasę i telefon i wchodzę do środka.

Lampki kontrolne
W tym momencie przydałby się ktoś kto by mnie trochę wsparł. Pogłaskał po głowie i zmotywował do dalszej jazdy. Ale tu nikogo nie ma. Przez głowę przelatuje myśl, której prawie nie ma: „to może się nie udać”.
A guzik! Nigdzie nie jadę. Z nosa leci. Ciemno, zimno. Stopy bolą z zimna niemożliwie. Piję kawę. Nie potrzebuję kawy, przecież dopiero co wstał dzień. Kubek z kawą to tylko pretekst by móc tu... hm... postać. Bo siąść nie ma gdzie. Przestępuję z nogi na nogę. Popijam kawę. Mam ochotę wracać do domu. Gdy wraca mi normalne krążenie w stopach, wychodzę na zewnątrz. Zimnica. -4 stopnie. Jadę kawałek i zauważam, że przestały się palić lampki kontrolne w jednym z zasobników baterii. Trzeba znowu się zatrzymać i stracić czas na zmianę. Trzeba też zdjąć rękawiczki i użyć kluczy by wydłubać zużyte baterie. Ruszam i nowy problem – zmarznięta po zmianie baterii lewa dłoń. Prawa działa normalnie, lewa boli z zimna. Muszę przystanąć. Tym razem po to by rozgrzać zziębniętą łapkę.
Herbata
Dzień już wstał. Pięknie świeci słońce, ale jakoś nie czuję radości. Marzę tylko o tym by wreszcie się ociepliło. Temperatura rośnie bardzo powoli i na plus wychodzi dopiero około 9:00. Krótko potem zaczyna wiać. Późno. Za Świebodzinem mam nieprzyjemną sytuację – TIR prawie zmiata mnie z drogi. Serdecznie mam już dość tej dzisiejszej jazdy. Kiedy docieram do Mostków, wchodzę na znaną z poprzedniego wyjazdu stację. Tę z komputerem i Internetem. Biorę dużą herbatę. Poza kawą w Opalenicy nie piłam nic, bo zimna woda z camelbaka aż mnie odrzucała.
Na palce nawlekam
Siedzę sobie przy herbatce, gapię się w okno, przeglądam Internet. Zupełnie przestało mi zależeć na szybkim przejeździe.
[„A ja leżę, i leżę, i leżę
I nikomu nie ufam, i nikomu nie wierzę
A ja czekam, i czekam, i czekam
Ciszę wplatam we włosy i na palce nawlekam”]
Aż do Rzepina jadę DK 92. Niezbyt przyjemna jest to jazda. Ruch dość duży, a w miejscowościach durne zwężenia i wysepki. Kierowcy TIRów nie mają jak mnie wyprzedzić i trąbią piekląc się. Raz po raz zjeżdżam na chodnik i ich puszczam. Za Rzepinem lepiej. Bardziej pusto.
Nasze koleje
Na moście na Odrze stoję dłuższą chwilę. A czas leci... Nie ma co tak stać i myśleć o Bóg wie czym. Za 15 minut odjeżdża mój pociąg do Poznania. A dworzec przecież zupełnie mi nieznany i w dodatku niemiecki. Nic tu po mnie. Dworzec okazuje się niezbyt duży. Od wejścia uderzają mnie intensywne zapachy jedzenia. Coś pieczonego. Pachnie pysznie! Czasu jednak mam zbyt mało. Wszystko jest oznaczone czytelnie. Szybko i bez trudu orientuję się gdzie muszę iść. A w pociągu nagroda za niezbyt przyjemną trasę: darmowa kawa.
Że co? Że wkalkulowana w cenę biletu? Ee.... nie tym razem.
Idę kupić bilet do drużyny konduktorskiej. A oni odsyłają mnie na miejsce mówiąc, że przyjdą mi sprzedać podczas kontroli. Zdążyłam wysiąść w Poznaniu i się ich nie doczekałam. Fajne te nasze koleje :).
Mapa:
ZDJECIA
Na ulicach ci-cho-sza, na chodnikach ci-cho-sza
nie ma Mickiewicza i nie ma Miłosza
Tu ci-cho-sza, tam ci-cho, szaro brudno i zima
nie ma Słowackiego i nie ma Tuwima"
..........................................................................................................................................................................................................
Cicho
Na ulicach ci-cho-sza, na chodnikach ci-cho-sza, gdy jadę nocą przez puste miasto, przez puste wsie. Jedna wielka cisza. Ciemno i zimno. Początkowo równo zero stopni, ale im bliżej dnia, tym zimniej. Nad jeziorem Niepruszewskim oglądam z szosy niebo. Księżyc tuż przed nowiem. Jasne gwiazdy. Powoli się zaczyna rozjaśniać.
Temperatura leci w dół: 0, -1, -2, -3, -4.
Grubo
Ubrana jestem ciepło, porządnie opatulona. Jestem lekko przeziębiona, więc tym bardziej. Nawet rękawice mam grube, zimowe. Nie martwię się też o stopy – zabrałam ocieplane wkładki do butów. Takie na baterie, no i oczywiście zapas baterii.
Szybciej!
Kiedy z –2 robi się –3, obie wkładki przełączam na maksymalne grzanie. Niestety w takim ustawieniu baterie na długo nie wystarczają. Muszę je dość często zmieniać. Leci na to dużo czasu i baterii. Baterie w zasobnikach siedzą ciasno. Palcami nie da rady ich wyjąć. Trzeba sobie pomóc np. kluczami. Trudno działać w rękawiczkach. Z kolei bez rękawiczek jest potwornie zimno. Przy -4 wkładki nie dają mi już prawie nic. Jest obłędnie zimno. Stopy aż bolą. Staram się nimi poruszać. I nic. Cały czas boli. W końcu świat zaczyna mi się zawężać: zimno. Ból. Szybko. Do ciepła. Szybciej!! Jestem na obwodnicy Opalenicy. Koniecznie do ciepła! Teraz! Nic tu nie ma, a potrzeba rozgrzania stóp jest coraz pilniejsza. Schować się gdziekolwiek. Końcówka obwodnicy, w oddali Orlen. Pędzę. Zgrabiałymi dłońmi wyciągam jeszcze z torby kasę i telefon i wchodzę do środka.

Lampki kontrolne
W tym momencie przydałby się ktoś kto by mnie trochę wsparł. Pogłaskał po głowie i zmotywował do dalszej jazdy. Ale tu nikogo nie ma. Przez głowę przelatuje myśl, której prawie nie ma: „to może się nie udać”.
A guzik! Nigdzie nie jadę. Z nosa leci. Ciemno, zimno. Stopy bolą z zimna niemożliwie. Piję kawę. Nie potrzebuję kawy, przecież dopiero co wstał dzień. Kubek z kawą to tylko pretekst by móc tu... hm... postać. Bo siąść nie ma gdzie. Przestępuję z nogi na nogę. Popijam kawę. Mam ochotę wracać do domu. Gdy wraca mi normalne krążenie w stopach, wychodzę na zewnątrz. Zimnica. -4 stopnie. Jadę kawałek i zauważam, że przestały się palić lampki kontrolne w jednym z zasobników baterii. Trzeba znowu się zatrzymać i stracić czas na zmianę. Trzeba też zdjąć rękawiczki i użyć kluczy by wydłubać zużyte baterie. Ruszam i nowy problem – zmarznięta po zmianie baterii lewa dłoń. Prawa działa normalnie, lewa boli z zimna. Muszę przystanąć. Tym razem po to by rozgrzać zziębniętą łapkę.
Herbata
Dzień już wstał. Pięknie świeci słońce, ale jakoś nie czuję radości. Marzę tylko o tym by wreszcie się ociepliło. Temperatura rośnie bardzo powoli i na plus wychodzi dopiero około 9:00. Krótko potem zaczyna wiać. Późno. Za Świebodzinem mam nieprzyjemną sytuację – TIR prawie zmiata mnie z drogi. Serdecznie mam już dość tej dzisiejszej jazdy. Kiedy docieram do Mostków, wchodzę na znaną z poprzedniego wyjazdu stację. Tę z komputerem i Internetem. Biorę dużą herbatę. Poza kawą w Opalenicy nie piłam nic, bo zimna woda z camelbaka aż mnie odrzucała.
Na palce nawlekam
Siedzę sobie przy herbatce, gapię się w okno, przeglądam Internet. Zupełnie przestało mi zależeć na szybkim przejeździe.
[„A ja leżę, i leżę, i leżę
I nikomu nie ufam, i nikomu nie wierzę
A ja czekam, i czekam, i czekam
Ciszę wplatam we włosy i na palce nawlekam”]
Aż do Rzepina jadę DK 92. Niezbyt przyjemna jest to jazda. Ruch dość duży, a w miejscowościach durne zwężenia i wysepki. Kierowcy TIRów nie mają jak mnie wyprzedzić i trąbią piekląc się. Raz po raz zjeżdżam na chodnik i ich puszczam. Za Rzepinem lepiej. Bardziej pusto.
Nasze koleje
Na moście na Odrze stoję dłuższą chwilę. A czas leci... Nie ma co tak stać i myśleć o Bóg wie czym. Za 15 minut odjeżdża mój pociąg do Poznania. A dworzec przecież zupełnie mi nieznany i w dodatku niemiecki. Nic tu po mnie. Dworzec okazuje się niezbyt duży. Od wejścia uderzają mnie intensywne zapachy jedzenia. Coś pieczonego. Pachnie pysznie! Czasu jednak mam zbyt mało. Wszystko jest oznaczone czytelnie. Szybko i bez trudu orientuję się gdzie muszę iść. A w pociągu nagroda za niezbyt przyjemną trasę: darmowa kawa.
Że co? Że wkalkulowana w cenę biletu? Ee.... nie tym razem.
Idę kupić bilet do drużyny konduktorskiej. A oni odsyłają mnie na miejsce mówiąc, że przyjdą mi sprzedać podczas kontroli. Zdążyłam wysiąść w Poznaniu i się ich nie doczekałam. Fajne te nasze koleje :).
Mapa:
ZDJECIA
Rykowisko
Sobota, 3 października 2015 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
| Km: | 208.16 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 650m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Zaczął tuż po zmierzchu, skończył krótko przed świtem.
........................................................................................................................................................................................
Gdy się budzę, jest jeszcze ciemno. Jadą. Szum pędzących aut, pracujące silniki, raz po raz ktoś trąbi. Gotuję wodę na kawę, jem śniadanie. Zbieram się do drogi. Ależ zimno! Ledwie 1 stopień powyżej zera. A na trawach szron.
Czekając na cud
Jadę krótko. Przy pierwszej lepszej okazji zatrzymuję się na stacji. Mam ochotę pobyć w cieple. Biorę herbatę i siadam do kompa. Tak, tak – mają tu komputer z Internetem. Chłopak z obsługi jest bardzo miły. Mówi nawet, że mogę tu posiedzieć aż do południa, kiedy już na pewno będzie ciepło. Jednak ja nie mam aż tyle czasu. Stacja jest rozbudowana i łączy się z restauracją. Przy automatach do gier stoi kilku facetów. Liczą na cud?
Na ławeczce obok siedzi kobieta.
- Dokąd pani jedzie?
- Do Stargardu Szczecińskiego.
- Skąd?
- W zasadzie... stąd.
- To daleko, a przecież w końcu zrobi się ciemno... I co wtedy?
- Nic. Rozbiję namiot gdzieś w lesie i pójdę spać.
Pani łapie się za głowę, w oczach ma strach. Jest zszokowana. Dodaję więc uspokajająco:
- To nic strasznego. Przed chwilą skończyłam taki właśnie nocleg.
Odchodzę zostawiając ją pogrążoną w bezgranicznym zdumieniu.
Centrum
Temperatura przekracza 10*C gdy dzień już pełni - po godzinie 10:00. Jest słonecznie, ale chłodno. Dopiero w Torzymiu uciekam z DK92. Od razu robi się cicho, wszystkie samochody znikają. Na początku prawie wszystkie mijane wioski witają mnie kamiennym (mniej lub bardziej nierównym) brukiem. Rower cały skacze. Słychać jak wszystko się telepie. Trzeszczą torby zamocowane na rowerze, słychać jak opony odbijają się od kocich łbów. Jadę pustymi drogami. Wiatr prawie cały czas mi pomaga. Na krajówkę wyjeżdżam ponownie po ponad 100 km i jest to DK22. Jadę nią jak obłąkana: najpierw w prawo (po gminę Słońsk, potem w lewo - do Kostrzyna n. Odrą). W Słońsku małe zakupy.
- Gdzie tu jest centrum?
- Centrum? (Pani przy kasie jest zaskoczona). To jest centrum. Nic tu nie ma.
- A jakiś ryneczek, placyk?
- Nie ma. Jest tutaj tylko kościół, główna droga i to duże rondo.
Aż wychodzi ze mną przed sklep. A wraz z nią jakiś miejscowy. Wieżę kościoła widać z daleka. No to lecę do „centrum”.

Rolnik szuka żony
DK22 jadę aż do Kostrzyna, wzdłuż południowej granicy PN Ujście Warty. Rozlewiska rzeki wyglądają pięknie i mogę się na nie gapić do woli przez cały ten odcinek. W Kostrzynie odwiedzam spontanicznie McD. Znowu słychać język niemiecki. Czy to Polska jeszcze? Powoli idzie wieczór. A ja mam nadal sporo do przejechania. Pora zagęścić ruchy. Robić mniej zdjęć. W Dębnie przy rynku trwa festyn. Śpiewają: „Rolnik szuka żony, biega jak szalony. Będę jego żoną, będę rolnikową.”;))
Zaczął tuż po zmierzchu
Słońce chowa się coraz niżej. Na nocleg zatrzymuję się w połowie drogi między Mieszkowicami a Moryniem. Całą noc trwa rykowisko. Jeleń koncert swój zaczął tuż po zmierzchu, skończył krótko przed świtem.
Mapa:
Zaliczone gminy:
Lubrza, Łagów, Torzym, Bytnica, Maszewo, Cybinka, Słubice, Górzyca, Słońsk, Kostrzyn n. Odrą, Boleszkowice, Mieszkowice (12 gmin).
Ciąg dalszy
ZDJĘCIA
........................................................................................................................................................................................
Gdy się budzę, jest jeszcze ciemno. Jadą. Szum pędzących aut, pracujące silniki, raz po raz ktoś trąbi. Gotuję wodę na kawę, jem śniadanie. Zbieram się do drogi. Ależ zimno! Ledwie 1 stopień powyżej zera. A na trawach szron.
Czekając na cud
Jadę krótko. Przy pierwszej lepszej okazji zatrzymuję się na stacji. Mam ochotę pobyć w cieple. Biorę herbatę i siadam do kompa. Tak, tak – mają tu komputer z Internetem. Chłopak z obsługi jest bardzo miły. Mówi nawet, że mogę tu posiedzieć aż do południa, kiedy już na pewno będzie ciepło. Jednak ja nie mam aż tyle czasu. Stacja jest rozbudowana i łączy się z restauracją. Przy automatach do gier stoi kilku facetów. Liczą na cud?
Na ławeczce obok siedzi kobieta.
- Dokąd pani jedzie?
- Do Stargardu Szczecińskiego.
- Skąd?
- W zasadzie... stąd.
- To daleko, a przecież w końcu zrobi się ciemno... I co wtedy?
- Nic. Rozbiję namiot gdzieś w lesie i pójdę spać.
Pani łapie się za głowę, w oczach ma strach. Jest zszokowana. Dodaję więc uspokajająco:
- To nic strasznego. Przed chwilą skończyłam taki właśnie nocleg.
Odchodzę zostawiając ją pogrążoną w bezgranicznym zdumieniu.
Centrum
Temperatura przekracza 10*C gdy dzień już pełni - po godzinie 10:00. Jest słonecznie, ale chłodno. Dopiero w Torzymiu uciekam z DK92. Od razu robi się cicho, wszystkie samochody znikają. Na początku prawie wszystkie mijane wioski witają mnie kamiennym (mniej lub bardziej nierównym) brukiem. Rower cały skacze. Słychać jak wszystko się telepie. Trzeszczą torby zamocowane na rowerze, słychać jak opony odbijają się od kocich łbów. Jadę pustymi drogami. Wiatr prawie cały czas mi pomaga. Na krajówkę wyjeżdżam ponownie po ponad 100 km i jest to DK22. Jadę nią jak obłąkana: najpierw w prawo (po gminę Słońsk, potem w lewo - do Kostrzyna n. Odrą). W Słońsku małe zakupy.
- Gdzie tu jest centrum?
- Centrum? (Pani przy kasie jest zaskoczona). To jest centrum. Nic tu nie ma.
- A jakiś ryneczek, placyk?
- Nie ma. Jest tutaj tylko kościół, główna droga i to duże rondo.
Aż wychodzi ze mną przed sklep. A wraz z nią jakiś miejscowy. Wieżę kościoła widać z daleka. No to lecę do „centrum”.

Rolnik szuka żony
DK22 jadę aż do Kostrzyna, wzdłuż południowej granicy PN Ujście Warty. Rozlewiska rzeki wyglądają pięknie i mogę się na nie gapić do woli przez cały ten odcinek. W Kostrzynie odwiedzam spontanicznie McD. Znowu słychać język niemiecki. Czy to Polska jeszcze? Powoli idzie wieczór. A ja mam nadal sporo do przejechania. Pora zagęścić ruchy. Robić mniej zdjęć. W Dębnie przy rynku trwa festyn. Śpiewają: „Rolnik szuka żony, biega jak szalony. Będę jego żoną, będę rolnikową.”;))
Zaczął tuż po zmierzchu
Słońce chowa się coraz niżej. Na nocleg zatrzymuję się w połowie drogi między Mieszkowicami a Moryniem. Całą noc trwa rykowisko. Jeleń koncert swój zaczął tuż po zmierzchu, skończył krótko przed świtem.
Mapa:
Zaliczone gminy:
Lubrza, Łagów, Torzym, Bytnica, Maszewo, Cybinka, Słubice, Górzyca, Słońsk, Kostrzyn n. Odrą, Boleszkowice, Mieszkowice (12 gmin).
Ciąg dalszy
ZDJĘCIA
Pirania
Sobota, 26 września 2015 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
| Km: | 219.38 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 784m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W sławetnej Piranii zjadłam rybę.
..................................................................................................................................................
We mgle
Wstaję nieco za późno, bo gdy kończę się zwijać jest już jasno (miało być mocno szaro). Prawie od razu się zatrzymuję – mgła jest gęsta i ubranie zaraz robi się wilgotne. Zakładam więc kurtkę deszczową. Następny przystanek mam już po chwili. Trzeba kupić jakąś wodę. Sklep. I tak ucieka mi poranek. Poza tym jest pięknie. Mgliste krajobrazy, zarówno z bliska, jak i z daleka, są zachwycające. Fotoprzystanków jest mnóstwo. Aż w końcu mgły znikają, ociepla się. I co wtedy? Przystanek oczywiście! Trzeba się trochę rozebrać, wysmarować twarz kremem do opalania. No i zjeść bułeczkę. Idzie mi jazda bardzo pomału. Więcej nie jadę niż jadę.

Deszczyk
Pogoda jest bardzo dynamiczna. Kiedy docieram do Białogardu, z ciemnych chmur zaczyna padać deszcz. Pierwszy deszczyk przeczekuję na przystanku, drugi na Orlenie, gdzie przy okazji piję kawę. Co centrum nie wjeżdżam. Byłam już kiedyś w Białogardzie. Trasa widokowo jest bardzo ładna. Są małe pagóreczki, dużo bocznych (ale dość dobrej jakości) szos. Jedzie się fajnie. Tylko ten wiatr! Przeszkadza mniej lub bardziej przez aż 150 km. Po ponad 120 km jazdy przyjemnymi drogami wylatuję na DK6. Ruch jest średni, ale jest i szerokie pobocze. Żaden deszcz już mnie nie łapie. Dzień jest chłodny, a wiatr wzmaga uczucie chłodu. Droga nr 162 na Kołobrzeg dość ruchliwa, bez pobocza. W miesiącach letnich pewnie tu jest fatalnie. Miejscami pojawia się wygodna, asfaltowa droga dla rowerów (chętnie korzystam).
Pirania
Trasa jest zaplanowana tak, że przez Kołobrzeg idzie przelotówką. Ale to nic nie szkodzi. Byłam tu wiele razy. Znam Kołobrzeg tak dobrze, że mogłabym oprowadzać turystów. Uciekam więc ze śladu i jadę na pamięć: Walki Młodych, Waryńskiego, dworzec kolejowy, przecinam tory, jadę deptakiem, przez park, jestem pod latarnią morską. Bulwar Szymańskiego. O! Zakaz dla rowerów! Nie wiedziałam. Szkoda. Bo to fajny szeroki bulwar, tuż przy plaży. Wracam więc tą samą drogą. Między dworcem kolejowym, a wysoką kładką nad torami jest Pirania. Znam ją od ponad 10 lat. Niegdyś maleńka knajpka z rybami. Ze dwa stoliki, twarde krzesła. Żółto-niebiesko na zewnątrz i w środku. I znakomite ryby! Ludzie się na nich poznali. Z knajpki z biegiem lat zrobiła się ładna restauracja. Wpadam tu jak do siebie. Biorę to co zwykle. Dorsza po kołobrzesku z frytkami i surówką. Doskonała jakość niezmienna od lat.
Księżyc w pełni
Z Piranii wychodzę krótko przed 18:00. Odcinek za Kołobrzegiem zbyt przyjemny nie jest. To DK11, pobocza nie ma, droga jest umiarkowanie szeroka. Nie jest to szczyt sezonu, jednak ruch trochę przeszkadza. Jadę DK 11 przez 44 km. Pod koniec odbijam z niej na północ do Sarbinowa, po gminę Mielno. Gdy wracam na DK11 (już tylko na chwilę) jest ciemno. W tej ciemności jadę na południe po nierównych i dziurawych drogach, finalnie sięga to wszystko kamiennego bruku. Wyjeżdżam na dojazdówkę do Koszalina. Tuż przed miastem ładuję się w pole i rozstawiammoją mokrą
szmatę namiot. Noc jest niezwykle jasna, księżyc w pełni idealnie oświetla
pole. Chowam się więc w chwastowisku.
Mapa:
Zaliczone gminy: Grzmiąca, Tychowo, Bobolice, Manowo, Świeszyno, Białogard teren wiejski, Białogard miasto, Rąbino, Karlino, Sławoborze, Rymań, Gościno, Kołobrzeg teren wiejski, Kołobrzeg miasto, Ustronie Morskie, Będzino, Mielno, Biesiekierz, Koszalin (19 gmin).
Ciąg dalszy
ZDJĘCIA
..................................................................................................................................................
We mgle
Wstaję nieco za późno, bo gdy kończę się zwijać jest już jasno (miało być mocno szaro). Prawie od razu się zatrzymuję – mgła jest gęsta i ubranie zaraz robi się wilgotne. Zakładam więc kurtkę deszczową. Następny przystanek mam już po chwili. Trzeba kupić jakąś wodę. Sklep. I tak ucieka mi poranek. Poza tym jest pięknie. Mgliste krajobrazy, zarówno z bliska, jak i z daleka, są zachwycające. Fotoprzystanków jest mnóstwo. Aż w końcu mgły znikają, ociepla się. I co wtedy? Przystanek oczywiście! Trzeba się trochę rozebrać, wysmarować twarz kremem do opalania. No i zjeść bułeczkę. Idzie mi jazda bardzo pomału. Więcej nie jadę niż jadę.

Deszczyk
Pogoda jest bardzo dynamiczna. Kiedy docieram do Białogardu, z ciemnych chmur zaczyna padać deszcz. Pierwszy deszczyk przeczekuję na przystanku, drugi na Orlenie, gdzie przy okazji piję kawę. Co centrum nie wjeżdżam. Byłam już kiedyś w Białogardzie. Trasa widokowo jest bardzo ładna. Są małe pagóreczki, dużo bocznych (ale dość dobrej jakości) szos. Jedzie się fajnie. Tylko ten wiatr! Przeszkadza mniej lub bardziej przez aż 150 km. Po ponad 120 km jazdy przyjemnymi drogami wylatuję na DK6. Ruch jest średni, ale jest i szerokie pobocze. Żaden deszcz już mnie nie łapie. Dzień jest chłodny, a wiatr wzmaga uczucie chłodu. Droga nr 162 na Kołobrzeg dość ruchliwa, bez pobocza. W miesiącach letnich pewnie tu jest fatalnie. Miejscami pojawia się wygodna, asfaltowa droga dla rowerów (chętnie korzystam).
Pirania
Trasa jest zaplanowana tak, że przez Kołobrzeg idzie przelotówką. Ale to nic nie szkodzi. Byłam tu wiele razy. Znam Kołobrzeg tak dobrze, że mogłabym oprowadzać turystów. Uciekam więc ze śladu i jadę na pamięć: Walki Młodych, Waryńskiego, dworzec kolejowy, przecinam tory, jadę deptakiem, przez park, jestem pod latarnią morską. Bulwar Szymańskiego. O! Zakaz dla rowerów! Nie wiedziałam. Szkoda. Bo to fajny szeroki bulwar, tuż przy plaży. Wracam więc tą samą drogą. Między dworcem kolejowym, a wysoką kładką nad torami jest Pirania. Znam ją od ponad 10 lat. Niegdyś maleńka knajpka z rybami. Ze dwa stoliki, twarde krzesła. Żółto-niebiesko na zewnątrz i w środku. I znakomite ryby! Ludzie się na nich poznali. Z knajpki z biegiem lat zrobiła się ładna restauracja. Wpadam tu jak do siebie. Biorę to co zwykle. Dorsza po kołobrzesku z frytkami i surówką. Doskonała jakość niezmienna od lat.
Księżyc w pełni
Z Piranii wychodzę krótko przed 18:00. Odcinek za Kołobrzegiem zbyt przyjemny nie jest. To DK11, pobocza nie ma, droga jest umiarkowanie szeroka. Nie jest to szczyt sezonu, jednak ruch trochę przeszkadza. Jadę DK 11 przez 44 km. Pod koniec odbijam z niej na północ do Sarbinowa, po gminę Mielno. Gdy wracam na DK11 (już tylko na chwilę) jest ciemno. W tej ciemności jadę na południe po nierównych i dziurawych drogach, finalnie sięga to wszystko kamiennego bruku. Wyjeżdżam na dojazdówkę do Koszalina. Tuż przed miastem ładuję się w pole i rozstawiam
Mapa:
Zaliczone gminy: Grzmiąca, Tychowo, Bobolice, Manowo, Świeszyno, Białogard teren wiejski, Białogard miasto, Rąbino, Karlino, Sławoborze, Rymań, Gościno, Kołobrzeg teren wiejski, Kołobrzeg miasto, Ustronie Morskie, Będzino, Mielno, Biesiekierz, Koszalin (19 gmin).
Ciąg dalszy
ZDJĘCIA
Najgorętszy dzień roku
Sobota, 8 sierpnia 2015 Kategoria do 250
| Km: | 226.19 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 10:32 | km/h: | 21.47 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 457m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Od 12:00 cały czas aż do późnego popołudnia temperatura 40-42*C. Jechałam powoli i często robiłam przerwy, bo w tej strasznej spiekocie miałam problemy z tętnem. Usmażyłam się, uprażyłam, upiekłam i ugotowałam. Jeszcze parę godzin po zakończeniu jazdy miałam gorącą skórę i wydawało mi się, że chyba muszę przez to świecić w ciemności ;).
Szczegóły później.
..........................................................................................................................................................................................................................
W piątkowy wieczór przygotowuję rower do jazdy. Dopompowuję opony i gdy już kończę pracę przy przedniej, łamie się wentyl. A by to szlag! Ale powietrze nie ucieka. Zostawiam jak jest. Już późno, a ja jeszcze nie mam umalowanych paznokci.
Termiczne szaleństwo
W sobotę budzik dzwoni o 3:45 i z pewnym smutkiem stwierdzam, że jest jeszcze ciemno. Najdłuższe dni w roku niestety minęły. Zjadam śniadanie i jadę do Poznania na dworzec kolejowy. Jest 5:00 nad ranem, a termometr już teraz wskazuje 19*C. Zapowiada się prawdziwe termiczne szaleństwo i dlatego… cieszę się, że jadę sama. Pociąg do Rawicza jest klimatyzowany. Rozgrzewam się kawą z wagonu restauracyjnego. To moja najdroższa kawa rozpuszczalna – kosztuje aż 6 zł! Sama kawa to jednak za mało, by podołać klimatyzacji – ubieram wiatrówkę. W Rawiczu zaczynam moje południowo-wielkopolskie gminobranie i jednocześnie… zaczynam dojazd na imprezę urodzinową koleżanki.
W terenie
Na początku plączę się po mieście. Celowo. Aby trochę pozwiedzać. Gdy ruszam na dobre, prawie od razu wylatuję na DK36. Jest wcześnie, ruch mały, a nawierzchnia świetna. Odbijam w bok i nadal jest super - nowy asfalt. Samo się jedzie. A potem ten nowy asfalt przechodzi w grunt. Jadę tak długi kawałek. Docieram do jakiejś wiochy i pod kołami znowu jest szosa. Niestety wiocha kończy się, a razem z nią asfalt. Pod kołami ponownie mam grunt. Początkowo znośny, potem kamienisty. Modlę się tylko, aby nie przeciąć tu opony, bo zapasowej nie brałam. Łącznie po gruncie jadę 6-7 km. Nie tak miało być. Znowu kłania mi się planowanie tras i sprawdzanie w necie czy drogi, które wybrałam to na pewno szosy. Cóż.
Z mokrą głową
Temperatura szybko rośnie. Jeszcze przed południem mój licznik wskazuje, że jest porządnie ponad 30 stopni. Gdy docieram do Kobylina (ok. 40 km trasy) czuję się już nieźle wygrzana. Chowam się na chwilę w cieniu, a potem ruszam na zygzak po gminy Zduny i Cieszków. W drodze po tę drugą na chwilę wlatuję do woj. dolnośląskiego. Wracając do Kobylina na stacji moczę koszulkę i włosy. Jest obrzydliwie gorąco. W Kobylinie wszystkie ławki pod urzędem stoją w słońcu. Siadam więc na chodniku (w cieniu) i opieram się o ścianę kamieniczki. Miło, bo trochę tu wieje. Jaka to ulga odpocząć od bezlitosnego słońca!
Rodzice wiedzą?
Gdy tak siedzę, obok przechodzi starsza kobieta. Patrzy na mnie, więc uśmiecham się i wtedy zaczyna się rozmowa:
-Daleko jedziesz?
- Do Mosiny, na urodziny koleżanki.
- A rodzice wiedzą?
- Wiedzą.
- A ile ty masz lat?
- 35.
- O, przepraszam, wyglądasz tak młodo, myślałam, że z 17-19.
Pani niby wierzy w moje 35, ale chyba jednak nie do końca, bo kontynuuje:
- Mogłaś jechać z koleżanką, zamiast tak sama. A rodzice na pewno wiedzą? Masz ze sobą telefon? Odzywaj się do nich koniecznie!
- Wiedzą, wiedzą i mam ze sobą telefon (śmieję się wesoło).
- Masz jeszcze kawał drogi. Dasz radę dziś do tej koleżanki dojechać?
- Tak, powinnam dotrzeć około 19:00-20:00.
- To będę trzymała za ciebie kciuki!
Pod niebiosa
Kiedy ruszam spod kamieniczki, termometr wskazuje 40*C. I tak trzyma 40-42*C aż do późnego popołudnia. Moje serce słabo znosi tę spiekotę. Tętno cały czas mam podwyższone. Jadę spokojnie, po płaskim, wiatr nie przeszkadza, a tętno pod niebiosa! Najgorsze jest to, że nie czuję, że serce pracuje tak mocno. Dobrze, że mam pulsometr! Obserwuję jego wskazania cały czas i gdy widzę, że jest za wysoko, zatrzymuję się i przeczekuję. Co dziwne, gdy zatrzymuję się i odpoczywam na stojąco, tętno idzie jeszcze mocniej w górę. Widocznie utrzymanie pionowej postawy to jednak spory wysiłek. Gdy siadam na rowerze i prawie nie kręcę – powolutku spada. O szybszej jeździe nie ma mowy, bo mogę sobie zrobić krzywdę. Jadę więc pomału, robię częste postoje i gdy tylko to możliwe – wchodzę do klimatyzowanych pomieszczeń. To jedyny sposób, by przetrwać. O kawie oczywiście w takiej sytuacji mogę zapomnieć. Jem za to lody. Dużo lodów. Prawie same lody. Na nic innego jakoś kompletnie nie mam ochoty.

Włamanie
W Borku Wielkopolskim po raz drugi wchodzę na Orlen. Znowu lody. Płacę, daję kartę. Zaraz – gdzie moja karta?! Nie ma karty! Z lodem w łapie pędzę do roweru. Przeszukuję torbę. I nic. Nie ma. Albo w roztargnieniu zostawiłam na poprzedniej stacji, albo wypadła w jakimś sklepie po drodze. Dzwonię do Wilka, aby włamał się na moje orlenowe konto i posprawdzał mi stację gdzie ostatnio ładowałam punkty i jaki mam nr karty. Ryczeć mi się chce. Jeszcze w zeszłym tygodniu na kórnickiej pięćsetce wszyscy mi tę kartę doładowywali na stacjach. A tu przepadło! Tyle życzliwości i punkty stracone.
Z pomocą Wilka i dziewczyn z obsługi udaje się jednak uratować sytuację. Zgubiona karta zostaje zablokowana. Dostaję nową. Nikt z mojej starej karty nie zdążył zrobić użytku – nadal mam moje punkty! Straciłam tu bite pół godziny, jak nawet nie więcej, straciłam też sporo nerwów.
Złota jesień
Wiem już, że na 20:00 na imprezę urodzinową się nie wyrobię. To jeszcze kawał drogi i nawet jeśli będę jechała prawie bez postojów to nie dam rady – serce nie pozwoli na szybszą jazdę. Gdy wychodzę ze stacji, z radością odkrywam, że ochłodziło się. Jest 39*C i co jeszcze fajniejsze – temperatura trzyma się na tym poziomie i już do 40 nie dobija. Potem ochładza się jeszcze bardziej: 38, 37, 36. Ale fajnie! O ileż przyjemniej jechać! Gdy jestem w rejonie Dolska, na horyzoncie widzę piękną, granatową chmurę. Mogłoby z tego popadać. W oddali pada. Ale tu jest sucho. Susza w południowej Wielkopolsce jest straszliwa. Całe pola podeschniętej kukurydzy. Żółto-złote liście lecące z drzew. Ale to niestety nie jest złota polska jesień, a sam środek lata…
Mocno
Gdy tak jadę, na niektórych odcinkach mam pod kołami mokrą szosę. Padało. Ostatnia prosta do Mosiny miała być z pomagającym wiatrem. Ale chmura burzowa wszystko popsuła i w rezultacie jadę pod wiatr. Błyska się. Zastanawiam się nawet, czy mnie jakaś ulewa nie dopadnie, ale nie dopada. Docieram na urodziny koleżanki mocno spóźniona, mocno przegrzana i mocno brudna od kremu do opalania i kurzu. Nawet po chłodnym prysznicu moja skóra pozostaje gorąca jeszcze przez kilka godzin.
Mapa:
ZDJĘCIA
Zaliczone gminy: Pakosław, Jutrosin, Kobylin, Zduny, Cieszków, Pępowo, Pogorzela, Piaski, Borek Wielkopolski, Jaraczewo, Krzywiń (11 gmin).
Szczegóły później.
..........................................................................................................................................................................................................................
W piątkowy wieczór przygotowuję rower do jazdy. Dopompowuję opony i gdy już kończę pracę przy przedniej, łamie się wentyl. A by to szlag! Ale powietrze nie ucieka. Zostawiam jak jest. Już późno, a ja jeszcze nie mam umalowanych paznokci.
Termiczne szaleństwo
W sobotę budzik dzwoni o 3:45 i z pewnym smutkiem stwierdzam, że jest jeszcze ciemno. Najdłuższe dni w roku niestety minęły. Zjadam śniadanie i jadę do Poznania na dworzec kolejowy. Jest 5:00 nad ranem, a termometr już teraz wskazuje 19*C. Zapowiada się prawdziwe termiczne szaleństwo i dlatego… cieszę się, że jadę sama. Pociąg do Rawicza jest klimatyzowany. Rozgrzewam się kawą z wagonu restauracyjnego. To moja najdroższa kawa rozpuszczalna – kosztuje aż 6 zł! Sama kawa to jednak za mało, by podołać klimatyzacji – ubieram wiatrówkę. W Rawiczu zaczynam moje południowo-wielkopolskie gminobranie i jednocześnie… zaczynam dojazd na imprezę urodzinową koleżanki.
W terenie
Na początku plączę się po mieście. Celowo. Aby trochę pozwiedzać. Gdy ruszam na dobre, prawie od razu wylatuję na DK36. Jest wcześnie, ruch mały, a nawierzchnia świetna. Odbijam w bok i nadal jest super - nowy asfalt. Samo się jedzie. A potem ten nowy asfalt przechodzi w grunt. Jadę tak długi kawałek. Docieram do jakiejś wiochy i pod kołami znowu jest szosa. Niestety wiocha kończy się, a razem z nią asfalt. Pod kołami ponownie mam grunt. Początkowo znośny, potem kamienisty. Modlę się tylko, aby nie przeciąć tu opony, bo zapasowej nie brałam. Łącznie po gruncie jadę 6-7 km. Nie tak miało być. Znowu kłania mi się planowanie tras i sprawdzanie w necie czy drogi, które wybrałam to na pewno szosy. Cóż.
Z mokrą głową
Temperatura szybko rośnie. Jeszcze przed południem mój licznik wskazuje, że jest porządnie ponad 30 stopni. Gdy docieram do Kobylina (ok. 40 km trasy) czuję się już nieźle wygrzana. Chowam się na chwilę w cieniu, a potem ruszam na zygzak po gminy Zduny i Cieszków. W drodze po tę drugą na chwilę wlatuję do woj. dolnośląskiego. Wracając do Kobylina na stacji moczę koszulkę i włosy. Jest obrzydliwie gorąco. W Kobylinie wszystkie ławki pod urzędem stoją w słońcu. Siadam więc na chodniku (w cieniu) i opieram się o ścianę kamieniczki. Miło, bo trochę tu wieje. Jaka to ulga odpocząć od bezlitosnego słońca!
Rodzice wiedzą?
Gdy tak siedzę, obok przechodzi starsza kobieta. Patrzy na mnie, więc uśmiecham się i wtedy zaczyna się rozmowa:
-Daleko jedziesz?
- Do Mosiny, na urodziny koleżanki.
- A rodzice wiedzą?
- Wiedzą.
- A ile ty masz lat?
- 35.
- O, przepraszam, wyglądasz tak młodo, myślałam, że z 17-19.
Pani niby wierzy w moje 35, ale chyba jednak nie do końca, bo kontynuuje:
- Mogłaś jechać z koleżanką, zamiast tak sama. A rodzice na pewno wiedzą? Masz ze sobą telefon? Odzywaj się do nich koniecznie!
- Wiedzą, wiedzą i mam ze sobą telefon (śmieję się wesoło).
- Masz jeszcze kawał drogi. Dasz radę dziś do tej koleżanki dojechać?
- Tak, powinnam dotrzeć około 19:00-20:00.
- To będę trzymała za ciebie kciuki!
Pod niebiosa
Kiedy ruszam spod kamieniczki, termometr wskazuje 40*C. I tak trzyma 40-42*C aż do późnego popołudnia. Moje serce słabo znosi tę spiekotę. Tętno cały czas mam podwyższone. Jadę spokojnie, po płaskim, wiatr nie przeszkadza, a tętno pod niebiosa! Najgorsze jest to, że nie czuję, że serce pracuje tak mocno. Dobrze, że mam pulsometr! Obserwuję jego wskazania cały czas i gdy widzę, że jest za wysoko, zatrzymuję się i przeczekuję. Co dziwne, gdy zatrzymuję się i odpoczywam na stojąco, tętno idzie jeszcze mocniej w górę. Widocznie utrzymanie pionowej postawy to jednak spory wysiłek. Gdy siadam na rowerze i prawie nie kręcę – powolutku spada. O szybszej jeździe nie ma mowy, bo mogę sobie zrobić krzywdę. Jadę więc pomału, robię częste postoje i gdy tylko to możliwe – wchodzę do klimatyzowanych pomieszczeń. To jedyny sposób, by przetrwać. O kawie oczywiście w takiej sytuacji mogę zapomnieć. Jem za to lody. Dużo lodów. Prawie same lody. Na nic innego jakoś kompletnie nie mam ochoty.

Włamanie
W Borku Wielkopolskim po raz drugi wchodzę na Orlen. Znowu lody. Płacę, daję kartę. Zaraz – gdzie moja karta?! Nie ma karty! Z lodem w łapie pędzę do roweru. Przeszukuję torbę. I nic. Nie ma. Albo w roztargnieniu zostawiłam na poprzedniej stacji, albo wypadła w jakimś sklepie po drodze. Dzwonię do Wilka, aby włamał się na moje orlenowe konto i posprawdzał mi stację gdzie ostatnio ładowałam punkty i jaki mam nr karty. Ryczeć mi się chce. Jeszcze w zeszłym tygodniu na kórnickiej pięćsetce wszyscy mi tę kartę doładowywali na stacjach. A tu przepadło! Tyle życzliwości i punkty stracone.
Z pomocą Wilka i dziewczyn z obsługi udaje się jednak uratować sytuację. Zgubiona karta zostaje zablokowana. Dostaję nową. Nikt z mojej starej karty nie zdążył zrobić użytku – nadal mam moje punkty! Straciłam tu bite pół godziny, jak nawet nie więcej, straciłam też sporo nerwów.
Złota jesień
Wiem już, że na 20:00 na imprezę urodzinową się nie wyrobię. To jeszcze kawał drogi i nawet jeśli będę jechała prawie bez postojów to nie dam rady – serce nie pozwoli na szybszą jazdę. Gdy wychodzę ze stacji, z radością odkrywam, że ochłodziło się. Jest 39*C i co jeszcze fajniejsze – temperatura trzyma się na tym poziomie i już do 40 nie dobija. Potem ochładza się jeszcze bardziej: 38, 37, 36. Ale fajnie! O ileż przyjemniej jechać! Gdy jestem w rejonie Dolska, na horyzoncie widzę piękną, granatową chmurę. Mogłoby z tego popadać. W oddali pada. Ale tu jest sucho. Susza w południowej Wielkopolsce jest straszliwa. Całe pola podeschniętej kukurydzy. Żółto-złote liście lecące z drzew. Ale to niestety nie jest złota polska jesień, a sam środek lata…
Mocno
Gdy tak jadę, na niektórych odcinkach mam pod kołami mokrą szosę. Padało. Ostatnia prosta do Mosiny miała być z pomagającym wiatrem. Ale chmura burzowa wszystko popsuła i w rezultacie jadę pod wiatr. Błyska się. Zastanawiam się nawet, czy mnie jakaś ulewa nie dopadnie, ale nie dopada. Docieram na urodziny koleżanki mocno spóźniona, mocno przegrzana i mocno brudna od kremu do opalania i kurzu. Nawet po chłodnym prysznicu moja skóra pozostaje gorąca jeszcze przez kilka godzin.
Mapa:
ZDJĘCIA
Zaliczone gminy: Pakosław, Jutrosin, Kobylin, Zduny, Cieszków, Pępowo, Pogorzela, Piaski, Borek Wielkopolski, Jaraczewo, Krzywiń (11 gmin).
Gminobranie Kujawsko-Pomorskie (2)
Niedziela, 19 lipca 2015 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
| Km: | 216.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1064m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wstaję wcześnie. Jest ciepło, 15 stopni, a słońce przecież
jeszcze nie wstało. Zapowiada się upalny dzień. Po raz drugi jadę przez
Świecie, przekraczam mostem Wisłę i kręcę się dalej. W Chełmnie czuć od rana
smrody ze Świecia. Masakra. Niezbyt przyjemny jest dojazd do Grudziądza. To
krajówka (DK55). Ruchu nie ma aż tak dużego, ale nie ma też pobocza. Jest
niedzielny ranek i pewnie tylko dlatego jest tu znośnie. Wolę sobie nie
wyobrażać, jak tu wygląda w tygodniu, popołudniem. Sam Grudziądz – rozlazły.
Jadę i jadę, a do centrum jakoś nie mogę dojechać. Słabo to oznakowane... Na
jednym małym rondzie ładuję się pod prąd (hmm.... nie takim małym, idą tu tory
tramwajowe...), akurat wtedy zaczynają jechać auta. Sama nie wiem skąd – przed
chwilą było pusto. Włażę więc na rondo i czekam aż da się z niego zjechać lub
zejść. Po dłuższej motaninie – już nieźle wkurzona – znajduję rynek. Wreszcie!
Jak ładnie, warto było tu zajechać.
91, 16 i bruk
Dziś kilka razy zjeżdżam w dolinę Osy, jestem też w Parku Krajobrazowym Dolnej Wisły. Góreczek jest mnóstwo. Podjazdy o nachyleniu 7-8% trafiają się niespodziewanie często. Raz jest nawet 12%. Szosy mam najróżniejsze – od DK91 i DK16 (trafiam na mały ruch, a nawierzchnie są super – w dodatku na 91 szerokie pobocze), przez koszmarnie dziurawe drogi gminne i drogi w remoncie, po wyjątkowo wredny bruk, po którym kolarzówką jechać się nie da (ostry zjazd po nierównych klamotach w wąwozie). To ostatnie to moje dzieło – RideWithGps nie chciał mnie tamtędy puścić – to ja na siłę puściłam tamtędy trasę, bo wymyśliłam, że to fajny dojazd z gminy Rogóźno do DK16. W sumie było fajnie - trochę się przeszłam w pięknych okolicznościach przyrody.
Spotkanie
W zaliczaniu gmin fajne jest to, że aby zdobyć gminę często się jedzie w miejsca, w które nigdy by się nie pojechało. Bo i po co? Tak było przy okazji zaliczenia gminy Papowo Biskupie. Wiodła tam wąska, asfaltowa droga. Nawrotka przy kapliczce. Zatrzymuję się i smaruję kremem do opalania i wtedy do kapliczki podchodzi miejscowa kobieta, aby podlać kwiaty. Zaczynamy rozmawiać. Miała podlać wczoraj wieczorem, ale już jej się nie chciało. Wolała wstać wcześnie i zrobić to dziś. Doskonale ją rozumiem – też lubię wstać z samego rana. Czasem jadąc po gminę jedzie się też po to, by spotkać kogoś kogo w innym przypadku by się nigdy nie spotkało. Kończąc rozmowę pani życzy mi miłego kręcenia. W rzeczy samej – jest to właśnie kręcenie. Się. Po okolicy.

Przerwy
I tak się kręcę i zaliczam. Wszystko idzie zgodnie z planem. Nawet kostka jest dziś w lepszym stanie. Raz po raz robię sobie przerwy. Pierwsza to oczywiście kawowo – piernikowa na stacji (pierniki wiozę od wczoraj z Torunia), potem frytkowa w McD w Grudziądzu i zapiekankowa w drodze do Wąbrzeźna. Gdy szacuję czas pozostały do odjazdu pociągu, wychodzi, że jadę dość mocno na styk. Za bardzo się rozmemłałam ;). Przestaję więc robić zatrzymania na fotki i żarcie. Jadę cały czas, bez przerw aż pod Chełmżę. Przed miastem stanąć muszę – przede mną sina chmura.
Nawałnica
Jest przed 17.00, ale ciemno jak wczoraj o 21.00. Grzmi i błyska się. Oho, chyba właduję się w burzę! Na pierwszym lepszym przystanku zatrzymuję się i przygotowuję kurtkę deszczową i osłonkę na kask. Chowam do foliowego woreczka całą elektronikę. Nadaję do mojej Wielkiej Trójki smsa, że idzie burza i mam czasówkę na pociąg, po czym wyłączam telefon, aby nie kusić błyskawic ;). Wkrótce zaczyna padać. Pada coraz mocniej i błyska się blisko. Niestety jestem na łysej górce. Więc przyspieszam, aby najszybciej jak się da uciec z tej górki gdzieś niżej. Wiatr zaczyna pomagać. Jadę w burzowy mrok. Ostatnie 20 km to DK91. Jest szerokie pobocze. Nawałnica rozkręca się. Pioruny walą jeden za drugim, słychać jeden wielki grzmot. Pada, leje, świata nie widać. Wodę mam w uszach i w nosie. Kiedy tylko zauważam murowaną wiatę przystankową, chowam się pod nią. Ale pompa! Chyba po raz pierwszy w życiu jestem w samym centrum tak gwałtownej burzy!
Z wielkim hukiem
DK91 zamienia się w rzekę. Wszystko płynie. Ci co jadą – jadą powoli. Sporo kierowców włącza światła awaryjne i przeczekuje. Mija tak 15 minut i w końcu nawałnica lekko się uspokaja. Czasu mam na styk, nie ma więc na co czekać, trzeba jechać. W ciągłym, silnym deszczu jadę do samego Torunia. A tam pełno połamanych drzew, leżących gałęzi. Jadę przez most na Wiśle.
To zdumiewające: przed chwilą było ciemno, teraz niebo jest błękitne.
Jakby nic się nie stało.
Docieram na dworzec dokładnie w momencie, gdy podstawiany jest mój pociąg powrotny. Ładuję się do przedziału. Mija 10 minut i ruszamy.
Tak to, z wielkim hukiem (i z pełnym sukcesem – wszystkie zaplanowane gminy zdobyte), kończę moje pierwsze samodzielne gminobranie.
Mapa:
ZDJĘCIA
Zaliczone gminy: Chełmno obszar wiejski (południe), Chełmno obszar wiejski (z Osnowem), Papowo Biskupie, Lisewo, Chełmno obszar wiejski północ, Grudziądz obszar wiejski południe, Grudziądz miasto, Grudziądz obszar wiejski północ, Rogóźno, Gruta, Łasin, Świecie n. Osą, Wąbrzeźno obszar wiejski, Wąbrzeźno miasto, Chełmża miasto (15 gmin).
91, 16 i bruk
Dziś kilka razy zjeżdżam w dolinę Osy, jestem też w Parku Krajobrazowym Dolnej Wisły. Góreczek jest mnóstwo. Podjazdy o nachyleniu 7-8% trafiają się niespodziewanie często. Raz jest nawet 12%. Szosy mam najróżniejsze – od DK91 i DK16 (trafiam na mały ruch, a nawierzchnie są super – w dodatku na 91 szerokie pobocze), przez koszmarnie dziurawe drogi gminne i drogi w remoncie, po wyjątkowo wredny bruk, po którym kolarzówką jechać się nie da (ostry zjazd po nierównych klamotach w wąwozie). To ostatnie to moje dzieło – RideWithGps nie chciał mnie tamtędy puścić – to ja na siłę puściłam tamtędy trasę, bo wymyśliłam, że to fajny dojazd z gminy Rogóźno do DK16. W sumie było fajnie - trochę się przeszłam w pięknych okolicznościach przyrody.
Spotkanie
W zaliczaniu gmin fajne jest to, że aby zdobyć gminę często się jedzie w miejsca, w które nigdy by się nie pojechało. Bo i po co? Tak było przy okazji zaliczenia gminy Papowo Biskupie. Wiodła tam wąska, asfaltowa droga. Nawrotka przy kapliczce. Zatrzymuję się i smaruję kremem do opalania i wtedy do kapliczki podchodzi miejscowa kobieta, aby podlać kwiaty. Zaczynamy rozmawiać. Miała podlać wczoraj wieczorem, ale już jej się nie chciało. Wolała wstać wcześnie i zrobić to dziś. Doskonale ją rozumiem – też lubię wstać z samego rana. Czasem jadąc po gminę jedzie się też po to, by spotkać kogoś kogo w innym przypadku by się nigdy nie spotkało. Kończąc rozmowę pani życzy mi miłego kręcenia. W rzeczy samej – jest to właśnie kręcenie. Się. Po okolicy.

Przerwy
I tak się kręcę i zaliczam. Wszystko idzie zgodnie z planem. Nawet kostka jest dziś w lepszym stanie. Raz po raz robię sobie przerwy. Pierwsza to oczywiście kawowo – piernikowa na stacji (pierniki wiozę od wczoraj z Torunia), potem frytkowa w McD w Grudziądzu i zapiekankowa w drodze do Wąbrzeźna. Gdy szacuję czas pozostały do odjazdu pociągu, wychodzi, że jadę dość mocno na styk. Za bardzo się rozmemłałam ;). Przestaję więc robić zatrzymania na fotki i żarcie. Jadę cały czas, bez przerw aż pod Chełmżę. Przed miastem stanąć muszę – przede mną sina chmura.
Nawałnica
Jest przed 17.00, ale ciemno jak wczoraj o 21.00. Grzmi i błyska się. Oho, chyba właduję się w burzę! Na pierwszym lepszym przystanku zatrzymuję się i przygotowuję kurtkę deszczową i osłonkę na kask. Chowam do foliowego woreczka całą elektronikę. Nadaję do mojej Wielkiej Trójki smsa, że idzie burza i mam czasówkę na pociąg, po czym wyłączam telefon, aby nie kusić błyskawic ;). Wkrótce zaczyna padać. Pada coraz mocniej i błyska się blisko. Niestety jestem na łysej górce. Więc przyspieszam, aby najszybciej jak się da uciec z tej górki gdzieś niżej. Wiatr zaczyna pomagać. Jadę w burzowy mrok. Ostatnie 20 km to DK91. Jest szerokie pobocze. Nawałnica rozkręca się. Pioruny walą jeden za drugim, słychać jeden wielki grzmot. Pada, leje, świata nie widać. Wodę mam w uszach i w nosie. Kiedy tylko zauważam murowaną wiatę przystankową, chowam się pod nią. Ale pompa! Chyba po raz pierwszy w życiu jestem w samym centrum tak gwałtownej burzy!
Z wielkim hukiem
DK91 zamienia się w rzekę. Wszystko płynie. Ci co jadą – jadą powoli. Sporo kierowców włącza światła awaryjne i przeczekuje. Mija tak 15 minut i w końcu nawałnica lekko się uspokaja. Czasu mam na styk, nie ma więc na co czekać, trzeba jechać. W ciągłym, silnym deszczu jadę do samego Torunia. A tam pełno połamanych drzew, leżących gałęzi. Jadę przez most na Wiśle.
To zdumiewające: przed chwilą było ciemno, teraz niebo jest błękitne.
Jakby nic się nie stało.
Docieram na dworzec dokładnie w momencie, gdy podstawiany jest mój pociąg powrotny. Ładuję się do przedziału. Mija 10 minut i ruszamy.
Tak to, z wielkim hukiem (i z pełnym sukcesem – wszystkie zaplanowane gminy zdobyte), kończę moje pierwsze samodzielne gminobranie.
Mapa:
ZDJĘCIA
Zaliczone gminy: Chełmno obszar wiejski (południe), Chełmno obszar wiejski (z Osnowem), Papowo Biskupie, Lisewo, Chełmno obszar wiejski północ, Grudziądz obszar wiejski południe, Grudziądz miasto, Grudziądz obszar wiejski północ, Rogóźno, Gruta, Łasin, Świecie n. Osą, Wąbrzeźno obszar wiejski, Wąbrzeźno miasto, Chełmża miasto (15 gmin).
Gminobranie Kujawsko-Pomorskie (1)
Sobota, 18 lipca 2015 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
| Km: | 207.65 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 716m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Od
dłuższego czasu siedzę sobie na zaliczgmine.pl, raz po raz (z doskoku) uzupełniam
zdobyte już wcześniej gminy, dodaję też te niedawno zaliczone. I zupełnie
niespodziewanie wychodzi, że mam ich na koncie ponad 800. A skoro tak, to
dlaczego nie bawić się dalej? Tak więc po raz pierwszy planuję trasę na weekend,
tak aby była gminnie zoptymalizowana. Na miejsce początku i końca wycieczki
wybieram Toruń, bo to dość blisko domu, a mam w tamtych okolicach sporo
„białych plam”. Spędzam trochę czasu nad mapami i w końcu trasa jest gotowa.
Tylko ta pogoda... zapowiadają na weekend jakieś burze i ulewy. Sprawdzam na
meteomodel.pl trasę przejazdu i wynika z tego, że przy odrobinie szczęścia uda
mi się przelecieć między ulewami.
Tytka pierników
W sobotę budzę się i stwierdzam, że prawie nie mogę chodzić – parę dni temu meszka 2x ugryzła mnie w kostkę i z dnia na dzień jest coraz gorzej. Czerwone, spuchnięte, mocno bolące - ledwie mogę zgiąć nogę w kostce - ledwo mogę iść. W średnim nastroju zjadam śniadanie i jadę na pociąg. Jadę tylko dlatego, że mam już kupione bilety kolejowe. Na miejscu, w Toruniu, piękna pogoda i bardzo ciepło. Bez pośpiechu jadę na Stare Miasto. Lepiej mi się jedzie niż idzie – kostka mniej pracuje. Jest przed 9.00 i kawiarenki dopiero się otwierają. Idę kupić tytkę Toruńskich Pierników i tak zaopatrzona siadam w jednym z ogródków na rynku. Piję kawę, jem pierniki, piękna pogoda, a przede mną gminne żniwa. Czy może być piękniej?
Ciepły, letni deszcz
Pierwszą gminą do zaliczenia są Łysomice. Gdy widzę tabliczkę z nazwą gminy, prawie skaczę z radości. Trafiam na ścieżkę rowerową. To długi asfaltowy ciąg, więc wskakuję na nią. Ścieżka idzie lasem i jedzie się tak przyjemnie, że dopiero po dłuższej chwili zauważam, że „odkleiła” się ona od szosy i mojego śladu. Muszę więc trochę nadrobić, by wrócić na trasę. Jest coraz goręcej. Przed Bydgoszczą (niby to boczna droga, ale ruch jest spory), dopada mnie umiarkowany deszcz. Z 36 stopni ochładza się do 30. Jest przyjemnie jechać w deszczyku. Na moście na Wiśle śladu po deszczu już nie ma. Znowu skwar i pełne słońce. Na Orlenie kupuję lodowatą colę.

Krwiste plamy
Najważniejszą miejscowością dnia jest dziś Kotomierz – cudowne i wspaniałe miejsce, które każdy kot powinien przynajmniej raz odwiedzić! Jest tak gorąco, że aż nieznośnie (40 stopni). Na ulicy zupełnie pusto. Odwiedzam jedyny czynny sklep i kupuję loda. Zjadam go w przedsionku sklepu – jest tu chłodniej niż na zewnątrz. Kostka boli okrutnie. Patrzę na nią i widzę, że wygląda jeszcze gorzej niż rano – 2 krwistoczerwone plamy i dookoła duży rozlany różowy plac, całość tak spuchnięta, że aż lekko zdeformowana. Widocznie słońce i upał jej nie służą. Boli nie tylko przy ruchu, ale też w bezruchu oraz gdy jadę po nierównej nawierzchni. Masakra. Siedzę w Kotomierzu i poważnie myślę, czy nie zakończyć tu trasy (jest tu czynna stacja kolejowa). Najgorzej jest przy chodzeniu. Jechać jakoś mogę.
Lody dla ochłody
W Koronowie trafiam na stację Orlenu. O kawie niema mowy – za gorąco. Biorę loda, potem drugiego. Aż strach wyjść z przyjemnego klimatyzowanego wnętrza. No ale gminy same się nie zaliczą. Przede mną długa prosta pod wiatr, po najbardziej na zachód wysuniętą gminę tej wycieczki – Sośno. DK56, którą jadę nie jest zła, ruch nie jest duży, jedzie się wygodnie. Potem wjazd w boczną drogę i nawierzchnia coraz bardziej dramatyczna. Trzęsie niemożliwie, do tego wiatr daje nieźle popalić. Pocieszam się jednak, że jak tylko zaliczę tę gminę, będzie z wiatrem praktycznie aż do końca dnia. Gdy mordęga pod wiatr kończy się – oddycham z ulgą. Z wiatrem w plecy wracam do Koronowa.
Ta sama stacja Orlenu, 3 godziny później: jem kanapkę i biorę pobieżny prysznic – w łazience w ścianie jest kranik, a w podłodze kratka odpływowa. Jak przyjemnie popluskać się w zimniej wodzie! Jeszcze kawałek DK56 i odbicie w stronę Świecia. Wjazd do miasta koszmarny – z zakładu produkcji papieru Mondi śmierdzi tak okropnie, że można paść na miejscu. Coś potwornego, fetor trudny do zniesienia i do opisania.
Niby
Na wyjeździe ze Świecia robię małe zakupy na kolację. Jestem tak zniechęcona smrodem, że do ścisłego centrum nie wjeżdżam. Oddalam się jakieś 7 km od miasta i chowam się w lesie. Miejscówka niby jest niezła – skraj pola i lasu. Niby, bo: słychać niosącą się tu muzykę i wrzaski z jakiejś imprezy, poza tym lata tu pełno końskich much. Po chwili zastanowienia wychodzę z powrotem na szosę. Jadę kawałek dalej i wchodzę w sosnowy las. Jest o niebo lepiej – ładniej, a do tego cicho i bez wrednych much. Rozbijam namiot, jem kolację, myję ząbki, idę spać. Dobranoc!
Mapa:
ZDJĘCIA
Zaliczone gminy: Łysomice, Łubianka, Zławieś Wielka, Unisław, Dąbrowa Chełmińska, Osielsko, Dobrcz, Koronowo, Sośno, Pruszcz, Świekatowo, Bukowiec, Świecie (13 gmin).
Tytka pierników
W sobotę budzę się i stwierdzam, że prawie nie mogę chodzić – parę dni temu meszka 2x ugryzła mnie w kostkę i z dnia na dzień jest coraz gorzej. Czerwone, spuchnięte, mocno bolące - ledwie mogę zgiąć nogę w kostce - ledwo mogę iść. W średnim nastroju zjadam śniadanie i jadę na pociąg. Jadę tylko dlatego, że mam już kupione bilety kolejowe. Na miejscu, w Toruniu, piękna pogoda i bardzo ciepło. Bez pośpiechu jadę na Stare Miasto. Lepiej mi się jedzie niż idzie – kostka mniej pracuje. Jest przed 9.00 i kawiarenki dopiero się otwierają. Idę kupić tytkę Toruńskich Pierników i tak zaopatrzona siadam w jednym z ogródków na rynku. Piję kawę, jem pierniki, piękna pogoda, a przede mną gminne żniwa. Czy może być piękniej?
Ciepły, letni deszcz
Pierwszą gminą do zaliczenia są Łysomice. Gdy widzę tabliczkę z nazwą gminy, prawie skaczę z radości. Trafiam na ścieżkę rowerową. To długi asfaltowy ciąg, więc wskakuję na nią. Ścieżka idzie lasem i jedzie się tak przyjemnie, że dopiero po dłuższej chwili zauważam, że „odkleiła” się ona od szosy i mojego śladu. Muszę więc trochę nadrobić, by wrócić na trasę. Jest coraz goręcej. Przed Bydgoszczą (niby to boczna droga, ale ruch jest spory), dopada mnie umiarkowany deszcz. Z 36 stopni ochładza się do 30. Jest przyjemnie jechać w deszczyku. Na moście na Wiśle śladu po deszczu już nie ma. Znowu skwar i pełne słońce. Na Orlenie kupuję lodowatą colę.

Krwiste plamy
Najważniejszą miejscowością dnia jest dziś Kotomierz – cudowne i wspaniałe miejsce, które każdy kot powinien przynajmniej raz odwiedzić! Jest tak gorąco, że aż nieznośnie (40 stopni). Na ulicy zupełnie pusto. Odwiedzam jedyny czynny sklep i kupuję loda. Zjadam go w przedsionku sklepu – jest tu chłodniej niż na zewnątrz. Kostka boli okrutnie. Patrzę na nią i widzę, że wygląda jeszcze gorzej niż rano – 2 krwistoczerwone plamy i dookoła duży rozlany różowy plac, całość tak spuchnięta, że aż lekko zdeformowana. Widocznie słońce i upał jej nie służą. Boli nie tylko przy ruchu, ale też w bezruchu oraz gdy jadę po nierównej nawierzchni. Masakra. Siedzę w Kotomierzu i poważnie myślę, czy nie zakończyć tu trasy (jest tu czynna stacja kolejowa). Najgorzej jest przy chodzeniu. Jechać jakoś mogę.
Lody dla ochłody
W Koronowie trafiam na stację Orlenu. O kawie niema mowy – za gorąco. Biorę loda, potem drugiego. Aż strach wyjść z przyjemnego klimatyzowanego wnętrza. No ale gminy same się nie zaliczą. Przede mną długa prosta pod wiatr, po najbardziej na zachód wysuniętą gminę tej wycieczki – Sośno. DK56, którą jadę nie jest zła, ruch nie jest duży, jedzie się wygodnie. Potem wjazd w boczną drogę i nawierzchnia coraz bardziej dramatyczna. Trzęsie niemożliwie, do tego wiatr daje nieźle popalić. Pocieszam się jednak, że jak tylko zaliczę tę gminę, będzie z wiatrem praktycznie aż do końca dnia. Gdy mordęga pod wiatr kończy się – oddycham z ulgą. Z wiatrem w plecy wracam do Koronowa.
Ta sama stacja Orlenu, 3 godziny później: jem kanapkę i biorę pobieżny prysznic – w łazience w ścianie jest kranik, a w podłodze kratka odpływowa. Jak przyjemnie popluskać się w zimniej wodzie! Jeszcze kawałek DK56 i odbicie w stronę Świecia. Wjazd do miasta koszmarny – z zakładu produkcji papieru Mondi śmierdzi tak okropnie, że można paść na miejscu. Coś potwornego, fetor trudny do zniesienia i do opisania.
Niby
Na wyjeździe ze Świecia robię małe zakupy na kolację. Jestem tak zniechęcona smrodem, że do ścisłego centrum nie wjeżdżam. Oddalam się jakieś 7 km od miasta i chowam się w lesie. Miejscówka niby jest niezła – skraj pola i lasu. Niby, bo: słychać niosącą się tu muzykę i wrzaski z jakiejś imprezy, poza tym lata tu pełno końskich much. Po chwili zastanowienia wychodzę z powrotem na szosę. Jadę kawałek dalej i wchodzę w sosnowy las. Jest o niebo lepiej – ładniej, a do tego cicho i bez wrednych much. Rozbijam namiot, jem kolację, myję ząbki, idę spać. Dobranoc!
Mapa:
ZDJĘCIA
Zaliczone gminy: Łysomice, Łubianka, Zławieś Wielka, Unisław, Dąbrowa Chełmińska, Osielsko, Dobrcz, Koronowo, Sośno, Pruszcz, Świekatowo, Bukowiec, Świecie (13 gmin).





