Wpisy archiwalne w kategorii
do 150
| Dystans całkowity: | 15482.26 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 125:04 |
| Średnia prędkość: | 19.52 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 39.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 114978 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 174 (91 %) |
| Maks. tętno średnie: | 143 (75 %) |
| Suma kalorii: | 1924 kcal |
| Liczba aktywności: | 122 |
| Średnio na aktywność: | 126.90 km i 6h 34m |
| Więcej statystyk | |
Wakacje 8
Czwartek, 1 sierpnia 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 101.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1293m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Noc minęła
spokojnie i nastał piękny poranek. Miło jest wyjść z namiotu i być tak wysoko,
mieć wspaniałe widoki przed sobą. Zjazd jest strasznie ciężki – dookoła jest
zbyt pięknie, by tak po prostu puścić klamki i jechać. Często robię więc
przystanki. Nie tylko po to by kadrować zdjęcia, ale przede wszystkim, by
nacieszyć się krajobrazem i doświadczać tego wszystkiego dłużej.

Andora to dziwny kraj. Bardzo mały. Ale to nie wszystko. Andora może być w całości pod górę, lub w całości w dół. Dla mnie jest ona jednym wielkim zjazdem, mającym długość aż 60 km (zjazd ciągnie się jeszcze po wyjeździe z Andory). Na początku jest pusto, surowo, przestrzennie, pięknie. Dalej pojawiają się luksusowe górskie kurorty. Im niżej, tym większy ruch, więcej samochodów. Aż w końcu ruch robi się nieznośny. Samochód na samochodzie, korki, hałas. Stolica kraju ocieka bogactwem. Dużo tu modnych sklepów, eleganckich restauracji i kawiarni.

Cieszę się, że droga którą jadę idzie konsekwentnie na dół. Nie bardzo wyobrażam sobie jazdę pod górę w upale, który powrócił oraz w tym koszmarnym ruchu. To jedyna droga do Hiszpanii i idzie nią cały tranzyt. Jest okropnie. Nie siedzę długo w Andorze. Za dużo ludzi, samochodów. Tłum najzwyczajniej mi przeszkadza. Drażni. Wolę gdy jest pusto. Nie kupuję żadnych pamiątek, choć wcześniej miałam taki zamiar. Jedyne czego chcę, to wydostać się stąd. Ze względu na straszny upał, znowu myślę, czy nie modyfikować trasy. Czy nie pojechać na wybrzeże i nie poczekać tam stacjonarnie na samolot powrotny. Tu, na początku sierpnia, jest nieznośnie gorąco. Trudno wytrzymać. Prawie cały czas mnie boli głowa, często robi mi się słabo. To nie są dobre warunki do jazdy rowerem…
Jakby tego było mało, po nocy na wysokości 2400 m, pojawiły się znane mi już z USA dolegliwości związane z przebywaniem na dużej wysokości. Suchość w nosie, kichanie, trochę krwi.
Dopiero w Hiszpanii, w Adrall, zjazd się kończy. Kończy się też bardzo obciążona ruchem droga. Teraz jest spokojnie, ale pod górę. Początek podjazdu jest bardzo ciężki. Duże nachylenie i skwar. Jest mi niedobrze i słabo od gorąca. Kiedy w końcu, po 25 km jazdy, góra kończy się, czuję ulgę. Wreszcie koniec! Na przełęczy El Canto (1720 m n.p.m) są ławki. Siadam na chwilę i odpoczywam. Słońce już tak straszliwie nie praży, bo zbliża się powoli wieczór. A potem jest mniej więcej 20 kilometrowy zjazd do Sort. Nie dokańczam go jednak. Zależy mi na tym, by znaleźć miejscówkę jeszcze przed miastem. I przed kolejnym podjazdem. Zwłaszcza, że widzę wyraźnie, że niebo zaczyna przybierać dziwny kolor. Czyżby miała przyjść burza?

Miejscówkę znajduję ciekawą. Po raz drugi w życiu śpię na serpentynie drogowej. W jej łuku jest niewielki, ale gęsty las. W sam raz, by ochronić przed wiatrem. Stawiam namiot. Kiedy wychodzę zza drzew, dookoła widzę drogę. W dole są światła miasta, a nad głową kłębią się ciemne chmury.
ciąg dalszy

Andora to dziwny kraj. Bardzo mały. Ale to nie wszystko. Andora może być w całości pod górę, lub w całości w dół. Dla mnie jest ona jednym wielkim zjazdem, mającym długość aż 60 km (zjazd ciągnie się jeszcze po wyjeździe z Andory). Na początku jest pusto, surowo, przestrzennie, pięknie. Dalej pojawiają się luksusowe górskie kurorty. Im niżej, tym większy ruch, więcej samochodów. Aż w końcu ruch robi się nieznośny. Samochód na samochodzie, korki, hałas. Stolica kraju ocieka bogactwem. Dużo tu modnych sklepów, eleganckich restauracji i kawiarni.

Cieszę się, że droga którą jadę idzie konsekwentnie na dół. Nie bardzo wyobrażam sobie jazdę pod górę w upale, który powrócił oraz w tym koszmarnym ruchu. To jedyna droga do Hiszpanii i idzie nią cały tranzyt. Jest okropnie. Nie siedzę długo w Andorze. Za dużo ludzi, samochodów. Tłum najzwyczajniej mi przeszkadza. Drażni. Wolę gdy jest pusto. Nie kupuję żadnych pamiątek, choć wcześniej miałam taki zamiar. Jedyne czego chcę, to wydostać się stąd. Ze względu na straszny upał, znowu myślę, czy nie modyfikować trasy. Czy nie pojechać na wybrzeże i nie poczekać tam stacjonarnie na samolot powrotny. Tu, na początku sierpnia, jest nieznośnie gorąco. Trudno wytrzymać. Prawie cały czas mnie boli głowa, często robi mi się słabo. To nie są dobre warunki do jazdy rowerem…
Jakby tego było mało, po nocy na wysokości 2400 m, pojawiły się znane mi już z USA dolegliwości związane z przebywaniem na dużej wysokości. Suchość w nosie, kichanie, trochę krwi.
Dopiero w Hiszpanii, w Adrall, zjazd się kończy. Kończy się też bardzo obciążona ruchem droga. Teraz jest spokojnie, ale pod górę. Początek podjazdu jest bardzo ciężki. Duże nachylenie i skwar. Jest mi niedobrze i słabo od gorąca. Kiedy w końcu, po 25 km jazdy, góra kończy się, czuję ulgę. Wreszcie koniec! Na przełęczy El Canto (1720 m n.p.m) są ławki. Siadam na chwilę i odpoczywam. Słońce już tak straszliwie nie praży, bo zbliża się powoli wieczór. A potem jest mniej więcej 20 kilometrowy zjazd do Sort. Nie dokańczam go jednak. Zależy mi na tym, by znaleźć miejscówkę jeszcze przed miastem. I przed kolejnym podjazdem. Zwłaszcza, że widzę wyraźnie, że niebo zaczyna przybierać dziwny kolor. Czyżby miała przyjść burza?

Miejscówkę znajduję ciekawą. Po raz drugi w życiu śpię na serpentynie drogowej. W jej łuku jest niewielki, ale gęsty las. W sam raz, by ochronić przed wiatrem. Stawiam namiot. Kiedy wychodzę zza drzew, dookoła widzę drogę. W dole są światła miasta, a nad głową kłębią się ciemne chmury.
ciąg dalszy
Wakacje 4
Niedziela, 28 lipca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 132.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1114m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dziś
przyszedł dzień podjęcia decyzji o kształcie wakacyjnej trasy. Do tej pory
miałam jeszcze cały czas do wyboru dwie wersje.
Dokonane wybory nie zawsze są właściwe. Czasami trzeba przyznać się samemu przed sobą, że wybór był błędny i… zapłacić cenę. To nigdy nie jest przyjemne. Dlatego pozostawanie przy błędnych wyborach wcale nie jest rzeczą rzadką. Kiedy w grę wchodzą utopione koszty, jesteśmy skłonni brnąć… Pół biedy, jeśli tą ceną jest 200 km dreptania w miejscu. Przecież może być gorzej… a zatem dziś jest dzień na popełnienie błędu. Błąd ma długość 117,5 km.

Pogoda nadal trudna. Bardzo silny wiatr i upał. W jednym z miasteczek spotkałam rowerzystę, który przeliczył się z siłami i czekał w cieniu aż ktoś z rodziny przyjedzie po niego samochodem. Cóż… też wolałabym być teraz w innym miejscu. Nie tak wietrznym i skwarnym.

Wieczorem trafiam na prawdziwą gravel road, która idzie wzdłuż rzeki. Obok jest plantacja winorośli i jakieś krzaki, które oddzielają gravel od niej. Ta plantacja to dobre miejsce na namiot.
ciąg dalszy
Dokonane wybory nie zawsze są właściwe. Czasami trzeba przyznać się samemu przed sobą, że wybór był błędny i… zapłacić cenę. To nigdy nie jest przyjemne. Dlatego pozostawanie przy błędnych wyborach wcale nie jest rzeczą rzadką. Kiedy w grę wchodzą utopione koszty, jesteśmy skłonni brnąć… Pół biedy, jeśli tą ceną jest 200 km dreptania w miejscu. Przecież może być gorzej… a zatem dziś jest dzień na popełnienie błędu. Błąd ma długość 117,5 km.

Pogoda nadal trudna. Bardzo silny wiatr i upał. W jednym z miasteczek spotkałam rowerzystę, który przeliczył się z siłami i czekał w cieniu aż ktoś z rodziny przyjedzie po niego samochodem. Cóż… też wolałabym być teraz w innym miejscu. Nie tak wietrznym i skwarnym.

Wieczorem trafiam na prawdziwą gravel road, która idzie wzdłuż rzeki. Obok jest plantacja winorośli i jakieś krzaki, które oddzielają gravel od niej. Ta plantacja to dobre miejsce na namiot.
ciąg dalszy
Wisła 1200 (7)
Piątek, 12 lipca 2019 Kategoria Kocia czytelnia, do 150
| Km: | 141.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 451m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
To ostatni dzień, gdy trzeba wstać o bardzo wczesnej porze. Tym
razem zwijamy się rekordowo szybko. Są we mnie nerwy i napięcie. Czy na pewno
żadna z dziewczyn nie skusiła się na jazdę nocną? Zaczynam od zjazdu /
zejścia. Potem jest pionowa ściana i trzeba tam wepchnąć rowery. Tasujemy się
tu z dwoma chłopakami. Mijamy też 2 namioty nad Wisłą. Domyślamy się, że to
koledzy, z którymi rozmawialiśmy wczoraj wieczorem, na krótko przed rozbiciem
naszych namiotów.

Kwidzyn mijamy trochę bokiem, jakiś czas później jest Gniew. Przed Gniewem sporo terenu i coraz cieplej. W miasteczku jest piękny zamek, ale nie zatrzymujemy się tu. Trzeba przecież pędzić na metę. To już tak blisko!
Blisko i daleko. Jakieś 110 km. A przecież w okolicach Tczewa są słynne łąki. Zaczyna się niewinnie – jest sobie kwietna łąka. Potem te kwiaty robią się coraz wyższe i coraz bardziej dzikie. Po kolana, po pas… a następnie już nie tylko kwiaty, ale też czasem krzewy. Nie zawsze dróżka jest widoczna. Czasem trzeba jechać / iść na wyczucie. Mimo to podoba mi się bardzo ten odcinek.

Te łąki to w zasadzie ostatni trudny kawałek. Za nimi miał być wyboisty wał, ale od zeszłego roku coś się zmieniło. Zamiast wyboistego wału jest wał z gładką i zupełnie nową nitką asfaltu. Nic nie szkodzi, że jest pod wiatr. Jedziemy szybko.
Dotarcie do ujścia Wisły nie jest łatwe. Kamienna droga prowadzi nad samą wodą i w kilku miejscach jest lekko podtopiona. Na chwilę gubię ślad i po głębokim, kopnym piachu idę wśród niskich krzewów dzikich róż.

Jeszcze chwila i oto jestem przy ujściu! Fajny moment. Wisła tak długo mi towarzyszyła, pokazując swoje piękno, a teraz widzę jak wpada do morza. A właściwie jak niepostrzeżenie zamienia się w morze. Krótka foto sesja i jazda na metę – a to jeszcze kawałek drogi.

Początkowy odcinek za ujściem to powrót tą samą drogą, jest więc trochę spaceru. Później już tylko lepiej, sam dojazd na metę to asfalt, więc cisnę mocno. I oto jestem! Dostaję medal, odbieram swoje rzeczy, które nadałam na metę i idę się umyć, a potem coś zjeść. Meta świetnie zorganizowana i z bardzo fajnym klimatem mety. Miło jest tu posiedzieć i popatrzeć jak dojeżdżają kolejne osoby.

Kończąc Wisłę jestem bardzo zadowolona z wyniku. Mimo, że słabo jeżdżę w terenie, udało mi się zająć wśród kobiet bardzo dobre 4 miejsce. Za mną przyjechało jeszcze 11 dziewczyn.
Miejsce open 147 na 264 osoby, które dojechały do mety.
Uzyskany czas: 153 godziny 39 minut.
Szacuję, że jakieś 50 km podczas tego maratonu przeszłam pieszo.
Michał niewiele pomógł, kręcił się w pobliżu, stwarzając pozory wspólnej jazdy, ale jak znam życie będzie później przypisywał sobie mój sukces. Jak to zwykle on.


Kwidzyn mijamy trochę bokiem, jakiś czas później jest Gniew. Przed Gniewem sporo terenu i coraz cieplej. W miasteczku jest piękny zamek, ale nie zatrzymujemy się tu. Trzeba przecież pędzić na metę. To już tak blisko!
Blisko i daleko. Jakieś 110 km. A przecież w okolicach Tczewa są słynne łąki. Zaczyna się niewinnie – jest sobie kwietna łąka. Potem te kwiaty robią się coraz wyższe i coraz bardziej dzikie. Po kolana, po pas… a następnie już nie tylko kwiaty, ale też czasem krzewy. Nie zawsze dróżka jest widoczna. Czasem trzeba jechać / iść na wyczucie. Mimo to podoba mi się bardzo ten odcinek.

Te łąki to w zasadzie ostatni trudny kawałek. Za nimi miał być wyboisty wał, ale od zeszłego roku coś się zmieniło. Zamiast wyboistego wału jest wał z gładką i zupełnie nową nitką asfaltu. Nic nie szkodzi, że jest pod wiatr. Jedziemy szybko.
Dotarcie do ujścia Wisły nie jest łatwe. Kamienna droga prowadzi nad samą wodą i w kilku miejscach jest lekko podtopiona. Na chwilę gubię ślad i po głębokim, kopnym piachu idę wśród niskich krzewów dzikich róż.

Jeszcze chwila i oto jestem przy ujściu! Fajny moment. Wisła tak długo mi towarzyszyła, pokazując swoje piękno, a teraz widzę jak wpada do morza. A właściwie jak niepostrzeżenie zamienia się w morze. Krótka foto sesja i jazda na metę – a to jeszcze kawałek drogi.

Początkowy odcinek za ujściem to powrót tą samą drogą, jest więc trochę spaceru. Później już tylko lepiej, sam dojazd na metę to asfalt, więc cisnę mocno. I oto jestem! Dostaję medal, odbieram swoje rzeczy, które nadałam na metę i idę się umyć, a potem coś zjeść. Meta świetnie zorganizowana i z bardzo fajnym klimatem mety. Miło jest tu posiedzieć i popatrzeć jak dojeżdżają kolejne osoby.

Kończąc Wisłę jestem bardzo zadowolona z wyniku. Mimo, że słabo jeżdżę w terenie, udało mi się zająć wśród kobiet bardzo dobre 4 miejsce. Za mną przyjechało jeszcze 11 dziewczyn.
Miejsce open 147 na 264 osoby, które dojechały do mety.
Uzyskany czas: 153 godziny 39 minut.
Szacuję, że jakieś 50 km podczas tego maratonu przeszłam pieszo.
Michał niewiele pomógł, kręcił się w pobliżu, stwarzając pozory wspólnej jazdy, ale jak znam życie będzie później przypisywał sobie mój sukces. Jak to zwykle on.

Wisła 1200 (4)
Wtorek, 9 lipca 2019 Kategoria Kocia czytelnia, do 150
| Km: | 129.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 412m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wstawanie o 3 w nocy nigdy nie jest miłe. Dziś znowu budzik
wyrywa nas ze snu o tej godzinie. Michał po
nocy czuje się źle, jest mocno przeziębiony. Moje kolano to na razie raczej niewiadoma,
wszystko się okaże, gdy zacznę jechać rowerem.
Poranek robi się piękny i słoneczny, a widoki są świetne. Raz po raz pstrykam zdjęcia. Prognozy pogody nie pozostawiają jednak wątpliwości. Popołudniem ma zacząć padać i zrobi się zimno. Jesteśmy już blisko Warszawy i Michał myśli o tym, by wpaść do domu po dodatkowe ubranie dla siebie. Ze względu na przeziębienie, które go dopadło. Nie zależy mu na wyniku i jest pogodzony z tym, że za taki manewr dostanie zapewne karę czasową. On rusza do Warszawy, a ja jadę normalnie trasą.
Jedziemy jeszcze trochę razem, ale do Ostrówka docieram już sama. Wreszcie sklep! Jest to mały sklepik, w którym sprzedaje bardzo sympatyczny pan. Wesoło sobie rozmawiamy o tym co mogę kupić, a co już wykupili ludzie, którzy dojechali tu przede mną. Robię zakupy, przede wszystkim uzupełniam picie. Potem siadam na ławce pod sklepem. Pan wychodzi na chwilę do mnie i pyta, czy może mam ochotę na kawę, albo herbatę. Jak miło! Z chęcią przystaję na kawę. I dostaję porządną, mocną, fusiastą, czarną kawę. Pyszna!

Jeszcze trochę rozmawiamy. Okazuje się, że mój rozmówca przez lata był zawodowym pilotem samolotów wojskowych. Opowiada trochę o podróżach po świecie. Potem nadjeżdżają inni zawodnicy. Pora się zbierać.
Jazda po wale idzie mi dobrze, kawa jednak robi swoje. Jest też trochę szosy, na drodze nr 801 jadę żwawo. A potem, na wysokości Otwocka, jest zjazd w chaszcze. Teraz następuje długi odcinek specjalny nad Wisłą.

Wiele kilometrów przedzierania się najpierw przez wysokie zarośla, potem singlem nad samą rzeką. To bardzo trudny kawałek i w całości idę go pieszo.

Parę razy próbowałam wsiadać na rower, ale nieskutecznie. Jadąc zgodnie ze śladem trafiłam w miejsce, gdzie droga się oberwała i wpadła do rzeki. Wisła zabrała nam kawałek trasy. Usiłowałam jakoś się tam przedrzeć, ale skończyło się na tym, że musiałam się wycofywać, bo przejazdu ani przejścia jednak nie było. Zawracając coś poszło nie tak. Był moment, gdy wisiałam sobie nad Wisłą. Jedną ręką rozpaczliwie trzymałam się drzewa, drugą trzymałam rower. Wtem usłyszałam głos: ja pani pomogę! Był to wędkarz, który wyszedł z zarośli. Miły człowiek odczepił mnie od drzewa i pomógł się wydostać z tej pułapki. Mówił, że paru ludzi już się tu też władowało, ale jakoś się wydostali o własnych siłach. Powiedział też jak objechać ten odcinek, by szybko wrócić na trasę wyścigu. Poklikałam w GPS. Rzeczywiście, to miało sens.
Gdzieś w międzyczasie niebo zasłoniło się granatowymi chmurami. Coś złowrogo zagrzmiało i przyszła letnia burza. Widoki piękne. Deszcz już nie tak bardzo. Wypsikana preparatami przeciwko kleszczom, komarom i meszkom, szłam dalej. Aż w końcu udało mi się wyjść na prostą!

Przed Warszawą znowu trochę szosy, potem przejazd przez miasto od wschodniej strony. Wyścig mija bokiem całe piękne centrum Warszawy. Znam miasto dość dobrze. Może to i lepiej, że nie wjeżdżamy do centrum? Możemy sobie popatrzeć na PKiN z drugiego brzegu. Wygląda jak zwykle świetnie. Robię zdjęcie z brzegu i spotykam jednego z naszych. Mówi, że kończy wyścig i wraca do domu. Kontuzja. Szkoda.

Za Warszawą dojeżdża Michał. Pada już od paru chwil i zanosi się na to, że będzie padać jeszcze długo. Na wysokości Jabłonny jest punkt wsparcia dla Wiślaków, który prowadzi Księgowy. Z własnej inicjatywy, niezależnie od pogody, w wolnym czasie jest tu wraz z samochodem, w którym ma picie, słodkie i banany. Świetny punkt. Bardzo miło jest spotykać po drodze tak pozytywnych ludzi. Adam, dziękuję!

Dalej jest jazda wałem. Nieco ślisko od tego deszczu. Jedziemy do Nowego Dworu Mazowieckiego naradzając się co dalej. W McD jemy obiad. Michał przeziębiony. Deszcz pada mocno i jest zimno. Decydujemy, że na tę noc bierzemy hotel i robimy porządną regenerację. Nie mam za bardzo talentu do wyszukiwania hoteli, zajmuje się więc tym Michał. Znajduje nam fajny hotel blisko Twierdzy Modlin.

Wreszcie można wziąć prysznic, wyspać się w łóżku, podładować całą elektronikę. A za oknem pada deszcz…
Ciąg dalszy

Poranek robi się piękny i słoneczny, a widoki są świetne. Raz po raz pstrykam zdjęcia. Prognozy pogody nie pozostawiają jednak wątpliwości. Popołudniem ma zacząć padać i zrobi się zimno. Jesteśmy już blisko Warszawy i Michał myśli o tym, by wpaść do domu po dodatkowe ubranie dla siebie. Ze względu na przeziębienie, które go dopadło. Nie zależy mu na wyniku i jest pogodzony z tym, że za taki manewr dostanie zapewne karę czasową. On rusza do Warszawy, a ja jadę normalnie trasą.
Jedziemy jeszcze trochę razem, ale do Ostrówka docieram już sama. Wreszcie sklep! Jest to mały sklepik, w którym sprzedaje bardzo sympatyczny pan. Wesoło sobie rozmawiamy o tym co mogę kupić, a co już wykupili ludzie, którzy dojechali tu przede mną. Robię zakupy, przede wszystkim uzupełniam picie. Potem siadam na ławce pod sklepem. Pan wychodzi na chwilę do mnie i pyta, czy może mam ochotę na kawę, albo herbatę. Jak miło! Z chęcią przystaję na kawę. I dostaję porządną, mocną, fusiastą, czarną kawę. Pyszna!

Jeszcze trochę rozmawiamy. Okazuje się, że mój rozmówca przez lata był zawodowym pilotem samolotów wojskowych. Opowiada trochę o podróżach po świecie. Potem nadjeżdżają inni zawodnicy. Pora się zbierać.
Jazda po wale idzie mi dobrze, kawa jednak robi swoje. Jest też trochę szosy, na drodze nr 801 jadę żwawo. A potem, na wysokości Otwocka, jest zjazd w chaszcze. Teraz następuje długi odcinek specjalny nad Wisłą.

Wiele kilometrów przedzierania się najpierw przez wysokie zarośla, potem singlem nad samą rzeką. To bardzo trudny kawałek i w całości idę go pieszo.

Parę razy próbowałam wsiadać na rower, ale nieskutecznie. Jadąc zgodnie ze śladem trafiłam w miejsce, gdzie droga się oberwała i wpadła do rzeki. Wisła zabrała nam kawałek trasy. Usiłowałam jakoś się tam przedrzeć, ale skończyło się na tym, że musiałam się wycofywać, bo przejazdu ani przejścia jednak nie było. Zawracając coś poszło nie tak. Był moment, gdy wisiałam sobie nad Wisłą. Jedną ręką rozpaczliwie trzymałam się drzewa, drugą trzymałam rower. Wtem usłyszałam głos: ja pani pomogę! Był to wędkarz, który wyszedł z zarośli. Miły człowiek odczepił mnie od drzewa i pomógł się wydostać z tej pułapki. Mówił, że paru ludzi już się tu też władowało, ale jakoś się wydostali o własnych siłach. Powiedział też jak objechać ten odcinek, by szybko wrócić na trasę wyścigu. Poklikałam w GPS. Rzeczywiście, to miało sens.
Gdzieś w międzyczasie niebo zasłoniło się granatowymi chmurami. Coś złowrogo zagrzmiało i przyszła letnia burza. Widoki piękne. Deszcz już nie tak bardzo. Wypsikana preparatami przeciwko kleszczom, komarom i meszkom, szłam dalej. Aż w końcu udało mi się wyjść na prostą!

Przed Warszawą znowu trochę szosy, potem przejazd przez miasto od wschodniej strony. Wyścig mija bokiem całe piękne centrum Warszawy. Znam miasto dość dobrze. Może to i lepiej, że nie wjeżdżamy do centrum? Możemy sobie popatrzeć na PKiN z drugiego brzegu. Wygląda jak zwykle świetnie. Robię zdjęcie z brzegu i spotykam jednego z naszych. Mówi, że kończy wyścig i wraca do domu. Kontuzja. Szkoda.

Za Warszawą dojeżdża Michał. Pada już od paru chwil i zanosi się na to, że będzie padać jeszcze długo. Na wysokości Jabłonny jest punkt wsparcia dla Wiślaków, który prowadzi Księgowy. Z własnej inicjatywy, niezależnie od pogody, w wolnym czasie jest tu wraz z samochodem, w którym ma picie, słodkie i banany. Świetny punkt. Bardzo miło jest spotykać po drodze tak pozytywnych ludzi. Adam, dziękuję!

Dalej jest jazda wałem. Nieco ślisko od tego deszczu. Jedziemy do Nowego Dworu Mazowieckiego naradzając się co dalej. W McD jemy obiad. Michał przeziębiony. Deszcz pada mocno i jest zimno. Decydujemy, że na tę noc bierzemy hotel i robimy porządną regenerację. Nie mam za bardzo talentu do wyszukiwania hoteli, zajmuje się więc tym Michał. Znajduje nam fajny hotel blisko Twierdzy Modlin.

Wreszcie można wziąć prysznic, wyspać się w łóżku, podładować całą elektronikę. A za oknem pada deszcz…
Ciąg dalszy

Podwarszawskie gminobranie (3)
Piątek, 21 czerwca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 116.10 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 06:56 | km/h: | 16.75 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 323m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rankiem odczyn zapalny po przedwczorajszym użądleniu ma się
świetnie, a nawet lepiej – sytuacja jest zdecydowanie rozwojowa. Miejsce
użądlenia czerwone i spuchnięte. Za to problemy trawienne szczęśliwie minęły.
Smaruję swędzące zaczerwienienie Cortyzonem i jadę podbijać gminy Legionowo i
Jabłonna. Nie wysilam się specjalnie – jadę w tę i z powrotem jedną i tą samą
drogą, tj. ścieżką rowerową wzdłuż bardzo ruchliwej drogi. Od rana gorąc, no i ten
ruch… pełno samochodów, hałas. Nie jest tu zbyt fajnie. W Legionowie wsiadam w
pociąg Kolei Mazowieckich, w których można rower przewieźć bezpłatnie i jadę do
Piastowa.
Wizytę w tej gminie zaczynam na słodko, w cukierni. Biorę
lekkie ciasto owocowe z galaretką (owoców jest bardzo dużo) oraz kawę.
Nastrojona zdecydowanie optymistycznie, ruszam przed siebie. Jazda niestety
szybko przestaje iść dobrze. Z każdym kolejnym kilometrem jest gorzej – gorąco i
ogromny ruch! Telepię się zatem ścieżkami rowerowymi. Beznadziejna, wybijająca
nadgarstki, kostka, wysokie krawężniki, piesi, pieski, dzieciaki, jazgot
silników samochodów, milion zatrzymań na światłach. Kiedy w końcu wyjeżdżam za
Grodzisk Mazowiecki, robi się znośniej. Uff,
to co najgorsze chyba już za mną.

Nieprzyjemnie robi się ponownie niecałe 30 km dalej, gdy wjeżdżam na drogę wojewódzką nr 719 łączącą Grodzisk i Skierniewice. Kiedy w Puszczy Mariańskiej wreszcie zjeżdżam z tej szosy, czuję dużą ulgę. Dalej jest już o wiele lepiej. I tylko coraz bardziej sine niebo każe przypuszczać, że nadciąga burza. Jadę tej burzy naprzeciw. Przed Białą Rawską zaczynają się sady owocowe. Natomiast gdy wjeżdżam do samej Białej, zaczyna grzmieć i padać. Jadę szybko, by znaleźć jakąś wiatę i przeczekać deszcz. W centrum znajduję dwie. Pod jedną stoi już mały tłumek ludzi, pod drugą siedzi facet w łachmanach, wyglądający na pijanego. Podjeżdżam, na chwilę przystaję i czuję nieprzyjemny zapach, robi mi się lekko niedobrze… jegomość patrzy zaciekawiony, jeszcze chwila i chyba przemówi… Stop! Wsiadam na rower i jadę w deszcz. Nie ubieram się nawet, tylko lecę ile sił w nogach desperacko wypatrując jakichś godnych krzaków na nocleg. Zamiast krzaków, znajduję ładny las. Zaraz na wyjeździe z miasteczka.
Namiot rozbijam w padającym deszczu, słuchając pomruków burzy. Nie lubię gotować w zamkniętym przedsionku namiotu i prawie tego nie robię. Dziś jednak jest jeden z tych dni, gdy robię wyjątek.

Zdjęcia
Zaliczone gminy: Legionowo, Jabłonna, Piastów, Pruszków, Brwinów, Podkowa Leśna, Milanówek, Grodzisk Mazowiecki, Baranów, Jaktorów, Kowiesy, Biała Rawska (12 gmin).
Ciąg dalszy

Nieprzyjemnie robi się ponownie niecałe 30 km dalej, gdy wjeżdżam na drogę wojewódzką nr 719 łączącą Grodzisk i Skierniewice. Kiedy w Puszczy Mariańskiej wreszcie zjeżdżam z tej szosy, czuję dużą ulgę. Dalej jest już o wiele lepiej. I tylko coraz bardziej sine niebo każe przypuszczać, że nadciąga burza. Jadę tej burzy naprzeciw. Przed Białą Rawską zaczynają się sady owocowe. Natomiast gdy wjeżdżam do samej Białej, zaczyna grzmieć i padać. Jadę szybko, by znaleźć jakąś wiatę i przeczekać deszcz. W centrum znajduję dwie. Pod jedną stoi już mały tłumek ludzi, pod drugą siedzi facet w łachmanach, wyglądający na pijanego. Podjeżdżam, na chwilę przystaję i czuję nieprzyjemny zapach, robi mi się lekko niedobrze… jegomość patrzy zaciekawiony, jeszcze chwila i chyba przemówi… Stop! Wsiadam na rower i jadę w deszcz. Nie ubieram się nawet, tylko lecę ile sił w nogach desperacko wypatrując jakichś godnych krzaków na nocleg. Zamiast krzaków, znajduję ładny las. Zaraz na wyjeździe z miasteczka.
Namiot rozbijam w padającym deszczu, słuchając pomruków burzy. Nie lubię gotować w zamkniętym przedsionku namiotu i prawie tego nie robię. Dziś jednak jest jeden z tych dni, gdy robię wyjątek.

Zdjęcia
Zaliczone gminy: Legionowo, Jabłonna, Piastów, Pruszków, Brwinów, Podkowa Leśna, Milanówek, Grodzisk Mazowiecki, Baranów, Jaktorów, Kowiesy, Biała Rawska (12 gmin).
Ciąg dalszy
Kaliskie gminobranie (3)
Niedziela, 9 czerwca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 105.17 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 05:36 | km/h: | 18.78 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 296m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Z matematyki powinnam dostać dwóję! Gdybym wczoraj wieczorem
dobrze policzyła kilometry, które
zostały mi do zrobienia na dziś, to mogłabym pospać dłużej. Niestety pomyliłam
się w obliczeniach i będąc przekonana, że mam jeszcze dużo do przejechania,
wstałam znowu o 4.30.
W porównaniu do ostatnich dni, dzisiejszy poranek jest wściekle zimny. Zaledwie 6 stopni, a ja nie zabrałam rękawiczek z długimi palcami. Za Brzezinami nad stawami unoszą się gęste mgły. Wyglądają w świetle wstającego dnia wprost zjawiskowo. A jednak warto było wstać tak rano…
Jazdę zaczynam od wahadła. Jadę po gminy Błaszki i Wróblew i będę z nich wracać tą samą drogą. Drogi są spokojne, wąskie i nowe. Jedyną zmorą są psy, które na wioseczkach puszczone są luzem. Tradycyjnie wydzieram się na nie (psy zwykle dobrze reagują na wrzask – tj. uciekają). Od tego wszystkiego dostaję chrypy i w końcu sama już nie wiem od czego ona jest: od krzyczenia na psy, czy od zimnego powietrza – bo buffa do osłony twarzy (tak jak butli od kuchenki i sprawnego mocowania lampki przedniej) też zapomniałam zabrać.

Gdy kończę wahadło, przez chwilę się zastanawiam czy na pewno niczego nie pominęłam. Stoję w trawie, w cieniu, na poboczu, gdy zatrzymuje się koło mnie cyklista na rowerze MTB. Mijaliśmy się już dzisiaj. Pyta, czy może potrzebuję pomocy i dokąd pędzę tak od rana. Opowiadam mu więc o zaliczaniu gmin i okazuje się, że słyszał kiedyś o tej zabawie. Mówi, że on sam stroni od szosy. Chwilę jeszcze rozmawiamy sobie, potem on rusza. Po paru minutach ruszam i ja. Wszystko się zgadza, niczego nie pominęłam. Po prostu wczoraj wieczorem źle policzyłam kilometry. W nagrodę mam dużo czasu do odjazdu pociągu. Do Kalisza docieram mało ruchliwymi drogami. Jest to bardzo przyjemna jazda po wąskich i pustych asfaltach. Takich, jakie lubię najbardziej.
W Kaliszu kończę gminobranie na pięknym rynku. Siadam w jednym z ogródków, zamawiam kawę i szarlotkę na ciepło.


Zdjęcia
Zaliczone gminy: Szczytniki, Błaszki, Wróblew.
W porównaniu do ostatnich dni, dzisiejszy poranek jest wściekle zimny. Zaledwie 6 stopni, a ja nie zabrałam rękawiczek z długimi palcami. Za Brzezinami nad stawami unoszą się gęste mgły. Wyglądają w świetle wstającego dnia wprost zjawiskowo. A jednak warto było wstać tak rano…
Jazdę zaczynam od wahadła. Jadę po gminy Błaszki i Wróblew i będę z nich wracać tą samą drogą. Drogi są spokojne, wąskie i nowe. Jedyną zmorą są psy, które na wioseczkach puszczone są luzem. Tradycyjnie wydzieram się na nie (psy zwykle dobrze reagują na wrzask – tj. uciekają). Od tego wszystkiego dostaję chrypy i w końcu sama już nie wiem od czego ona jest: od krzyczenia na psy, czy od zimnego powietrza – bo buffa do osłony twarzy (tak jak butli od kuchenki i sprawnego mocowania lampki przedniej) też zapomniałam zabrać.

Gdy kończę wahadło, przez chwilę się zastanawiam czy na pewno niczego nie pominęłam. Stoję w trawie, w cieniu, na poboczu, gdy zatrzymuje się koło mnie cyklista na rowerze MTB. Mijaliśmy się już dzisiaj. Pyta, czy może potrzebuję pomocy i dokąd pędzę tak od rana. Opowiadam mu więc o zaliczaniu gmin i okazuje się, że słyszał kiedyś o tej zabawie. Mówi, że on sam stroni od szosy. Chwilę jeszcze rozmawiamy sobie, potem on rusza. Po paru minutach ruszam i ja. Wszystko się zgadza, niczego nie pominęłam. Po prostu wczoraj wieczorem źle policzyłam kilometry. W nagrodę mam dużo czasu do odjazdu pociągu. Do Kalisza docieram mało ruchliwymi drogami. Jest to bardzo przyjemna jazda po wąskich i pustych asfaltach. Takich, jakie lubię najbardziej.
W Kaliszu kończę gminobranie na pięknym rynku. Siadam w jednym z ogródków, zamawiam kawę i szarlotkę na ciepło.


Zdjęcia
Zaliczone gminy: Szczytniki, Błaszki, Wróblew.
Majówka_3
Czwartek, 2 maja 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 114.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1592m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Nad Wartą (3)
Niedziela, 31 marca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 116.75 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 387m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzę się tradycyjnie wcześnie. Noc była dziwna. Na wieży, około północy, pojawili się ludzie. Wrzeszczeli i chyba zrobili sobie imprezę. Cieszyłam się bardzo, że śpimy w lesie i jesteśmy niewidzialni. Dziwne to jest uczucie, gdy wszystko się słyszy. Gdy niechcący uczestniczy się w życiu innych ludzi, których wcale nie chce się znać, którzy budzą negatywne emocje. Wolę przenikać w światy innych ludzi... przez okna. Jadąc nocą i mijając domy, bloki, kamienice. Przenikać na ułamek sekundy wzrokiem w ich świat.
Michał spał snem mocnym i na szczęście ominęło go to wszystko. Tak więc obudziłam się pierwsza. Wyszłam z namiotu i popatrzyłam w niebo. Stwierdziłam, że jest czysto. Obudziłam więc Michała i poszliśmy razem na wieżę, oglądać wschód Słońca. Poranek chłodny i wietrzny. Jednak warto było. Z tyłu ciągnęły już ciemne chmury i było tylko kwestią parunastu minut, nim zakryją Słońce. Ono jednak, w międzyczasie, zdążyło wstać. Piękny spektakl na niebie. Wschody mają w sobie magię. Między innymi dlatego, że... nie są dla wszystkich. Trzeba przecież wstać. Przezwyciężyć sen, lenistwo. Ostatecznie, jest w tym trudność.

Po poranku na wieży, wracamy do namiotów na śniadanie. Należy się wiadro kawy i bułka z rybą. Po tym wszystkim wyjazd na DK 91 wydawał się czymś zupełnie oderwanym od rzeczywistości. Główną tą szosą, którą znam jako trasę do Kutna, Łowicza, czy Warszawy, dojechaliśmy do wieży widokowej. Na niebie chmur sporo i warunki do fotografowania były bardzo średnie. Dalej, na DK 92, Orlen. Szybkie zakupy, bez rozsiadania się, mimo że były wygodne kanapy. Z zegarkiem w ręku trzeba niekiedy pilnować uciekającego czasu.
Nadwarciańskie wały przeciwpowidziowe. Cisza. Spokój. A na końcu Uniejów i zbiornik Jeziorsko. Chwila na fotki i już jedziemy dalej, do Sieradza, na pociąg. Wiatr trochę poprzeszkadzał. Końcówka po szosie, na krajówce, no i z wiatrem. W samym Sieradzu McD. To drugi (po Olsztynie) McD, gdzie były zamknięte kasy i trzeba było składać zamówienie przez automat. Wtedy, w Olsztynie, byłam sama i automat... mnie pokonał. Odjechałam w lasy na nocleg głodna i zła. Teraz Michał walczył (skutecznie!) z automatem, a ja pilnowałam nam stolika.
Z pewnym przerażeniem myślę o czasach, które pewnie kiedyś nastaną, gdy wszystko będzie jeszcze bardziej zautomatyzowane, gdy nie będzie można zamówić jedzenia normalnie, przy okienku.
Czasu do odjazdu pociągu było niewiele, część jedzenia zabraliśmy więc na wynos.


Zdjęcia
Michał spał snem mocnym i na szczęście ominęło go to wszystko. Tak więc obudziłam się pierwsza. Wyszłam z namiotu i popatrzyłam w niebo. Stwierdziłam, że jest czysto. Obudziłam więc Michała i poszliśmy razem na wieżę, oglądać wschód Słońca. Poranek chłodny i wietrzny. Jednak warto było. Z tyłu ciągnęły już ciemne chmury i było tylko kwestią parunastu minut, nim zakryją Słońce. Ono jednak, w międzyczasie, zdążyło wstać. Piękny spektakl na niebie. Wschody mają w sobie magię. Między innymi dlatego, że... nie są dla wszystkich. Trzeba przecież wstać. Przezwyciężyć sen, lenistwo. Ostatecznie, jest w tym trudność.

Po poranku na wieży, wracamy do namiotów na śniadanie. Należy się wiadro kawy i bułka z rybą. Po tym wszystkim wyjazd na DK 91 wydawał się czymś zupełnie oderwanym od rzeczywistości. Główną tą szosą, którą znam jako trasę do Kutna, Łowicza, czy Warszawy, dojechaliśmy do wieży widokowej. Na niebie chmur sporo i warunki do fotografowania były bardzo średnie. Dalej, na DK 92, Orlen. Szybkie zakupy, bez rozsiadania się, mimo że były wygodne kanapy. Z zegarkiem w ręku trzeba niekiedy pilnować uciekającego czasu.
Nadwarciańskie wały przeciwpowidziowe. Cisza. Spokój. A na końcu Uniejów i zbiornik Jeziorsko. Chwila na fotki i już jedziemy dalej, do Sieradza, na pociąg. Wiatr trochę poprzeszkadzał. Końcówka po szosie, na krajówce, no i z wiatrem. W samym Sieradzu McD. To drugi (po Olsztynie) McD, gdzie były zamknięte kasy i trzeba było składać zamówienie przez automat. Wtedy, w Olsztynie, byłam sama i automat... mnie pokonał. Odjechałam w lasy na nocleg głodna i zła. Teraz Michał walczył (skutecznie!) z automatem, a ja pilnowałam nam stolika.
Z pewnym przerażeniem myślę o czasach, które pewnie kiedyś nastaną, gdy wszystko będzie jeszcze bardziej zautomatyzowane, gdy nie będzie można zamówić jedzenia normalnie, przy okienku.
Czasu do odjazdu pociągu było niewiele, część jedzenia zabraliśmy więc na wynos.


Zdjęcia
Nad Wartą (2)
Sobota, 30 marca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 127.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 381m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Było jeszcze przed wschodem Słońca, kiedy obudziło nas tupotanie. Jakaś grupka młodych ludzi.
Jednak... nad ranem na wieżach pojawiają się inni ludzie niż wieczorami i nocami. To musieli być obserwatorzy przyrody, nie wrzeszczeli i zachowywali się zupełnie normalnie. Kiedy weszli na samą górę i zobaczyli nasze namioty, grzecznie się wycofali i rozsiedli się na niższych części wieży. Siedzieli jakieś 50 minut i chyba robili foty.
To jest zabawne, ale w sytuacji, gdy ktoś obcy jest blisko namiotu i nie bardzo ma się ochotę wyjść lub jakkolwiek dać znać, że się nie śpi - nagle pojawiają się pilne potrzeby. Np. potrzeba by zejść na dół, by się wysikać, albo potrzeba by natychmiast coś zjeść i poszeleścić foliówkami i papierkami, bo przecież bez jedzenia nie wytrzyma się już ani chwili dłużej.
Znacie to? :)
Nadwarciańskimi wałami kiedyś jeździłam. Było to bardzo dawno temu. Kiedyśmy więc teraz wjeżdżali na wały, miałam pojęcie o tym czego należy się spodziewać. Terenówka to genialny rower. Wszystkie nierówności połyka bez zająknięcia. Miło jest tak jechać po terenie, kiedy wertepy nie szarpią kręgosłupa i nadgarstków. Jechaliśmy po terenie i trochę po szosie. Warta. Starorzecza Warty. Rozległe łąki. Coś pięknego.
Na zakończenie dnia soczysta czasówka. Ćwiczyłam zatem szybką jazdę. Mieliśmy motywację, by zdążyć na zachód Słońca. Warto było powalczyć, bo nagroda była piękna. Siedząc na wieży, obserwowaliśmy zachód Słońca. Niespodziewanie chmury gdzieś uciekły i zachodziło ono pełną tarczą. A potem siedzieliśmy jeszcze i patrzeliśmy na to jak wieczór staje się bardziej i bardziej.... jak zamienia się w noc.
Jednak... nad ranem na wieżach pojawiają się inni ludzie niż wieczorami i nocami. To musieli być obserwatorzy przyrody, nie wrzeszczeli i zachowywali się zupełnie normalnie. Kiedy weszli na samą górę i zobaczyli nasze namioty, grzecznie się wycofali i rozsiedli się na niższych części wieży. Siedzieli jakieś 50 minut i chyba robili foty.
To jest zabawne, ale w sytuacji, gdy ktoś obcy jest blisko namiotu i nie bardzo ma się ochotę wyjść lub jakkolwiek dać znać, że się nie śpi - nagle pojawiają się pilne potrzeby. Np. potrzeba by zejść na dół, by się wysikać, albo potrzeba by natychmiast coś zjeść i poszeleścić foliówkami i papierkami, bo przecież bez jedzenia nie wytrzyma się już ani chwili dłużej.
Znacie to? :)
Nadwarciańskimi wałami kiedyś jeździłam. Było to bardzo dawno temu. Kiedyśmy więc teraz wjeżdżali na wały, miałam pojęcie o tym czego należy się spodziewać. Terenówka to genialny rower. Wszystkie nierówności połyka bez zająknięcia. Miło jest tak jechać po terenie, kiedy wertepy nie szarpią kręgosłupa i nadgarstków. Jechaliśmy po terenie i trochę po szosie. Warta. Starorzecza Warty. Rozległe łąki. Coś pięknego.
Na zakończenie dnia soczysta czasówka. Ćwiczyłam zatem szybką jazdę. Mieliśmy motywację, by zdążyć na zachód Słońca. Warto było powalczyć, bo nagroda była piękna. Siedząc na wieży, obserwowaliśmy zachód Słońca. Niespodziewanie chmury gdzieś uciekły i zachodziło ono pełną tarczą. A potem siedzieliśmy jeszcze i patrzeliśmy na to jak wieczór staje się bardziej i bardziej.... jak zamienia się w noc.




Zdjęcia
Ciąg dalszy
Rzecz o szkodliwości kapci
Niedziela, 24 marca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 130.23 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 641m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzimy się o wschodzie słońca. Wszystko wskazuje na to, że poranek na wieży będzie zjawiskowy. Dlatego zbieramy się naprędce z biwaku. Kiedy już jesteśmy prawie gotowi okazuje się, że w rowerze Michała jest kapeć.
Cenne poranne minuty niestety uciekają...
Cenne poranne minuty niestety uciekają...

Gdy docieramy na wieżę, słońce świeci już mocniej, ale kolory nadal są znakomite i możemy się cieszyć pięknymi widokami. Tym razem, poza nami, nie ma tu nikogo.

Drogi są najróżniejsze. Na Przemkowskim Bagnie trafia się równy, ubity grunt, ale też fragmenty mocno błotniste, z głębokimi koleinami. Za Przemkowskim Bagnem trasa jest bardzo urozmaicona - teren poprzetykany asfaltem, trochę góreczek. Jedzie nam się bardzo fajnie. W Głogowie robimy przerwę na herbatkę i lecimy dalej. Wiosnę widać coraz wyraźniej, przy drodze mijamy skupisko kwitnących fiołków.
Więcej terenu, w trudniejszej wersji, dostajemy nad jeziorem Sławskim. Spokój i piękno przyrody wynagradzają jednak wysiłek. Terenem docieramy do wysokiej, drewnianej wieży. Jest tu całkiem sporo osób, w tym młodzieży. Co dziwne, większość tych młodych ludzi ma widoczne problemy kondycyjne: idąc po schodach zatrzymują się, głośno dyszą.
Z wieży oglądamy lasy i jezioro, którego linią brzegową jechaliśmy.
W popołudniowej części trasy, gdy zmagamy się z piaskami, czuję że rower jedzie z oporem. Zatrzymuję się i sprawdzam co się dzieje, okazuje się, że to kapeć. Tracimy trochę czasu na zmianę dętki, pochylam się i.... pojawia się znajomy ból w biodrze. Dokładnie ten sam, który po zmianie dętki dopadł mnie w drodze do Gdańska. Resztę trasy jadę z bólem.
Na ostatnią wieżę weekendu docieramy akurat wtedy, gdy słońce chowa się w chmurach. Zabrakło tak niewiele! Gdyby tylko nie ten kapeć! Końcówkę robimy już częściowo po ciemku. Trochę po szosie, trochę po terenie. Wyjazd kończymy na będącej w remoncie stacji kolejowej w Kościanie.







