Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 650

Dystans całkowity:3072.60 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:143:43
Średnia prędkość:21.38 km/h
Maksymalna prędkość:52.70 km/h
Suma podjazdów:16385 m
Liczba aktywności:5
Średnio na aktywność:614.52 km i 28h 44m
Więcej statystyk

MRDP 2021 (1)

Sobota, 21 sierpnia 2021 Kategoria do 650, Ekstremalnie, Kocia czytelnia, MRDP 2021
Km: 603.00 Km teren: 0.00 Czas: 28:05 km/h: 21.47
Pr. maks.: 52.70 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 3172m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy w sobotnie przedpołudnie, naładowani pozytywnymi emocjami, zbieramy się na starcie MRDP pod latarnią Rozewie, nikt z nas nie wie, że przyjdzie nam się zmierzyć z wyjątkowo wredną pogodą, że pogoda w sposób bezlitosny będzie niszczyła plany, zabierała nadzieję oraz zdrowie, że mniej więcej połowa z nas nie dojedzie do mety ani w limicie, ani nawet poza nim.
Nie wiemy tego jeszcze, zatem trwają ożywione dyskusje, jest wesoło, uśmiechamy się, pozujemy do zdjęć i słuchamy tradycyjnej przemowy Daniela – Dyrektora MRDP.

Równo o 12.00 ruszamy. W peletonie liczącym niespełna 80 osób są 3 dziewczyny: Renata i Gosia jadące w kategorii OPEN oraz ja, jadąca w kategorii SOLO. Wierzę w siebie, we własne możliwości. Niespecjalnie lubię się stowarzyszać, jeszcze mniej lubię, gdy ktoś ogląda mnie zmęczoną z bliska. Uważam więc, że SOLO to najlepsze rozwiązanie.





Początek jest średni. Ale to normalne. Jakoś trzeba się wydostać z Jastrzębiej Góry i ominąć trójmiejską aglomerację. Tym razem nie jedziemy, jak 4 lata temu, najgłówniejszymi drogami przez Trójmiasto, lecz bokami. Jest zauważalnie lepiej, choć np. Reda jest do jazdy rowerem paskudna. Dalej jest Trójmiejski Park Krajobrazowy. Trochę górek, zniszczony asfalt. To tu po raz pierwszy doganiam Gosię. Kiedy mnie zauważa, przyspiesza, a ja… nie gonię. Żeby ostudzić gorące emocje, odbijam w krzaki, na pierwsze siku. Na ściganie jeszcze przyjdzie czas. W końcu to nie jest sprint na 320 km, lecz MRDP i 3200 km.

Ten dzień, trzeba przyznać, jest wyjątkowo ładny. Być może po to, żebyśmy go sobie dobrze zapamiętali i mieli dobre wspomnienia. Mawiają, że najlepiej zapamiętuje się to, co było na początku. Gdyby tak miało być, to moim głównym wspomnieniem byłby ten właśnie dzień. Hmm…, a przecież nie jest.

Tego dnia wszystko idzie bardzo dobrze. Mimo za niskiej wagi startowej, niezagojonej rany po usunięciu ósemki i pewnych problemów z jedzeniem w związku z tą raną, jestem niesamowicie zmotywowana i jadę sprawnie. Szybko, jak na swoje możliwości, i prawie bez zatrzymań. Jestem więc zadowolona. Tasuję się z innymi zawodnikami, czasem również z Gosią i chłopakami z nią jadącymi. Nie widzę natomiast zupełnie Wojtka i Renaty i nie bardzo wiem, gdzie oni są.

Nowy Dwór Gdański i pierwszy Orlen na trasie. Szybko picie i jedzenie, żeby za długo tu nie być. Zwłaszcza, że robi się tłoczno. Trochę rozwalam ranę po ósemce. No jednak jeszcze muszę uważać.

W okolicach Elbląga na rowerach jadą chwilę obok mnie Marek Dive oraz jakiś jego kolega, miło. Potem przy drodze kibicują dziewczyna i chłopak na rowerach. To mogli być Kasia i Sierra, choć przeleciałam tam szybko i nie jestem pewna.

Ładny dzień przechodzi w ładny, choć chłodny wieczór. Zatrzymuję się przy jednej z wiat przystankowych już po zachodzie słońca, gdyż uznaję, że jest już zimno na tyle, że można ubrać się na noc. Raz a dobrze. Pod tą wiatą jest też Marcin Nalazek, który też się ubiera. Minę ma mało wesołą. Mówi, że pamięta, co będzie dalej na tej trasie. Cóż… ja też pamiętam i od teraz obydwoje miny mamy jak zbite psy. Dodaję do tego jeszcze, że pamiętam, gdzie będzie bolało i wtedy robi się na maksa smutno. On rusza pierwszy, ale potem tasujemy się, bo Marcin co chwilę robi przystanki, by ubrać się jeszcze.

Jest 21.21, gdy ląduję na Orlenie w Braniewie (202 km). Biorę kawę na dobry wjazd w tę noc. Ziiiimno! Na tym Orlenie spotkałam też Gosię z chłopakami i chyba też marudzili na zimno.
Tej nocy jest tasowanie. Oni jadą wyraźnie szybciej. Natomiast ja zupełnie nie szarpię, tylko pilnuję, żeby było równo i bez zatrzymań. Potem jest jeszcze jeden nocny Orlen, w Bartoszycach (287 km). Jednak wchodzę tam i… od razu wychodzę. Na podłodze siedzą, a może i leżą nasi. Widzę wystające czyjeś nogi. Chciałam wziąć zapiekankę, ale ostatnią wg mnie jadalną bierze jeden z naszych. Nie mam więc czego tu szukać. Czuję się rozczarowana. Zagryzam własnego kabanosa z torby i pryskam stąd natychmiast!

Potem, tej nocy, nie dogonił mnie już nikt. A jechało mi się dobrze, mimo dużego zimna. Pod koniec nocy, zaczyna mnie lekko brać spanie i to jest ten moment, gdy rozglądam się za jakąś wiatą. Niewiele mi trzeba. Kwadrans, może pół godzinki. To w końcu pierwsza noc! Niestety każda wiata, w którą zaglądam jest zajęta. Nasi tam leżą. A wiaty GreenVelo są zajęte nawet piętrowo! Ludzie leżą grupowo na ławkach i stołach. No ładne rzeczy!

Ja w końcu zalegam też. Jest to wiata przystankowa tuż przed Korszami (312 km). Leżę tu mniej więcej kwadrans. Potem znowu mnie lekko ścina i znowu patrzę za wiatą. Kładę się na 335 km trasy, znowu w wiacie przystankowej, na około 20 minut. Długo nie wytrzymuję, bo jest przeraźliwie zimno i wilgotno (mgła)! Dowiaduję się potem, że tej nocy było około 4 stopni. Któż by pomyślał, że sierpniowa noc może być tak lodowata. Brr! Jadę przy brzegu jez. Mamry (tu również pod wiatą nasi), potem przez Węgorzewo, Banie Mazurskie. Jest już oczywiście jasno, od jakiegoś czasu.

Wraz z nowym dniem, wraca przytomność umysłu. Wraca - a wraz z nią poczucie, że chyba jest średnio. Oto docieram do Gołdapi (409 km). Jest mocno rano. Zajeżdżam na Orlen. Czuję się jakaś taka… wczorajsza. Biorę kawę i zapiekankę. Dowiaduję się, że przeskoczyłam kilka pozycji w górę, tej zimnej nocy. Tak, to racja, kryzysy przychodzą i odchodzą. Pokrzepiona tą myślą wychodzę ze stacji. Pora zmierzyć się z dniem po nieprzespanej nocy. Lecę sobie słuchając muzyki. W moich uszach Audiofly AF100. Kupiłam specjalnie na MRDP i jestem z nich zadowolona. Nie są to moje IE 800S, ale grają zupełnie poprawnie, liniowo, tak jak lubię.

No i leci sobie akurat George Michael:

„Now every day I see you in some other face
They crack a smile, talk a while
Try to take your place”

I robi się błogo, jego głos w mojej zmęczonej głowie, no to…. lecimy razem przez całą szerokość ulicy, wprost na trawę po drugiej stronie i prawie do rowu! Wraca przytomność, prawie zasnęłam. Szybko, wiata! Trafia się jakaś, 440 km trasy, tuż przed Żytkiejmami. Zupełnie beznadziejna wiata. Ławka to wąska, wypukła deska, w dodatku bez oparcia i krzywa. Przechodzi kobieta z małą dziewczynką, kiedy akurat usiłuję się tam położyć. Kobieta śmieje się do małej mówiąc: nie przeszkadzajmy jej, ona chyba zasypia. Mam ochotę z całych sił je poprosić, by nie odchodziły, by obudziły mnie, pogadały ze mną o czymkolwiek. Ale chyba nie wypada. Uśmiecham się jedynie… sennie. Na tej ławce nie da się leżeć i doprowadza mnie to do rozpaczy... Dzwonię do W. i chwilę gadamy, dzięki temu budzę się. Potem senność już do mnie nie wróciła.

Na kolejnych kilometrach tasowałam się z chłopakiem, który jechał w rozdartych na nodze (i częściowo tyłku) spodenkach. Twierdził, że nie zaliczył żadnej gleby, że spodenki po prostu pękły, bo są beznadziejnie słabo zrobione.

W okolicy Rutki-Tartak spore górki. Pogoda jakaś taka dziwna. Nie jest zbyt ciepło, ale też nie zimno i w dodatku wieje.
Następnie dogonił mnie Pirzu. Mówił, że będzie szukał jakiegoś obiadu. Ja w sumie miałam podobne myśli. Trochę mi odjechał, ale w Szypliszkach (474 km trasy) zauważyłam przy drodze jego rower. Doszłam do wniosku, że pewnie stoi przy restauracji, podjechałam więc i ja. Obiad zjedliśmy zatem razem. Słabo mi poszło to jedzenie. Zjadłam zupę pomidorową i podziubałam drugie danie, a na odchodne wypiłam Pepsi. Na TABR zawsze po Pepsi czułam się lepiej. Czaruję zatem rzeczywistość, bo w rzeczywistości czuję się przeczesana. Chyba głównie przez minioną, wyjątkowo zimną noc.

W planach na dziś mam dojazd do Krynek. Myślę sobie, że to może być dobre miejsce na noc. Drogi do Nowego Dworu (582 km) zupełnie nie pamiętam. W każdym razie na pewno jest lepiej niż 4 lata temu. Wtedy dojechałam tu późnym wieczorem, w solidnym i od długiego czasu już padającym deszczu. Teraz docieram tu o zmierzchu. Czuję się średnio i dochodzę do wniosku, że spróbuję zanocować tam gdzie wtedy – był to czyjś dom prywatny. Zapukałam wtedy do drzwi przypadkowego domu, który miał ładne okna. Otworzył mi mężczyzna z brzytwą w ręce i z pianką do golenia na twarzy. Wpuścił do kotłowni, zrobił herbatę. To była dobra noc. Jestem przekonana, że mimo tych 4 lat będzie mnie pamiętał. Mógłby zapomnieć? No chyba nie! Takie wizyty nie trafiają się w końcu codziennie! Niestety… jadę przez Nowy Dwór i nic. Nie odnajduję tego domu. Wracam się i latam po tym Nowym Dworze jak wściekła. Przecież dom nie mógł zapaść się pod ziemię!

A jednak nic z tego… Po prostu nie ma! Straciłam trochę czasu. Trochę się rozbudziłam. Jadę dalej. Nie mam pomysłu na tę noc. Zobaczymy, co będzie. I tak, ze 3-5 km przed Kuźnicą, mijam wiatę przystankową. Jest ciemno. W wiacie czerwone rowerowe światełko. Pewnie ktoś śpi. Naraz głos: eeeeej! Ktoś mnie chyba woła. Zatrzymuję się. W wiacie Krzysztof Wlazło. Mówi, że trzeba szukać noclegu. Rację ma. Ruszamy razem, obok siebie chwilę jadąc. Mówi, że zna w Kuźnicy miejsce. Tani hotel. Odskakuje mi potem, ale w Kuźnicy znowu się zjeżdżamy i zatrzymujemy się pod tym hotelem. Wygląda to wybitnie nieciekawie. Przy wejściu stoi kilku facetów. Wszyscy z flaszkami, wszyscy pijani. Krzysztof gada z nimi o noclegu. A ja myślę, czy to jest ok., że razem tu jesteśmy, skoro jesteśmy w kat. SOLO oraz myślę, że nie podoba mi się tu. Nie ma co tracić czasu. Mówię Krzyśkowi, że jadę szukać innego miejsca. W istocie nie jadę, lecz idę. Obok jest komisariat policji. Wchodzę i pytam, czy mają kawałek podłogi na 5 godzin dla mnie. Mówią, że komisariat nie jest całodobowy i niedługo zamykają. Polecają hotel obok. Wspominam o pijanych facetach, na co jeden z policjantów podwija rękawy i mówi: idę zrobić tam porządek! Na to ja przerażona, powstrzymuję go. O, nie! Przecież jak oni mnie dorwą potem, a dorwą na pewno, to pokroją na kawałki. Pytam więc, dla odmiany, czy jest tu jakiś kościół, plebania. Już po chwili siedzę na rowerze i jadę na plebanię. Krzysiek za mną. Jednak kiedy się zatrzymuję stwierdza, że w sumie, to on się rozbudził i pojedzie do tych Krynek, 40 km. Trochę mu zazdroszczę. Ale wiem też, że takie rozbudzenie może być chwilowe. Ostatni kwadrans był intensywny. Gdy znowu wjedzie się w tę spokojną noc, to różnie może być…

No więc stoję pod plebanią i pukam. Nic. Na drzwiach jest numer telefonu. Dzwonię. Po chwili ksiądz podchodzi do okna. Jest lekko przestraszony. To w końcu niespokojne ostatnio pogranicze z Białorusią. Po chwili mówi jednak: muszę pani zaufać, pani wygląda tak… prawdziwie! I wpuszcza mnie do środka. Robi herbatę. Rozmawiamy, a ja w tym czasie zjadam pierogi, które kupiłam specjalnie na ten wieczór i następny poranek. Potem idę spać na 5 godzin. Dwa dni i jedna noc. 603 km za mną.




Ciąg dalszy

Długa droga do szpitala

Sobota, 16 września 2017 Kategoria do 650, Kocia czytelnia, Kocia muzyka Uczestnicy
Km: 616.30 Km teren: 0.00 Czas: 28:11 km/h: 21.87
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2988m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Północ – Południe jest ostatnim ultra maratonem w roku. To ostatnia taka okazja, by dobrze się zabawić przed nadejściem zimnych, deszczowych jesiennych dni oraz długich zimowych wieczorów. To przejście z lata do jesieni. Nawet jeśli samo lato było jak jesień. W zeszłym roku pogoda była straszna. W tym roku… zapowiadało się podobnie źle. To jednak nic nie szkodzi. Przynajmniej nie będzie niedosytu i żalu, że za mało. Będzie przesyt, przeczochranie, przeoranie. Będzie prze-świetnie.



Na kempingu Helkamp na Helu zajmujemy domek numer zero. Jest nas trójka: Dorotka, Michał i ja. Wszyscy jesteśmy pozytywnie i entuzjastycznie nastawieni do maratonu…. Jeszcze nie wiemy, że żadne z nas go nie ukończy. Domek numer zero i zero osób, które mieszkając w nim ukończyły maraton. Zapamiętajcie to sobie, jeśli kiedyś wpadniecie na pomysł, by nocować w tym domku przed zawodami sportowymi.

Poranek jest wesoły. Po całonocnej jeździe na kempingu zjawia się Ekipa z Elbląga. Przyjechali, by powitać nas wszystkich na starcie. Wszyscy w świetnych nastrojach, skorzy do pomocy. Jestem trochę gapą. Nie zabrałam z domu baterii do GPSa, ani nie kupiłam po drodze izotonika na maraton. To żaden problem. Od jednego z chłopaków dostaję baterie, a Robert kupuje mi izotonik. Kupują jeszcze kawę i herbatę. Marcin przekazuje mi miłą niespodziankę od Asi – są to srebrne kolczyki w kształcie kotków – od razu zakładam! Jest tak wspaniale, że może się wydawać, że dziś spełnią się wszystkie moje życzenia. Wystarczy zamknąć oczy i puścić wodze fantazji. W wyobraźni widzę siebie wpadającą na metę. Umęczoną, ale zadowoloną. Widzę jak zamawiam oscypki z żurawiną…

W naszym domku nr zero, w dużym gronie, pijemy kawę i herbatę. Domek jest piętrowy. Siedzimy na dole. Na piętrze spaliśmy, są tam jeszcze nasze rzeczy, które musimy spakować. Michał wchodzi tam na chwilę i mówi, że są osy, kilka os. Schodzi. Siedzimy wszyscy razem. Potem tam wraca, a ja idę za nim. Mówi, abym uważała, bo tych os jest już ze 30! Wchodzę do góry. Zbieram swoje rzeczy. To nie osy. To pszczoły. Krążą coraz napastliwiej i trzeba się opędzać. W końcu jedna żądli mnie w kolano. Prawe, to które bolało na MRDP. W skórze mam żądło. Proszę Michała o jakieś narzędzie do usunięcia. Ręką tego lepiej nie robić, by nie wcisnąć sobie więcej jadu. Siedzę z żądłem w kolanie. Nie ruszam kolanem. Sama też się nie ruszam, pszczoły latają nade mną. Żądło wysuwam małym nożykiem. To jednak nie załatwia sprawy. Boli i puchnie oraz czerwieni się.


Fot. Marcin Koszyński

Schodzę na dół. Wszyscy pocieszają, że ze 2-3 godzinki poboli i będzie ok. Chodzę po kempingu i pytam, czy ktoś ma jakiś lek na użądlenia. Nie ma nikt. Również policjanci pod latarnią na Helu nie mają. Z bolącym kolanem ustawiam się na starcie. No to jazda!


Fot. emes

Przejazd mierzeją wypada o niebo lepiej niż w zeszłym roku. Policja prowadzi nas z rozsądną prędkością. Peleton się nie rozrywa. Aż do Luzina towarzyszą nam Robert1973 oraz Marecky. Kiedy grupa jest jeszcze duża, Robert wychodzi nawet na prowadzenie i ciągnie za sobą naście osób. Potem, gdy robi się bardziej kameralnie, jadą wraz z Mareckym obok nas lub za nami. Nie mogą jechać przed nami, bo nie są uczestnikami maratonu. Przed zjazdem do hydroelektrowni Żarnowiec doganiam parę osób. Chwilę jadę z Darkiem Krause, który nie ma nawigacji. Parę razy, gdy jest trochę przede mną ryczę do niego: „w prawo! A tu w lewo!” i podobne takie. Na samym podjeździe wyprzedzam Dorotkę. Mówi, że jest ciężko i wszyscy ją wyprzedzają. Uśmiecham się do niej. To prawda, jest ciężko. A będzie jeszcze ciężej. Ten maraton to najcięższe polskie weekendowe ultra.



Raz po raz Michał pyta mnie jak się miewa kontuzjowane podczas MRDP kolano. Za każdym razem mówię mu, że nie wiem. Że ból od użądlenia jest tak silny, że kompletnie maskuje ból kontuzyjny. Nie wiem, czy kontuzja boli. Za to miejsce po użądleniu boli mocno. W dodatku jeszcze mocniej boli głowa. Nie wiążę tego jeszcze z użądleniem.

Na jednej ze stacji paliw wpadam po baterie do GPSa. Spotykam tam Wąskiego i Anitę i jest to ostatni raz jak widzę ich przed metą (z Anitą już się w ogóle więcej nie widzę, bo nie przybyła na metę). Spotykamy tu też Roberta Janika, który wesoło żartuje, że w sumie to chętnie by nas zatrzymał na chwilę, ale nie ma do tego pretekstu, bo nasze nadajniki działają.


Fot. emes

Nieprzyjemny jest przejazd przed Kościerzynę. Napatoczył się super inteligentny kierowca – nauczyciel, który postanowił wyedukować mnie, że miejsce roweru jest na chodniku. W tym celu kilka razy chamsko zajeżdża mi drogę, otwiera szybkę swojego wspaniałego autka, by popluć jadem. Wiocha pełną gębą.

Dla odmiany przez Wdzydzki Park Krajobrazowy jedzie się super. Gdyby tylko nie ta boląca głowa! W końcu zatrzymuję się i zakładam czapkę. W zasadzie aż dwie czapki – jedną na drugą. Wierzę w to, że mnie przewiało i stąd ból głowy. Dodatkowo łykam lek przeciwbólowy. Głowa w końcu przestaje boleć. W Borach Tucholskich najlepsze są jałowce. W szarości wieczoru przypominają ludzi. Choć to jeszcze nie ten etap jazdy, gdy krzaki i drzewa zamieniają się realne postaci, pochylające się ku drodze i wyciągające ręce po jadący rower. To przychodzi z czasem, często w środku nocy. Patrzysz wtedy na taki krzak i zastanawiasz się czy przemówi. A jeśli tak – to co mu odpowiedzieć. Wyższa szkoła niedospania. Po ukończeniu ultra dostaniesz stosowny certyfikat w tej osobliwej specjalności.

Postój robimy na 208 km trasy, na Orlenie w Czersku. Jest już dość szaro. Pora ubrać się na noc. Pora też na jakąś małą wyżerkę. Biorę mufinkę. Któryś z zawodników częstuje mnie też kawą. Wypijam, ale tylko trochę. To jeszcze nie jest pora na kawę, a picie na zapas nie jest dobrym pomysłem.

Nieciekawe prognozy pogody sprawdzają się krótko po zapadnięciu ciemności. Zaczyna lekko kropić. Popełniam podobny błąd jak na MRDP – ubieram się w strój przeciwdeszczowy na raty. Znając prognozy powinnam była założyć cały komplet od razu. Zamiast się łudzić, że będzie to piękna noc. Raz po raz bujamy się po wiatach. Czuję, że zasypiam i nie chcę ryzykować jazdy widząc, że co chwilę tracę kontakt z rzeczywistością. Pięciominutówki zdają egzamin i utrzymują mnie w jako takiej… trzeźwości umysłu.

Kiedy osiągamy Tleń, pada już mocno. Do stroju deszczowego dokładam kaptur, a Michał zakłada na stopy foliówki. Śpiewam wesoło
"szklana pogooooda, szyby niebieskie od telewizorów!" Za Stolnem (284 km trasy), przy DK 91 odwiedzamy Orlen. Pora zjeść coś ciepłego. Biorę kawę i zapiekankę, a Michał dwie porcje pierogów. Pierogów albo było za dużo, albo coś było z nimi nie tak. Ruszamy i Michał szybko zaczyna się skarżyć na problem z żołądkiem. Niezbyt to ciekawie wygląda, wspomina nawet, że jeśli nie przejdzie, to będzie trzeba się wycofać. Namawiam go, byśmy weszli na pierwszą lepszą stację i aby wypił gorzką herbatę, a kto wie, może na stacji będą jakieś leki na zatrucie. Michał jednak jest zniecierpliwiony i nie chce. Nie dziwię mu się. Gdy jest problem ze zdrowiem, to od razu siada też nastrój i wszystko zaczyna drażnić.

Pecha jednak nigdy dość. Jadąc w kompletnych ciemnościach oraz w deszczu odnoszę wrażenie, że tylne koło jakoś dziwnie się toczy. Nawet nie chcę myśleć o tym, że to może być kapeć. Zatrzymuję się, dotykam opony.
Flak.
A szlag by to!
Michał chwilowo jest gdzieś z tyłu. Opieram rower o znak drogowy i szukam w torbie czołówki, a potem woreczka z narzędziami. Kiedy już to mam, nadjeżdża Michał. Zdejmuje koło i bierze się do roboty. Jego pompka coś nie chce działać. Na szczęście działa moja. Trochę czasu ucieka na tę nocną awarię.



Kiedy docieramy do Golubia-Dobrzynia, odwiedzamy Orlen. Pora na gorzką herbatę na niestrawność i próbę doprowadzenia wilkowego żołądka do ładu. Kiedy tu kwitniemy, dojeżdża inny zawodnik. Trochę gadamy i robi się nieco weselej. Po przerwie na stacji jest poprawa, widmo wycofu więc ucieka.

W Lipnie na stacji uzupełniamy płyny. Jest tu prowadzona sprzedaż nocna z okienka. Siedzenie na glebie umila nam miejscowy pijak. Bardzo towarzyski. Potem dojeżdża Wojtek Łuszcz. Siedzimy krótko, bo zimno i pada.

Za Dobrzyniem nad Wisłą robi się już jasnawo. Udało się "przetrwać noc i doczołgać do rana". Wschód słońca następuje gdzieś wysoko nad gęstymi chmurami, z których chwilowo nie pada deszcz i jest (ten wschód) niezauważalny. Paleta barw na niebie bogata jest w miliony odcieni szarości. I tak toczymy się aż do Płocka. Nie mogę dojść do ładu z sennością. Kiwam się w wiatach. Michał już nawet nie protestuje. W dodatku cały czas dokucza mi mocno kolano, w które użądliła pszczoła. Boli i zaczęło swędzieć. Skoro swędzi, to może się goi. Pocieszam się tą myślą. Nogawki nie odsłaniam. Nie wiem jak to kolano wygląda. Wiem, że po każdym postoju ciężko z nim ruszyć. Deszcz i zimno w sumie pomagają, choć teraz rano jest tylko zimno. Ale to co dobre jeszcze przyjdzie: w prognozach jest mega ulewa. W Płocku planujemy odwiedzić Orlen – ten sam, co w zeszłorocznej edycji MPP. Jednak tym razem czujne oko Michała wyłapuje McD stojący tuż za Orlenem. Wolimy McD. Bierzemy zestawy śniadaniowe i regenerujemy się. Gadamy o kolanie, o podłej pogodzie, o deszczu, który ma zacząć padać ponownie około południa.

Po tym postoju jedzie mi się fajnie. Jeśli zapomnieć o kolanie, to jest naprawdę super. Przejazd długą prostą do Łowicza, na której przez aż 15 km nie ma ani jednego zakrętu, jest przeżyciem wprost mistycznym. Wyobrażamy sobie, że jesteśmy w Australii na najdłuższej drodze bez zakrętów. Można mieć wrażenie, że stoi się w miejscu. Pejzaż cały czas ten sam.



Za Łowiczem znowu Orlen. Właśnie zanosi się na deszcz. Kawa, jakieś żarcie i wio. Za Skierniewicami ruch na drogach rośnie. Z tego powodu jest średnio przyjemnie: od Skierniewic, przez Rawę Mazowiecką aż do Opoczna. Znowu nachodzą mnie myśli o zaoraniu niektórych miast i obsianiu ich pyrami i kwiatkami. Aby było przyjemnie, smacznie i ładnie. Momentami jedziemy ścieżkami dla rowerów, bo jazda drogą w tych warunkach, gdy jest duży ruch i cały czas pada deszcz, jest upierdliwa.

Pada mocno. Nic nie szkodzi. Ten wielogodzinny deszcz jakoś mnie nie rusza. Jadę sprawnie, nie zatrzymuję się – bo i po co. Michał chwali moją ładną jazdę w deszczu. Są to warunki, które dały mocno w kość wielu osobom na tym maratonie. Tymczasem my jedziemy niewzruszeni. Doganiamy parę osób, jest super! Może to dlatego, że po norweskich doświadczeniach każde z nas ma solidną deszczową zaprawę. Przypomina mi się, jak w Norwegii modliłam się, by zrobiło się cieplej. Choćby te 13 stopni. Skoro już musi lać, to niech leje, ale nie przy 7 stopniach! No i modlitwa spełnia się ponad rok później, w innym miejscu – jest 13 stopni i deszcz. Czy zatem mogę narzekać?

W Opocznie na Orlenie robimy zakupy przed noclegiem w Końskich. Dojeżdża tu do nas Olek, z którym trochę się tasowaliśmy. Gadamy, śmiejemy się, po czym ruszamy. Ja ruszam pierwsza. Potem dogania mnie Michał, Olka już nie spotykamy. Pada równo cały czas. Droga na Końskie jest już znacznie spokojniejsza. W dodatku w znacznej części ją wyremontowali. Jednak parę dziurawych odcinków specjalnych zostało. W jednym miejscu jest też ruch wahadłowy. Za nami jedzie osobówka, którą kieruje jakiś cwel, co chwilę chamsko gazując. Po zjeździe z wahadła, trąbi donośnie.

Końskie o krok. Docieramy tam tuż po zapadnięciu ciemności. Ulewa, ogromne kałuże. Czyli powtórka z zeszłego roku. Ten sam hotel. Tylko Wąskiego i Emesa brak. Siedzę pod prysznicem, gdy Michał relacjonuje mi kogo udało nam się wyprzedzić w tej ulewie. Jest naprawdę dobrze! Jednak wszystko się zmienia w oka mgnieniu. Spoglądam na użądlone kolano, które po paru chwilach w cieple ledwo mogę zgiąć. Całe jest czerwone. Obrzęk zarówno powyżej jak i poniżej stawu. Gdy stawiam nogę mocniej w brodziku prysznica, czuję rwanie w jakimś mięśniu, czy ścięgnie, które też zajął odczyn. Co za katastrofa! Niewesołą informację przekazuję Michałowi. Dociera do mnie skąd na początku maratonu pojawił się tamten fatalny ból głowy. No nic, pora spać. Może po tych 4 godzinkach snu obudzę się zdrowa. Jeśli nie, to koniec maratonu. Ponoć szpital jest mniej więcej kilometr stąd.

Mapa:

Zdjęcia

Ciąg dalszy


MRDP (11 i 12) dni, których powinno nie być

Środa, 30 sierpnia 2017 Kategoria do 650, Kocia czytelnia, MRDP 2017
Km: 628.80 Km teren: 0.00 Czas: 31:23 km/h: 20.04
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2678m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ta noc jest wyjątkowa. Budzę się sama, bez pomocy budzika, jakieś 2 minuty przed dzwonkiem i czuję się wypoczęta. To niezwykłe. Przeciągam się kilka razy i wstaję. Skoro obudziłam się sama, to jest szansa na realizację dość ambitnego planu dociągnięcia na metę już bez większego spania i rozstawiania namiotu, pompowania materaca, itd. Ewentualnie tylko kiwanie się na przystankach. Wyjątkowe jest też to, że nie ma rosy – namiot jest praktycznie zupełnie suchy. A to jeszcze nie koniec wyjątków: oto w świetle czołówki widzę, jak po mojej prawej dłoni spaceruje sobie kleszcz…. Szybko go strząsam, ale już wiem, że od razu jak tylko trafi się jakaś stacja, to muszę się w całości dokładnie oglądnąć przed lustrem.

Gdy wychodzę z zagajnika, mój rower zaplątuje się w jakiś drut. Po chwili i ja. Nie wiem co to, może nawet wnyki. Wyplątuję rower i siebie i wychodzę na drogę. Jest prawie pusto, jedzie się dobrze. Mijam wielki Port Świecko, potem trafia się stacja paliw i idę sprawdzić czy nie mam na sobie kleszczy. Na szczęście czysto, można jechać dalej.



Kolano protestuje na górkach. Do mety już nie aż tak dużo zostało, no i prawdziwych gór już nie będzie. Powoli, do przodu. Poranek jest zimny i słoneczny. Dzień zapowiada się świetnie, choć ten chłód podpowiada, że to już zaczyna się powoli jesień…

Dziś jest dzień krajówek. We Frankfurcie n. Odrą kończę przygodę z DK 29 (była średnio przyjemna) i wskakuję na DK 31. Ta jest tak jakby lepsza, niemniej kiedy trasa odbija w boczną drogę w Cedyński Park Krajobrazowy, cieszę się. Krajobraz jest ciekawy: górki! Spokojnie je mielę. W Osinowie Dolnym (PK 35) odwiedzam McD. Jest jeszcze dość wcześnie i dostępna jest wyłącznie oferta śniadaniowa. Rozmawiam z sympatycznym chłopakiem, który mnie obsługuje i usiłuję go przekonać, by sprzedał mi moją ulubioną kanapkę Filet-O-Fish. Niestety nic z tego. Aby ją przygotować trzeba uruchomić urządzenie do robienia tych kanapek, a ono rozgrzewa się około 15 minut. To za długo. Przeglądam więc ofertę śniadaniową. Chłopak proponuje najróżniejsze kanapki i odnoszę wrażenie, że zaczyna ze mną flirtować. Jestem w ciężkim szoku. To już w końcu 11 dzień bez prysznica. Nie wierzę w to, że mogę wyglądać atrakcyjnie. No chyba, że dla żula, który nie mył się pół roku! On jednak na żule zdecydowanie nie wygląda. W końcu biorę kanapkę z jajkiem i pieczarkami. Jest tak dobra, że drugą identyczną kupuję na wynos. Na pewno się przyda – myślę sobie.
W Osinowie Dolnym jest tyle sklepów i reklam w języku niemieckim, że aż się zastanawiam, czy na pewno dobrze jadę, czy czasem nie pobłądzi łam i nie wjechałam przypadkiem do Niemiec…



Przed Widuchową niestety powrót na DK 31. Jednak prawdziwie źle robi się od Gryfina: ruch jest masakrycznie duży. A potem jest jeszcze gorzej, bo trwają roboty drogowe. Do ruchu, hałasu i smrodu spalin brakuje tylko zerwanej drogi i ruchu wahadłowego! Jedzie się wprost fatalnie przez bardzo długi odcinek. Od Gryfina aż za Szczecin. W dodatku mam problem z tylną przerzutką. W najmniej spodziewanym momencie potrafi zmienić bieg. Całość składa się na koszmar, o którym chciałabym móc już zapomnieć. Gdzieś tu jest PK 36 – Szczecin Zdroje.
Dobre sobie!
Zdroje!
Jadąc żadnego zdroju nie stwierdzam. Stwierdzam za to wyjątkowo obrzydliwy miejski syf. Punktu nie udaje mi się namierzyć. Ale już nie wracam go szukać. Musiałam przejechać nieświadomie. Sms z potwierdzeniem pobytu na punkcie wysyłam będąc kawałek za Szczecinem. Za miastem robi się znacznie lepiej. Choć ruch nadal jest dość duży. Wczesnym wieczorem docieram do Wolina. Upał wreszcie trochę zelżał. Na Orlenie kupuję izotonik, a potem rozsiadam się na zewnątrz, na rozgrzanej betonowej kostce i jem poranną kanapkę z jajkiem i pieczarkami z McD. Kawał drogi ze mną przejechała, ale nadal smakuje świetnie.

W Wolinie wjazd na DK3. Ruch ogromny, ale jest tu na szczęście porządne pobocze. O 20:22 osiągam Międzyzdroje (PK 37). Jest już prawie zupełnie ciemno. Tej nocy jednak trzeba jechać. Ruszam zatem w zaczynającą się właśnie noc. Ostatnią noc MRDP. W ciemnościach mknę przez Międzywodzie i Dziwnów do Pobierowa. Docieram tu o 23:26 i nadaję ze stacji paliw na relację sms: „Miau, miau, ide polowac na myszy ;-)”. Siedząc na podłodze piję kawę, zjadam batonika. W drogę!



Nocna jazda jak zwykle jest nudna. Widać mało. Jednak cieszę się, że przez wiele nadmorskich miejscowości przejadę nocą. Jest to tym lepsze, że przed Kołobrzegiem w kilku miejscach na długich odcinkach są remonty i ruch wahadłowy. W jednej z miejscowości muszę się zatrzymać na wymianę baterii w GPS. Niestety w ostatnim oświetlonym miejscu przed kolejnym wjazdem w ciemność, stoi postawny facet. Dookoła pusto. Nie ma mowy abym się tu zatrzymała. Trudno, będę musiała poświecić sobie czołówką i zmienić te baterie kawałek dalej. I dokładnie w momencie, gdy mijam tego faceta, rozżalona, że właśnie tu musi jak na złość stać, on odzywa się do mnie, życzy powodzenia! To takie zaskoczenie, że prawie spadam z roweru ze zdziwienia. A któż w nocy? Okazuje się, że jest to Wuj Tom! Sytuacja zmienia się o 180 stopni. Oczywiście, że się tu zatrzymam! To najlepsze na świecie miejsce do zmiany baterii! Co za miłe spotkanie. Chwilę gadamy, bo i chwilę trwa, nim udaje mi się wyciągnąć z torby baterie i je założyć. Niestety to co dobre, szybko się kończy. Trzeba jechać dalej.

Dotarcie do Kołobrzegu zajmuje mi nieskończenie dużo czasu. W każdej wiacie siedzi Morfeusz i ziewając zaprasza do snu. Wjeżdżam do jednej z takich wiat na kilka minut. Siadam, nie kiwam się. Kolejne wiaty to nic innego jak tylko wodzenie na pokuszenie. Czasem siadam, czasem nie. Tracę orientację. Nie każda wiata jest dobra. Jadąc człowiek szybko się uczy, która jest odpowiednia na wypoczynek, a która zupełnie się nie nadaje.

Trzebiatów w nocy jest pusty. Czasem ktoś szybko przejdzie miedzy budynkami. W końcu docieram do Kołobrzegu. Jest tu całodobowy Orlen. Oczywiście odwiedzam. To nie do końca tak miało być. Nocna jazda miała pójść sprawniej, tymczasem sporo się zeszło na kiwanie się po wiatach. Doprowadzam się do porządku: po wypiciu i zjedzeniu czegoś ciepłego od razu czuję się lepiej. Ruszam w dalszą drogę. Znam tę krajówkę (DK 11) z jednego ze swoich gminobrań. To nie jest zbyt przyjemna droga, więc fajnie, że zaczynam jazdę nią gdy jeszcze jest ciemno. Jakieś 30 km trzeba tą drogą przejechać. W międzyczasie robi się jasno. Nasila się problem z przerzutką tylną. Działają mi tylko najbardziej miękkie i najbardziej twarde biegi. Bez sensu. No nic, trzeba się wziąć za regulację. Znam się na tym wyjątkowo słabo, ale nie mam wyjścia - jeśli chcę jechać dalej, to muszę coś z tym zrobić. Trafia się akurat wiata, świetnie - będzie nieco wygodniej działać. Kręcę śrubą baryłkową przy przerzutce. Najpierw w jedną stronę (jest jeszcze gorzej), potem w drugą (Łał! Działa! Mam znowu wszystkie biegi!). Uradowana wsiadam i lecę dalej. Jak przyjemnie jest jechać na normalnie działającym rowerze.

Przed Mielnem wreszcie uciekam z DK11. Przejazd przez samo Mielno mógłby być nieprzyjemny. Ale nie jest, bo nadal jest wcześnie rano i ruchu prawie nie ma. W Unieściu, hmm... a może w Łazach odwiedzam cukiernię. Biorę anyżki i kilka muffinek oraz na miejscu zjadam rogala. Dzień się zapowiada bardzo ciepły. Planuję prawie się nie zatrzymywać aż do mety. Zapasy żarcia są. Wystarczy tylko jechać.

Plan niby prosty, ale nie tak łatwo go zrealizować. W nogach już spory dystans i bezsenna noc, jeśli nie liczyć bujania się po przystankach na parominutówki. Mimo ogólnego znużenia, do Ustki docieram sprawnie. Za Ustką pojawiają się drobne, acz częste podjazdy. Trochę zaskakujące. Dzień zrobił się gorący i wietrzny. W powietrzu coś wisi. Jakaś dziwna ciężkość.

Drogi stały się bardzo dziurawe. Bardzo trzęsie rowerem. Ręce bolą. Bolą coraz mocniej, bo fatalne nawierzchnie nie chcą się skończyć. Ledwo mogę tymi bolącymi łapkami utrzymać rower. Próbuję na różne sposoby, ale są chwile, gdy wydaje mi się, że to rower panuje nade mną, a nie ja nad nim. Gorąco zaczyna przeszkadzać, czuję się przegrzana. W sklepie spożywczym kupuję izotonik i chipsy. Zjadam je od razu. Nigdzie nie ma wiat w cieniu - wszystko na słońcu. Zrezygnowana siadam chwilę na trawie.

Spać mi się chce na tyle, że parę kilometrów dalej zalegam na przypadkowej ławce pod jakąś szopą. Ławka jest tak obrzydliwa, że normalnie nigdy w życiu nawet bym nie pomyślała, by na niej choćby usiąść. Teraz... jest mi wszystko jedno - nie tylko siadam, ja się kładę i wygodnie układam na boku! Co za różnica? Prawdopodobnie jestem bardziej brudna niż ta ławka. Skoro 12 dniowa koszulka mnie nie zabiła, to i ławka nie zabije. Usiłuję spać, ale nic z tego - ławka jest za wąska i cały czas muszę trzymać równowagę, aby nie zlecieć na ziemię. Co za bezsens! Tylko tracę czas. Tak więc kończę tarzanie swojej brudnej osoby o brudną ławkę. Jadę dalej, wypatrując jakiegoś normalnego przystanku. Wymagania mam wysokie: ma być murowany i ma stać tak, by do środka nie wpadało słońce.

W końcu znajduję. Co za ulga! Siedzisko jest rozwalone - deski ławki się ruszają, ale to nie przeszkadza. Kładę się i chyba odpływam. Kiedy otwieram oczy, czuję dziwny strach. Zupełnie niepotrzebnie. Chwilę później podjeżdża na rowerach para w średnim wieku widać, że są umordowani upałem. Zbieram siebie i rower. Jeszcze jestem trochę nieprzytomna. Paplam do nich, że już zwalniam to wspaniałe miejsce, że jest tu bardzo wygodnie, można pospać trochę.
    - Jest bardzo wygodnie, śmiało, proszę się położyć. - Zachęcam.
Patrzą na mnie jak na wariatkę i mówią, że wyglądam na zmęczoną, pytają ile dziś przejechałam. Dobre pytanie, sama do końca nie wiem. Sprawdzam na GPS.
   - 514 km - odpowiadam i uciekam.

Punkt kontrolny Gniewino nie chce się pojawić. Tymczasem moje dłonie ledwo już działają i przypominają raczej potłuczone pomidory lub dłonio-kotlety. Kolano boli w najlepsze. Górki, których w końcówce trasy jest bardzo dużo sprawiły, że cały ból się rozbujał na nowo. Cisnę głównie lewą nogą. Niestety na tylu górkach trudno jest pracować tylko jedną nogą.... Za Wickiem ogarnia mnie rozpacz - jeśli te górki wreszcie się nie skończą to z bolącym kolanem nie dam rady jechać i będę musiała iść na metę z papcia. Jednak szybko się uspokajam - do mety jeszcze 59 km. Jak będzie trzeba - pójdę pieszo!

Na relację sms wysyłam wiadomość o godz. 16:01: Od dziur mam poodbijane dlonie i trudno utrzymac rower. same gorki. prawe kolano mocno boli, a tylko lewa noga ciezko ciagnac. jeszcze mam 59km. tj. 7 godzin. tak sadze. Ale chocbym i miala pieszo, to na mete dotre. pozdrawiam, Kot.

Podjazdy idą niezwykle powoli. Potem jest zjazd nad jez. Żarnowieckie. Niebo wygląda jakby zaraz miało zacząć padać. Niewesoła to perspektywa. Znad jeziora jest ostatni większy podjazd przed metą. Mniej więcej w 2/3 robię go w siodle. Reszta z papcia. Z bezsilności i złości klnę w głos. Na to wszystko pojawia się w aucie Michał Zieliński. Jedzie fajnym wozem terenowym. Chętnie bym taki miała. Robi mi fotki, rozmawiamy i wtedy na chwilę obracam się za siebie, bo wydaj mi się, że nagle zrobiło się dziwnie ciemno.


Fot. Michał Zieliński

Wolałabym tego nie widzieć: niebo granatowo-sine. Niechybnie zaraz rąbnie tu deszczem. Przedburzowy wiatr już wystartował. W Glinkach chowam się na przystanku. Jednak jeszcze nie pada, więc po chwili namysłu wsiadam i jadę dalej. Wiatr rzuca mną po szosie. Udaje się dotrzeć do Karwieńskich Błot - tam zaczynają się ulewa i burza. W silnym, porywistym wietrze pędzę pod wiatę. Uff! Udało się!

Czekam aż nawałnica przejdzie. W międzyczasie łapię mega dół. Dłonie, kolano, a teraz jeszcze wszystko wskazuje na to, że na sam koniec zmoknę i utopię w tym deszczu buty. Są to jedyne buty jakie mam. Dziś wieczorem na mecie i jutro cały dzień nad morzem spędzę w mokrych butach! A tak mało zabrakło, by zdążyć przed tą nawałnicą! Przez te buty rozsypuję się kompletnie, ryczę i postanawiam wycofać się z maratonu. Właśnie teraz. Na 10,5 km przed metą. Tyle było innych okazji do wycofu, a ta jedyna właściwa jest tu. Stukam więc sms, że rezygnuję i już go mam wysyłać, gdy nie wiadomo skąd pojawia się Michuss. Podjeżdża autem i jakby nigdy nic wysiada i wbija pod moją wiatę. Rozmawiamy. Nie bardzo pamiętam o czym. W każdym razie deszcz się wreszcie uspokaja i wtedy stwierdzam, że muszę już jechać, bo zaraz się zrobi ciemno. Dzwonię do Dyrektora Daniela, który prosił mnie bym dała znać, gdy ruszę, to zjawią się powitać mnie pod latarnią na Rozewiu.

Mżawka. Na butach połówkowe ochraniacze. Nie utopię ich? Ogarnia mnie wesołość. Buty chyba dowiozę suche! Wjazd do Jastrzębiej Góry tragicznie dziurawy i popękany, z jakimiś wystającymi bruzdami asfaltu. Zabić się na tym idzie, zwłaszcza, że to już zmierzch i jest mokro! Nim jednak do mnie to dociera, fatalny odcinek specjalny mam za sobą. Teraz trochę gładkiego asfaltu, potem znajomy bruk i skręt w lewo pod rozewską latarnię. Czekają tam na mnie Daniel i Michał Zieliński. Są gratulacje (jestem nieco zmieszana - czy na pewno zasługuję? W końcu dojechałam jako ostatnia), Daniel wręcza mi statuetkę i zaraz ją odbiera (To rozumiem! Za taką jazdę nie należy się ona na dłużej niż na parę minut).


Fot. Michał Zieliński

Statuetka jest rozklekotana, puściła śruba i składa się ona z dwóch osobnych części. Kiedyś, w przyszłości, dostanę nową. Gadamy, robimy sobie fotki i wtedy Daniel przypomina, że muszę wysłać sms o treści META. A by to szlag! Jeszcze na koniec taka strata czasu! A potem... spokojnym krokiem wracamy na Gościniec Ori. Bo dokąd tu się spieszyć?

Mapa:

Zaliczone podczas MRDP gminy: Siemiatycze miasto, Siemiatycze obszar wiejski, Narol, Cieszanów, Oleszyce, Laszki, Radymno miasto, Orły, Żurawica, Godów, Gorzyce, Krzyżanowice, Krzanowice, Leśna, Platerówka, Sulików, Zgorzelec obszar wiejski, Zgorzelec miasto (18 gmin).

ZDJĘCIA

Ogórki w śmietanie

Sobota, 1 lipca 2017 Kategoria do 650, Kocia czytelnia
Km: 614.50 Km teren: 0.00 Czas: 30:57 km/h: 19.85
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 3788m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy się budzę, jest jasnawo. Czuję się dziwnie i chwilę trwa, nim dociera do mnie, że mam okropne mdłości. Spoglądam na zegarek i wtedy okazuje się, że to wcale nie jest wczesny sobotni poranek, lecz nadal późny piątkowy wieczór...

Nie mogę leżeć na plecach, bo jest gorzej. Na lewym boku nic nie lepiej. Na prawym od biedy jest mniej strasznie. O spaniu mogę zapomnieć. I tak mijają godziny. W krótką drzemkę zapadam nad ranem, zupełnie wykończona całonocnymi żołądkowymi sensacjami. Dzień zaczynam niewyspana i osłabiona. Zastanawiam się nawet, czy w takim stanie jest sens jechać maraton. W końcu to aż 610 km, do tego zła pogoda. Jednak na myśl o rezygnacji czuję, że z żałości ściska mi się gardło. Zupełnie jak do płaczu. Postanawiam więc jechać mimo wszystko i z uśmiechem na ustach staję na linii startu.



Na starcie nie pada, choć niebo jest zachmurzone. To zaskakujące, spodziewałam się, że zacznie lać krótko po starcie. Mocno wieje. Jednak na pierwszej połowie Pierścienia jest to wiatr głównie pomagający. Czasami jedynie, gdy droga wykręca, trzeba zmagać się z mocnymi bocznymi podmuchami, które potrafią zmienić tor jazdy. Jedzie mi się dość dobrze jak na zarwaną noc i trzymający problem z żołądkiem. Pierwszy postój wypada mi bardzo szybko, po 20 km - na punkcie technicznym stoi Remik Ornowski, który wyłapuje mnie. Okazuje się, że mój rejestrator trasy nie działa i trzeba go zrestartować. Odkleja go od roweru, restartuje, zakłada ponownie i tak ucieka kilka cennych minut, które mają być zneutralizowane przy obliczaniu czasu mojego przejazdu.

Na pierwszym PK, w Jezioranach, biorę tylko owoce. Przestała mi działać MP3. Próbuję ją jakoś uruchomić, ale po włączeniu od razu się wyłącza. I tak kilka razy. W końcu daję sobie z nią spokój. Wsiadam na rower. Dalej jadę już bez muzyki. Na drugim punkcie - w Mrągowie, jest duże zamieszanie. Trasa naszego maratonu krzyżuje się tu z trasą maratonu MTB. Co chwilę ktoś jedzie. A to nasi, a to ubłoceni ludzie z MTB. Między punktami kontrolnymi raczej się nie zatrzymuję. Wiozę ze sobą co prawda mały aparat fotograficzny, ale zdjęcia robię z ręki, podczas jazdy. Punkt w Wydminach jest świetny. Spotykam tu m.in. Memorka, który właśnie rusza w dalszą drogę. Mówi mi, że nie wyglądam zbyt dobrze. Biorę zupę pomidorową, a następnie dokładkę. Na odchodne nie mogę się zdecydować, czy wypić kawę, czy herbatę - więc piję najpierw jedno, potem drugie. Nadal pogoda jest dobra i nadal wiatr pomaga. Czasami nawet świeci słońce.



Wszystko co dobre, jednak kiedyś się kończy. Niebo robi się złowieszczo ciemne. Równo na 220 km trasy zaczyna padać. Zatrzymuję się kilka razy i ubieram się na raty. Błąd. Było ubrać wszystko co potrzeba za jednym postojem. Od jakiegoś czasu czuję ból, we znaki dają mi się oba Achillesy oraz, co dziwne, jakieś mięsień z boku lewej łydki. Ten boczy ból jest szczególnie dokuczliwy. Potrzebny jest kolejny postój, tym razem na regulację ustawienia roweru. Mści się na mnie to, że przed maratonem przejechałam na nim ledwie 16 km. To mało jak na testowanie sprzętu po praktycznie całkowitej przebudowie. Co miłe, mijająca mnie grupa widząc, że coś kombinuję przy rowerze zatrzymuje się i pyta, czy wszystko ok. Cieszy to, że ludzie gotowi są pomóc i nie przedkładają wyniku ponad wszystko. Z uśmiechem im dziękuję mówiąc, że nic złego się nie wydarzyło. Zresztą pomocy i tak bym nie mogła przyjąć - w końcu jadę w kategorii SOLO.

Do punktu w Dowspudzie dojeżdżam w deszczu, przy stoliku na zewnątrz siedzi Janek Doroszkiewicz. Spotykam tu też między innymi Wojtka Chowańca. Na jego widok od razu robi mi się wesoło. Maratony takie jak P1000J, czy BBT kojarzą mi się z tym, że zwykle go gdzieś spotykam. Jem pyszny obiad, zakładam nogawki. Po zmianie ustawień roweru, kontuzje nie pogłębiają się, jednak mięsień z boku łydki boli cały czas tak samo mocno. Kiedy opuszczam punkt, przyjeżdża Basia.



Zaraz za punktem, tuż przy drodze, rośnie sobie barszcz Sosnowskiego. Pięknie kwitnie. Robię nawet fotkę. Pada, leje, kropi. Przed Augustowem dogania mnie chłopak z kat. open. Pyta, czy mogę go przeprowadzić przez miasto. Chyba jedzie bez gps. Godzę się pod warunkiem, że będzie jechał w odpowiedniej odległości za mną. Nie widzę powodu, bym miała mu nie pomóc. Jest już szarówka. Augustów to ostatnie chwile dnia. Za miastem wyjazd na DK16 i wlot w przepastne lasy ciągnące się aż za Giby. Jazda przez ten las idzie mi bardzo opornie. Czas umilam sobie wspomnieniami - tędy dwukrotnie jechaliśmy z Michałem do Wilna.



Z DK16 odbijam na Sejny. Jest tu punkt na powietrzu, pod zadaszeniem. Można dostać gorącą kawę, herbatę lub barszczyk. Z perspektywy czasu żałuję, że zamiast herbaty nie zdecydowałam się na barszcz. Są też wafelki "góralki" oraz przede wszystkim - przemiła obsługa. Kiedy daję kartę do podbicia, zwija się stąd super grupa, w której jedzie Basia. Grupa jest ogromna, ze całe stado czerwonych światełek szybko znika w deszczowej nocy i na punkcie robi się pusto. Jem wafelka i wtedy przyjeżdża Krzysiek Bazelak. On też jedzie SOLO, raz po raz się tasujemy. Krzysiek wygląda niesamowicie - w tym deszczu i chłodzie jedzie w najkrótszych spodenkach jakie można sobie wyobrazić. Calutkie nogi ma gołe! Nie wytrzymuję i w końcu go pytam, czy nie jest mu zimno. Okazuje się, że owszem jest, ale innych nie ma. Na szczęście ma kurtkę deszczową, więc nie jest aż tak źle. Kurtka będąca normalnej długości w całości zakrywa spodenki. Tak bardzo krótkie one są.



Kilometry do Wiżajn uciekają powoli. Jest noc, pada deszcz. Gdy docieram do skrzyżowania z DK8, zauważam stojącego z boku Krzyśka. Pyta, czy wiem jak dalej jechać. Mój gps wie. Pozwalam jechać za sobą, oczywiście z zachowaniem odległości. Podjazd pod Rutkę-Tartak robię mocno już głodna. Kiedy wydaje mi się, że dalej jest już płasko, zatrzymuję się by coś zjeść. Po paru chwilach dojeżdża Krzysiek, mija mnie blisko i... nagle się na mnie przewraca. Rowery są całe, Krzysiek też jest cały, lekko poturbowane jest moje lewe kolano. Da się jednak je zginać, a więc i jechać. Mimo bólu. Na tym podjeździe słychać dziwny hałas. Po paru dłuższych chwilach orientuję się, że to szum-wycie wiatraków.

Zjazd jest okropny. Ciemno i leje. Okulary całe zachlapane i nic przez nie nie widać. Bez okularów jeszcze gorzej, bo deszcz i syf rozchlapywane przez przednie koło lecą w oczy. Z Krzyśkiem zjeżdżamy się tuż pod DPK w Wiżajnach. Ślad prowadzi w grunt. Bez GPS trafienie tam nocą by było niesłychanie trudne. I tak błądzimy idąc jakąś gruntówką. W końcu spotykamy jakąś dziewczynę wychodzącą z punktu. Mówi nam gdzie mamy iść. Po długim spacerze, udaje się ten punkt znaleźć. Jest tu dużo ludzi. Ze zgrozą odkrywam, że jestem doszczętnie przemoczona. Kurtka deszczowa bez kaptura, nawet jeśli ma świetne parametry, to słaby pomysł. Nie ma bata - przy tak długotrwałym deszczu wszystko wlewa się górą przez kołnierz. Bardzo się cieszę, że do przepaku dałam drugą deszczówkę - z kapturem. Jem obiad ubrana już w obie kurtki. Dojeżdża Aga - eranis. Jak zwykle w świetnym humorze, żartujemy trochę, gadamy. Mówi, że czasem kogoś trafia do wspólnej jazdy, jednak najczęściej jedzie sama. Łóżka i materace są zajęte, dlatego kładę się na krzesłach. Parę krzeseł dalej śpi Wojtek Chowaniec. Mimo senności, nie zasypiam. Jest głośno, pali się światło, w dodatku zatyka mi się nos. Nie ma sensu marnowanie czasu na leżenie, więc wstaję i wychodzę na deszcz. Gdyby nie ta druga deszczówka, z kapturem, to raczej bym się nie zdecydowała na dalszą jazdę. Mając na sobie 2 kurtki deszczowe wreszcie przestaję namakać i mam jako taki komfort termiczny.

Noc trwa w najlepsze. Od przemoczenia i chłodu wariuje mi pęcherz. Co chwilę potrzebuję się zatrzymać na siku. Przy nieustannie padającym deszczu jest to ultra-nieprzyjemne. Przed Gołdapią jestem już mega senna. Kilka razy zatrzymuję się po przystankach na parominutowe odpoczynki. Takie pseudo spanie na siedząco, bez utraty kontaktu z otoczeniem. Niby śpię, ale słyszę deszcz, wiatr, czuję chłód. Gołdap osiągam bladym świtem. Na punkcie jest rozstawiony na mokrej trawie namiot. Na stołach same owoce - wyglądają lodowato zimno. Nie biorę tu nic, bo na samą myśl o zimnych, mokrych owocach dostaję dreszczy. Spotykam tu tę samą ciemnowłosą dziewczynę, która pokazała mi gdzie trzeba iść, by trafić na duży punkt kontrolny w Wiżajnach. Mówi, że właśnie się wycofała i wraca autem do bazy. Chce mi się spać i pytam, czy tu gdzieś można się zdrzemnąć. Chłopaki z punktu nie wiedzą, ale zaraz za namiotem jest coś w rodzaju zajazdu/hotelu. Wchodzę do środka, a tam Wojtek Chowaniec :)). Też półprzytomny. Też nie wie, czy tu można gdzieś się położyć. Przypuszcza, że pewnie trzeba wynająć pokój, mówi, że chyba tak zrobi. W holu stoi skórzana kanapa. Ale nie wypada na niej zalec w przemoczonych ciuchach. Wracam do roweru po telefon. Wchodzę ponownie do zajazdu/hotelu. Zamykam się w damskiej toalecie. Gaszę światło. Ustawiam budzik na 20 minut, wyciszam dzwonki. Glazura wydaje mi się miękka i ciepła.
Dobranoc moje drogie panie i dziewczęta, toaleta chwilowo jest nieczynna.



Płytki nie są ani miękkie, ani ciepłe. Jednak te 20 minut odpoczynku sporo mi daje. Zapalam światło i przypominam sobie, że na punkcie nie ma nic poza zimnymi owocami. Jeszcze chwilę siedzę więc w toalecie. Zjadam Liona wziętego z innego PK oraz odkręcam fiolkę z magnezem. Piję do lustra. Do dna. Na zdrowie!

Do PK Sztynort/Harsz jadę już nie tak mocno senna. Nie chce przestać padać. Ale nie jest wcale aż tak źle. Wolę deszcz niż wiatr. Na punkcie spotykam Basię i Jurka. Dziwię się, że oni jeszcze tu są. Powinni być już daleko stąd. Okazuje się, że wycofali się. Jurek siedzi otulony folią NRC, dopadła go hipotermia i zdecydował o wycofie. W tej sytuacji to rozsądna decyzja. Jestem pod ogromnym wrażeniem postawy Basi. Pojechali na ten maraton jako dwuosobowy team i teamem solidarnie pozostali do końca. Jurek nie został sam. Basia mogła kontynuować maraton, ale wolała w trudnych chwilach być przy przyjacielu, umiejąc odłożyć swoją własną przyjemność i chęć jazdy na bok. Myślę, że każdy z nas chciałby mieć takiego przyjaciela jakim okazała się dla Jurka Basia. To było piękne i poruszające.
Na tym punkcie próbowałam spać, ale znowu się nie udało. Gwar, dość głośna muzyka, mokry materac. Zjadłam jajecznicę, ciasteczka, wypiłam gorącą herbatę i pojechałam.



Dojazd do Kętrzyna był nieprzyjemny. Wzmagający się wiatr, połamane gałęzie na ulicach, spory ruch. Święta Lipka jak zawsze pełna turystów - nawet w taką marną pogodę. W Reszlu, na rynku punkt w ciepłym lokalu. Pierogi i zupa. Najadłam się do syta. To tu też zauważyłam, że tylna lampka przestała działać. Raz świeci, raz nie. Czasem sama się włącza lub wyłącza. Żyje własnym życiem.



Za Reszlem wiatr robi się bardzo silny. Przestaje też lać. Jadę centralnie pod wiatr. Idzie powoli, więc przyjmuję energetyka. Jest lepiej. W Lidzbarku Warmińskim ostatni przed metą PK. Na górce przy termach. Biorę izotonik, zjadam pomidora i ciasteczko i lecę na metę. Niebo wygląda tak, jakby zaraz miało zacząć padać, więc profilaktycznie zakładam strój deszczowy. Jednak nie pada. Trochę po dziurach, trochę pod wiatr. Raz po raz tasuję się z kilkuosobową grupką chłopaków. Ostatecznie łapią kapcia tuż przed metą. Skacząc po hopkach przed metą myślę sobie, że dobę temu kończyłam dzień w Augustowie.

Na metę docieram o 20.54. Przed zachodem słońca. Nie muszę się przejmować tym, że tylna lampka nie działa - nie będzie mi już dziś potrzebna.



Wynik osiągnęłam bardzo daleki od dobrego. Jechałam aż 36 godzin i 14 minut. Majowa przerwa w jeżdżeniu rowerem, jazda raz po raz, z doskoku jedynie - zrobiły swoje. Wyszła prawdziwa mizeria - ogórki w śmietanie.
Mimo tego nie rozpaczam. Udało mi się przejechać ultra maraton w kat. SOLO, zupełnie bez przygotowania i bez formy, w niełatwych warunkach pogodowych.

Serdeczne podziękowania składam moim drogim kibicom. Wasze smsy sprawiały, że często się uśmiechałam i czerpałam z tej jazdy jeszcze więcej radości! :)



ZDJĘCIA

Pierścień 1000 Jezior

Sobota, 4 lipca 2015 Kategoria Kocia czytelnia, do 650 Uczestnicy
Km: 610.00 Km teren: 0.00 Czas: 25:07 km/h: 24.29
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 3759m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Do bazy zawodów jadę autem razem z Shogunem79 i Lechem. Te kilka godzin jazdy mija szybko, humory nam dopisują, po drodze pijemy kawę, a na sam koniec – tuż przed bazą maratonu – zatrzymujemy się na obiad. Objadamy się nieprzyzwoicie. Gdy docieramy do bazy, jest tam już sporo osób.

Błąkając się po łące
Okazuje się, że startujemy z Wilkiem w różnych grupach - mocno od siebie oddalonych czasowo. Robert jednak zgadza się, aby Michał mógł się przenieść do mojej grupy, która ma ruszyć o 9.15. Wieczorem idziemy z Michałem szukać słynnej rzeki, ale nie udaje nam się jej znaleźć. Błąkamy się po wielkiej, pochyłej łące i w końcu zrezygnowani wracamy. Rozbijamy namioty, chwilę jeszcze siedzimy i idziemy spać.

Niedaleko
W nocy śpię dobrze. Rano budzę się w miarę wypoczęta. Jem kanapki, piję kawę 3w1. Pakujemy się na trasę. Jadę z małą torebką na kierownicy, natomiast Michał ma wszystkie moje ciuchy na noc oraz zapasowe jedzenie. Spokojnym tempem razem z Michałem i Tomkiem jedziemy na start ostry. To 10 km. Niedaleko – przynajmniej teraz tak mi się wydaje.

Debiutanci
Czas do startu mija nam bardzo szybko. Jest okazja, by pogadać z dawno niewidzianymi znajomymi, by posiedzieć na trawce. Jest gorąco, zapowiada się jazda w skwarze. Siedzimy tak i siedzimy i robi się coraz bardziej pusto. Kolejne grupy ruszają na trasę. W końcu przychodzi nasza kolej. Czuję lekką tremę. Mamy z Michałem na koncie wiele wspólnych tras. Jednodniowych, parodniowych oraz 2 wyprawy wakacyjne. No ale nigdy nie mieliśmy okazji jechać w zawodach sportowych jako duet! Debiutujemy więc i od razu jest to debiut z grubej rury – na sześćsetce.

Po ogień
Start jest dziwny, bo od razu wychodzę na czoło peletoniku. Szybko jednak przychodzi opamiętanie. Co ja do diaska wyprawiam? Przecież to, że teraz mnie nosi nie oznacza, że tak będzie do końca. Zachowuję się trochę jak na czasówce, a to przecież nie sprinterska 50, a solidne ultra. Zwalniam i pozwalam chłopakom pracować. Na czoło wychodzi Wilk. I prowadzi długo. Zwalniamy 2 razy – raz gdy przez ulicę przeganiane jest stado krów, potem na niespodziewanym i całkiem długim odcinku po kamiennym bruku. Tempo cały czas idzie ostre, jednak zupełnie mi to nie przeszkadza. Na pierwszy punkt kontrolny (88km) wpadamy jak po ogień. Jest tu już spora grupka zawodników. Szybko podbijamy książeczki, łapiemy wodę, rogalika i lecimy.

Ullrich i Armstrong
Kilometry uciekają bardzo szybko. Start z jednej z ostatnich grup daje nam to, że co chwilę kogoś doganiamy. Idzie nam to niesłychanie lekko. Naszą grupę startową porwaliśmy na strzępy – zostaliśmy w niej my oraz Trzebnicki Szerszeń i jego kolega. Obaj nieco starsi od nas. Szerszeń, zgodnie ze starą kolarską szkołą, jedzie okrutnie twardo. Cały czas blat-oś. Jego nogi kręcą się spokojnie, jak w zwolnionym tempie. Nogi Wilka natomiast pracują szybciutko. Gdy jadą obok siebie wyglądają trochę jak Jan Ullrich i Lance Armstrong.

Znajomi

Doganiani maratończycy podłączają się do naszej grupy i w pewnym momencie za nami wiezie się duża ekipa. Wilk cały czas na prowadzeniu. Potem jazda robi się nierówna. Zamiast przyjemnych 30-32 km/h, dyktowanych przez Wilka, raz mamy 35 raz 25. Na 35 km/h odpadam od grupy, na 25 km/h nudzę się i szlag mnie trafia (pokrzykuję nawet, by jechali, bo stajemy dęba). Przed PK nad jeziorem (137 km) wyprzedzamy Agnieszkę oraz Gosię. Tuż przed punktem doganiamy Bożenę i jej ekipę (i razem wpadamy na punkt). A na punkcie niespodzianka – dodoelk z chłopakami. Znowu wszystko załatwiamy bardzo szybko. Książeczki, podpisy, stempelki, woda, coś w łapkę i już jestem gotowa do jazdy.

Banan czy arbuz?

Wszystko optymalizujemy pod mój wynik. Najpierw na punkcie jestem załatwiana ja, potem on. Ruszam zwykle przed nim (i tak dogoni). Na tym punkcie dodatkowo idę sikać w krzaki. Bożena z chłopakami siada przy stole i widząc jak od razu ruszam, patrzy na mnie jak na wariatkę. Ruszając mam w dłoniach banana i arbuza oraz pełne usta żarcia. Coś muszę wyrzucić. Wolę arbuza. Od około 10 kilometrów czuję ból lewego kolana. To dziwne, bo mnie prawie nigdy i prawie nic nie boli na rowerze. Wszystko mam perfekcyjnie ustawione. Co jest nie tak? Gdy Michał dojeżdża mówię mu o tym, że boli. Stwierdza, że to pewnie przez szybkie tempo. Chwilę jedzie za mną i obserwuje jak mam ustawione nogi. Zaleca zmianę ustawienia stopy na pedale (i od razu jest lepiej).

Wilk, Szerszeń i Kot

Za PK jedziemy w 4 – towarzyszą nam Szerszeń i jego kolega. Reszta towarzystwa musiała chyba trochę odzipnąć. Jest bardzo ciepło. Nie przeszkadza mi to, bo mamy na trasie dużo przyjemnego cienia, poza tym lubię gdy jest ciepło. Wyglądać jednak muszę niespecjalnie (czerwona na twarzy, spocona, ze szklistymi oczami, brudna od batoników i żelków), bo Michał raz po raz pyta, czy dobrze się czuję i czy na pewno chcę gnać. Na pewno. Szerszeń pyta, czy zamierzam w końcu zwolnić. Mówię, że nie, a on wyraża obawę, że pewnie nie ujadę trasy. Całe to chemiczne żarcie nie bardzo mi służy. Obkupiliśmy się z Wilkiem przed maratonem w całą tę chemię, ale czujemy, że chyba zaczyna nam to szkodzić. Wilk myśli tylko o tym aby umyć zęby, ja natomiast o tym by wreszcie przestał mnie boleć żołądek.

Piszczę

Na PK w Gołdapi spotykamy znowu Pawła z Ełku z chłopakami. Jest tu też robert1973. Paweł i chłopaki jeszcze siedzą i się chłodzą, Michał też jeszcze chwilę zostaje na punkcie, ja natomiast od razu jadę. Niebawem dogania mnie Robert. Jedzie tu towarzysko, aby pokręcić trochę ze znajomymi. Po raz pierwszy mamy okazję przejechać się razem. Jest fajnie. Potem dojeżdża Michał (Szerszeń i jego kolega odpuścili już jazdę z nami i w Gołdapi posiedzieli dłużej). Jedziemy we trójkę, Michał i Robert obok siebie z przodu, ja kawałek za nimi. Jadę dość pomału. Michał chce abym wkręciła się na podjazdach w tętna rzędu 160, ale jest to już niewykonalne. Jakieś 157 to teraz jest maks. Trochę piszczę i marudzę.

Kto zobaczy drapieżnika, ten w popłochu zaraz zmyka

Na PK w Zajeździe Kalinka (258km) spotykamy Dodoelka z ekipą oraz Monikę i Kuriera. Na nasz widok Monika i Kurier zaczynają się szybko zwijać, choć z Moniką udaje mi się zamienić kilka słów. Mówi, że źle się jej jedzie. Mi też w sumie średnio - jeśli wziąć pod uwagę ból żołądka, kolana oraz przytkane od wczoraj ucho. Mówi też, że jest tu pyszny żurek. Nie lubię żurku, ale jest to normalne, niechemiczne jedzenie. Zjadam więc (jak na żurek – faktycznie pyszny). Myję też umazaną od czekolady i kremu do opalania twarz. W lustrze widzę, że wyglądam strasznie, więc szybko pryskam z tej łazienki, by dłużej się nie oglądać ;).

Tu byłam
Ruszam znowu przed Michałem. Jest dość długi podjazd. Dopiero za nim znowu się zjeżdżamy. Jest późne popołudnie. Nie wiem dokładnie która godzina, ani jaka jest temperatura. Nie zabrałam licznika – zamiast tego mam gpsa oraz polara, którego wzięłam jako licznik (ale nie sprawdziłam baterii i okazało się, że czujniki kadencji i prędkości nie działają – działa tylko czujnik tętna). W Sejnach motamy się jak wściekli. Na tym punkcie miała być tylko sama pieczątka. Ale nie widzimy punktu, jeździmy po miasteczku i nic. Robimy sobie więc fotkę z bazyliką w tle – na dowód, że tu byliśmy.

Wspomnień czar

A potem były przepastne lasy przed Augustowem. Wspominamy tu naszą bardzo udaną pięćsetkę Warszawa - Wilno. Przed PK zapalamy lampki. Gdy wlatujemy na PK jest już głęboka szarówka, uciekają stąd właśnie Monika i Kurier (co oznacza, że cały czas depczemy im po piętach). Jemy obiad. To rosół i pyry z kotletem oraz surówką. Jem, a Wilk analizuje listę z podpisami – kto kiedy tu był. Już nawet sobie myślę, że chyba będę musiała go ponaglić, ale w tym momencie siada do stołu. Pochłania swoją porcję natychmiast. A ja nadal męczę swój obiad :)). Spać mi się chce, więc aby mnie ocucić, Wilk słownie kopie mnie w tyłek. Kilka takich „kopniaków” i już siedzę na rowerze ;). Augustów nocą wygląda ładnie. Jedziemy jakąś kostką brukową, trzęsie, ale jest tu klimacik i warto trochę popodskakiwać na rowerze, aby to zobaczyć.

„To ja jestem!”

Zaczyna się na dobre noc. Moja zmora. Następny punkt jest bardzo daleko – prawie 100km stąd. Masakra. A mi się tak chce spać! Zjadam guaranę. Trochę pomaga. Z nocnej jazdy zbyt dużo nie pamiętam. Lunatykowałam. Nieprzytomna byłam. W nogach 421 km – w końcu jest punkt kontrolny Czarka i Eli. Jestem tu tak zmasakrowana, że szkoda gadać. Ledwie kontaktuję, tak mi się chce spać. Na wszelki wypadek mówię Czarkowi i Eli, że to ja jestem. Najzwyczajniej w świecie przedstawiam im się – na wypadek gdyby w tym lunatykującym stworzeniu nie rozpoznali mnie. Ubaw musieli mieć niezły;).

Siekierowata kawa

Na tym punkcie dostaję wszystko. To najlepszy punkt, bo mam podetknięte pod nos dokładnie to czego potrzebuję, wtedy gdy potrzebuję i w temperaturze jakiej potrzebuję. Tj. jest to prawie zimna, mocna kawa sypana i chłodna zupa pomidorowa. Całe szczęście! Gdyby były gorące, bo rozwaliły by mi krtań, która od zimnego, nocnego powietrza ostro nawala (chrypa, kaszel i inne takie). Jakby tego było mało jest też stół, na którym kładę głowę. Pomna strasznej wtopy na BBT, gdy budzik mi nie zadzwonił w Iłży – niczego nie nastawiam. Nie liczę na zawodny sprzęt, lecz na żywego człowieka - mówię Michałowi by mnie obudził za parę minut. W międzyczasie siekierowata kawa zaczyna działać. Nie zasypiam. Jadąc przez Wydminy mijamy imprezowiczów wracających do domów. No tak. Lato. Gorączka sobotniej nocy.

Uuuuu! Aaaaaa!

Przed Rynem jest wredny dziurawy odcinek drogi. Trzęsie strasznie. Od tego trzęsienia bolą mnie mięśnie. Chyba wszystkie mięśnie jakie w sobie posiadam. Uuuuuu! Aaaaaa! Aaaaałaaaa! Piszczę i zawodzę. Do Mrągowa, na kolejny punkt, docieramy gdy już jest jasno. Oznaczony jest skręt w boczną uliczkę, ale punktu nie widać. I wtedy Wilk zauważa jakiegoś młodego człowieka snującego się przed ośrodkiem poniżej drogi. To pewnie tam. Jedziemy po kostce w dół.

Urocza, słodka przekąska

Atmosfera tu jest straszna. Senny młodzieniec ledwo stoi, jego kumpel dawno już poległ i leży na podłodze pod stołem.
Nieprzytomny.
Albo śpiący.
Albo umarły.
Tak czy owak – bez kontaktu. Sennemu młodemu tłumaczę, że chcę zimnawą kawę, taką by ją od razu łyknąć i nie poparzyć sobie gęby. Trochę muszę się natłumaczyć – bo nie jestem pewna czy mnie rozumie. Potem on tłumaczy mi, że muszę kawę zamieszać, ale tu z kolei mój umysł źle działa. Słyszę go, ale olewam tę gadaninię. Dochodzę do wniosku, że jednak miał rację gdy dopijam resztkę kawy – na dnie same kryształki cukru. Wcinam je w ramach uroczej, słodkiej przegryzki. Tu Monika i Kurier nie wpisali godziny przyjazdu. Ciekawe kiedy tu byli....

W towarzystwie
Ostatni punkt (552 km), to punkt nad jeziorem. Jestem coraz większym zombie. Jedzie z nami chudy chłopak ubrany w pomarańczowy strój. Wyraźnie ma więcej sił niż ja i w skrytości ducha dziwię się, że z nami jedzie (a jechał z nami kawał drogi! – Jakoś pewnie niecałą stówę). Chyba woli w towarzystwie niż solo. Gdybym miała tyle sił, to bym poleciała na metę. Ale nie mam. Są górki, wlekę się na nich. Ryczeć mi się chce. Spać mi się chce. Nic mnie nie boli, czuję tylko tą senność. Zaraz padnę!

Ewakuacja

Nad jeziorem jem pomidora i chyba banana (a może mi się to przyśniło). Siedzę też na kanapie (miękka kanapa nad jeziorem? Chyba faktycznie jestem w złym stanie skoro widzę prawdziwą kanapę!) Siedzi tu z nami pomarańczowy i obsługa. Naraz Michał czytający listę stwierdza, że Kurierzy są chyba niedaleko przed nami. Potem ktoś gada, że nadjeżdżają właśnie kolejni zawodnicy. W tej sytuacji wyjście jest tylko jedno: natychmiastowa ewakuacja. Ewakuuję się. Michał i pomarańczowy chwilę po mnie.

Fe!

Końcówka to same górki. Czuję się średnio. Niby nic mnie nie boli ale jestem jakaś taka wymemłana. Jakby mnie ktoś wyrzygał. A fe! Oszczędzam energię na czym się da. Nie odwracam się. Nie mówię. Nie przewijam MP3. Nie uśmiecham się. Minimum ruchów. Siedzę i kręcę. To wszystko. Kątem oka spostrzegam, że Michał obserwuje mnie z pewnym niepokojem. Na wypadek gdyby wpadł na pomysł, że jedzie z żywym trupem – uśmiecham się i nawet wyrzucam z siebie kilka słów. Gadam, że straszna rzeźnia i uśmiecham się słodko.

Odliczanie

I tak się masakruję aż do Lubomina.
Jeszcze niecałe 2 godziny masakry.
Jeszcze godzina masakry.
Jeszcze 1,8km.
Nie no! DOSYĆ już tego.
Może zrezygnuję i pójdę spać teraz, tutaj. Potem zostaje 580m. To niemożliwie daleko. No i jest meta – a jednak dotarłam tu! Szybko patrzę na godzinę. 10:43. Ale gdzie te pieczątki? Gdzie lista? Na końcu trawnika. Biegnę po trawie i mówię metowemu: 10:43. A on na to, że dodaje mi 1 minutę. Za co tak sroga kara?

Małe robaczki

Siedzimy pod parasolem. Jemy arbuzy i chyba też banany. Owoce jedzą też mrówki, które łażą po stole w jakiejś nieprawdopodobnej ilości. Widzę małe robaczki.... I wtedy słyszę jak metowy gada przez telefon. Podaje komuś czas naszego wjazdu na metę. Podawał Kurierowi, który był żywo zainteresowany naszym wynikiem, w końcu cały czas deptaliśmy im po piętach ;). Siedzimy jeszcze trochę. A potem we trójkę (z pomarańczowym, którego przed metą gdzieś wcięło, a który na mecie się znów zmaterializował)wracamy do bazy. Te 10 km, które w sobotę rano były takie lekkie, teraz dają mi ostry wycisk. Człapiemy pomału, a mimo to jest niewyobrażalnie ciężko.

Na wszelki wypadek

W bazie prysznic, potem ryż z sosem warzywnym, niesamowite, cudownie gorzkie ciemne piwo Hopus Pokus (przywiezione na tę okoliczność specjalnie dla mnie przez Wilka z Warszawy) i pogaduchy. Poleżeliśmy, popróbowaliśmy spać, ale nam się nie udało. Na wszelki wypadek, aby nie zaliczyć porażki – nie wznowiliśmy poszukiwań rzeki.
Późnym popołudniem pakujemy się do auta Tomka i jedziemy na uroczyste zakończenie maratonu. Potem we trójkę jedziemy do Warszawy. Po drodze zatrzymujemy się na pierwszym napotkanym Orlenie i bierzemy kawę oraz lody. Zjeżdżamy się tu z Hipkami, którzy biorą to samo co my.

Epilog

Debiut w maratonie w duecie z Wilkiem oceniam jako bardzo udany, po raz pierwszy jechaliśmy razem na zawodach i było znakomicie. Uzyskany wynik przekroczył moje najbardziej optymistyczne założenia (wersja optymistyczna to 27 godzin, pesymistyczna 33 godziny, wersja rzeczywista 25 godzin i 29 minut). Zajęliśmy 20 miejsce open na niespełna 100 startujących osób, natomiast wśród 6 dziewczyn byłam trzecia.
Zadowolona jestem też z tego, że udało mi się zapanować nad sennością, która na każdym ULTRA jest moim największym problemem. Jadąc solo z pewnością bym takiego czasu nie wykręciła. Obecność drugiej osoby daje ogromnie dużo, nawet jeśli nie zawsze taka wspólna jazda polega na wiezieniu się na kole. Piękna była też sama trasa – widoki były wprost cudowne.



Trasę podzieliło mi na 2 części.
Mapa nr 1:


Mapa nr 2:



Zdjęcia:
Pierścień Tysiąca Jezior

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum