Wpisy archiwalne w kategorii
do 300
| Dystans całkowity: | 8889.41 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 207:26 |
| Średnia prędkość: | 20.80 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 48.90 km/h |
| Suma podjazdów: | 36186 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 158 (0 %) |
| Maks. tętno średnie: | 128 (0 %) |
| Liczba aktywności: | 33 |
| Średnio na aktywność: | 269.38 km i 12h 57m |
| Więcej statystyk | |
Wieczorem
Niedziela, 1 listopada 2015 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Wielanowo
| Km: | 267.45 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 11:27 | km/h: | 23.36 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1053m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
" - Pewnego dnia widziałem zachód słońca czterdzieści trzy razy!
A chwilę potem dodałeś:
- Wiesz... jak jest naprawdę smutno, to lubi się zachody słońca...
- Taki byłeś smutny w dniu czterdziestu trzech zachodów?
Ale mały książę nie odpowiedział".
A co, jeśli miarą smutku.....
Jak bardzo dziś.....
.............................................................................................
Wieczorem:
Wieczornie pachnie las... drzewami, mokrawą ziemią, opadłymi liśćmi. Trochę.... jak w starym, drewnianym kościele.
Zaciągam się mocno. I jeszcze. I znowu. I nie mam dość....

ZDJĘCIA
A chwilę potem dodałeś:
- Wiesz... jak jest naprawdę smutno, to lubi się zachody słońca...
- Taki byłeś smutny w dniu czterdziestu trzech zachodów?
Ale mały książę nie odpowiedział".
A co, jeśli miarą smutku.....
Jak bardzo dziś.....
.............................................................................................
Wieczorem:
Wieczornie pachnie las... drzewami, mokrawą ziemią, opadłymi liśćmi. Trochę.... jak w starym, drewnianym kościele.
Zaciągam się mocno. I jeszcze. I znowu. I nie mam dość....

W nocy:
To się skończy źle. Czuję, że zaraz stanie się coś strasznego i jestem jak sparaliżowana. Nie mogę zrobić nic... Znajomy dźwięk. Serce wali jak oszalałe. Oczy mam otwarte.
To był tylko zły sen. Pora wstać i zacząć nowy dzień.
W środku dnia:
Słonecznie. Ale to nie jest nachalne, ostre słońce, które kłuje po oczach. Lekka mgiełka dodaje delikatności. Jest ładnie, ale przecież nie obłędnie pięknie. To dobrze, bo doskonałość czasem razi.
W nocy:
Moje buty zapadają się w miękkim piasku. Wąskie opony kolarzówki, którą targam za sobą, żłobią śmieszny zygzak.
Rano przyjdą tu ludzie... moje ślady znikną.
O świcie:
Zimno. Dwa stopnie powyżej zera. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale niebo nie jest już czarne. Gwiazda Poranna blednie. W końcu przestanę ją widzieć. Ponad 50 km od domu. Blisko.... Tu. Piję kawę. To będzie dziś jedyna kawa. Na więcej nie wystarczy czasu. Swoją szansę wykorzystuję właśnie teraz, gdy (być może) jest jeszcze (zbyt) wcześnie.
Rano:
Jestem w niedoczasie. Jeśli dalej pojadę tak jak teraz, to spóźnię się na pociąg o 20 minut. Dyscyplina.
Wieczorem:
Stacja jest schowana w środku lasu. Nie ma tu zupełnie nic. Nie wiem gdzie jest sama miejscowość. Budynków nie ma. To... jak coś pośrodku niczego. Niski, gruntowy peron. Tory. Zatrzymują się tu tylko osobówki.
Kiedyś tu wrócę, by usiąść na zielonej ławce.
W środku dnia:
Prognozy się nie sprawdziły. Zapowiadali południowy wiatr, a wieje z południowego zachodu. To oznacza tylko tyle, że nie jest tak łatwo jak miało być. Nic poza tym. Cel jest jeszcze daleko, ale widzę go wyraźnie. Koncentracja i skupienie.
W nocy:
Jestem pewna, że wszystkie będą białe. Jak zwykle. Idę w głąb cmentarza, na sam kraniec. Dawno mnie tu nie było, lecz mimo ciemności, trafiam od razu. Cicho i spokojnie, poza mną nie ma tu nikogo. Płonące znicze..... gdy pochylisz głowę, wcale nie jest ciemno.
Popołudniem:
Jeśli się boisz, że nie zdążysz, to już nie musisz. Jesteś wysoko. Przed Grzmiącą jest dużo w dół. Lecisz. Sama Grzmiąca to podjazd. 50 m w górę. Nic wielkiego, wciągniesz z blatu. Potem znowu w dół i kolejny mały podjazd. Do Wielanowa, na stację, jest w dół.
Na koniec hamuj! Nie masz pierwszeństwa.
Rano:
Słońce już wstało. Na polach i na trawach bieli się szron. Zmroziło. To jeszcze jesień, ale w progu stoi zima...
W środku dnia:
Mam serdecznie dość górek! Poważnie. Jeśli to potrwa jeszcze i jeszcze, to w końcu się spóźnię. Nie odpuszczę, to jasne jak słońce, ale.... Jadę jak na maratonie. Żarcie podczas jazdy. Gdyby wiatr nie przeszkadzał, gdyby droga nie była tak dziurawa, gdyby było płasko.... gdyby babcia miała wąsy!
Popołudniem:
20 minut niedoczasu skasowane. Co więcej mam nadkład. W Wielanowie będę miała od 15 do 20 minut na… cokolwiek.
W nocy:
...wyobrażam sobie, że one są jak pociąg. Brakuje tylko budki dróżnika, opuszczonego szlabanu i migających czerwonych świateł. Stado jeleni przecina szosę. Stoję w środku lasu i czekam aż sobie pójdą.
Popołudniem:
Pamiętasz pewnie tamten podjazd. 8 %. Zrobiłam Ci tam zdjęcie, gdyśmy w maju jechały do Rzeczenicy. Powspominamy?
Wieczorem:
Wtoczył się powoli.
Stoję przy pierwszym wagonie. Jakoś się wdrapuję do środka z absurdalnie niskiego peronu. I wtedy kolejarz mówi, że z rowerem muszę przejść na sam koniec składu. Oni poczekają. To.... jak skok w przepaść... A potem biegnę peronem. To długi skład. Wspinam się znowu. Czasem w życiu trzeba podbiec, skoczyć, wdrapać się. Czasem warto. Częściej nie.
W nocy:
...a jednak nie wszystkie są białe. Jeden jest czerwony. Ktoś nie wiedział.... a może waśnie wiedział. Mój jest biały. Wtapiam się w tłum.
Wieczorem:
Niebo jak ogień za oknem pociągu. Staram się złapać te chwile.
Po zachodzie słońca:
- Niepotrzebnie pani biegła przez cały peron. Jest pani teraz na samym końcu.
- Nic nie szkodzi. Może to właśnie jest początek.
Uśmiecham się.
Mapa:To się skończy źle. Czuję, że zaraz stanie się coś strasznego i jestem jak sparaliżowana. Nie mogę zrobić nic... Znajomy dźwięk. Serce wali jak oszalałe. Oczy mam otwarte.
To był tylko zły sen. Pora wstać i zacząć nowy dzień.
W środku dnia:
Słonecznie. Ale to nie jest nachalne, ostre słońce, które kłuje po oczach. Lekka mgiełka dodaje delikatności. Jest ładnie, ale przecież nie obłędnie pięknie. To dobrze, bo doskonałość czasem razi.
W nocy:
Moje buty zapadają się w miękkim piasku. Wąskie opony kolarzówki, którą targam za sobą, żłobią śmieszny zygzak.
Rano przyjdą tu ludzie... moje ślady znikną.
O świcie:
Zimno. Dwa stopnie powyżej zera. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale niebo nie jest już czarne. Gwiazda Poranna blednie. W końcu przestanę ją widzieć. Ponad 50 km od domu. Blisko.... Tu. Piję kawę. To będzie dziś jedyna kawa. Na więcej nie wystarczy czasu. Swoją szansę wykorzystuję właśnie teraz, gdy (być może) jest jeszcze (zbyt) wcześnie.
Rano:
Jestem w niedoczasie. Jeśli dalej pojadę tak jak teraz, to spóźnię się na pociąg o 20 minut. Dyscyplina.
Wieczorem:
Stacja jest schowana w środku lasu. Nie ma tu zupełnie nic. Nie wiem gdzie jest sama miejscowość. Budynków nie ma. To... jak coś pośrodku niczego. Niski, gruntowy peron. Tory. Zatrzymują się tu tylko osobówki.
Kiedyś tu wrócę, by usiąść na zielonej ławce.
W środku dnia:
Prognozy się nie sprawdziły. Zapowiadali południowy wiatr, a wieje z południowego zachodu. To oznacza tylko tyle, że nie jest tak łatwo jak miało być. Nic poza tym. Cel jest jeszcze daleko, ale widzę go wyraźnie. Koncentracja i skupienie.
W nocy:
Jestem pewna, że wszystkie będą białe. Jak zwykle. Idę w głąb cmentarza, na sam kraniec. Dawno mnie tu nie było, lecz mimo ciemności, trafiam od razu. Cicho i spokojnie, poza mną nie ma tu nikogo. Płonące znicze..... gdy pochylisz głowę, wcale nie jest ciemno.
Popołudniem:
Jeśli się boisz, że nie zdążysz, to już nie musisz. Jesteś wysoko. Przed Grzmiącą jest dużo w dół. Lecisz. Sama Grzmiąca to podjazd. 50 m w górę. Nic wielkiego, wciągniesz z blatu. Potem znowu w dół i kolejny mały podjazd. Do Wielanowa, na stację, jest w dół.
Na koniec hamuj! Nie masz pierwszeństwa.
Rano:
Słońce już wstało. Na polach i na trawach bieli się szron. Zmroziło. To jeszcze jesień, ale w progu stoi zima...
W środku dnia:
Mam serdecznie dość górek! Poważnie. Jeśli to potrwa jeszcze i jeszcze, to w końcu się spóźnię. Nie odpuszczę, to jasne jak słońce, ale.... Jadę jak na maratonie. Żarcie podczas jazdy. Gdyby wiatr nie przeszkadzał, gdyby droga nie była tak dziurawa, gdyby było płasko.... gdyby babcia miała wąsy!
Popołudniem:
20 minut niedoczasu skasowane. Co więcej mam nadkład. W Wielanowie będę miała od 15 do 20 minut na… cokolwiek.
W nocy:
...wyobrażam sobie, że one są jak pociąg. Brakuje tylko budki dróżnika, opuszczonego szlabanu i migających czerwonych świateł. Stado jeleni przecina szosę. Stoję w środku lasu i czekam aż sobie pójdą.
Popołudniem:
Pamiętasz pewnie tamten podjazd. 8 %. Zrobiłam Ci tam zdjęcie, gdyśmy w maju jechały do Rzeczenicy. Powspominamy?
Wieczorem:
Wtoczył się powoli.
Stoję przy pierwszym wagonie. Jakoś się wdrapuję do środka z absurdalnie niskiego peronu. I wtedy kolejarz mówi, że z rowerem muszę przejść na sam koniec składu. Oni poczekają. To.... jak skok w przepaść... A potem biegnę peronem. To długi skład. Wspinam się znowu. Czasem w życiu trzeba podbiec, skoczyć, wdrapać się. Czasem warto. Częściej nie.
W nocy:
...a jednak nie wszystkie są białe. Jeden jest czerwony. Ktoś nie wiedział.... a może waśnie wiedział. Mój jest biały. Wtapiam się w tłum.
Wieczorem:
Niebo jak ogień za oknem pociągu. Staram się złapać te chwile.
Po zachodzie słońca:
- Niepotrzebnie pani biegła przez cały peron. Jest pani teraz na samym końcu.
- Nic nie szkodzi. Może to właśnie jest początek.
Uśmiecham się.
ZDJĘCIA
GMRDP (3)
Poniedziałek, 24 sierpnia 2015 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, GMRDP 2015
| Km: | 258.57 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 2515m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Noc była bardzo
zimna. Tylko 7 stopni. Śpiwór niby ciepły, ale jednak dla zmęczonego i
niewyspanego człowieka nie zapewnił komfortu termicznego. Zasnęłam od razu ale
parę razy zimno na chwilę mnie wybudziło. Poranek straszny – trzeba było
znaleźć w sobie odwagę by wyjść najpierw ze śpiwora, potem z namiotu. Na
szczęście od razu mam podjazd. Mogę się więc rozgrzać. Na pierwszej lepszej
stacji (to Statoil) idę się rozgrzać i biorę kawę. Obsługa wie gdzie jadę. Inni
zmarznięci nieszczęśnicy byli już tu i gadali o maratonie.
Wielkie żarcie
Przez małe miejscowości jedzie się średnio przyjemnie. Prawie wszędzie biegają luzem psy, które ochoczo gonią za rowerem. Pół biedy jak jest akurat pod górę. Gorzej, gdy w dół. Łatwo wtedy o wywrotkę gdy taki bezmyślny kundel wleci wprost pod koła. Irytujące.
Przed Istebną ciężkie podjazdy. Mielę podjazd pod Szare, ale ażurowe płyty betonowe odpuszczam. Jest stromo jak diabli, a dziury w płytach jakieś takie duże i okrągłe. Idę. Potem znowu podejście po kamiennym bruku. W sumie częściowe, bo początek podjechałam. W Koniakowie zjadam rosół w Karczmie Ochodzita. Proszę by dali dużo makaronu. Starają się i faktycznie dostaję rosół, który składa się głównie z makaronu. Za Istebną podjazd pod Kubalonkę. Zatrzymuję się w jego początkowej części, bo rosół strawiłam bardzo szybko. Znowu potrzebuję coś zjeść. Siadam w Karczmie po Zbóju. Biorę pierogi z sosem grzybowym i najadam się do syta. Na podjeździe dogania mnie 2 chłopaków z kategorii sport. Jadą na lekko. Fajnie im. Mówią jednak, że auto jest gdzieś z przodu. Potem, na końcu podjazdu czekają na mnie, bo nie wiedzą jak dalej jechać. Jedziemy kawałek razem (oni na moich plecach).

Obrzydliwe przedmieście
Jest gorąco. Więc przy pierwszej okazji zjeżdżam na stację na lody. Przez śląskie miasta jedzie się beznadziejnie. Jest brzydko, drogi są byle jakie, ruch duży, hałas też. Mam wrażenie, że jadę przez jedno wielkie obrzydliwe przedmieście. Jest za to dość płasko. Ten nieładny odcinek umila mi Krzychu60 z BS, który polował na uczestników maratonu. Jedzie ze mną przez wiele kilometrów i dzięki temu jest miło. Nie wiozę się, bo Krzysiek nie jest uczestnikiem maratonu. Jedziemy obok siebie. Brzydotę regionu dostrzegam z całą jaskrawością gdy znowu zostaję sama – w Wodzisławiu Śląskim. Za Raciborzem robi się lepiej. Opuszczam moje „obrzydliwe przedmieście” i widoki robią się lepsze. Maleje też ruch.
Czas najwyższy!
Do PK9 (Kietrz) docieram chwilę po zapadnięciu ciemności. Kupuję bułkę i zjadam ją pod sklepem. Przed Prudnikiem zaczynam zasypiać na rowerze. Czekam na Prudnik jak na zbawienie. Docieram tam i ładuję się na Orlen. Jem babeczkę przy wysokim stoliku. Miejsc do siedzenia – brak. Kiwam się więc nad tą babką. Kawy celowo nie biorę – już za późna godzina. Babkę jem tylko dlatego, by robić coś innego niż jazda rowerem. Bo od jazdy zasypiam. Do Głuchołazów (PK10) docieram tuż przed 2 w nocy. Czas najwyższy! Spieszyłam się by zaliczyć ten punkt i szybko iść gdzieś spać. Elizium wysłał mi wiadomość, że około 3 w nocy spodziewane są deszcze i silny wiatr. Zależało mi więc by zdążyć przed załamaniem pogody. Mając na uwadze wiatr, nie rozbijam się pod drzewami lecz na polu – tuż za Głuchołazami. Wieje faktycznie bardzo mocno. Namiotem szarpie równo. Zasypiam natychmiast.
Moje dzisiejsze smsy:
» 2015.08.24 - 05:23 Noc byla bardzo zimna. spalam, ale obudzilam sie zmarznieta i malo wypoczeta. zaraz trzeba bedzie wyjsc z namiotu i to nie bedzie przyjemne. na szczescie zaczne od krotkiego podjazdu.
» 2015.08.24 - 06:22 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK7
» 2015.08.24 - 06:41 Obrzydliwie zimno. Siedze na statoilu i grzeje sie w cieple. pije kawe i jem bulke z serem.
» 2015.08.24 - 06:42 Jest 7 stopni. w sumie fajnie, ze nie na minusie ;-)
» 2015.08.24 - 08:40 Zmora i plaga sa biegajace luzem kundle. pelno tego jak robactwa na mokradlach. pozdrawia Kot.
» 2015.08.24 - 11:02 W nogach 600km, sciany przed Istebna. jade od wczoraj wieczora sama. Waskiego ostatni raz widzialam w Zakopanem. gdzie on jest? Siedze na asfalcie w cieniu i jem bulke z serkiem topionym
» 2015.08.24 - 11:23 Do lata, do lata piechota bede szla :-) pieszo po azurowych plytach betonowych ;-)
» 2015.08.24 - 12:15 Karczma Ochodzita, rosol co ma duzo makaronu :-)
» 2015.08.24 - 12:44 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK8
» 2015.08.24 - 13:15 Meczy mnie glod, mysle tylko o jedzeniu. czekam na pierogi w karczmie po zboju.
» 2015.08.24 - 13:17 Rosol mial tyle makaronu, ze byl prawie jak spagetti, ale i tak szybko strawilam. a przeciez to bylo chwile temu! poza tym mam problem z oczami. szczypia i lzawia.
» 2015.08.24 - 15:36 Oczy wyplukalam w wodzie i jest juz duzo lepiej. Jem teraz lody na orlenie, zgapilam sie, one maja dodatek szampana, a ja przeciez rowerem jade! mam tu tez kawe i cole, bo zasypiam. a lody, bo goraco. mocno tez wieje. Jak jechalam, to w kolko sobie powtarzalam: orlen, kawa, cola, lody.aby nie zapomniec :-) dlugo jechalo na moich plecach 2 z kat sport. chyba zostali bez wsparcia i nawigacji. tzn. bez tego wozu.
» 2015.08.24 - 17:42 680km Mszana Wodzislawska. Co za okropne tereny. brzydko i duzy ruch.
» 2015.08.24 - 20:41 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK9
» 2015.08.25 - 00:46 Glucholazy mam juz blisko, ale nie wiem, czy dam rade tam teraz dojechac, bo zasypiam na rowerze. Orlen i babeczka z wisnia. kiwam sie nad nia jak pingwin.
» 2015.08.25 - 00:51 Prudnik.
» 2015.08.25 - 01:42 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK10
» 2015.08.25 - 02:33 Ide spac, dobranoc!
Mapa:
ZDJĘCIA
Ciąg dalszy
Wielkie żarcie
Przez małe miejscowości jedzie się średnio przyjemnie. Prawie wszędzie biegają luzem psy, które ochoczo gonią za rowerem. Pół biedy jak jest akurat pod górę. Gorzej, gdy w dół. Łatwo wtedy o wywrotkę gdy taki bezmyślny kundel wleci wprost pod koła. Irytujące.
Przed Istebną ciężkie podjazdy. Mielę podjazd pod Szare, ale ażurowe płyty betonowe odpuszczam. Jest stromo jak diabli, a dziury w płytach jakieś takie duże i okrągłe. Idę. Potem znowu podejście po kamiennym bruku. W sumie częściowe, bo początek podjechałam. W Koniakowie zjadam rosół w Karczmie Ochodzita. Proszę by dali dużo makaronu. Starają się i faktycznie dostaję rosół, który składa się głównie z makaronu. Za Istebną podjazd pod Kubalonkę. Zatrzymuję się w jego początkowej części, bo rosół strawiłam bardzo szybko. Znowu potrzebuję coś zjeść. Siadam w Karczmie po Zbóju. Biorę pierogi z sosem grzybowym i najadam się do syta. Na podjeździe dogania mnie 2 chłopaków z kategorii sport. Jadą na lekko. Fajnie im. Mówią jednak, że auto jest gdzieś z przodu. Potem, na końcu podjazdu czekają na mnie, bo nie wiedzą jak dalej jechać. Jedziemy kawałek razem (oni na moich plecach).

Obrzydliwe przedmieście
Jest gorąco. Więc przy pierwszej okazji zjeżdżam na stację na lody. Przez śląskie miasta jedzie się beznadziejnie. Jest brzydko, drogi są byle jakie, ruch duży, hałas też. Mam wrażenie, że jadę przez jedno wielkie obrzydliwe przedmieście. Jest za to dość płasko. Ten nieładny odcinek umila mi Krzychu60 z BS, który polował na uczestników maratonu. Jedzie ze mną przez wiele kilometrów i dzięki temu jest miło. Nie wiozę się, bo Krzysiek nie jest uczestnikiem maratonu. Jedziemy obok siebie. Brzydotę regionu dostrzegam z całą jaskrawością gdy znowu zostaję sama – w Wodzisławiu Śląskim. Za Raciborzem robi się lepiej. Opuszczam moje „obrzydliwe przedmieście” i widoki robią się lepsze. Maleje też ruch.
Czas najwyższy!
Do PK9 (Kietrz) docieram chwilę po zapadnięciu ciemności. Kupuję bułkę i zjadam ją pod sklepem. Przed Prudnikiem zaczynam zasypiać na rowerze. Czekam na Prudnik jak na zbawienie. Docieram tam i ładuję się na Orlen. Jem babeczkę przy wysokim stoliku. Miejsc do siedzenia – brak. Kiwam się więc nad tą babką. Kawy celowo nie biorę – już za późna godzina. Babkę jem tylko dlatego, by robić coś innego niż jazda rowerem. Bo od jazdy zasypiam. Do Głuchołazów (PK10) docieram tuż przed 2 w nocy. Czas najwyższy! Spieszyłam się by zaliczyć ten punkt i szybko iść gdzieś spać. Elizium wysłał mi wiadomość, że około 3 w nocy spodziewane są deszcze i silny wiatr. Zależało mi więc by zdążyć przed załamaniem pogody. Mając na uwadze wiatr, nie rozbijam się pod drzewami lecz na polu – tuż za Głuchołazami. Wieje faktycznie bardzo mocno. Namiotem szarpie równo. Zasypiam natychmiast.
Moje dzisiejsze smsy:
» 2015.08.24 - 05:23 Noc byla bardzo zimna. spalam, ale obudzilam sie zmarznieta i malo wypoczeta. zaraz trzeba bedzie wyjsc z namiotu i to nie bedzie przyjemne. na szczescie zaczne od krotkiego podjazdu.
» 2015.08.24 - 06:22 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK7
» 2015.08.24 - 06:41 Obrzydliwie zimno. Siedze na statoilu i grzeje sie w cieple. pije kawe i jem bulke z serem.
» 2015.08.24 - 06:42 Jest 7 stopni. w sumie fajnie, ze nie na minusie ;-)
» 2015.08.24 - 08:40 Zmora i plaga sa biegajace luzem kundle. pelno tego jak robactwa na mokradlach. pozdrawia Kot.
» 2015.08.24 - 11:02 W nogach 600km, sciany przed Istebna. jade od wczoraj wieczora sama. Waskiego ostatni raz widzialam w Zakopanem. gdzie on jest? Siedze na asfalcie w cieniu i jem bulke z serkiem topionym
» 2015.08.24 - 11:23 Do lata, do lata piechota bede szla :-) pieszo po azurowych plytach betonowych ;-)
» 2015.08.24 - 12:15 Karczma Ochodzita, rosol co ma duzo makaronu :-)
» 2015.08.24 - 12:44 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK8
» 2015.08.24 - 13:15 Meczy mnie glod, mysle tylko o jedzeniu. czekam na pierogi w karczmie po zboju.
» 2015.08.24 - 13:17 Rosol mial tyle makaronu, ze byl prawie jak spagetti, ale i tak szybko strawilam. a przeciez to bylo chwile temu! poza tym mam problem z oczami. szczypia i lzawia.
» 2015.08.24 - 15:36 Oczy wyplukalam w wodzie i jest juz duzo lepiej. Jem teraz lody na orlenie, zgapilam sie, one maja dodatek szampana, a ja przeciez rowerem jade! mam tu tez kawe i cole, bo zasypiam. a lody, bo goraco. mocno tez wieje. Jak jechalam, to w kolko sobie powtarzalam: orlen, kawa, cola, lody.aby nie zapomniec :-) dlugo jechalo na moich plecach 2 z kat sport. chyba zostali bez wsparcia i nawigacji. tzn. bez tego wozu.
» 2015.08.24 - 17:42 680km Mszana Wodzislawska. Co za okropne tereny. brzydko i duzy ruch.
» 2015.08.24 - 20:41 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK9
» 2015.08.25 - 00:46 Glucholazy mam juz blisko, ale nie wiem, czy dam rade tam teraz dojechac, bo zasypiam na rowerze. Orlen i babeczka z wisnia. kiwam sie nad nia jak pingwin.
» 2015.08.25 - 00:51 Prudnik.
» 2015.08.25 - 01:42 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK10
» 2015.08.25 - 02:33 Ide spac, dobranoc!
Mapa:
ZDJĘCIA
Ciąg dalszy
GMRDP (2)
Niedziela, 23 sierpnia 2015 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, GMRDP 2015
| Km: | 295.17 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 3144m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzę się wyspana i
zadowolona. W stosunku do swojego planu mam nadkład 50 kilometrów. Zwijam
namiot i jadę dalej. Szybko trafia się stacja Orlenu. Orleny są jak budki
porozstawione przez znajomych. Co prawda trzeba zapłacić, ale zawsze można
liczyć na kawę, coś do zjedzenia i możliwość odwiedzenia kibelka. A za punkty i
wierność raz po raz rzucą gratisem ;). Jest słonecznie, szybko robi się ciepło.
Około 9:00 rozbieram się z grubego ubrania, smaruję się też kremem do opalania
i naraz widzę, że ktoś nadjeżdża. Gębę ma uśmiechniętą. Puszcza kierownicę i
rozkłada ramiona jakby chciał mnie z radości wyściskać. To Wąski! Niespodzianka
nie z tej ziemi – myślałam, że jest przede mną – bo wczoraj wystartował ostro i
nie przypominam sobie bym go doganiała. W tym maratonie jednak łatwo jest się
pogubić w tym kto gdzie jest. Wystarczy parę chwil na stacji, krótki sen i
sytuacja może się zupełnie zmienić.
Zamalować odpryski
Wąski jedzie ze mną. Mówię mu od razu, że jadę sama, po swojemu i w razie co, to ma na mnie nie czekać. Uczciwie też zapowiadam, że w razie czego czekać nie będę i ja – bo najzwyczajniej w świecie chcę się sprawdzić na takiej trasie, a czekanie zaciemni prawdziwy wynik. Pasuje nam jednak wspólna jazda. Jest wesoło, doganiają nas też motocykliści (rodzinka Wąskiego – równie wąska jak on sam ;)). Chwilę jadą obok niego, ja zostaję trochę z tyłu, by porobić im fotki z jazdy. W Łącku zatrzymujemy się na Orlenie na kawę. Wąski jest mocno senny. Daję mu więc guaranę. Zależy mi by się szybko stąd zabrać. Wbrew swojemu silnemu postanowieniu trochę jednak na niego czekam. W tym czasie maluję sobie pazurki – tzn. zamalowuję odpryski. Gdy kończę, Wąski nadal męczy kawę. Zalecam mu pośpiech. Gdy ruszamy – przyznaje, że czuje się na tyle źle, że nie dał rady szybko wypić tej kawy i musiał ją wylać, by móc dalej jechać razem ze mną. Mam wyrzuty sumienia. Pytam, czy jedziemy przez Łapsze Niżne. Mówi, że tak. Obiecuję w takim razie, że zatrzymamy się tam w znanej z MP restauracji u Nowaków i zjemy makaron. Wiem, że nic tak dobrze nie działa na człowieka, który czuje się średnio, jak obietnica rychłego, dobrego żarcia.

Siedem Kotów
Jedziemy więc razem pod wiatr. Jest względnie płasko, Arek siedzi na kole. Brak zmian zupełnie mi nie przeszkadza. Fajnie, że jedziemy sobie razem, bo dzięki temu nie nudzę się i jest wesoło. U Nowaków jemy makaron. Jest tak samo pyszny i lekki jak na MP. Syci, ale nie obciąża zanadto żołądka. Dlatego podjazdy pod Łapszankę i potem Głodówkę idą mi bardzo sprawnie. Robię oba jednym mocniejszym pociągnięciem i gubię Wąskiego, który zostaje z tyłu. Za podjazdami zakleszcza mi się łańcuch. Na szczęście nie szarpałam tego próbując kręcić na siłę, bo bym niechybnie zerwała. Zatrzymuję się, manewruję manetkami i ręcznie go wykleszczam. Chwilę ta szarpanina trwa, wykrzywiam trochę wózek przerzutki, ręce mam całe czarne od smaru, ale udaje się i mogę jechać dalej. Zaliczam PK6, wysyłam smsy i wtedy dociera Wąski. Zapalamy światełka i jedziemy w dół, do Zakopanego. Mijam restaurację 7 Kotów i Wąskiego już nie widzę. W Zakopanem tłok i mnóstwo światełek. W tym wszystkim zupełnie tracę orientację, czy Wąski poleciał do przodu, czy został z tyłu. Robię jeszcze fotkę Giewontu i jadę dalej.
Psy
Jest mocno zimno. Ubieram na siebie wszystko co mam w torbie, a i tak dopada mnie dygot. Na wyjeździe z Zakopanego odwiedzam jeszcze BP, myję tam uświnione od smaru ręce. Za Zakopanem zjazd. Ciemno, zimno. Za Czarnym Dunajcem wylatują z jakiegoś pola wielkie psy i gonią za mną. Zatrzymuję się. Stracha mam niezłego. Jestem sama, jest ciemno, a tu sfora psów! Krzyczę na nie, psikam gazem. W końcu odpuszczają. Gdzieś między Piekielnikiem a Jabłonką dogania mnie jakiś zawodnik. Znowu wylatuje pies. Goniąc za kolegą, który jedzie pierwszy, wpada pomiędzy nasze rowery i zamiast szczekać zaczyna skomleć. Udaje mi się go nie rozjechać i samej się nie wywalić. Ale nerwówka! Mało brakowało. A kolega pojechał w siną dal.
Ciemno, że oko wykol
Za miejscówką noclegową zaczynam się rozglądać około 1 w nocy. Niestety jadę przez miejscowość – to Zubrzyca Górna. Same posesje, wszystko oświetlone. Nie ma gdzie się rozbić. A rozglądam się uważnie. Pierwsza potencjalna miejscówka to łąka. Wchodzę i... wpadam do zarośniętego rowu. A by to szlag – buty mokre. Wyłażę i jadę dalej. Druga potencjalna miejscówka to tartak, ale to też okazuje się słaby pomysł. No nic, pozostaje mi władować się na podjazd, drogą biegnącą przez gęste lasy Babiogórskiego Parku Narodowego. Ta droga to urzeczywistnienie moich najgorszych koszmarów o samotnej jeździe nocą. Jest ciemno, że oko wykol. Jest też przeraźliwie cicho. Drzewostan jest wyjątkowo gęsty i zwarty. Ledwie rękę można wcisnąć, a co dopiero człowieka z namiotem i rowerem. O spaniu tutaj nie ma mowy. Wjeżdżam, zjeżdżam. Zawoja. Jakaś budowa, trawy gdzieś do połowy uda. Ładuję się. Przedzieram się przez naście metrów i dopiero wtedy zauważam, że to duży łuk drogi i będę stąd doskonale widoczna – z każdej strony. Wychodzę więc z powrotem na drogę. Jestem już zmęczona i zła – prawie 2 godziny rozglądania się i nic – nie ma gdzie się rozbić. W końcu, kawałek za odbiciem na Stryszawę znajduję. To chwastowisko, widać mnie potencjalnie z aż 3 chatek oraz – jakby się dobrze przypatrzeć – z drogi. Jednak jest już 3:00 w nocy. Nie szukam dalej, tylko idę spać właśnie tu.
Moje dzisiejsze smsy:
» 2015.08.23 - 05:35 Obudzilam sie w miare wyspana, jade dalej :-)
» 2015.08.23 - 07:03 Kawa na orlenie.
» 2015.08.23 - 08:27 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK3
» 2015.08.23 - 09:45 Spotkanie z Waskim :-)
» 2015.08.23 - 10:14 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK4
» 2015.08.23 - 11:23 Piwniczna, 346km. Jade z Waskim :-)
» 2015.08.23 - 12:36 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK5
» 2015.08.23 - 13:31 383km, Lacko. z Waskim pijemy kawe na orlenie.
» 2015.08.23 - 14:54 My mamy 407km z Waskim. Kroscienko. pierwszy orlen na trasie, gdzie maja zapiek. ze szpinakiem. no wreszcie! juz myslalam, ze sie nie doczekam. Potworny ruch.
» 2015.08.23 - 15:04 Teraz jak sie porzadnie najemy, to bedziemy gonic Wilka :-):-)
» 2015.08.23 - 16:36 U Nowakow w Lapszach Niznych. makaron i cola. 424km. my sie gorek nie boimy, zarty sobie z nich robimy! kot i waski :-)
» 2015.08.23 - 16:41 Teraz zarty, a potem bedzie placz i zgrzytanie zebow ;-)
» 2015.08.23 - 19:47INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK6
» 2015.08.23 - 19:50 jedzie mi sie super, Lapszanka i Glodowka za jednym ostrym pociagnieciem. a potem zakleszczyl mi sie lancuch i musialam go recznie wyciagac. Wygielam woz ale jakos dziala, a lapy mam jakbym sie urwala z piekla. Waski zostal na Lapszance z tylu i znow jestem sama.
» 2015.08.23 - 20:33 Zakopane. ostatni raz tu bylam jak mialam 15 lat.
» 2015.08.23 - 22:26 Jest wrednie zimno, 10st. mam na sobie wszystkie ciuchy. Od Zakopanego caly czas zjazd. zamarzne tu chyba. i zasypiam, tak monotonnie.
» 2015.08.24 - 03:08 Do mety 578km, rozlozylam sie na noc za Zawoja. dobranoc!
Mapa:
ZDJĘCIA
Ciąg dalszy
Zamalować odpryski
Wąski jedzie ze mną. Mówię mu od razu, że jadę sama, po swojemu i w razie co, to ma na mnie nie czekać. Uczciwie też zapowiadam, że w razie czego czekać nie będę i ja – bo najzwyczajniej w świecie chcę się sprawdzić na takiej trasie, a czekanie zaciemni prawdziwy wynik. Pasuje nam jednak wspólna jazda. Jest wesoło, doganiają nas też motocykliści (rodzinka Wąskiego – równie wąska jak on sam ;)). Chwilę jadą obok niego, ja zostaję trochę z tyłu, by porobić im fotki z jazdy. W Łącku zatrzymujemy się na Orlenie na kawę. Wąski jest mocno senny. Daję mu więc guaranę. Zależy mi by się szybko stąd zabrać. Wbrew swojemu silnemu postanowieniu trochę jednak na niego czekam. W tym czasie maluję sobie pazurki – tzn. zamalowuję odpryski. Gdy kończę, Wąski nadal męczy kawę. Zalecam mu pośpiech. Gdy ruszamy – przyznaje, że czuje się na tyle źle, że nie dał rady szybko wypić tej kawy i musiał ją wylać, by móc dalej jechać razem ze mną. Mam wyrzuty sumienia. Pytam, czy jedziemy przez Łapsze Niżne. Mówi, że tak. Obiecuję w takim razie, że zatrzymamy się tam w znanej z MP restauracji u Nowaków i zjemy makaron. Wiem, że nic tak dobrze nie działa na człowieka, który czuje się średnio, jak obietnica rychłego, dobrego żarcia.

Siedem Kotów
Jedziemy więc razem pod wiatr. Jest względnie płasko, Arek siedzi na kole. Brak zmian zupełnie mi nie przeszkadza. Fajnie, że jedziemy sobie razem, bo dzięki temu nie nudzę się i jest wesoło. U Nowaków jemy makaron. Jest tak samo pyszny i lekki jak na MP. Syci, ale nie obciąża zanadto żołądka. Dlatego podjazdy pod Łapszankę i potem Głodówkę idą mi bardzo sprawnie. Robię oba jednym mocniejszym pociągnięciem i gubię Wąskiego, który zostaje z tyłu. Za podjazdami zakleszcza mi się łańcuch. Na szczęście nie szarpałam tego próbując kręcić na siłę, bo bym niechybnie zerwała. Zatrzymuję się, manewruję manetkami i ręcznie go wykleszczam. Chwilę ta szarpanina trwa, wykrzywiam trochę wózek przerzutki, ręce mam całe czarne od smaru, ale udaje się i mogę jechać dalej. Zaliczam PK6, wysyłam smsy i wtedy dociera Wąski. Zapalamy światełka i jedziemy w dół, do Zakopanego. Mijam restaurację 7 Kotów i Wąskiego już nie widzę. W Zakopanem tłok i mnóstwo światełek. W tym wszystkim zupełnie tracę orientację, czy Wąski poleciał do przodu, czy został z tyłu. Robię jeszcze fotkę Giewontu i jadę dalej.
Psy
Jest mocno zimno. Ubieram na siebie wszystko co mam w torbie, a i tak dopada mnie dygot. Na wyjeździe z Zakopanego odwiedzam jeszcze BP, myję tam uświnione od smaru ręce. Za Zakopanem zjazd. Ciemno, zimno. Za Czarnym Dunajcem wylatują z jakiegoś pola wielkie psy i gonią za mną. Zatrzymuję się. Stracha mam niezłego. Jestem sama, jest ciemno, a tu sfora psów! Krzyczę na nie, psikam gazem. W końcu odpuszczają. Gdzieś między Piekielnikiem a Jabłonką dogania mnie jakiś zawodnik. Znowu wylatuje pies. Goniąc za kolegą, który jedzie pierwszy, wpada pomiędzy nasze rowery i zamiast szczekać zaczyna skomleć. Udaje mi się go nie rozjechać i samej się nie wywalić. Ale nerwówka! Mało brakowało. A kolega pojechał w siną dal.
Ciemno, że oko wykol
Za miejscówką noclegową zaczynam się rozglądać około 1 w nocy. Niestety jadę przez miejscowość – to Zubrzyca Górna. Same posesje, wszystko oświetlone. Nie ma gdzie się rozbić. A rozglądam się uważnie. Pierwsza potencjalna miejscówka to łąka. Wchodzę i... wpadam do zarośniętego rowu. A by to szlag – buty mokre. Wyłażę i jadę dalej. Druga potencjalna miejscówka to tartak, ale to też okazuje się słaby pomysł. No nic, pozostaje mi władować się na podjazd, drogą biegnącą przez gęste lasy Babiogórskiego Parku Narodowego. Ta droga to urzeczywistnienie moich najgorszych koszmarów o samotnej jeździe nocą. Jest ciemno, że oko wykol. Jest też przeraźliwie cicho. Drzewostan jest wyjątkowo gęsty i zwarty. Ledwie rękę można wcisnąć, a co dopiero człowieka z namiotem i rowerem. O spaniu tutaj nie ma mowy. Wjeżdżam, zjeżdżam. Zawoja. Jakaś budowa, trawy gdzieś do połowy uda. Ładuję się. Przedzieram się przez naście metrów i dopiero wtedy zauważam, że to duży łuk drogi i będę stąd doskonale widoczna – z każdej strony. Wychodzę więc z powrotem na drogę. Jestem już zmęczona i zła – prawie 2 godziny rozglądania się i nic – nie ma gdzie się rozbić. W końcu, kawałek za odbiciem na Stryszawę znajduję. To chwastowisko, widać mnie potencjalnie z aż 3 chatek oraz – jakby się dobrze przypatrzeć – z drogi. Jednak jest już 3:00 w nocy. Nie szukam dalej, tylko idę spać właśnie tu.
Moje dzisiejsze smsy:
» 2015.08.23 - 05:35 Obudzilam sie w miare wyspana, jade dalej :-)
» 2015.08.23 - 07:03 Kawa na orlenie.
» 2015.08.23 - 08:27 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK3
» 2015.08.23 - 09:45 Spotkanie z Waskim :-)
» 2015.08.23 - 10:14 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK4
» 2015.08.23 - 11:23 Piwniczna, 346km. Jade z Waskim :-)
» 2015.08.23 - 12:36 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK5
» 2015.08.23 - 13:31 383km, Lacko. z Waskim pijemy kawe na orlenie.
» 2015.08.23 - 14:54 My mamy 407km z Waskim. Kroscienko. pierwszy orlen na trasie, gdzie maja zapiek. ze szpinakiem. no wreszcie! juz myslalam, ze sie nie doczekam. Potworny ruch.
» 2015.08.23 - 15:04 Teraz jak sie porzadnie najemy, to bedziemy gonic Wilka :-):-)
» 2015.08.23 - 16:36 U Nowakow w Lapszach Niznych. makaron i cola. 424km. my sie gorek nie boimy, zarty sobie z nich robimy! kot i waski :-)
» 2015.08.23 - 16:41 Teraz zarty, a potem bedzie placz i zgrzytanie zebow ;-)
» 2015.08.23 - 19:47INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK6
» 2015.08.23 - 19:50 jedzie mi sie super, Lapszanka i Glodowka za jednym ostrym pociagnieciem. a potem zakleszczyl mi sie lancuch i musialam go recznie wyciagac. Wygielam woz ale jakos dziala, a lapy mam jakbym sie urwala z piekla. Waski zostal na Lapszance z tylu i znow jestem sama.
» 2015.08.23 - 20:33 Zakopane. ostatni raz tu bylam jak mialam 15 lat.
» 2015.08.23 - 22:26 Jest wrednie zimno, 10st. mam na sobie wszystkie ciuchy. Od Zakopanego caly czas zjazd. zamarzne tu chyba. i zasypiam, tak monotonnie.
» 2015.08.24 - 03:08 Do mety 578km, rozlozylam sie na noc za Zawoja. dobranoc!
Mapa:
ZDJĘCIA
Ciąg dalszy
GMRDP (1)
Sobota, 22 sierpnia 2015 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, GMRDP 2015
| Km: | 253.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 3055m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W sobotę rano jemy śniadanie i zbieramy się ze schroniska do
bazy maratonu. Michał tradycyjnie spał słabo. Ja (też tradycyjnie) mocno. W bazie jak w ulu – cały rój rowerzystów.
Rowery najróżniejsze, różne też sposoby spakowania i strategie jazdy. Trochę
biegam z aparatem. Wypijam też kawę. Michał jeszcze trochę reguluje mi rower i
nadchodzi chwila podniosła, gdy jedziemy na start, na rynek w Przemyślu.
Ruszając odpalam GPSa i od razu zonk – nie chce zaskoczyć. Ładuje się do połowy
i zawiecha. Wyłączam, włączam – to samo. Wyjmujemy baterie – też nic to nie
daje. Co się dzieje?! Wpadam w rozpacz i zaczynam płakać. Michał zachowuje
zimną krew i próbuje odpalić grata. Jednak nadaremnie. Wygląda na to, że mogę
pojechać na dworzec PKP i wracać do domu. Bez GPSa nie wyobrażam sobie jazdy na
tak długiej i trudnej trasie. Ostatnią szansą jest jeszcze wyjęcie z urządzenia
karty pamięci. Wyjmuję i staje się cud – GPS odpala. I tak jestem jednak
spięta. W końcu przecież przyjdzie czas, gdy będę musiała zmienić baterie. Czy
wtedy też zaskoczy?
Po swojemu
Krótka odprawa na rynku i startujemy. Początek trasy jest zabezpieczony przez policję. Ulice tylko dla nas. Jedziemy sobie wielkim stadem, które po kilku kilometrach zaczyna się rozciągać coraz bardziej. Start ostry jest lotny. Ludzie ustawiają się już w grupki w jakich planują jechać. Nie zatrzymuję Wilka, mówię mu by też się odpowiednio ustawił. Każde z nas jedzie ten maraton na swój wynik. Mam świadomość, że najpewniej całą trasę przejadę sama. W górach trudno jest jechać z kimś. Z nikim na wspólną jazdę nie jestem też umówiona. Tempa nie szarpię, jadę równo i zupełnie nie przejmuję się tym, że sporo osób mnie wyprzedza. Do pierwszego PK (Caryńska – meta BBT) tasuję się z paroma osobami. Jest chłopak, który ma problemy z GPSem (nie widzi trasy) i paru innych ludzi. Jest też grupka Jelony. Jelona pędzi jak szalona. Nawet nie próbuję do nich dołączyć. Jadę swoje. Pod Caryńską jest szaro.
W ciszy
Pada i jest zimno. Jednak mimo to jedzie mi się dobrze. Jedyne co mnie trochę martwi, to brak długich rękawiczek. Jeśli temperatura spadnie jeszcze, to krótkie będą niewystarczające. Słońce już zachodzi gdy zajeżdżam na małą stację paliw. Kupuję tu zwykłe rękawiczki robocze. Idę też do kibla dotankować wody. Bukłak już pełen i wtedy zauważam kartkę nad umywalką: „Uwaga! Woda niezdatna do picia!” Pięknie, wychodzę na zewnątrz i wylewam wszystko. Wracam na stację i kupuję wodę butelkowaną. GPS niestety mi nawala. Nagle ni z tego ni z owego ślad kończy się. Zgroza! (W domu sprawdzałam – na pewno nagrał się w całości). Klikam, klikam (nie wyłączam – boję się), zmieniam ślad, potem z powrotem wybieram właściwy i zaskakuje. Znowu wiem gdzie mam jechać. Ufff!
Deszczowa pogoda trochę mi przeszkadza, ale da się jechać. Zmęczona się nie czuję, nic mnie też nie boli. Czasem ktoś mnie mija, czasem z kimś jadę przez kilometr, dwa, jednak najczęściej jadę zupełnie sama i w sumie tak jest najfajniej. Żałuję trochę, że zapomniałam MP3, bo to oznacza, że jadę w ciszy.

Decyzja
Pierwszej nocy, zgodnie z planem, miałam iść spać o 1:00. Jednak jedzie się tak fajnie, że rozważam jazdę bez snu. Koło 3:00 nadchodzi moment, by się zdecydować – spać, czy też nie. Senna niby nie jestem, ale znam siebie i wiem, że jak nie pośpię, to następnego dnia będę zasypiała na rowerze i więcej stracę niż zyskam. Zaczynam więc patrzeć za miejscówką. Udaje się ją znaleźć praktycznie od razu. Jest to skraj pola i lasu, dość blisko (a jednak też wystarczająco daleko) od drogi. Przed maratonem trochę się bałam jak to będzie wyglądało z tym nocowaniem. Nigdy dotąd sama nie szukałam miejscówki w nocy i to w dodatku w górach. Zadowolona więc jestem niesamowicie, że poszło to tak gładko. Szybko rozstawiam namiot, dmucham materac, wyjmuję śpiwór i idę spać. Zasypiam prawie od razu.
Moje dzisiejsze smsy:
» 2015.08.22 - 11:17 Siedze pod baza maratonu na trawce, kawa juz wypita, w nocy spalam dobrze. Pazurki mam niebieskie :-)
» 2015.08.22 - 17:41 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK1
» 2015.08.22 - 17:43 14stopni i pada, jest wrednie. 110km, Carynska. Beatka, Ola, czytajcie moje wpisy na mrdp.pl, tam bede nadawac.
» 2015.08.22 - 20:51 Maniow, 159km, jade sama.
» 2015.08.23 - 00:34 220km. ciagle pada i jest zimno. Moj gps strajkuje. niezla nerwowka. caly czas sama.
» 2015.08.23 - 01:36 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK2
» 2015.08.23 - 03:09 Mam 253km, musze sie wyspac troche. dobranoc!
Mapa:
ZDJĘCIA
Ciąg dalszy
Po swojemu
Krótka odprawa na rynku i startujemy. Początek trasy jest zabezpieczony przez policję. Ulice tylko dla nas. Jedziemy sobie wielkim stadem, które po kilku kilometrach zaczyna się rozciągać coraz bardziej. Start ostry jest lotny. Ludzie ustawiają się już w grupki w jakich planują jechać. Nie zatrzymuję Wilka, mówię mu by też się odpowiednio ustawił. Każde z nas jedzie ten maraton na swój wynik. Mam świadomość, że najpewniej całą trasę przejadę sama. W górach trudno jest jechać z kimś. Z nikim na wspólną jazdę nie jestem też umówiona. Tempa nie szarpię, jadę równo i zupełnie nie przejmuję się tym, że sporo osób mnie wyprzedza. Do pierwszego PK (Caryńska – meta BBT) tasuję się z paroma osobami. Jest chłopak, który ma problemy z GPSem (nie widzi trasy) i paru innych ludzi. Jest też grupka Jelony. Jelona pędzi jak szalona. Nawet nie próbuję do nich dołączyć. Jadę swoje. Pod Caryńską jest szaro.
W ciszy
Pada i jest zimno. Jednak mimo to jedzie mi się dobrze. Jedyne co mnie trochę martwi, to brak długich rękawiczek. Jeśli temperatura spadnie jeszcze, to krótkie będą niewystarczające. Słońce już zachodzi gdy zajeżdżam na małą stację paliw. Kupuję tu zwykłe rękawiczki robocze. Idę też do kibla dotankować wody. Bukłak już pełen i wtedy zauważam kartkę nad umywalką: „Uwaga! Woda niezdatna do picia!” Pięknie, wychodzę na zewnątrz i wylewam wszystko. Wracam na stację i kupuję wodę butelkowaną. GPS niestety mi nawala. Nagle ni z tego ni z owego ślad kończy się. Zgroza! (W domu sprawdzałam – na pewno nagrał się w całości). Klikam, klikam (nie wyłączam – boję się), zmieniam ślad, potem z powrotem wybieram właściwy i zaskakuje. Znowu wiem gdzie mam jechać. Ufff!
Deszczowa pogoda trochę mi przeszkadza, ale da się jechać. Zmęczona się nie czuję, nic mnie też nie boli. Czasem ktoś mnie mija, czasem z kimś jadę przez kilometr, dwa, jednak najczęściej jadę zupełnie sama i w sumie tak jest najfajniej. Żałuję trochę, że zapomniałam MP3, bo to oznacza, że jadę w ciszy.

Decyzja
Pierwszej nocy, zgodnie z planem, miałam iść spać o 1:00. Jednak jedzie się tak fajnie, że rozważam jazdę bez snu. Koło 3:00 nadchodzi moment, by się zdecydować – spać, czy też nie. Senna niby nie jestem, ale znam siebie i wiem, że jak nie pośpię, to następnego dnia będę zasypiała na rowerze i więcej stracę niż zyskam. Zaczynam więc patrzeć za miejscówką. Udaje się ją znaleźć praktycznie od razu. Jest to skraj pola i lasu, dość blisko (a jednak też wystarczająco daleko) od drogi. Przed maratonem trochę się bałam jak to będzie wyglądało z tym nocowaniem. Nigdy dotąd sama nie szukałam miejscówki w nocy i to w dodatku w górach. Zadowolona więc jestem niesamowicie, że poszło to tak gładko. Szybko rozstawiam namiot, dmucham materac, wyjmuję śpiwór i idę spać. Zasypiam prawie od razu.
Moje dzisiejsze smsy:
» 2015.08.22 - 11:17 Siedze pod baza maratonu na trawce, kawa juz wypita, w nocy spalam dobrze. Pazurki mam niebieskie :-)
» 2015.08.22 - 17:41 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK1
» 2015.08.22 - 17:43 14stopni i pada, jest wrednie. 110km, Carynska. Beatka, Ola, czytajcie moje wpisy na mrdp.pl, tam bede nadawac.
» 2015.08.22 - 20:51 Maniow, 159km, jade sama.
» 2015.08.23 - 00:34 220km. ciagle pada i jest zimno. Moj gps strajkuje. niezla nerwowka. caly czas sama.
» 2015.08.23 - 01:36 INFO: Zawodnik Marzena Szymańska zdobył punkt PK2
» 2015.08.23 - 03:09 Mam 253km, musze sie wyspac troche. dobranoc!
Mapa:
ZDJĘCIA
Ciąg dalszy
Północna Wielkopolska (2)
Niedziela, 12 lipca 2015 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 266.98 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 10:58 | km/h: | 24.34 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 812m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wstajemy o 6.00. Pogoda nadal jest dobra, choć
niebo nie jest czyste. Jemy śniadanie i zwijamy się. Dziś do przejechania nieco
dłuższa trasa. Asfalt prawie od razu zaczyna opadać. Zajeżdżamy na punkt widokowy Łężeczki, skąd roztacza się
ładny widok na jezioro Chrzypskie. Jedziemy przez Sieraków, a potem wzdłuż
Warty aż do Międzychodu. Trasa jest bardzo ładna, widokowa – dużo lasów, sporo
jezior. Ruch jest niewielki (jaka to miła odmiana po wczorajszym odcinku
Czerwonak – Murowana Goślina).

Na grzyby
Za Międzychodem przekraczamy Wartę i wbijamy się na dłużej w Puszczę Notecką. Przecinamy kompleks leśny i w Drawsku robimy sobie fotki z wielkim grzybem nad Notecią. Odbijamy powoli na północ po gminy Człopa i Tuczno. W Człopie jest tak sennie, że gdy siedzimy na ławce (chwila na jedzenie i odpoczynek), prawie zasypiamy. Resztkami silnej woli zbieramy się do jazdy. Zdobywamy Tuczno i jedziemy na południe, do Trzcianki.
Ta kawa budzi mnie
Coś mi się kołacze w głowie, że w Trzciance jest Orlen (kawa!). I faktycznie – na wyjeździe z miasteczka jest „stop cafe”. Wilk żartuje, że kawa to strata czasu, ale ja wiem swoje. Piję i czuję, że ta kawa budzi mnie! Senność mija jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – nieprzyjemnie ruchliwą (w niedzielne popołudnie) drogęTrzcianka-Czarnków przelatujemy szybciutko. Robimy fotki na kratownicowym czarnkowskim moście, kilka fotek na rynku i kontynuujemy (jeszcze przez jakieś 10 km) jazdę tą drogą. Ruch jest wahadłowy (remont drogi). W stronę Poznania (czyli w naszą stronę) jest spory korek. Udaje nam się go jednak zręcznie ominąć i sprawnie przejechać całe wahadło.
Północ-południe
Zupełnie spokojnie robi się gdy odbijamy z drogi 178 na Ryczywół i Rogoźno. Na wjeździe do Rogoźna zaczyna padać. Tu się rozdzielamy. Wilk jeszcze w poniedziałek będzie kontynuował zaliczanie gmin w północnej Wielkopolsce, ja natomiast w poniedziałek idę do pracy. On ucieka jakieś 10 km na północ i rozbija namiot, ja - niecałe 60 km na południe i jestem w domu.
Mapa:
Fotki

Na grzyby
Za Międzychodem przekraczamy Wartę i wbijamy się na dłużej w Puszczę Notecką. Przecinamy kompleks leśny i w Drawsku robimy sobie fotki z wielkim grzybem nad Notecią. Odbijamy powoli na północ po gminy Człopa i Tuczno. W Człopie jest tak sennie, że gdy siedzimy na ławce (chwila na jedzenie i odpoczynek), prawie zasypiamy. Resztkami silnej woli zbieramy się do jazdy. Zdobywamy Tuczno i jedziemy na południe, do Trzcianki.
Ta kawa budzi mnie
Coś mi się kołacze w głowie, że w Trzciance jest Orlen (kawa!). I faktycznie – na wyjeździe z miasteczka jest „stop cafe”. Wilk żartuje, że kawa to strata czasu, ale ja wiem swoje. Piję i czuję, że ta kawa budzi mnie! Senność mija jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – nieprzyjemnie ruchliwą (w niedzielne popołudnie) drogęTrzcianka-Czarnków przelatujemy szybciutko. Robimy fotki na kratownicowym czarnkowskim moście, kilka fotek na rynku i kontynuujemy (jeszcze przez jakieś 10 km) jazdę tą drogą. Ruch jest wahadłowy (remont drogi). W stronę Poznania (czyli w naszą stronę) jest spory korek. Udaje nam się go jednak zręcznie ominąć i sprawnie przejechać całe wahadło.
Północ-południe
Zupełnie spokojnie robi się gdy odbijamy z drogi 178 na Ryczywół i Rogoźno. Na wjeździe do Rogoźna zaczyna padać. Tu się rozdzielamy. Wilk jeszcze w poniedziałek będzie kontynuował zaliczanie gmin w północnej Wielkopolsce, ja natomiast w poniedziałek idę do pracy. On ucieka jakieś 10 km na północ i rozbija namiot, ja - niecałe 60 km na południe i jestem w domu.
Mapa:
Fotki
Wycieczka nad Jeziorak (1)
Sobota, 23 maja 2015 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
| Km: | 272.78 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 12:26 | km/h: | 21.94 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 786m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzień dobry! To już rano. 3:45. Pora na śniadanie. Kanapka,
herbata i jajecznica z 2 jajek. Tylko 6 stopni, więc pod wiatrówkę zakładam
jeszcze rękawki. Czy wszystko zabrałam? Chyba tak. W drogę :)
Kolory i zapachy
Nie wieje, chwilę temu wstało słońce, nad wodami unoszą się mgiełki. Jest bardzo ładnie i spokojnie. Dookoła wiosna. Wszystko kwitnie. Wiosna ma tak wiele kolorów i zapachów! Jadę bez pośpiechu. Pierwszy dłuższy postój robię na stacji, 10 km przed Inowrocławiem. Piję tu kawę i jem zapiekankę. Niebo z błękitnego robi się jasnoszare, powietrze jest parne. Wg prognoz późnym popołudniem może trafić się jakiś deszcz. Inowrocław oglądam sobie dość dokładnie. Wiercę się po mieście, zaglądam na reprezentacyjny deptak, na ładny rynek z fontanną.

W Ciechocinku, gdzie dom zdrojowy
Bocznymi drogami jadę do Ciechocinka. To jedna z atrakcji wycieczki. Mam ogromną ochotę na gofra z owocami i bitą śmietaną, ale kolejki są takie, że trzeba czekać przynajmniej 25 minut! Ludzi zatrzęsienie, przy fontannie grają jakiś mały koncert, raz po raz przejeżdża zaprzęg konny, kuracjusze spacerują, siedzą w ogródkach, piją kawę, jedzą lody. Co za atmosfera! Na pociechę – zamiast gofra – biorę lody. Aż tak ciepło nie jest, ale co tam ;). W centrum miasteczka jest tłoczno i gwarnie, jednak pod słynnymi tężniami – prawie zupełnie pusto. Fajnie by stąd było mieć pamiątkową fotkę, ale nie bardzo jest kogo poprosić o jej zrobienie. W oddali idzie para. Czekam na nich i proszę o pstryknięcie fotki. Przy okazji gadamy trochę.
Nijak
Dalej, aż do Torunia, jadę DK91. Tuż obok leci A1, więc ruchu dużego nie ma (jedzie trochę samochodów, ale prawie wszystkie w przeciwną stronę), w dodatku mam szerokie pobocze. 25 km odcinek do Torunia przelatuje szybko, bo... nic ciekawego tu nie ma i nie warto się zatrzymywać. Do Torunia wjeżdżam bokiem, omijając centrum. Byłam tu już kilka razy, więc nie robię postoju. Mostem przekraczam Wisłę, jest tu ścieżka dla rowerów – zgapiłam się i niestety pojechałam szosą, a szkoda, bo na ścieżce mogłabym się na chwilę zatrzymać i popatrzeć na rzekę. A tu, na szosie – nijak. Prawie od razu za mostem wykręcam na południe. W Obrowie wyjeżdżam na DK10, to kilka kilometrów tą drogą, na całym tym odcinku mam szerokie pobocze. W sobotnie popołudnie ruch nie jest zbyt duży.
U Lecha
W nogach mam już solidny dystans i jestem głodna. Obiecuję sobie pizzę w Gulubiu-Dobrzyniu. Gdy się na coś mocno czeka, to zwykle jest tak, że czas zwalnia. Mam wrażenie, że nigdy do Golubia nie dojadę. Z naprzeciwka jedzie dwóch szosowców. Oni z pewnością wiedzą, czy to jeszcze daleko! Zwalniam i pytam ile to jeszcze. Chłopaki zamiast rzucić konkretami (liczbami) wolą niedopowiedzenia:
jeszcze trochę – mówi jeden,
to jeszcze kawałek – dopowiada drugi.
Nikt z nas się nie zatrzymuje. Wszystko w locie. Zła już jestem. Głodna! Gdybym wiedziała, że niczego się nie dowiem, to bym nie pytała. Przegryzam marsa (to za słodkie, na chwilę będzie lepiej, potem znowu zacznie telepać z głodu) i jadę. W końcu jest! Na ryneczku kilka fotek i idę na pizzę w znajome miejsce, gdzie można do lokalu wejść z rowerem. To pizzeria „U Lecha”.
Grzaniec
Byłam tu i jadłam w zeszłym roku, gdy jechałam do Ełku. Działam trochę nieracjonalnie – to dlatego, że pamiętam gościa, który stoi za ladą. Tak bardzo się cieszę, że tu jestem i że w końcu się najem, że witam go niemal jak starego znajomego. On mnie oczywiście nie pamięta, ale chyba udziela mu się moja radość, bo gdy proszę o dużą herbatę do pizzy, to proponuje, że zrobi mi podwójną w wielkim kuflu do grzańca i policzy jako jedną małą herbatkę :)). Pizzę biorę małą, wegetariańską (i tak nie daję rady całej wcisnąć). Gadamy chwilę o trasie, po czym z prawdziwą przyjemnością siadam przy jednym ze stołów. O rower się nie martwię, stoi obok.
Po zachodzie słońca
Gdy opuszczam Golub-Dobrzyń, do zachodu słońca mam koło 40 minut. Tuż za miastem są lasy, ale to jeszcze za wcześnie na szukanie miejscówki. Ach! Gdybym wiedziała co będzie dalej...
A dalej są same pola. Pola po horyzont. A jeśli zadrzewienia – to przy domkach/gospodarstwach. 20:43 – zachodzi słońce. A ja jadę. Wreszcie jest miejsce, ale... łazi tu jakiś facet. No nic, muszę jechać dalej. Jest mocno szaro, gdy pośród płaskiej patelni pól pojawiają się niewielkie górki. Jest wreszcie jakieś zakrzaczenie. Wyłączam lampki i biegnę w pole. Zakrzaczenie jest marne. Nie da się wejść - same kłujące rośliny. Muszę więc rozbić się na łysym polu. Trochę głupio. Zasiew jest świeży – ziemia sypka (szpilki trzymają się na słowo honoru). Wszystko brązowe – mój namiot zielony. Ale od drogi zasłania mnie górka, tak samo od najbliższego gospodarstwa. Jestem odsłonięta, ale mnie nie widać. Chociaż... gdy rozbijam namiot, gapią się 2 sarny.
Mapa:
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Kolory i zapachy
Nie wieje, chwilę temu wstało słońce, nad wodami unoszą się mgiełki. Jest bardzo ładnie i spokojnie. Dookoła wiosna. Wszystko kwitnie. Wiosna ma tak wiele kolorów i zapachów! Jadę bez pośpiechu. Pierwszy dłuższy postój robię na stacji, 10 km przed Inowrocławiem. Piję tu kawę i jem zapiekankę. Niebo z błękitnego robi się jasnoszare, powietrze jest parne. Wg prognoz późnym popołudniem może trafić się jakiś deszcz. Inowrocław oglądam sobie dość dokładnie. Wiercę się po mieście, zaglądam na reprezentacyjny deptak, na ładny rynek z fontanną.

W Ciechocinku, gdzie dom zdrojowy
Bocznymi drogami jadę do Ciechocinka. To jedna z atrakcji wycieczki. Mam ogromną ochotę na gofra z owocami i bitą śmietaną, ale kolejki są takie, że trzeba czekać przynajmniej 25 minut! Ludzi zatrzęsienie, przy fontannie grają jakiś mały koncert, raz po raz przejeżdża zaprzęg konny, kuracjusze spacerują, siedzą w ogródkach, piją kawę, jedzą lody. Co za atmosfera! Na pociechę – zamiast gofra – biorę lody. Aż tak ciepło nie jest, ale co tam ;). W centrum miasteczka jest tłoczno i gwarnie, jednak pod słynnymi tężniami – prawie zupełnie pusto. Fajnie by stąd było mieć pamiątkową fotkę, ale nie bardzo jest kogo poprosić o jej zrobienie. W oddali idzie para. Czekam na nich i proszę o pstryknięcie fotki. Przy okazji gadamy trochę.
Nijak
Dalej, aż do Torunia, jadę DK91. Tuż obok leci A1, więc ruchu dużego nie ma (jedzie trochę samochodów, ale prawie wszystkie w przeciwną stronę), w dodatku mam szerokie pobocze. 25 km odcinek do Torunia przelatuje szybko, bo... nic ciekawego tu nie ma i nie warto się zatrzymywać. Do Torunia wjeżdżam bokiem, omijając centrum. Byłam tu już kilka razy, więc nie robię postoju. Mostem przekraczam Wisłę, jest tu ścieżka dla rowerów – zgapiłam się i niestety pojechałam szosą, a szkoda, bo na ścieżce mogłabym się na chwilę zatrzymać i popatrzeć na rzekę. A tu, na szosie – nijak. Prawie od razu za mostem wykręcam na południe. W Obrowie wyjeżdżam na DK10, to kilka kilometrów tą drogą, na całym tym odcinku mam szerokie pobocze. W sobotnie popołudnie ruch nie jest zbyt duży.
U Lecha
W nogach mam już solidny dystans i jestem głodna. Obiecuję sobie pizzę w Gulubiu-Dobrzyniu. Gdy się na coś mocno czeka, to zwykle jest tak, że czas zwalnia. Mam wrażenie, że nigdy do Golubia nie dojadę. Z naprzeciwka jedzie dwóch szosowców. Oni z pewnością wiedzą, czy to jeszcze daleko! Zwalniam i pytam ile to jeszcze. Chłopaki zamiast rzucić konkretami (liczbami) wolą niedopowiedzenia:
jeszcze trochę – mówi jeden,
to jeszcze kawałek – dopowiada drugi.
Nikt z nas się nie zatrzymuje. Wszystko w locie. Zła już jestem. Głodna! Gdybym wiedziała, że niczego się nie dowiem, to bym nie pytała. Przegryzam marsa (to za słodkie, na chwilę będzie lepiej, potem znowu zacznie telepać z głodu) i jadę. W końcu jest! Na ryneczku kilka fotek i idę na pizzę w znajome miejsce, gdzie można do lokalu wejść z rowerem. To pizzeria „U Lecha”.
Grzaniec
Byłam tu i jadłam w zeszłym roku, gdy jechałam do Ełku. Działam trochę nieracjonalnie – to dlatego, że pamiętam gościa, który stoi za ladą. Tak bardzo się cieszę, że tu jestem i że w końcu się najem, że witam go niemal jak starego znajomego. On mnie oczywiście nie pamięta, ale chyba udziela mu się moja radość, bo gdy proszę o dużą herbatę do pizzy, to proponuje, że zrobi mi podwójną w wielkim kuflu do grzańca i policzy jako jedną małą herbatkę :)). Pizzę biorę małą, wegetariańską (i tak nie daję rady całej wcisnąć). Gadamy chwilę o trasie, po czym z prawdziwą przyjemnością siadam przy jednym ze stołów. O rower się nie martwię, stoi obok.
Po zachodzie słońca
Gdy opuszczam Golub-Dobrzyń, do zachodu słońca mam koło 40 minut. Tuż za miastem są lasy, ale to jeszcze za wcześnie na szukanie miejscówki. Ach! Gdybym wiedziała co będzie dalej...
A dalej są same pola. Pola po horyzont. A jeśli zadrzewienia – to przy domkach/gospodarstwach. 20:43 – zachodzi słońce. A ja jadę. Wreszcie jest miejsce, ale... łazi tu jakiś facet. No nic, muszę jechać dalej. Jest mocno szaro, gdy pośród płaskiej patelni pól pojawiają się niewielkie górki. Jest wreszcie jakieś zakrzaczenie. Wyłączam lampki i biegnę w pole. Zakrzaczenie jest marne. Nie da się wejść - same kłujące rośliny. Muszę więc rozbić się na łysym polu. Trochę głupio. Zasiew jest świeży – ziemia sypka (szpilki trzymają się na słowo honoru). Wszystko brązowe – mój namiot zielony. Ale od drogi zasłania mnie górka, tak samo od najbliższego gospodarstwa. Jestem odsłonięta, ale mnie nie widać. Chociaż... gdy rozbijam namiot, gapią się 2 sarny.
Mapa:
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Jamielnik
Sobota, 13 grudnia 2014 Kategoria Kocia czytelnia, do 300
| Km: | 272.29 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 11:02 | km/h: | 24.68 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 938m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
12 kilometrów. Ile to jest?
[...]
Dużo?
[Za dużo...]
Ile czasu potrzebujesz by pokonać 12 kilometrów?
[Zbyt wiele by zdążyć na czas...]
Czas....
[Już po czasie...]
Czy ma to jakieś większe znaczenie?
[Ma! Jasne, że tak!!!]
Bywa tak, że cel jest o 12 kroków za daleko.
[...]
........................................................................................................................................................................................
Orkan Aleksandra miał wyszaleć się w nocy. Pomysł by jechać z wiatrem rzucił Krzysztof. Gdzie poniesie?
Do Iławy?
Trasę mam opracowaną - to w zasadzie sprawdzony gotowiec. Przez Iławę jechałam przecież latem do Ełku. Jako, że do Iławy jedzie się przez Toruń, zagaduję do Olka. Umawiamy się na spotkanie na mieście. Podsyłam mu też do wglądu całą trasę. Koryguje odcinek Toruń – Iława. Fajnie – będzie trochę nowego.
Przeminęło z wiatrem
W sobotę budzik dzwoni o 2.45. Jestem gotowa do zerwania się na równe nogi, ale Krzysztof zarządza 5 minut drzemki. Ok., w sumie chętnie. Przez te 5 minut śpię z całych sił. Kiedy jemy śniadanie, za oknem leje. Ale nie słychać wycia wiatru. Chyba faktycznie najsilniejsze uderzenie przeszło w nocy. Wiatr... przeminął z wiatrem? Tradycyjne śniadanie: kanapka, herbata, kawa, czekolada, Internet. I w drogę. Przed startem Krzysztof jeszcze trochę lata po chacie, motam się i ja. Koniec końców, zamiast o 4.00 rano, ruszamy o 4.20. Ciemno, ciepło jak na grudzień (4`C) i wietrznie. Drogi są mokre, ale już nie pada. Pusto. Jazda idzie sprawnie, choć Krzysztof prawie od razu mi mocno odskakuje (jest w zasięgu wzroku).
Ciemno
GPS pada tuż przed Kiszkowem. A to niemiła niespodzianka! Zaskakujące tym bardziej, że przecież na tę jazdę były zakładane świeżo naładowane akumulatorki. Od pierwszego sygnału, że to wyczerpane baterie, mam jeszcze chwilę czasu nim urządzenie ostatecznie zgaśnie. Krzysztof daleko z przodu. Drę się więc jak wariatka z nadzieją, że mnie usłyszy. Nic. No to rozdzieram się jeszcze głośniej. W końcu daje to rezultat i widzę, że zawraca. Wiatr nie tylko pomaga jechać, ale też doskonale niesie głos ;). W Kiszkowie jest stacja paliw. Wiele razy przejeżdżałam obok - chyba czynna całą dobę. Czynna. Kupujemy baterie i wracamy do nocnej jazdy. Ciemno, ciemno, ciemno. Można mieć wrażenie, że dzień nigdy nie nadejdzie. Ale w końcu nadchodzi - w Żninie, po ponad 70 km jazdy w ciemnościach.
Gdyby...
Na wyjeździe z miasta drugi szybki postój na stacji. Postojów prawie nie ma, z czasem jest ciasno. Krzysztof gada, że do Iławy jest z 260-270 km, mi w głowie się tłucze, że to jednak więcej (przecież jechałam przez Iławę!). Siedzi we mnie jakiś niepokój. Współpraca zupełnie się nie klei, każde z nas jedzie swoje. Problem jest z jedzeniem – trudno cokolwiek sięgnąć z torby i odpakować, gdy ma się na dłoniach grube rękawiczki. Rezultat jest taki, że prawie nie jem. Żałuję, że w bukłaku mam czystą wodę. Gdyby to był jakiś sok... gdyby woda z miodem... to by dało choć trochę energii.
Spotkanie
Do Torunia dojeżdżamy w niedoczasie. Wg moich wyliczeń mamy tu max 10 minut na postój (za Toruniem są lekkie górki, dziurawe drogi – tak to pamiętam). Krótko po wjeździe do miasta spotykamy Olka, który wyjechał nam naprzeciw. Jak miło! Jedziemy razem przez imponujący most na Wiśle. Szarpię się z torbą i aparatem, by zrobić choć jedno zdjęcie z tej wspólnej jazdy. Udaje się, ale zostaję po tej szarpance mocno z tyłu. Olek prowadzi nas na stację. Po drodze czuć cudowny, słodki zapach. Olek gada, że niedaleko jest wytwórnia płatków śniadaniowych. Umieram z głodu, więc ten boski zapach to istna tortura. Na stacji pijemy kawę i jemy babkę (jestem tak głodna, że zjadam prawie pół babki, do kawy sypię cukier). Potem wspólnie wyjeżdżamy z miasta. Na jednym ze skrzyżowań Olek się z nami żegna, a my jedziemy zgodnie z jego wariantem trasy, w stronę Iławy.
Nic strasznego
Na samym początku ślad wyrzuca nas na chwilę na DK10. Nie jest to jednak nic strasznego, bo to krótki kawałek i w dodatku jest szerokie pobocze. Dalsza droga na Golub-Dobrzyń jest już zupełnie spokojna i jedzie się bardzo fajnie - zwłaszcza, że i nawierzchnie są dobre. W Golubiu-Dobrzyniu żadnych przerw. Szybka fotka zamku (z daleka) i jazda. Na chwilę (jakieś 7-8km) jeszcze wyskakujemy na główniejszą drogę – to DK15 Toruń-Olsztyn. Nie ma pobocza, ale ruch nie jest tragiczny. W końcu to sobota (w tygodniu, np. w piątkowe popołudnie, nie chciałabym tu jednak być).
Niedoczas
Brodnicki Park Krajobrazowy to małe, ale częste góreczki. Jest ładnie, ale trudno mi wykrzesać z siebie radość i entuzjazm. Jestem głodna. Na zatrzymywanie się i jedzenie nie ma czasu. Jest niedoczas. Wariant Olka częściowo pokrywa się z moim. Gdy docieramy do Bielic, gdzie nocowałam w drodze do Ełku, wiem już, że z całą pewnością jest źle. Krzysztof, który cały czas leciał z przodu stoi na poboczu, zaraz za przejazdem. Woła bym też się zatrzymała. Nie ma znaków na Iławę. Gdzie ta Iława? Czasu jest już tak mało!
To jeszcze kawałek drogi. Nieco za długi by zrobić go w 50 minut... a mniej więcej tyle mamy do odjazdu pociągu.
Gdy wszystko się wali...
Krzysztof proponuje współpracę. Każe siadać na koło. Po ponad 250 km jazdy osobno... Szlag mnie trafia, o współpracy należało pomyśleć wcześniej! Nie siadam na koło. To i tak już nie ma sensu. Jedziemy jeszcze kawałek. Do dobrze mi znanego znaku „Iława 12”. Krzysztof czeka na rozdrożu. Klikamy w GPSie. Mało co w nim widać. Udaje się jednak znaleźć stację bliższą od Iławy, to Jamielnik. Drogi widać w GPSie tak wspaniale, że odbicie na Jamielnik zupełnie nam umyka. Lecimy jeszcze kawałek na Iławę (ze 3km), Krzysztof pyta przypadkowego faceta o to odbicie. No i musimy się 3km cofnąć. Jest już bardzo głęboka szarówka.
Smacznego!
Pada mi lampka, ale nie ma czasu by zmieniać baterie. Jadę więc nie widząc prawie nic, a są dziury. W dodatku jest mi słabo z głodu. Ledwo się trzymam na rowerze. Staram się o tym głodzie nie myśleć, nie zastanawiać co będzie jeśli stracę przytomność podczas jazdy.
I wtedy gdy wyłączam myślenie stwierdzam, że coś jem.
Poruszam szczęką, gryzę.
Nie połykam.
Co do diaska? Ze zdumieniem odkrywam, że gryzę własny polarek, którym osłaniam usta i nos przed zimnym powietrzem. Aż tak głodna?... W końcu docieramy do Jamielnika. A tu stacja kolejowa za jakimś ogrodzeniem. Okrążamy to ogrodzenie gruntówką. Jadę potem po peronie i prawie ładuję się na słup. Jest mi strasznie smutno, jestem też wściekła. Pierwsze o czym myślę, to że rzucę całą tę jazdę rowerem w cholerę. Zablokuję komentarze na BS, zniknę w ogóle z rowerowego Internetu. Do Iławy zabrakło 12 km.
Granica
Po kilku minutach przyjeżdża pociąg. W środku jest gorąco, ale z tego przegłodzenia cała się trzęsę. Zakładam więc dodatkową kurtkę. Na przesiadce w Toruniu jemy pizzę. Mogliśmy ją zamówić dzięki uprzejmości Olka, który dał nam namiary na pizzerię. Po takim głodnym dniu pizza wchodzi jednak ciężko. Po dwóch kawałkach mam zupełnie dość i czuję się jak lekko podpita. Kolejny pociąg – tym razem już ostatni na dziś. W przedziale 3 osoby. Chłopak w niebieskiej kurtce pyta ile przejechaliśmy. Zaokrąglam w dół: 270km. Jest zszokowany takim przebiegiem. Zupełnie też nie rozumie mojego przygnębienia.
Śmieje się pytając cóż to jest te brakujące 12km...
Cóż to jest?
Otóż to jest właśnie granica między radością a smutkiem, ale zupełnie nie mam serca by mu to wyjaśniać.
Gapię się tępo w czarne okno.
Tak się złożyło, że tym razem się nie udało.
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Mapa:
[...]
Dużo?
[Za dużo...]
Ile czasu potrzebujesz by pokonać 12 kilometrów?
[Zbyt wiele by zdążyć na czas...]
Czas....
[Już po czasie...]
Czy ma to jakieś większe znaczenie?
[Ma! Jasne, że tak!!!]
Bywa tak, że cel jest o 12 kroków za daleko.
[...]
........................................................................................................................................................................................
Orkan Aleksandra miał wyszaleć się w nocy. Pomysł by jechać z wiatrem rzucił Krzysztof. Gdzie poniesie?
Do Iławy?
Trasę mam opracowaną - to w zasadzie sprawdzony gotowiec. Przez Iławę jechałam przecież latem do Ełku. Jako, że do Iławy jedzie się przez Toruń, zagaduję do Olka. Umawiamy się na spotkanie na mieście. Podsyłam mu też do wglądu całą trasę. Koryguje odcinek Toruń – Iława. Fajnie – będzie trochę nowego.
Przeminęło z wiatrem
W sobotę budzik dzwoni o 2.45. Jestem gotowa do zerwania się na równe nogi, ale Krzysztof zarządza 5 minut drzemki. Ok., w sumie chętnie. Przez te 5 minut śpię z całych sił. Kiedy jemy śniadanie, za oknem leje. Ale nie słychać wycia wiatru. Chyba faktycznie najsilniejsze uderzenie przeszło w nocy. Wiatr... przeminął z wiatrem? Tradycyjne śniadanie: kanapka, herbata, kawa, czekolada, Internet. I w drogę. Przed startem Krzysztof jeszcze trochę lata po chacie, motam się i ja. Koniec końców, zamiast o 4.00 rano, ruszamy o 4.20. Ciemno, ciepło jak na grudzień (4`C) i wietrznie. Drogi są mokre, ale już nie pada. Pusto. Jazda idzie sprawnie, choć Krzysztof prawie od razu mi mocno odskakuje (jest w zasięgu wzroku).
Ciemno
GPS pada tuż przed Kiszkowem. A to niemiła niespodzianka! Zaskakujące tym bardziej, że przecież na tę jazdę były zakładane świeżo naładowane akumulatorki. Od pierwszego sygnału, że to wyczerpane baterie, mam jeszcze chwilę czasu nim urządzenie ostatecznie zgaśnie. Krzysztof daleko z przodu. Drę się więc jak wariatka z nadzieją, że mnie usłyszy. Nic. No to rozdzieram się jeszcze głośniej. W końcu daje to rezultat i widzę, że zawraca. Wiatr nie tylko pomaga jechać, ale też doskonale niesie głos ;). W Kiszkowie jest stacja paliw. Wiele razy przejeżdżałam obok - chyba czynna całą dobę. Czynna. Kupujemy baterie i wracamy do nocnej jazdy. Ciemno, ciemno, ciemno. Można mieć wrażenie, że dzień nigdy nie nadejdzie. Ale w końcu nadchodzi - w Żninie, po ponad 70 km jazdy w ciemnościach.
Gdyby...
Na wyjeździe z miasta drugi szybki postój na stacji. Postojów prawie nie ma, z czasem jest ciasno. Krzysztof gada, że do Iławy jest z 260-270 km, mi w głowie się tłucze, że to jednak więcej (przecież jechałam przez Iławę!). Siedzi we mnie jakiś niepokój. Współpraca zupełnie się nie klei, każde z nas jedzie swoje. Problem jest z jedzeniem – trudno cokolwiek sięgnąć z torby i odpakować, gdy ma się na dłoniach grube rękawiczki. Rezultat jest taki, że prawie nie jem. Żałuję, że w bukłaku mam czystą wodę. Gdyby to był jakiś sok... gdyby woda z miodem... to by dało choć trochę energii.
Spotkanie
Do Torunia dojeżdżamy w niedoczasie. Wg moich wyliczeń mamy tu max 10 minut na postój (za Toruniem są lekkie górki, dziurawe drogi – tak to pamiętam). Krótko po wjeździe do miasta spotykamy Olka, który wyjechał nam naprzeciw. Jak miło! Jedziemy razem przez imponujący most na Wiśle. Szarpię się z torbą i aparatem, by zrobić choć jedno zdjęcie z tej wspólnej jazdy. Udaje się, ale zostaję po tej szarpance mocno z tyłu. Olek prowadzi nas na stację. Po drodze czuć cudowny, słodki zapach. Olek gada, że niedaleko jest wytwórnia płatków śniadaniowych. Umieram z głodu, więc ten boski zapach to istna tortura. Na stacji pijemy kawę i jemy babkę (jestem tak głodna, że zjadam prawie pół babki, do kawy sypię cukier). Potem wspólnie wyjeżdżamy z miasta. Na jednym ze skrzyżowań Olek się z nami żegna, a my jedziemy zgodnie z jego wariantem trasy, w stronę Iławy.
Nic strasznego
Na samym początku ślad wyrzuca nas na chwilę na DK10. Nie jest to jednak nic strasznego, bo to krótki kawałek i w dodatku jest szerokie pobocze. Dalsza droga na Golub-Dobrzyń jest już zupełnie spokojna i jedzie się bardzo fajnie - zwłaszcza, że i nawierzchnie są dobre. W Golubiu-Dobrzyniu żadnych przerw. Szybka fotka zamku (z daleka) i jazda. Na chwilę (jakieś 7-8km) jeszcze wyskakujemy na główniejszą drogę – to DK15 Toruń-Olsztyn. Nie ma pobocza, ale ruch nie jest tragiczny. W końcu to sobota (w tygodniu, np. w piątkowe popołudnie, nie chciałabym tu jednak być).
Niedoczas
Brodnicki Park Krajobrazowy to małe, ale częste góreczki. Jest ładnie, ale trudno mi wykrzesać z siebie radość i entuzjazm. Jestem głodna. Na zatrzymywanie się i jedzenie nie ma czasu. Jest niedoczas. Wariant Olka częściowo pokrywa się z moim. Gdy docieramy do Bielic, gdzie nocowałam w drodze do Ełku, wiem już, że z całą pewnością jest źle. Krzysztof, który cały czas leciał z przodu stoi na poboczu, zaraz za przejazdem. Woła bym też się zatrzymała. Nie ma znaków na Iławę. Gdzie ta Iława? Czasu jest już tak mało!
To jeszcze kawałek drogi. Nieco za długi by zrobić go w 50 minut... a mniej więcej tyle mamy do odjazdu pociągu.
Gdy wszystko się wali...
Krzysztof proponuje współpracę. Każe siadać na koło. Po ponad 250 km jazdy osobno... Szlag mnie trafia, o współpracy należało pomyśleć wcześniej! Nie siadam na koło. To i tak już nie ma sensu. Jedziemy jeszcze kawałek. Do dobrze mi znanego znaku „Iława 12”. Krzysztof czeka na rozdrożu. Klikamy w GPSie. Mało co w nim widać. Udaje się jednak znaleźć stację bliższą od Iławy, to Jamielnik. Drogi widać w GPSie tak wspaniale, że odbicie na Jamielnik zupełnie nam umyka. Lecimy jeszcze kawałek na Iławę (ze 3km), Krzysztof pyta przypadkowego faceta o to odbicie. No i musimy się 3km cofnąć. Jest już bardzo głęboka szarówka.
Smacznego!
Pada mi lampka, ale nie ma czasu by zmieniać baterie. Jadę więc nie widząc prawie nic, a są dziury. W dodatku jest mi słabo z głodu. Ledwo się trzymam na rowerze. Staram się o tym głodzie nie myśleć, nie zastanawiać co będzie jeśli stracę przytomność podczas jazdy.
I wtedy gdy wyłączam myślenie stwierdzam, że coś jem.
Poruszam szczęką, gryzę.
Nie połykam.
Co do diaska? Ze zdumieniem odkrywam, że gryzę własny polarek, którym osłaniam usta i nos przed zimnym powietrzem. Aż tak głodna?... W końcu docieramy do Jamielnika. A tu stacja kolejowa za jakimś ogrodzeniem. Okrążamy to ogrodzenie gruntówką. Jadę potem po peronie i prawie ładuję się na słup. Jest mi strasznie smutno, jestem też wściekła. Pierwsze o czym myślę, to że rzucę całą tę jazdę rowerem w cholerę. Zablokuję komentarze na BS, zniknę w ogóle z rowerowego Internetu. Do Iławy zabrakło 12 km.
Granica
Po kilku minutach przyjeżdża pociąg. W środku jest gorąco, ale z tego przegłodzenia cała się trzęsę. Zakładam więc dodatkową kurtkę. Na przesiadce w Toruniu jemy pizzę. Mogliśmy ją zamówić dzięki uprzejmości Olka, który dał nam namiary na pizzerię. Po takim głodnym dniu pizza wchodzi jednak ciężko. Po dwóch kawałkach mam zupełnie dość i czuję się jak lekko podpita. Kolejny pociąg – tym razem już ostatni na dziś. W przedziale 3 osoby. Chłopak w niebieskiej kurtce pyta ile przejechaliśmy. Zaokrąglam w dół: 270km. Jest zszokowany takim przebiegiem. Zupełnie też nie rozumie mojego przygnębienia.
Śmieje się pytając cóż to jest te brakujące 12km...
Cóż to jest?
Otóż to jest właśnie granica między radością a smutkiem, ale zupełnie nie mam serca by mu to wyjaśniać.
Gapię się tępo w czarne okno.
Tak się złożyło, że tym razem się nie udało.
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Mapa:
Z Dólska pod Świeciem (solo)
Niedziela, 29 czerwca 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
| Km: | 253.97 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W niedzielę odsypiam imprezę (śpię 4 godziny) – wstaję dla
odmiany o 6:00. Na śniadanie nie ma nawet herbaty. Do wyboru soczek lub
kranówa. Wybieram soczek. Dzięki temu, że śniadaniowych fajerwerków
zdecydowanie brak, dość szybko zbieram się w drogę. Dzień wg prognoz ma być
marny pogodowo – deszczowy i wietrzny. Będzie to odmiana po wczorajszej miłej
wycieczce, gdzie pogoda w sumie dopisała i mogłam, poza jazdą na rowerze,
pobawić się również w fotografa.
Na rezerwie
Pogoda bywa jednak litościwa – zaczyna się to wszystko delikatnie – od mżawki. Po zarwanej nocce jedzie mi się bardzo średnio, tymczasem mżawka przechodzi w regularny deszcz. W Borach Tucholskich, gdzieś pod wiatą turystyczną, robię pierwszą przerwę. Jem przedostatnią kanapkę. Batoniki też się kończą. Muszę zrobić zakupy. Cały odcinek prawie aż do Sępólna Krajeńskiego (to około 70km) mam z wiatrem bocznym i z przelotnymi opadami. Przed miastem przestaje padać i wychodzi nawet słońce. Za to wykręcam na południe i południowy wiatr wiejący mi centralnie w twarz pokazuje całą swoją moc. Kawę planowałam w Więcborku, ale jadę cieniutko. Zatem zarówno zakupy jak i picie kawy następuje już w Sępólnie. Wiadro kawy – 400ml stawia mnie na nogi. Jadę od teraz przyzwoicie.
Proszę, wróć!
Przed Więcborkiem mijam się z jakimś szosowcem. Gapi się na mnie aż za mocno. Uśmiecham się lekko, na co on obracając się wyjeżdża prawie na sam środek drogi. Przez jedną szaloną chwilę myślę, że może zawróci i pociągnie mnie trochę pod ten paskudny wiatr. No ale aż tak dobrze to nie ma ;). Tym razem w Więcborku świeci słońce. Bez deszczu miasteczko jest znacznie bardziej atrakcyjne. Mimo wiatru w twarz jakoś się jedzie, do czasu gdy coś wpada mi do oka. No to stop! Jestem akurat gdzieś między miejscowościami. Ręce mam brudne, lusterka brak. Oko jednak szczypie, boli i łzawi. Brudnymi rękami biorę się do roboty. Ale poza dodatkowym bólem nie zyskuję nic.
Gabinet zabiegowy
Najbliższa miejscowość to Dziegciarnia. Zauważam tu stary, zrujnowany kościół tuż przy drodze. Jak to możliwe, że nie widziałam go wczoraj? Drzwi są otwarte na oścież. Wchodzę do środka i delektuję się specyficznym klimatem. Kawałek dalej atakuję sklep. Potrzebuję umyć ręce i przy lusterku zająć się nieszczęsnym okiem. Sprzedawca wpuszcza mnie do swojego domu. Wywijam powiekę na wszystkie strony, podstawiam oko pod kran i udaje się. Jestem jeszcze załzawiona, ale mogę jechać dalej. Jeszcze tylko trochę dziur i docieram do DK10. Jest gorąco, świeci słońce. W takich warunkach Samostrzel wygląda jeszcze ładniej niż wczoraj.
Wieża do pilota
No ale dobra pogoda (w sensie brak deszczu, bo wieje cały czas) nie trwa wiecznie. Nad doliną Noteci wiszą już ciężkie, napompowane wodą chmury.
Wieża do pilota: „Strefa opadów jest szeroka, ale jak będzie mocno lać warto stanąć, bo intensywne są małe komórki jak rodzynki w cieście i ich nie wyjadaj”.
Pilot do wieży: „OK.”.
Deszczyk zaczyna się od razu po otrzymaniu komunikatu. Przecinam Noteć i robię tragicznie dziurawy odcinek do Ludwikowa. Pada i wieje niestety już do końca trasy (jakieś 100km). Wspaniałe wprost warunki do jazdy na rowerze: deszcz i wiatr w twarz. Cały ten syf swoje apogeum osiąga w Gołańczy. Ludzie w popłochu uciekają z ulic. Chowam się na chwilę w sklepie i ja. To pewnie jedna z tych małych komórek. Siedzę tu jednak długo i nie zmienia się nic, więc decyduję się jechać. No bo na co mam czekać? Na wieczór?
Każda udręka
To dobra decyzja, bo leje równo cały czas i nie poprawia się wcale. Świat tonie w szarości i nieustannym deszczu. Na sam koniec, na dobicie, dostaję jeszcze wstrętnie dziurawy odcinek w Tucznie. Masakra powoli dobiega końca. Od całej tej szarpaniny po dziurach, pod deszcz i wiatr czuję się nieźle skatowana (nie pamiętam kiedy ostatnio dostałam aż taki wycisk [fizyczny – chodzi o boleść fizyczną], to musiało być bardzo dawno temu). Nadgarstki aż rwą z bólu, w udach mam ogień i chodzenie sprawia mi pewien problem. Jednak każda udręka kiedyś się kończy :).
mapka:http://www.gpsies.com/map.do?fileId=wbclncsoqdxetc...
fotki: https://picasaweb.google.com/10265604329477346200...
Na rezerwie
Pogoda bywa jednak litościwa – zaczyna się to wszystko delikatnie – od mżawki. Po zarwanej nocce jedzie mi się bardzo średnio, tymczasem mżawka przechodzi w regularny deszcz. W Borach Tucholskich, gdzieś pod wiatą turystyczną, robię pierwszą przerwę. Jem przedostatnią kanapkę. Batoniki też się kończą. Muszę zrobić zakupy. Cały odcinek prawie aż do Sępólna Krajeńskiego (to około 70km) mam z wiatrem bocznym i z przelotnymi opadami. Przed miastem przestaje padać i wychodzi nawet słońce. Za to wykręcam na południe i południowy wiatr wiejący mi centralnie w twarz pokazuje całą swoją moc. Kawę planowałam w Więcborku, ale jadę cieniutko. Zatem zarówno zakupy jak i picie kawy następuje już w Sępólnie. Wiadro kawy – 400ml stawia mnie na nogi. Jadę od teraz przyzwoicie.
Proszę, wróć!
Przed Więcborkiem mijam się z jakimś szosowcem. Gapi się na mnie aż za mocno. Uśmiecham się lekko, na co on obracając się wyjeżdża prawie na sam środek drogi. Przez jedną szaloną chwilę myślę, że może zawróci i pociągnie mnie trochę pod ten paskudny wiatr. No ale aż tak dobrze to nie ma ;). Tym razem w Więcborku świeci słońce. Bez deszczu miasteczko jest znacznie bardziej atrakcyjne. Mimo wiatru w twarz jakoś się jedzie, do czasu gdy coś wpada mi do oka. No to stop! Jestem akurat gdzieś między miejscowościami. Ręce mam brudne, lusterka brak. Oko jednak szczypie, boli i łzawi. Brudnymi rękami biorę się do roboty. Ale poza dodatkowym bólem nie zyskuję nic.
Gabinet zabiegowy
Najbliższa miejscowość to Dziegciarnia. Zauważam tu stary, zrujnowany kościół tuż przy drodze. Jak to możliwe, że nie widziałam go wczoraj? Drzwi są otwarte na oścież. Wchodzę do środka i delektuję się specyficznym klimatem. Kawałek dalej atakuję sklep. Potrzebuję umyć ręce i przy lusterku zająć się nieszczęsnym okiem. Sprzedawca wpuszcza mnie do swojego domu. Wywijam powiekę na wszystkie strony, podstawiam oko pod kran i udaje się. Jestem jeszcze załzawiona, ale mogę jechać dalej. Jeszcze tylko trochę dziur i docieram do DK10. Jest gorąco, świeci słońce. W takich warunkach Samostrzel wygląda jeszcze ładniej niż wczoraj.
Wieża do pilota
No ale dobra pogoda (w sensie brak deszczu, bo wieje cały czas) nie trwa wiecznie. Nad doliną Noteci wiszą już ciężkie, napompowane wodą chmury.
Wieża do pilota: „Strefa opadów jest szeroka, ale jak będzie mocno lać warto stanąć, bo intensywne są małe komórki jak rodzynki w cieście i ich nie wyjadaj”.
Pilot do wieży: „OK.”.
Deszczyk zaczyna się od razu po otrzymaniu komunikatu. Przecinam Noteć i robię tragicznie dziurawy odcinek do Ludwikowa. Pada i wieje niestety już do końca trasy (jakieś 100km). Wspaniałe wprost warunki do jazdy na rowerze: deszcz i wiatr w twarz. Cały ten syf swoje apogeum osiąga w Gołańczy. Ludzie w popłochu uciekają z ulic. Chowam się na chwilę w sklepie i ja. To pewnie jedna z tych małych komórek. Siedzę tu jednak długo i nie zmienia się nic, więc decyduję się jechać. No bo na co mam czekać? Na wieczór?
Każda udręka
To dobra decyzja, bo leje równo cały czas i nie poprawia się wcale. Świat tonie w szarości i nieustannym deszczu. Na sam koniec, na dobicie, dostaję jeszcze wstrętnie dziurawy odcinek w Tucznie. Masakra powoli dobiega końca. Od całej tej szarpaniny po dziurach, pod deszcz i wiatr czuję się nieźle skatowana (nie pamiętam kiedy ostatnio dostałam aż taki wycisk [fizyczny – chodzi o boleść fizyczną], to musiało być bardzo dawno temu). Nadgarstki aż rwą z bólu, w udach mam ogień i chodzenie sprawia mi pewien problem. Jednak każda udręka kiedyś się kończy :).
mapka:http://www.gpsies.com/map.do?fileId=wbclncsoqdxetc...
fotki: https://picasaweb.google.com/10265604329477346200...
Do Dólska pod Świeciem (solo)
Sobota, 28 czerwca 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
| Km: | 253.04 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Plan na weekend miałam szeroki,
ale pogoda (zapowiadane nocne opady i być może burze) kompletnie mnie
zniechęciły. Wymyśliłam zatem coś zupełnie innego.
W sobotę budzik dzwoni o 4:00 rano. Śniadanie + gazeta + radio + kawa + ciasteczko. Można jechać. Trasa na dziś to dojazd okrężną drogą do Świecia. Pogoda jest niepewna: możliwe deszcze, ale wiatr w plecy. Od rana jednak nie wieje wcale, na szczęście też nie pada.
Pułapka
Aż do Jabłkowa trasę znam na pamięć. Przed Mieściskiem na chwilę wjeżdżam na dość ruchliwą szosę Gniezno – Wągrowiec, ale jadę nią krótko. Mam złe wspomnienia z tej szosy (gdy jechałam nią kiedyś do Szamocina, niewiele brakowało, a by mnie potrącił samochód). Za Mieściskiem trochę lasu, potem pola i niepewny odcinek Rąbczyn – Łekno. Z map wynikało, że może tu być nieciekawie (pełno dziur, a kto wie, czy nawet nie wyłażący spod asfaltu teren). Jednak nie jest tak źle i da się całkiem normalnie jechać. Jest tu jednak jedna pułapka – to paskudny (z tego co pamiętam - chyba nawet zupełnie bez oznaczenia) przejazd kolejowy. Prawie zaliczam glebę, a rower wydaje z siebie straszny dźwięk gdy przelatuję tu na normalnej prędkości. Od razu się zatrzymuję i sprawdzam, czy rama jest cała – na szczęście tak.
Cisza
W Łeknie (66 km trasy) zaczyna się porządnie chmurzyć. Wpadam do sklepu, kupuję ciastko francuskie, colę i w drogę! Do Gołańczy docieram jeszcze bez deszczu. Z daleka oglądam imponujący elewator oraz pole wiatraków. Musi tu często wiać. Szkoda tylko, że dziś zamiast zapowiadanego wiatru w plecy jest akurat cisza. W samym mieście uwagę zwraca kościół z drewnianą wieżą. Zatrzymuję się na fotkę i jadę dalej. Kolejny postój przypada już za chwilę – z szarego nieba zaczyna padać deszcz. Robię sprint na najbliższy przystanek autobusowy i ubieram kurtkę deszczową. Moja trasa trochę kręci – by uniknąć co główniejszych dróg, poprowadziłam ją lekkim zygzakiem.
Na półmetku
Stoją i się gapią
W sobotę budzik dzwoni o 4:00 rano. Śniadanie + gazeta + radio + kawa + ciasteczko. Można jechać. Trasa na dziś to dojazd okrężną drogą do Świecia. Pogoda jest niepewna: możliwe deszcze, ale wiatr w plecy. Od rana jednak nie wieje wcale, na szczęście też nie pada.
Pułapka
Aż do Jabłkowa trasę znam na pamięć. Przed Mieściskiem na chwilę wjeżdżam na dość ruchliwą szosę Gniezno – Wągrowiec, ale jadę nią krótko. Mam złe wspomnienia z tej szosy (gdy jechałam nią kiedyś do Szamocina, niewiele brakowało, a by mnie potrącił samochód). Za Mieściskiem trochę lasu, potem pola i niepewny odcinek Rąbczyn – Łekno. Z map wynikało, że może tu być nieciekawie (pełno dziur, a kto wie, czy nawet nie wyłażący spod asfaltu teren). Jednak nie jest tak źle i da się całkiem normalnie jechać. Jest tu jednak jedna pułapka – to paskudny (z tego co pamiętam - chyba nawet zupełnie bez oznaczenia) przejazd kolejowy. Prawie zaliczam glebę, a rower wydaje z siebie straszny dźwięk gdy przelatuję tu na normalnej prędkości. Od razu się zatrzymuję i sprawdzam, czy rama jest cała – na szczęście tak.
Cisza
W Łeknie (66 km trasy) zaczyna się porządnie chmurzyć. Wpadam do sklepu, kupuję ciastko francuskie, colę i w drogę! Do Gołańczy docieram jeszcze bez deszczu. Z daleka oglądam imponujący elewator oraz pole wiatraków. Musi tu często wiać. Szkoda tylko, że dziś zamiast zapowiadanego wiatru w plecy jest akurat cisza. W samym mieście uwagę zwraca kościół z drewnianą wieżą. Zatrzymuję się na fotkę i jadę dalej. Kolejny postój przypada już za chwilę – z szarego nieba zaczyna padać deszcz. Robię sprint na najbliższy przystanek autobusowy i ubieram kurtkę deszczową. Moja trasa trochę kręci – by uniknąć co główniejszych dróg, poprowadziłam ją lekkim zygzakiem.
Na półmetku
Robię spory zygzak i docieram do Ludwikowa, gdzie
nawierzchnia dramatycznie się pogarsza i aż do Samostrzela pozostanie fatalna
(około 10km). Mam tu grysik drogowy, piach, dziury, łaty i szczeliny, z których
radośnie wyrasta trawa. Noteć w tym miejscu rozwidla się, przejeżdżam więc
przez dwa mosty na niej. Aż do Samostrzela jest płasko. Samostrzel to chyba
najładniejsza miejscowość na trasie: równy, stary kamienny bruk, nieduży
kościółek i sympatyczny podjazd wyprowadzający z doliny Noteci. Kawałek dalej z
prawie zupełnej dziczy wjeżdżam na DK10. To połowa mojej trasy. Następny deszcz
łapie mnie przed Więcborkiem i zjazd do miasta robię już w zupełnie załamanej
pogodzie. Piję kawę i jadę do Sępólna Krajeńskiego, za którym odbijam na dobre
na wschód.
Stoją i się gapią
W Wielkiej Kloni łapię kapcia. Mierzę czas – cała zabawa
ze zmianą dętki zajmuje mi 16 minut. Do celu jeszcze ponad 60 km, w tym pełen
uroku kawałek przez Bory Tucholskie. Nieprzyjemny kawałek Tuchola – Świecie
pokonuję szybko. Przy drodze tej na całym moim odcinku stoi mnóstwo ludzi.
Niczego nie sprzedają, nie łapią też stopa. Po prostu stoją i się gapią. Co za
dziwactwo!
Czterokilometrowy podjazd
Po zjeździe z tej szosy zaczyna się moja 24 kilometrowa
czasówka. „Meta” jest otwarta do określonej godziny, jeśli się spóźnię, przez
cały festiwal będę musiała mieć rower przy sobie. Zależy mi więc by zdążyć. Smaczku
dodaje też to, że nie do końca wiem gdzie mam dojechać. Otrzymuję instrukcję,
że jednak nie do Świecia, a do Dólska pod Świeciem. Wiszę więc na telefonie,
pytam ludzi o drogę. Jeden z miejscowych straszy, że za chwilę zacznie się
4-kilometrowy podjazd. Co za fantastyczna historia! Takie numery to tylko w
górach! Ubawiona jadę na tę „rzeźnię”. Czasówkę w wykańczającym stylu
„start-dzida-stop-start...” kończę mając 11 minut zapasu. Na kolację zjadam pół
chleba, wypijam 2 herbaty. Potem jeszcze dokładam gofra i kawę, a koło północy
rzucam się na pizzę. A na festiwalu i burza i ulewy. Mimo to bawię się świetnie
do drugiej w nocy i nie myślę o jutrzejszym powrocie do domu.....
mapka: http://www.gpsies.com/map.do?fileId=wbclncsoqdxetc...
fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
mapka: http://www.gpsies.com/map.do?fileId=wbclncsoqdxetc...
fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Bielice - Ełk
Sobota, 24 maja 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
| Km: | 283.61 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1671m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzik mam nastawiony na 4.45,
ale budzę się sama o 4.20 i to o tej godzinie wstaję. Jem kanapkę i zwijam
namiot. Wschód słońca jest do bólu romantyczny. Jaka szkoda, że jestem tu sama!
Znowu idę z rowerem przez pole – tym razem do drogi. Przed Iławą odwiedzam
sklep. Sklep ma taras, a na nim ławkę ze stolikiem. Kupuję drożdżówki, sok i
pepsi. Pepsi jako zestaw reanimacyjny (tak w razie czego). Zgubię ją niestety
na wertepach jeszcze zanim zdążę otworzyć. Jakiś farciarz pewnie ją znajdzie
:). Pani ze sklepu myjąc mopem taras narzeka na swoją zmienniczkę, że to leniwa
dziewczyna.

Cisza przed burzą
Gdy schodzę z rowerem z tarasu zaczepia mnie miły pan i żartobliwie pyta, czy rower zakupiłam w tym sklepie. Niebo nie jest do końca czyste. Wygląda na to, że zanosi się na jakąś burzę. To zgodne z prognozą. Ale wiem też, że im bliżej Olsztyna tym ryzyko, że załapię się na pompę będzie mniejsze. W Iławie jestem chwilę przed 7 rano. Mam tu dobrych znajomych z maratonów szosowych. Jest jednak bardzo wcześnie i w dodatku jestem w niedoczasie, więc myślę o nich ciepło i jadę dalej. Za Iławą, posilona drożdżówkami, chcę przycisnąć, ale nic z tego. Nawierzchnia jest tak dziadowa, że wlekę się tu 16-21 km/h. Cieszę się tylko, że trasa dziś przez większość czasu idzie lasami. Przynajmniej nie leje się na mnie żar z nieba. W cieniu jest 29-31°C, a to jednak istotnie mniej niż wczoraj miałam w słońcu.

Mandat
Górki dają popalić. Bywa i 9% pod górę. Na jednym z podjazdów widzę, że facet pcha rower. No to może i ja? Podjeżdżam bliżej. To staruszek na starym składaku. Cóż, on nie może być usprawiedliwieniem dla mojej słabości. Zaciskam zęby i wspinam się. W tym momencie szczerze nie znoszę twardej szosowej kasety. No ale nie daję się. Żadnego podjazdu na szosie nie prowadzę. Wjeżdżam (w żenującym stylu – ale jednak) wszystko. Za Iławą jest pięknie. Ogromny Jeziorak i mniejsze jeziora widoczne z drogi, malownicze pagórki są tak pełne uroku, że po raz kolejny żałuję, że jestem tu sama. Chciałoby się tym pięknem z kimś podzielić.... Za Miłomłynem wjeżdżam na trasę S7 Gdańsk – Warszawa i jadę nią przez 6 km. W pewnym momencie mijam radiowóz, który poluje na piratów drogowych. Już się zastanawiam, czy mam wystarczającą ilość gotówki na mandat. A to pech! Przejeżdżam tuż obok radiowozu. Policjant spogląda na mnie i.... spuszcza głowę. Udaje, że mnie nie widzi, a ja aż w to nie wierzę!

Kocham cię kwiatuszku
Gdy odbijam w lewo na Łuktę, mijam znak na którymś ktoś nabazgrał „kocham cię kwiatuszku”. To nie do mnie, ale co tam! Biorę to do siebie. Potem ten napis na trasie powtarza się kilka razy na innych znakach. Wprawia mnie to w dobry nastrój. Wyobrażam sobie, że ktoś tu był w nocy i malował specjalnie dla mnie ;). W Łukcie atakuję sklep. Jakaś taka czuję się wczorajsza. Nogi są ok., tą wczorajszość czuję w żołądku i w głowie. Spać mi się chce. Może rozbiję namiot.... gdzie? No mniejsza o to, gdzieś tu! Stoję pod sklepem i walczę ze snem. Potem wsiadam na rower. Do Olsztyna 29 km. W międzyczasie odzywa się Paweł, pyta czy jadę z tą wizytą. A pewnie, że jadę! Pomału, ale do przodu ;).

Wstrząs
Olsztyn zostanie mi w pamięci jako góry i jeziora. Słońce świeci tak mocno, że aż oślepia. Nic nie widzę na GPSie i przypadkowo zapędzam się o jeden ostry podjazd za daleko. Zawracam. Na wyjeździe z Olsztyna zaczyna się prawdziwa zabawa. Narzekałam na upał, wiatr i paskudne drogi? Jestem senna? No to pora na wstrząs! Hej, pobudka! Oto GPS prowadzi mnie w teren. Singiel. Jadę. Wysokie strome schody, mostek i dalej chaszcze.
Jadę?
O nie, nie, nie!
Najpierw badam sprawę pieszo. Za mostkiem jest gruntówka. Ok., to sprowadzam ze schodów i jadę. Potem jest 13% podejście po krzywym kamiennym bruku, piaski i inne cuda. Trochę marszu, trochę jazdy. Dużo czasu w plecy. Jakieś 10 km takiej zabawy. Dalej krótki kawałek po DK51 (ruchliwa, bez pobocza i z zakazem dla rowerów). Czekam na okienko i jadę.

Tak się kładzie trasę!
Od teraz cieszę się szosami aż do odbicia z drogi nr 595. Odbicie to znowu grunt. Najpierw jadę, potem piach robi się tak głęboki, że idę. Raz po raz próbuję jechać, ale kończy się to glebą. No to idę. Z papcia ponad 7 km. Znowu tracę mnóstwo czasu. Tracę też wiarę w to, że dojadę do Ełku.
Tak się kładzie trasę!
O, mistrzyni planowania tras! Od siedmiu boleści!! Jestem tak wściekła, że nie żałuję sobie – klnę w głos. Jeśli spały tu jakieś zwierzęta, to zrobiłam im pobudkę. Wysyłam rozpaczliwe smsy. Że to już chyba koniec. Jedna z osób nie odpisuje wcale. Bo co tu odpisać?.... Druga też chyba straciła wiarę.... tak czasami bywa, że się nie udaje. I wtedy, w środku lasu przychodzi sms od Pawła. On i Gosia czekają na mnie. Wyjadą na spotkanie. Nerwy mi puszczają. Dzwonię i mówię, że chyba nie dojadę. Jestem gdzieś w środku piaszczystego lasu i IDĘ. Spokojny głos Pawła przywołuje mnie do porządku. Natychmiast zbieram się w sobie. Ten las przecież musi się skończyć. Paweł mówi, że skończy się w Wipsowie. Tak faktycznie jest.

Anioł?
Kawałek dalej, w Zerbuniu, wchodzę do sklepu. Muszę się najeść i napić po tej soczystej przeprawie. Pan zza lady badawczo mi się przygląda. Muszę wyglądać strasznie. Pyta skąd jadę i dokąd zmierzam. Gdy mówię, że z Poznania do Ełku, patrzy na mnie jak na istotę, która spadła z Księżyca.
Ale tylko przez chwilę.
Zaraz potem mówi, że do Ełku stąd są 4 godziny jazdy samochodem. A potem dzieje się coś dziwnego: mówi, że mam się nie spieszyć, że pośpiech jest złym doradcą. Patrzę na niego lekko zmieszana, ale postanawiam go posłuchać. Wychodzę, siadam na ławce przed sklepem. Po chwili on wychodzi i proponuje kubek zimnej wody. Mówi, że mają tu doskonałą wodę z kranu. Biorę, piję, a on pyta czy potrzebuję czegoś jeszcze. Anioł?

Spotkanie
Dalsza trasa to jazda dość powolna (czuję ogólne zmęczenie, mam problem z... dłońmi – z trudem zmieniam biegi, a muszę to robić, bo cały czas jest pagórkowato). Nie jadę szybko, ale jadę bez postojów. I tak uciekają kilometry. Zdjęcia robię praktycznie w locie. Święta Lipka, Kętrzyn (rozkopany), Giżycko i spotkanie! Tu, nad urokliwym kanałem, czekają na mnie Gosia i Paweł. Nie mam serca rzucać się im w ramiona i całować. Cała jestem brudna i śmierdząca. Ale cieszę się przeogromnie z tego spotkania!! Siedzimy chwilę na ławce i ruszamy. Przed nami jakieś 50 km do Ełku. Paweł dyktuje mocne tempo. Staram się je utrzymać, ale Gosia jest czujna i szybko zauważa, że wytrzymuję z trudem. Zwalniają. Ulga! Od teraz jedzie się bardzo przyjemnie. Zapada wieczór. Potem szarość przechodzi w ciemność. W końcu docieramy do Ełku.

Ełk nocą jest piękny! Knajpki nad jeziorem tętnią życiem, śmiech, muzyka, światła odbijające się w czarnej jak noc tafli wody. Ma to mnóstwo uroku. Oto moja nagroda za cały ten trud! Jest jak z bajki. U Gosi i Pawła wreszcie mogę się umyć i najeść do syta. Dostaję też czyste ubranie. Gadamy potem do drugiej w nocy.

Średnia z tego dnia: 20,4 km/h - w tą średnią wliczone są wszystkie przeprawy piesze. Nie zdejmowałam licznika ani na chwilę.
Więcej fotek: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...

Cisza przed burzą
Gdy schodzę z rowerem z tarasu zaczepia mnie miły pan i żartobliwie pyta, czy rower zakupiłam w tym sklepie. Niebo nie jest do końca czyste. Wygląda na to, że zanosi się na jakąś burzę. To zgodne z prognozą. Ale wiem też, że im bliżej Olsztyna tym ryzyko, że załapię się na pompę będzie mniejsze. W Iławie jestem chwilę przed 7 rano. Mam tu dobrych znajomych z maratonów szosowych. Jest jednak bardzo wcześnie i w dodatku jestem w niedoczasie, więc myślę o nich ciepło i jadę dalej. Za Iławą, posilona drożdżówkami, chcę przycisnąć, ale nic z tego. Nawierzchnia jest tak dziadowa, że wlekę się tu 16-21 km/h. Cieszę się tylko, że trasa dziś przez większość czasu idzie lasami. Przynajmniej nie leje się na mnie żar z nieba. W cieniu jest 29-31°C, a to jednak istotnie mniej niż wczoraj miałam w słońcu.

Mandat
Górki dają popalić. Bywa i 9% pod górę. Na jednym z podjazdów widzę, że facet pcha rower. No to może i ja? Podjeżdżam bliżej. To staruszek na starym składaku. Cóż, on nie może być usprawiedliwieniem dla mojej słabości. Zaciskam zęby i wspinam się. W tym momencie szczerze nie znoszę twardej szosowej kasety. No ale nie daję się. Żadnego podjazdu na szosie nie prowadzę. Wjeżdżam (w żenującym stylu – ale jednak) wszystko. Za Iławą jest pięknie. Ogromny Jeziorak i mniejsze jeziora widoczne z drogi, malownicze pagórki są tak pełne uroku, że po raz kolejny żałuję, że jestem tu sama. Chciałoby się tym pięknem z kimś podzielić.... Za Miłomłynem wjeżdżam na trasę S7 Gdańsk – Warszawa i jadę nią przez 6 km. W pewnym momencie mijam radiowóz, który poluje na piratów drogowych. Już się zastanawiam, czy mam wystarczającą ilość gotówki na mandat. A to pech! Przejeżdżam tuż obok radiowozu. Policjant spogląda na mnie i.... spuszcza głowę. Udaje, że mnie nie widzi, a ja aż w to nie wierzę!

Kocham cię kwiatuszku
Gdy odbijam w lewo na Łuktę, mijam znak na którymś ktoś nabazgrał „kocham cię kwiatuszku”. To nie do mnie, ale co tam! Biorę to do siebie. Potem ten napis na trasie powtarza się kilka razy na innych znakach. Wprawia mnie to w dobry nastrój. Wyobrażam sobie, że ktoś tu był w nocy i malował specjalnie dla mnie ;). W Łukcie atakuję sklep. Jakaś taka czuję się wczorajsza. Nogi są ok., tą wczorajszość czuję w żołądku i w głowie. Spać mi się chce. Może rozbiję namiot.... gdzie? No mniejsza o to, gdzieś tu! Stoję pod sklepem i walczę ze snem. Potem wsiadam na rower. Do Olsztyna 29 km. W międzyczasie odzywa się Paweł, pyta czy jadę z tą wizytą. A pewnie, że jadę! Pomału, ale do przodu ;).

Wstrząs
Olsztyn zostanie mi w pamięci jako góry i jeziora. Słońce świeci tak mocno, że aż oślepia. Nic nie widzę na GPSie i przypadkowo zapędzam się o jeden ostry podjazd za daleko. Zawracam. Na wyjeździe z Olsztyna zaczyna się prawdziwa zabawa. Narzekałam na upał, wiatr i paskudne drogi? Jestem senna? No to pora na wstrząs! Hej, pobudka! Oto GPS prowadzi mnie w teren. Singiel. Jadę. Wysokie strome schody, mostek i dalej chaszcze.
Jadę?
O nie, nie, nie!
Najpierw badam sprawę pieszo. Za mostkiem jest gruntówka. Ok., to sprowadzam ze schodów i jadę. Potem jest 13% podejście po krzywym kamiennym bruku, piaski i inne cuda. Trochę marszu, trochę jazdy. Dużo czasu w plecy. Jakieś 10 km takiej zabawy. Dalej krótki kawałek po DK51 (ruchliwa, bez pobocza i z zakazem dla rowerów). Czekam na okienko i jadę.

Tak się kładzie trasę!
Od teraz cieszę się szosami aż do odbicia z drogi nr 595. Odbicie to znowu grunt. Najpierw jadę, potem piach robi się tak głęboki, że idę. Raz po raz próbuję jechać, ale kończy się to glebą. No to idę. Z papcia ponad 7 km. Znowu tracę mnóstwo czasu. Tracę też wiarę w to, że dojadę do Ełku.
Tak się kładzie trasę!
O, mistrzyni planowania tras! Od siedmiu boleści!! Jestem tak wściekła, że nie żałuję sobie – klnę w głos. Jeśli spały tu jakieś zwierzęta, to zrobiłam im pobudkę. Wysyłam rozpaczliwe smsy. Że to już chyba koniec. Jedna z osób nie odpisuje wcale. Bo co tu odpisać?.... Druga też chyba straciła wiarę.... tak czasami bywa, że się nie udaje. I wtedy, w środku lasu przychodzi sms od Pawła. On i Gosia czekają na mnie. Wyjadą na spotkanie. Nerwy mi puszczają. Dzwonię i mówię, że chyba nie dojadę. Jestem gdzieś w środku piaszczystego lasu i IDĘ. Spokojny głos Pawła przywołuje mnie do porządku. Natychmiast zbieram się w sobie. Ten las przecież musi się skończyć. Paweł mówi, że skończy się w Wipsowie. Tak faktycznie jest.

Anioł?
Kawałek dalej, w Zerbuniu, wchodzę do sklepu. Muszę się najeść i napić po tej soczystej przeprawie. Pan zza lady badawczo mi się przygląda. Muszę wyglądać strasznie. Pyta skąd jadę i dokąd zmierzam. Gdy mówię, że z Poznania do Ełku, patrzy na mnie jak na istotę, która spadła z Księżyca.
Ale tylko przez chwilę.
Zaraz potem mówi, że do Ełku stąd są 4 godziny jazdy samochodem. A potem dzieje się coś dziwnego: mówi, że mam się nie spieszyć, że pośpiech jest złym doradcą. Patrzę na niego lekko zmieszana, ale postanawiam go posłuchać. Wychodzę, siadam na ławce przed sklepem. Po chwili on wychodzi i proponuje kubek zimnej wody. Mówi, że mają tu doskonałą wodę z kranu. Biorę, piję, a on pyta czy potrzebuję czegoś jeszcze. Anioł?

Spotkanie
Dalsza trasa to jazda dość powolna (czuję ogólne zmęczenie, mam problem z... dłońmi – z trudem zmieniam biegi, a muszę to robić, bo cały czas jest pagórkowato). Nie jadę szybko, ale jadę bez postojów. I tak uciekają kilometry. Zdjęcia robię praktycznie w locie. Święta Lipka, Kętrzyn (rozkopany), Giżycko i spotkanie! Tu, nad urokliwym kanałem, czekają na mnie Gosia i Paweł. Nie mam serca rzucać się im w ramiona i całować. Cała jestem brudna i śmierdząca. Ale cieszę się przeogromnie z tego spotkania!! Siedzimy chwilę na ławce i ruszamy. Przed nami jakieś 50 km do Ełku. Paweł dyktuje mocne tempo. Staram się je utrzymać, ale Gosia jest czujna i szybko zauważa, że wytrzymuję z trudem. Zwalniają. Ulga! Od teraz jedzie się bardzo przyjemnie. Zapada wieczór. Potem szarość przechodzi w ciemność. W końcu docieramy do Ełku.

Ełk nocą jest piękny! Knajpki nad jeziorem tętnią życiem, śmiech, muzyka, światła odbijające się w czarnej jak noc tafli wody. Ma to mnóstwo uroku. Oto moja nagroda za cały ten trud! Jest jak z bajki. U Gosi i Pawła wreszcie mogę się umyć i najeść do syta. Dostaję też czyste ubranie. Gadamy potem do drugiej w nocy.

Średnia z tego dnia: 20,4 km/h - w tą średnią wliczone są wszystkie przeprawy piesze. Nie zdejmowałam licznika ani na chwilę.
Więcej fotek: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...





