Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 750

Dystans całkowity:1416.70 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:5051 m
Liczba aktywności:2
Średnio na aktywność:708.35 km
Więcej statystyk

BBT (1)

Sobota, 25 sierpnia 2018 Kategoria BBT, do 750, Kocia czytelnia
Km: 702.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Jeden wybór, jedna decyzja może położyć się cieniem na tym co wydarzy się później. To jak zrzucić z góry mały kamień i patrzeć co będzie. Może nie stać się nic... może też jednak wydarzyć się wszystko. Każda kolejna decyzja sprawi, że pójdziesz dalej. Drogą, którą niekoniecznie chcesz iść.

Tu, na BBT, wybrałam kategorię Open.
Uczestnicząc w Trans Am Bike Race nasyciłam się samotną jazdą. Bardzo lubię jeździć sama. Pomyślałam jednak, że może tym razem spróbuję inaczej. Źle znoszę jazdę nocną. Tzn. nie ma we mnie strachu, nie w tym jest rzecz. Problemem jest zasypianie, więc start w piątkowy wieczór z limitem czasu 70 godzin nie był dla mnie. Zdecydowałam się na start poranny, w sobotę, z limitem czasu 60 godzin. Nie jestem specjalnie szybka, jednak jazda w kat. open i możliwość wiezienia się na kole spotkanych zawodników dawała nadzieję, że te 60 godzin uda się złamać.

W mojej grupie startowej był Mariusz Daniszewski. Wysoki chłopak. Dobrze się za nim schować. Jechaliśmy grupką przez 78 km aż do Płotów (PK1). Mariusz ciągnął nas przez ponad 30 km. Oj, było widać, że to amatorski peleton. Któż to bowiem widział, by zmiana trwała aż tak długo?

W Płotach podbicie książeczki i jazda. Grupka mi uciekła i od tej pory rypałam samotnie pod wiatr aż do około 190 km. Długa solówka, jak na jazdę w kat. open, prawda? Szybkie tempo z początku i silny wiatr w twarz na tym odcinku dały mi solidny wycisk. Kolejni zawodnicy mnie mijali, a ja nie miałam szansy się zaczepić na koło - czułam się zbyt wypompowana.

Z każdą chwilą utwierdzałam się w przekonaniu, że mój organizm nie zregenerował się wystarczająco po TABR. Przed Wałczem spotkałam Dorotę. Jechała z jakimś chłopakiem. Trochę próbowaliśmy jechać we trójkę. Oni potem kawałek źle jechali, tam gdzie dość łatwo o wtopę - zamiast odbić w prawo na górki, oni polecieli prosto. Krzyknęłam więc za nimi i wrócili.
Do Piły ciągnęliśmy razem. Na PK mój rower się wywrócił i wygięła mi się klamkomanetka. Na szczęście działała. Za PK spotkałam Bogusia Kramarczyka. Miłe spotkanie po latach.

Powoli zaczął robić się wieczór. A potem zrobiła się noc. Co dziwne, nie chciało mi się spać. Mimo to, nie mogę powiedzieć, bym czuła się dobrze. Ciągle towarzyszył mi ból i ogólne złe samopoczucie. Grupa powiększyła się i jechało nas kilkoro. Dość długo, przez jakieś 40 km ciągnęłam na swoim kole przynajmniej 4 chłopaków. Nie dawali zmian. Po raz kolejny pomyślałam sobie, że kat. open nie jest dla mnie. Nie dość, że nie odpoczywam wcale, to jeszcze ciągnę innych. Pod koniec ktoś dał mi zmianę pędząc przynajmniej 5 km/h szybciej niż prowadziłam ja. Koła nie utrzymałam i.... znowu byłam pierwsza, nie licząc tego kolegi, który dał zmianę i odleciał prawie w kosmos.... tak daleko.

A potem był punkt w hotelu Wagant (400 km trasy). To na wysokości Ciechocinka, mniej więcej. Noc. W środku Beata z WTRu, która się tu wycofała. Dobił ją żołądek, start w piątek na noc i ogromny ruch na ulicach. Czułam się tu tak strasznie, że sama chciałam zrezygnować. Zjadłam coś. Nie pamiętam co, ale chyba się najadłam. Potem zawinęłam się w koc i położyłam na podłodze. Moją intencją było spać. Ale się nie udało, bo latała jakaś obrzydliwa mucha, która skutecznie uniemożliwiła sen. Poleżałam 25 minut z zamkniętymi oczami. Marna, bo marna, ale jakaś tam regeneracja pewnie nastąpiła. Mimo to, wstałam zmęczona.

Był to więc moment, by jechać dalej. Na nikogo nie czekałam. Wolę jednak jechać sama, niż wieźć na swoim kole przypadkowych facetów, którzy nie kwapią się do współpracy. Czarność zamieniła się w szarość i tak oto wstał nowy dzień. We Włocławku zaczęło padać. Nie było specjalnie zimno, no i wyłączył się wiatr. Czyli było super. Deszcz mi nie przeszkadza. Może sobie padać. Ważne, że na mnie nie wiało. Jechałam więc z nastawieniem dość optymistycznym. Po drodze zjadam żelka z kofeiną. I to był kolejny kamyk zrzucony z wysokiej góry. Mój żołądek ścisnął się i zaczął boleć. W końcu nie mogłam wziąć normalnego wdechu. Trudno jest jechać rowerem, nawet po płaskim, bez oddechu.

Zatrzymałam się na stacji paliw z mocnym postanowieniem, że kupię jakiś lek na żołądek. Na stację weszłam zgięta w pół. Powiedziałam ekspedientce w czym rzecz, dostałam Ranigast. Gdy wyszłam, wyszedł za mną jakiś facet. Zagadał:
- przepraszam, ale panią chyba mocno boli żołądek...
Potwierdziłam i wtedy on poprosił bym podeszła z nim do jego samochodu. Przez ułamek sekundy zastanawiałam się, czy to bezpieczne, ale... poszłam. Opowiadał, że sam ma  duże problemy z żołądkiem i ma na to skuteczny sposób. Mimo fatalnego samopoczucia, dokładnie obserwowałam co robi. Wyciągnął z samochodu zamknięty kapslem soczek. Potem jakąś kolorową saszetkę z białym proszkiem w środku. Na saszetce napis: soda. Podał czubatą łyżeczkę sody i polecił zjeść i zapić sokiem. Trochę się bałam, więc zapytałam, czy na pewno od tego nie umrę. Połknęłam i ból dość szybko minął. Nie wiem skąd ten człowiek się wziął z sodą i soczkiem o bladym świcie, akurat w miejscu, gdzie potrzebowałam ratunku. To zupełnie nierealne, ale wydarzyło się naprawdę.

Potem jechałam do Gąbina. Nic szczególnego się nie działo. Jadłam Ranigast, by wzmocnić efekt poprawy stanu żołądka. Cały czas, bez chwili przerwy, padał deszcz. Kompletnie mnie to nie wzruszało. Gąbin był szary i deszczowy. Dowiedziałam się, że tu wycofali się Gosia i Grzesiu z Sierpca. Wielki namiot z łóżkami polowymi stał dokładnie w tym samym miejscu co 2 lata temu. Znowu spotkałam tu Beatę. Przyjechała tu wraz z ekipą z Trupowozu. Zjadłam spokojnie drożdżówkę i równie spokojnie wypiłam herbatę. Mój żołądek zasługiwał na chwilę spokoju. Siedziałam z Beatą na jednym z łóżek polowych. Bo na zewnątrz, w tym deszczu, szybko zaczęło mną telepać. Kiedy wybywałam z punktu, pojawiła się Basia Chowaniec. Jadąca jak zwykle solo. Co było niesamowite - w tym deszczu i chłodzie ubrana była na krótko!

Z jazdy do Łowicza niewiele pamiętam, poza tym, że padało, że była niemożliwie długa prosta, płaska droga oraz że mocno smsowałam z Asią. W Łowiczu punkt już się zwijał. Myślałam o śnie, ale nie było już takiej opcji. Spotkałam tu kolegę. Ów kolega pogadał za mną. Znowu dojechała Basia, więc to już była pora, by jechać. Kolega ruszył za mną. Wyjaśniłam, że to niestosowne, ze względu nie tylko na regulamin, ale też z innych względów. Na co on mi odparł, że przecież jadę w kat. open, a w regulaminie nigdzie nie jest napisane, że nie można jechać za albo obok zawodnika open. Mówiłam, by jechał do domu. Normalnym głosem. Ale nie pojechał, a ja nie miałam energii by się kłócić. Ostatecznie więc machnęłam ręką, a on jechał za mną lub obok mnie. Pracowałam cały czas sama. To nie było dobre - nie lubię gdy na mnie patrzą inni ludzie w sytuacji, gdy jestem w złym stanie fizycznym. A byłam w złym stanie fizycznym.

Musicie bowiem wiedzieć, że na rowerze nie zawsze jest różowo. Nawet wtedy, gdy jestem od stóp do głów ubrana na różowo. W rzeczywistości może być wtedy zielono ze złości, niebiesko ze smutku, albo szaro z poczucia pustki, czy też.... czarno z rozpaczy.
A Ty?... Jaki kolor wtedy we mnie widziałeś?...

Do Punktu w Nowym Mieście był bardzo daleki przelot. Prawie stówa. Nadal padało, ale już dużo słabiej. Padało aż do Nowego Miasta. Dołączył do nas młody - jakiś zawodnik, który trzymał mi koło. Nie pomagał zupełnie nic. A przecież mógł, bo był zawodnikiem i jechał open. Po raz milionowy żałowałam, że jadę open. Gdybym jechała solo, to za mną i obok mnie nie mógł by być NIKT.
Ani ten koleś, ani kolega.

Nowe Miasto to super punkt. Prowadziła go Zuza, z którą ścigałam się prawie do samej mety na MRDP w zeszłym roku. Obie bardzo cieszymy się tym spotkaniem. Padamy sobie w objęcia, a Zuza jest tak silna, że nawet unosi mnie do góry! Jemy pyszny makaron. Do tego piję colę zagryzając chipsami. To zdecydowanie najfajniejszy punkt. Wszystko jest the best.

Dalej jest kolejny długi przelot - do Starachowic. Tam wybije 700 km trasy. Mam nadzieję, że będę mogła się tam wyspać. Jedziemy we 3. Drogi są dość ruchliwe. Niezbyt przyjemnie i kończący się dzień. Nie lubię zmierzchu na ruchliwych drogach. To chyba najgorsza, najbardziej niebezpieczna pora. Mam serdecznie dość tego, że kolega zawodnik w ogóle nie współpracuje. Wypycham go więc do przodu. Przewiózł się na moim kole jakieś 100 km nie dając z siebie kompletnie nic! Jedzie przodem. A potem nasza trójka się fragmentuje. Proszę wtedy zawodnika, by poczekał. On nie czeka. Gdy spotykamy się ponownie - po wielu km, pyta, czy możemy dalej jechać razem.
Spokojnym głosem mówię: wolę nie.
Nie ma we mnie stanowczości. Jest to normalnym głosem wypowiedziane zdanie. Tak samo jak do kolegi nie-zawodnika wypowiedziane w Łowiczu. Jednak tu zadziałało - zawodnik oddalił się.

No więc jedziemy we dwójkę. Nie mam już nadziei, że spotkam kogokolwiek, za kim będę mogła się wieźć. No trudno. Jedziemy uczciwie. Ja cały czas na froncie. Jest to paskudnie słaba jazda. Ale inaczej już nie umiem. Bolą mnie plecy, prawy Achilles, lewa ręka.... próbuję analizować, czy jest może coś co mnie nie boli.

W Starachowicach na punkcie jest wycofana Agnieszka (kolano). Nie ma tu nic do jedzenia. Pora spać. 702 km. Bez snu. Rekordu sprzed 2 lat nie pobiłam.

Ciąg dalszy

BBT (1)

Sobota, 20 sierpnia 2016 Kategoria BBT, Kocia czytelnia, do 750 Uczestnicy
Km: 714.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 5051m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Na start jadę sama, może to i lepiej, bo nastrój mam kwaśny. Jako kategoria solo, która jedzie 1008 km (a nie 2016 km) startuję późno, bo dopiero o 10.40. Pogoda jest średnia. Niebo w pełnym zachmurzeniu, ani ciepło, ani zimno. Wieje bocznie i przednio-bocznie. Za mną startuje już bardzo niewiele osób i mam wrażenie, że one wszystkie szybko mnie doganiają. Czuję się umiarkowanie, ale zważywszy na wiatr, wcale nie jadę bardzo powoli, trzymam średnią nieco ponad 25 km/h aż do Płotów. Mimo to jestem tu chyba na szarym końcu, bo gdy ja się zwijam, zwija się i punkt. Niezbyt fajne to uczucie i od razu przypomina mi się początek BBT w 2014, gdy też byłam puszczana na trasę jako jedna z ostatnich i też początkowo zamykałam stawkę. Biorę na zapas jedną drożdżówkę, na wypadek, gdyby na PK w Pile (choć to jeszcze kawał drogi) była taka nędza jak ostatnio.

Ruszam bez zbędnego ociągania się. Dla zabicia monotonii samotnej jazdy pod wiatr słucham mp3 oraz piszę smsy do swoich kibiców. Z punktu kontrolnego w Drawsku nadaję, że jedzie mi się ciężko i mam pod wiatr. Oj tak. To jednak jest maraton dla ludzi w pełni sił. Ci, którzy nie są w pełni, powinni uczestniczyć jako kibice, a nie zawodnicy. Jasny gwint! Zatem co ja tutaj robię? Za Drawskiem pojawiają się małe wzniesienia, które z poprzedniej edycji zapamiętałam jako straszne góry przed Piłą. Na tym odcinku tasuję się z Hansglopke na rowerze poziomym, jadącym tak jak ja solo. On dogania na zjazdach, ja na podjazdach i tak to się toczy z zachowaniem stosownych odległości.

W Kaliszu Pomorskim wyjeżdżam na DK10. Jednak nie boję się tej drogi, bo pamiętam, że w sobotnie późne popołudnie 2 lata temu był tu spokój. Tym razem jest podobnie, choć ruch jest chyba nieznacznie większy. Z utęsknieniem wyczekuję Piły, do tego punktu jest jeden z najdłuższych przelotów, prawie równe 100 km. Za Wałczem odbicie w prawo z DK 10. Od razu jest przyjemniej, choć cały czas czuję się słabo. W końcu docieram do Piły. Zjeżdżam się tu z Hansem (nr 25) oraz Grzesiem Gązwą z WTRu (nr 11). Szybko odkrywamy, że… punktu nie ma! Został zwinięty. Najpierw konsternacja. Co robić? Wyjmuję aparat i robię naszej trójce zdjęcie pamiątkowo – dowodowe, że tu byliśmy. Nasza wściekłość nie zna granic. Jak tak można było zrobić, by punkt zwinął się nim zawodnicy dojadą? Może nie jechaliśmy jak sprinterzy, ale przecież też nie dramatycznie wolno…



Czuję rozżalenie. Wyciągam drożdżówkę, którą przywiozłam „w razie czego” z PK w Płotach i zajadam. Potem zwijam się. Chłopaki też. We trójkę się tasujemy. Hans na ogół jedzie trochę z tyłu, z przodu ja lub Grzegorz. Oczywiście w odległościach wymaganych na solo. Staram się trzymać nerwy na wodzy. Choć to wcale nie jest łatwe. Myślę sobie, że przecież w końcu zacznę doganiać ludzi i przestanie być tak, że z powodu wystartowania mnie na końcu, za mną wszystko już jest zamykane, lub co gorsze, nawet nie mam szansy zdążyć na punkt. Byle do Chaty Skrzata pod Bydgoszczą. To duży punkt kontrolny, ludzie będą wypoczywać dłużej. A ja zjem i pomknę dalej. Taki mam plan.

Przed Bydgoszczą jedzie mi się dobrze, więc przyspieszam. W oddali widzę w lusterku (po raz pierwszy jadę z lusterkiem – fajna sprawa) światełko przedniej lampki Grzegorza. Nie wiem natomiast gdzie jest Hans. Na punkcie ludzie są już nieco zmęczeni. Niektórzy nawet tu śpią. Przy stole siedzi drzemiący Wojtek Chowaniec. Zjadam zupkę, potem drugie danie. Biorę co potrzebuję z przepaku. Namawiam Grzegorza, by ruszył wraz ze mną, ale on chce tu posiedzieć dłużej. Dalej ruszam więc sama. Mam świadomość, że wreszcie przestałam być na szarym końcu wyścigu i czuję ulgę. Na punkcie zostało jeszcze sporo osób.

Jadąc samotnie w nocy widzę naraz mocno opalonego chłopaka ubranego w strój BBT. Sika na trawiastym poboczu, świeci słońce. Odwracam się za nim, ale już go nie ma. Nadal jest noc. Majak. Potem, to było na 350 km, również w nocy, usłyszałam głos i zobaczyłam Wilka. Jak gdyby nigdy nic zaczęłam z nim rozmawiać, zastanawiając się czy może jest on prawdziwy. Szybko doszłam do wniosku, że nie jest. Bo przecież miał nie dostać wolnego z pracy i mówił, że nie będzie mógł uczestniczyć w BBT. Poza tym jest środek nocy, więc skąd nagle by się miał znaleźć tu pośrodku niczego, gdzieś pomiędzy Bydgoszczą a Toruniem? Jeszcze pisał mi smsy, więc z pewnością siedzi w domu, przed kompem.

W związku z tym, z kim rozmawiam?! Czuję przerażenie. W końcu dociera do mnie to, że to rzeczywiście jest on. Żaden majak w zmęczonej głowie! Wiedząc jak źle się czuję i jak niezbyt dobrze idzie mi jazda zdecydował się przyjechać na trasę. Od razu mówię mu, że przecież ja jadę solo, więc musi się oddalić na stosowną odległość. Gadamy tak i w końcu decyduję się przejść na kategorię open. Mój numer startowy do góry nogami odwracamy na PK w Toruniu. Tak jak 2 lata temu, jest tu wyjątkowo senna atmosfera. Zuzka śpi w końcu sali na krzesłach, chłopaki też lekko przysypiają. Jem zupkę, słodycze, piję chyba herbatę i jedziemy w nowy dzień.

W świetle zaczynającego się dnia jedziemy DK91. Jechaliśmy już kiedyś razem tą drogą. Docieramy do Włocławka. Tu, tak jak 2 lata temu, robię fotkę zakładom azotowym. Tym razem nie ma punktu organizowanego przez WTR we Włocławku. Szkoda, bo robili go prawdziwi pasjonaci kolarstwa. Punkt jest dalej – w Dębie Polskim. Dostaję tu pyszną zupę kalafiorową i wspaniałą, wegetariańską porcję makaronu. Poza tym jest kompot, kawa i herbata. Wybór szeroki, ale ja nie zaprzątam sobie nim głowy – piję wszystko po kolei, a do camelbaka biorę od chłopaka z punktu jakiś proszek, mający mieć cudowne właściwości. Na punkcie tym spotykam Beatę, która czuje się jeszcze gorzej niż ja i w tym miejscu wycofuje się z maratonu. Spotykam tu też Roberta Janika i mówię mu, że zmieniłam kategorię na open i po przejechaniu 350 km jako solo, jadę z Michałem, który miał brać udział w BBT, ale nie bierze oficjalnie i dołączył do mnie przed Toruniem.

Następny punkt jest dość blisko i jest to Gąbin. Siedzi tu Irenka, która wydaje się rześka i wesoła. Jak się okazuje, to pozory – czuje się nieźle, bo jest na prochach. Jest tu też Agnieszka oraz Edward Dąbrowski. Dzień robi się ładny. Miało wiać mocno w twarz, ale jakoś ten wiatr, który nieźle mi dokuczał na początku trasy, uspokoił się, a nawet zaczął pomagać. Zdaję sobie sprawę z tego, że z pewnością dostanę karę za jazdę z Michałem, a nawet dyskwalifikację, ale godzę się z tym i niczego nie ukrywam, mówię o tym wprost. Poza tym wiem, że w moim stanie zdrowia nawet mając takiego pomocnika jak Michał, genialnego czasu nie wykręcę. 

Przed Żyrardowem gonią nas ciemne chmury. Idzie chyba burza, bo zrywa się też silny wiatr. Gdy zaczyna kropić, spodziewamy się pompy z nieba, więc wraz z 2 chłopakami zatrzymujemy się na przystanku autobusowym. Ubieramy kurtki przeciwdeszczowe. Ja dodatkowo też spodnie, ale zanim to robię, razem z Michałem przystępujemy do… robótek krawieckich. Spodnie należy skrócić, bo w długich będę się gotowała. W tym celu bierzemy spodnie, sprawdzamy długość do skrócenia, bierzemy mój nożyk i przystępujemy do dzieła: ja trzymam nogawki, Michał tnie. W ten sposób uzyskuję spodnie idealnie dostosowane do potrzeb :)).

Do Żyrardowa docieramy tuż przed wielką ulewą. Spotykam tu na trasie po raz pierwszy Starsząpanią. Chwilę gadamy, ona wygląda dużo lepiej niż ja. Zjadam tu sporo. Makaron z sosem, kilka części arbuza, łykam guaranę, popijam chyba herbatą, być może jem coś jeszcze – mój senny umysł nie spamiętał. Michał na schodach gotował zupkę chińską. Jako niepełnoprawny uczestnik nie objadał punktów, częstował się tylko wtedy, gdy obsługa punktów wyraźnie zezwalała lub wręcz nalegała. Z Żyrardowa Ola rusza przede mną. Mnie natomiast Agnieszka, którą też tu spotykam częstuje tabletkami glukozy, które dostała chyba od Beaty. Biorę jedną na czarną godzinę, która mam nadzieję – nie nastąpi. Gdy już wychodzę z punktu, wysoka miła dziewczyna daje mi bukiet pięknych żółtych kwiatów. Instaluję je na podsiodłówce (kwiaty w świetnym stanie przetrwają aż do mety, bo będzie lało już do końca). Rusza z punktu w ulewie z nami. Śmieje się, że ma blisko do domu, więc może zmoknąć. Jej twarz. Jej głos. Jakieś znajome. Skąd my się znamy? Dopiero pod Grójcem, gdzie jest karny punkt kontrolny następuje olśnienie – to przecież była Werrona! W Grójcu szukamy punktu. Ale nic tam nie ma. Obchodzimy w deszczu jakiś budynek, wchodzę po schodach. Naciskam klamkę. Nic. A skoro nic, to jedziemy. Kilka razy wyłącza mi się GPS. Ale potem działa już normalnie.

Przed PK w Białobrzegach doganiamy i wyprzedzamy Olę. Jestem dość senna. Chyba jechała z kimś ale nie jestem pewna. Mimo senności i ogólnego złego samopoczucia oraz otarć chwilowo jedzie mi się dobrze, korzystam więc z tego i lecę, Michał jest gdzieś za mną. W Białobrzegach z Olą znowu się spotykamy, ruszamy prawie równo, ona jedzie z jednym kolegą. Ja chwilowo ruszam sama, potem Michał mnie dogania. Lecimy fajnymi serwisówkami przy DK7, na których 2 lata temu tasowałam się z grupką Basi Kwaśniewskiej. Pada. Cały czas pada. Na krajówkę wylatujemy parę km przed Radomiem. Jest już ciemnawo i bardzo nieprzyjemnie. Potworny ruch i hałas. Jedziemy tu we 4. Michał, ja i jeszcze 2 kolegów. Przebijanie się przez miasto jest okropne, a potem… jest jeszcze gorzej, bo wylatujemy na DK9. Mój koszmar. 

Horror trwa. Sznury aut ciągną w stronę Warszawy. Michał mówi, że trwają powroty z weekendu. Weekend. To jaki dziś mamy dzień? Nie bardzo wiem. Wiem natomiast, że jest tu strasznie. Pada, ciemno, woda chlapie spod kół, w mokrej, wąskiej ulicy odbijają się światła samochodów. Prawie nic nie widzę. Ruch, hałas, deszcz, ciemność. Czuję się tu strasznie i podejmuję decyzję, że jak dojedziemy do Iłży, to będę namawiała Michała abyśmy się wycofali.

Kilometry do Iłży ciągną się nieskończenie długo. Gdy w końcu tam docieramy, mogę wreszcie przestać trzymać kurczowo kierownicę. Jem, sama już nie wiem który, obiad podczas tego maratonu. A potem trzeba wyjść na zewnątrz i jechać dalej. Nie nocujemy w Iłży. Transatlantyk, tuż przed startem, dał mi namiar na fajne miejsce noclegowe, gdzie można wyspać się w ciszy i spokoju, bez palących się świateł, biegających zawodników, głośnych rozmów. Jedziemy zatem dalej, pod Ostrowiec Świętokrzyski. Ten kawałek to mordęga. Zasypiam na rowerze. Proponuję Michałowi spanie pod NRC na przystanku. Zatrzymuję się nawet i siadam tam. Ale on jest niechętny, krzyczy na mnie i każe jechać. Pada deszcz, jest noc, zaraz od tego siedzenia zrobi nam się zimno. Coś tam gadam, protestuję, ale to na nic. Ruszam. Jadę. DK9 ma wymalowane 3 białe linie: 2 skrajne i jedną na środku. Coś mi podpowiada, że tych skrajnych nie mogę przekroczyć, bo stanie się coś złego. Za to środkową przekraczam. Michał każe zjechać na bok. Cała się trzęsę. Potem jedziemy, powoli i ostrożnie. Już wiem, że żadnej białej linii nie mogę przekraczać i muszę się trzymać tej skrajnej, po prawej stronie. Gadamy, ale nie pamiętam o czym.

Potem wchodzimy do hoteliku przy drodze. Michał targa rowery do góry. Potem milion lat ściągam swoje mokre ciuchy i wchodzę do łóżka. Pali się światło, Michał gdzieś wychodzi i wtedy film mi się urywa… przejechałam 714 km bez snu. To mój rekord.

Trasa:



Zdjęcia

* wpisana suma podjazdów dotyczy całego maratonu.

ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum