Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Kocia muzyka

Dystans całkowity:1932.04 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:54:47
Średnia prędkość:20.68 km/h
Maksymalna prędkość:41.00 km/h
Suma podjazdów:8325 m
Liczba aktywności:16
Średnio na aktywność:120.75 km i 13h 41m
Więcej statystyk

Po drugiej stronie Wisły

Sobota, 24 października 2020 Kategoria do 200, Kocia muzyka
Km: 173.70 Km teren: 0.00 Czas: 09:36 km/h: 18.09
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 691m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Zdarzyło mi się spać pod namiotem podczas rykowiska jeleni. Tym razem, po raz pierwszy w życiu, trafiłam na bekowisko danieli. To była dziwna noc. Z jednej strony szum samochodów z krajówki, z drugiej bekowisko. No i padał deszcz.

Rano nie pada. Nieco odwlekam wstanie i czekam z wyjściem z namiotu, aż się rozwidni. Daniel cały czas się odzywa. Może będę miała trochę szczęścia i go zobaczę? Cierpliwość zostaje nagrodzona – udaje mi się nawet nakręcić krótki filmik przyrodniczy.
 
Kiedy ruszam, drogi są jeszcze mokre po nocnym deszczu. Początek dnia jest słoneczny, jednak szybko pojawiają się dziwne chmury i świat spowija szarość. Nie pada, ale mogłoby być ładniej. Pierwsza część trasy wiedzie wzdłuż Wisły. Raz po raz wchodzę na wały przeciwpowodziowe, żeby pooglądać widoki. W Białej Górze zatrzymuję się przy zabytkowej śluzie, a potem zagłębiam się w Las Mątawski. Droga jest coraz bardziej dziurawa i wyboista. W dodatku mocno dokucza wiatr.






Pierwszym miejscem, w którym robię dłuższą przerwę jest Sztum. Piję kawę na Orlenie, a potem jadę zobaczyć słynny Zakład Karny oraz zamek. Odkąd odbiłam na wschód od Wisły, okolica zrobiła się pagórkowata. A to zapewnia miłe dla oka widoki. Od Żuławki Sztumskiej wracają płaskości – nazwa najwidoczniej zobowiązuje. Od razu jedzie się lżej.



Górki wracają przed Pasłękiem. Dziwne miasto. Centrum objechałam dwa razy i nie znalazłam w nim ani jednego czynnego sklepu. Sobota, przed godziną 18 i wszystko pozamykane. Powoli robi się ciemno. Opuszczam Pasłęk bez zapasu wody na noc.



I kiedy tak jadę, jest coraz mniej wesoło. Ciemno. Droga sukcesywnie pnie się w górę, jestem głównie w lesie. Brak miejscowości, a jeśli już jakąś mijam, to bez sklepów. Myślę sobie nawet, że jeśli nic nie znajdę, to będę musiała wziąć wodę od ludzi. Na szczęście w Bielicy znajduję czynny sklep. Po raz pierwszy w życiu cieszę się na widok grupki facetów pod sklepem. Gdyby nie oni, to bym nie zauważyła, że ten sklep tu jest.

Jadę jeszcze kawałek, przejeżdżam przez Godkowo i kawałek dalej, blisko końca całkiem sporego podjazdu, w lesie rozbijam namiot.

Zaliczone gminy: Ryjewo, Miłoradz, Stary Targ, Stare Pole, Gronowo Elbląskie, Pasłęk, Godkowo.

Mapa:


Miasto nocą

Niedziela, 21 kwietnia 2019 Kategoria do 50, Kocia muzyka
Km: 16.15 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 101m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze

Miasto Szaleńców

Niedziela, 18 lutego 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Kocia muzyka
Km: 113.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: 1.0°C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 591m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Przez większość czasu było mi okropnie zimno. Jak nie w dłonie, to w stopy, a pod koniec chyba nie czułam już nic.
Myśli moje ciągle uciekały do domu, mało brakowało, a zjechałabym z trasy... który to już raz? Chyba trzeci. A może czwarty. Nie liczę. Dziś nie odpuściłam.
To o czym marzyłam, gdy jechałam, to był kubek gorącej herbaty z cytryną, zamiast ohydnie zimnej wody z bidonu, oraz gorący prysznic. Lubię, gdy wszystko staje się proste. Gdy jedyne czego potrzebuję, to podstawowe, najprostsze rzeczy. Rower mi to daje.


"Miała zestarzeć się ze mną nadzieja na coś, co czeka mnie. Miałam spokojnie przejść obok wiatraków, porażki godnie znieść. Miałaś mi pewność dać, nieważne, kto przegra, lecz kto jest sam"


"Pod Rozbrykanym Kucykiem"

Sobota, 3 lutego 2018 Kategoria do 100, Kocia muzyka
Km: 73.32 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 311m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
"Błękitne, szerokie okna i jasne smugi od lamp..."


Któż by pomyślał, że jest tu to wszystko....

Isn`t it ironic?

Czwartek, 28 grudnia 2017 Kategoria do 50, Kocia muzyka
Km: 25.55 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 145m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Wczoraj założyłam szosowe opony do przełajówki. Rower gotowy na Sylwestra. Przed chwilą ostatni rzut oka, czy wszystko jest ok.
I kapeć. Ot, tak - z niczego. Od stania w korytarzu. Oczywiście w tylnym kole, żeby było milej.
Akurat teraz, gdy po raz pierwszy założyłam samodzielnie hybrydy na pazurki.
Ktoś chętny mnie wyręczyć w brudnej robocie?
Hm... jakoś nie widzę tłumu ochotników ;)
Farciara ze mnie. Szykuje się miła robótka na sam wieczór.
Isn`t it ironic, don`t you think?

Nie patrzę w dal

Sobota, 16 grudnia 2017 Kategoria Kocia czytelnia, Kocia muzyka, do 50
Km: 45.02 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 192m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Stawiam stopy rozważnie. Każdy krok w skupieniu. Nie ma miejsca na błędy. Za błędy trzeba płacić. Grząska ziemia opita jest wodą. Grudniowe błoto soczyste jak arbuz w środku lata.
Kałuże rozlewają się z pełną swobodą i jest ich tyle, że nie warto liczyć.
Miast zawrócić - brnę. Głębiej w błoto, dalej w drogę, której końca nie widać.
*
Teren faluje, lecz to nie od rozgrzanego powietrza. Ono przecież jest zimne i wilgotne i... trochę mętne. Mętne jak kałuże leżące na ziemi. Parzę i wiem, że pod spodem jest głębia. Nie chcę sprawdzać. Na wszelki wypadek omijam kałuże. Na wszelki wypadek nie patrzę w dal.
*
Jesteśmy daleko. Lecz blisko na tyle, by się widzieć. Patrzy na mnie stojąc w bezruchu. Patrzę na niego jadąc powoli. Poza nami nie ma tu nikogo.
Ogromny dzik, po dłuższej chwili, idzie w swoją stronę.
*
Zawracam po swoich śladach i dziwię się: to naprawdę ja? Delikatny zygzak, cieniutki ślad po przełajowym bieżniku. Niechybnie ja.
Patrzę na siebie leżącą na ziemi. Na swój ślad. Swoje odbicie lustrzane.
*
Biel przełamuje - lecz nie lody - bo sama jest lodem. I śniegiem. To już przecież niedługo.
Zima.
*
Przychodzi ten moment, gdy wstaję z fotela i podejmuję decyzję. I zdaję sobie sprawę z tego, że jest już za późno...
*
Zostawiłam za sobą...
*
Uciekam szybko od świateł. Wybieram najmniejsze i najciemniejsze drogi. Otulić się nocą. Schować się bardziej.
W nocy wszystkie koty są czarne. Niewidzialne.
Dematerializuję się.
*

*
Znowu patrzę w rozświetlone okna. Każde okno to inna historia. Urywki. Migawki. Wycinki.
Jestem tu obca.
*
And all the roads we have to walk are winding And all the lights that lead us there are blinding


Długa droga do szpitala

Sobota, 16 września 2017 Kategoria do 650, Kocia czytelnia, Kocia muzyka Uczestnicy
Km: 616.30 Km teren: 0.00 Czas: 28:11 km/h: 21.87
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2988m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Północ – Południe jest ostatnim ultra maratonem w roku. To ostatnia taka okazja, by dobrze się zabawić przed nadejściem zimnych, deszczowych jesiennych dni oraz długich zimowych wieczorów. To przejście z lata do jesieni. Nawet jeśli samo lato było jak jesień. W zeszłym roku pogoda była straszna. W tym roku… zapowiadało się podobnie źle. To jednak nic nie szkodzi. Przynajmniej nie będzie niedosytu i żalu, że za mało. Będzie przesyt, przeczochranie, przeoranie. Będzie prze-świetnie.



Na kempingu Helkamp na Helu zajmujemy domek numer zero. Jest nas trójka: Dorotka, Michał i ja. Wszyscy jesteśmy pozytywnie i entuzjastycznie nastawieni do maratonu…. Jeszcze nie wiemy, że żadne z nas go nie ukończy. Domek numer zero i zero osób, które mieszkając w nim ukończyły maraton. Zapamiętajcie to sobie, jeśli kiedyś wpadniecie na pomysł, by nocować w tym domku przed zawodami sportowymi.

Poranek jest wesoły. Po całonocnej jeździe na kempingu zjawia się Ekipa z Elbląga. Przyjechali, by powitać nas wszystkich na starcie. Wszyscy w świetnych nastrojach, skorzy do pomocy. Jestem trochę gapą. Nie zabrałam z domu baterii do GPSa, ani nie kupiłam po drodze izotonika na maraton. To żaden problem. Od jednego z chłopaków dostaję baterie, a Robert kupuje mi izotonik. Kupują jeszcze kawę i herbatę. Marcin przekazuje mi miłą niespodziankę od Asi – są to srebrne kolczyki w kształcie kotków – od razu zakładam! Jest tak wspaniale, że może się wydawać, że dziś spełnią się wszystkie moje życzenia. Wystarczy zamknąć oczy i puścić wodze fantazji. W wyobraźni widzę siebie wpadającą na metę. Umęczoną, ale zadowoloną. Widzę jak zamawiam oscypki z żurawiną…

W naszym domku nr zero, w dużym gronie, pijemy kawę i herbatę. Domek jest piętrowy. Siedzimy na dole. Na piętrze spaliśmy, są tam jeszcze nasze rzeczy, które musimy spakować. Michał wchodzi tam na chwilę i mówi, że są osy, kilka os. Schodzi. Siedzimy wszyscy razem. Potem tam wraca, a ja idę za nim. Mówi, abym uważała, bo tych os jest już ze 30! Wchodzę do góry. Zbieram swoje rzeczy. To nie osy. To pszczoły. Krążą coraz napastliwiej i trzeba się opędzać. W końcu jedna żądli mnie w kolano. Prawe, to które bolało na MRDP. W skórze mam żądło. Proszę Michała o jakieś narzędzie do usunięcia. Ręką tego lepiej nie robić, by nie wcisnąć sobie więcej jadu. Siedzę z żądłem w kolanie. Nie ruszam kolanem. Sama też się nie ruszam, pszczoły latają nade mną. Żądło wysuwam małym nożykiem. To jednak nie załatwia sprawy. Boli i puchnie oraz czerwieni się.


Fot. Marcin Koszyński

Schodzę na dół. Wszyscy pocieszają, że ze 2-3 godzinki poboli i będzie ok. Chodzę po kempingu i pytam, czy ktoś ma jakiś lek na użądlenia. Nie ma nikt. Również policjanci pod latarnią na Helu nie mają. Z bolącym kolanem ustawiam się na starcie. No to jazda!


Fot. emes

Przejazd mierzeją wypada o niebo lepiej niż w zeszłym roku. Policja prowadzi nas z rozsądną prędkością. Peleton się nie rozrywa. Aż do Luzina towarzyszą nam Robert1973 oraz Marecky. Kiedy grupa jest jeszcze duża, Robert wychodzi nawet na prowadzenie i ciągnie za sobą naście osób. Potem, gdy robi się bardziej kameralnie, jadą wraz z Mareckym obok nas lub za nami. Nie mogą jechać przed nami, bo nie są uczestnikami maratonu. Przed zjazdem do hydroelektrowni Żarnowiec doganiam parę osób. Chwilę jadę z Darkiem Krause, który nie ma nawigacji. Parę razy, gdy jest trochę przede mną ryczę do niego: „w prawo! A tu w lewo!” i podobne takie. Na samym podjeździe wyprzedzam Dorotkę. Mówi, że jest ciężko i wszyscy ją wyprzedzają. Uśmiecham się do niej. To prawda, jest ciężko. A będzie jeszcze ciężej. Ten maraton to najcięższe polskie weekendowe ultra.



Raz po raz Michał pyta mnie jak się miewa kontuzjowane podczas MRDP kolano. Za każdym razem mówię mu, że nie wiem. Że ból od użądlenia jest tak silny, że kompletnie maskuje ból kontuzyjny. Nie wiem, czy kontuzja boli. Za to miejsce po użądleniu boli mocno. W dodatku jeszcze mocniej boli głowa. Nie wiążę tego jeszcze z użądleniem.

Na jednej ze stacji paliw wpadam po baterie do GPSa. Spotykam tam Wąskiego i Anitę i jest to ostatni raz jak widzę ich przed metą (z Anitą już się w ogóle więcej nie widzę, bo nie przybyła na metę). Spotykamy tu też Roberta Janika, który wesoło żartuje, że w sumie to chętnie by nas zatrzymał na chwilę, ale nie ma do tego pretekstu, bo nasze nadajniki działają.


Fot. emes

Nieprzyjemny jest przejazd przed Kościerzynę. Napatoczył się super inteligentny kierowca – nauczyciel, który postanowił wyedukować mnie, że miejsce roweru jest na chodniku. W tym celu kilka razy chamsko zajeżdża mi drogę, otwiera szybkę swojego wspaniałego autka, by popluć jadem. Wiocha pełną gębą.

Dla odmiany przez Wdzydzki Park Krajobrazowy jedzie się super. Gdyby tylko nie ta boląca głowa! W końcu zatrzymuję się i zakładam czapkę. W zasadzie aż dwie czapki – jedną na drugą. Wierzę w to, że mnie przewiało i stąd ból głowy. Dodatkowo łykam lek przeciwbólowy. Głowa w końcu przestaje boleć. W Borach Tucholskich najlepsze są jałowce. W szarości wieczoru przypominają ludzi. Choć to jeszcze nie ten etap jazdy, gdy krzaki i drzewa zamieniają się realne postaci, pochylające się ku drodze i wyciągające ręce po jadący rower. To przychodzi z czasem, często w środku nocy. Patrzysz wtedy na taki krzak i zastanawiasz się czy przemówi. A jeśli tak – to co mu odpowiedzieć. Wyższa szkoła niedospania. Po ukończeniu ultra dostaniesz stosowny certyfikat w tej osobliwej specjalności.

Postój robimy na 208 km trasy, na Orlenie w Czersku. Jest już dość szaro. Pora ubrać się na noc. Pora też na jakąś małą wyżerkę. Biorę mufinkę. Któryś z zawodników częstuje mnie też kawą. Wypijam, ale tylko trochę. To jeszcze nie jest pora na kawę, a picie na zapas nie jest dobrym pomysłem.

Nieciekawe prognozy pogody sprawdzają się krótko po zapadnięciu ciemności. Zaczyna lekko kropić. Popełniam podobny błąd jak na MRDP – ubieram się w strój przeciwdeszczowy na raty. Znając prognozy powinnam była założyć cały komplet od razu. Zamiast się łudzić, że będzie to piękna noc. Raz po raz bujamy się po wiatach. Czuję, że zasypiam i nie chcę ryzykować jazdy widząc, że co chwilę tracę kontakt z rzeczywistością. Pięciominutówki zdają egzamin i utrzymują mnie w jako takiej… trzeźwości umysłu.

Kiedy osiągamy Tleń, pada już mocno. Do stroju deszczowego dokładam kaptur, a Michał zakłada na stopy foliówki. Śpiewam wesoło
"szklana pogooooda, szyby niebieskie od telewizorów!" Za Stolnem (284 km trasy), przy DK 91 odwiedzamy Orlen. Pora zjeść coś ciepłego. Biorę kawę i zapiekankę, a Michał dwie porcje pierogów. Pierogów albo było za dużo, albo coś było z nimi nie tak. Ruszamy i Michał szybko zaczyna się skarżyć na problem z żołądkiem. Niezbyt to ciekawie wygląda, wspomina nawet, że jeśli nie przejdzie, to będzie trzeba się wycofać. Namawiam go, byśmy weszli na pierwszą lepszą stację i aby wypił gorzką herbatę, a kto wie, może na stacji będą jakieś leki na zatrucie. Michał jednak jest zniecierpliwiony i nie chce. Nie dziwię mu się. Gdy jest problem ze zdrowiem, to od razu siada też nastrój i wszystko zaczyna drażnić.

Pecha jednak nigdy dość. Jadąc w kompletnych ciemnościach oraz w deszczu odnoszę wrażenie, że tylne koło jakoś dziwnie się toczy. Nawet nie chcę myśleć o tym, że to może być kapeć. Zatrzymuję się, dotykam opony.
Flak.
A szlag by to!
Michał chwilowo jest gdzieś z tyłu. Opieram rower o znak drogowy i szukam w torbie czołówki, a potem woreczka z narzędziami. Kiedy już to mam, nadjeżdża Michał. Zdejmuje koło i bierze się do roboty. Jego pompka coś nie chce działać. Na szczęście działa moja. Trochę czasu ucieka na tę nocną awarię.



Kiedy docieramy do Golubia-Dobrzynia, odwiedzamy Orlen. Pora na gorzką herbatę na niestrawność i próbę doprowadzenia wilkowego żołądka do ładu. Kiedy tu kwitniemy, dojeżdża inny zawodnik. Trochę gadamy i robi się nieco weselej. Po przerwie na stacji jest poprawa, widmo wycofu więc ucieka.

W Lipnie na stacji uzupełniamy płyny. Jest tu prowadzona sprzedaż nocna z okienka. Siedzenie na glebie umila nam miejscowy pijak. Bardzo towarzyski. Potem dojeżdża Wojtek Łuszcz. Siedzimy krótko, bo zimno i pada.

Za Dobrzyniem nad Wisłą robi się już jasnawo. Udało się "przetrwać noc i doczołgać do rana". Wschód słońca następuje gdzieś wysoko nad gęstymi chmurami, z których chwilowo nie pada deszcz i jest (ten wschód) niezauważalny. Paleta barw na niebie bogata jest w miliony odcieni szarości. I tak toczymy się aż do Płocka. Nie mogę dojść do ładu z sennością. Kiwam się w wiatach. Michał już nawet nie protestuje. W dodatku cały czas dokucza mi mocno kolano, w które użądliła pszczoła. Boli i zaczęło swędzieć. Skoro swędzi, to może się goi. Pocieszam się tą myślą. Nogawki nie odsłaniam. Nie wiem jak to kolano wygląda. Wiem, że po każdym postoju ciężko z nim ruszyć. Deszcz i zimno w sumie pomagają, choć teraz rano jest tylko zimno. Ale to co dobre jeszcze przyjdzie: w prognozach jest mega ulewa. W Płocku planujemy odwiedzić Orlen – ten sam, co w zeszłorocznej edycji MPP. Jednak tym razem czujne oko Michała wyłapuje McD stojący tuż za Orlenem. Wolimy McD. Bierzemy zestawy śniadaniowe i regenerujemy się. Gadamy o kolanie, o podłej pogodzie, o deszczu, który ma zacząć padać ponownie około południa.

Po tym postoju jedzie mi się fajnie. Jeśli zapomnieć o kolanie, to jest naprawdę super. Przejazd długą prostą do Łowicza, na której przez aż 15 km nie ma ani jednego zakrętu, jest przeżyciem wprost mistycznym. Wyobrażamy sobie, że jesteśmy w Australii na najdłuższej drodze bez zakrętów. Można mieć wrażenie, że stoi się w miejscu. Pejzaż cały czas ten sam.



Za Łowiczem znowu Orlen. Właśnie zanosi się na deszcz. Kawa, jakieś żarcie i wio. Za Skierniewicami ruch na drogach rośnie. Z tego powodu jest średnio przyjemnie: od Skierniewic, przez Rawę Mazowiecką aż do Opoczna. Znowu nachodzą mnie myśli o zaoraniu niektórych miast i obsianiu ich pyrami i kwiatkami. Aby było przyjemnie, smacznie i ładnie. Momentami jedziemy ścieżkami dla rowerów, bo jazda drogą w tych warunkach, gdy jest duży ruch i cały czas pada deszcz, jest upierdliwa.

Pada mocno. Nic nie szkodzi. Ten wielogodzinny deszcz jakoś mnie nie rusza. Jadę sprawnie, nie zatrzymuję się – bo i po co. Michał chwali moją ładną jazdę w deszczu. Są to warunki, które dały mocno w kość wielu osobom na tym maratonie. Tymczasem my jedziemy niewzruszeni. Doganiamy parę osób, jest super! Może to dlatego, że po norweskich doświadczeniach każde z nas ma solidną deszczową zaprawę. Przypomina mi się, jak w Norwegii modliłam się, by zrobiło się cieplej. Choćby te 13 stopni. Skoro już musi lać, to niech leje, ale nie przy 7 stopniach! No i modlitwa spełnia się ponad rok później, w innym miejscu – jest 13 stopni i deszcz. Czy zatem mogę narzekać?

W Opocznie na Orlenie robimy zakupy przed noclegiem w Końskich. Dojeżdża tu do nas Olek, z którym trochę się tasowaliśmy. Gadamy, śmiejemy się, po czym ruszamy. Ja ruszam pierwsza. Potem dogania mnie Michał, Olka już nie spotykamy. Pada równo cały czas. Droga na Końskie jest już znacznie spokojniejsza. W dodatku w znacznej części ją wyremontowali. Jednak parę dziurawych odcinków specjalnych zostało. W jednym miejscu jest też ruch wahadłowy. Za nami jedzie osobówka, którą kieruje jakiś cwel, co chwilę chamsko gazując. Po zjeździe z wahadła, trąbi donośnie.

Końskie o krok. Docieramy tam tuż po zapadnięciu ciemności. Ulewa, ogromne kałuże. Czyli powtórka z zeszłego roku. Ten sam hotel. Tylko Wąskiego i Emesa brak. Siedzę pod prysznicem, gdy Michał relacjonuje mi kogo udało nam się wyprzedzić w tej ulewie. Jest naprawdę dobrze! Jednak wszystko się zmienia w oka mgnieniu. Spoglądam na użądlone kolano, które po paru chwilach w cieple ledwo mogę zgiąć. Całe jest czerwone. Obrzęk zarówno powyżej jak i poniżej stawu. Gdy stawiam nogę mocniej w brodziku prysznica, czuję rwanie w jakimś mięśniu, czy ścięgnie, które też zajął odczyn. Co za katastrofa! Niewesołą informację przekazuję Michałowi. Dociera do mnie skąd na początku maratonu pojawił się tamten fatalny ból głowy. No nic, pora spać. Może po tych 4 godzinkach snu obudzę się zdrowa. Jeśli nie, to koniec maratonu. Ponoć szpital jest mniej więcej kilometr stąd.

Mapa:

Zdjęcia

Ciąg dalszy


Zimno i pada

Piątek, 21 kwietnia 2017 Kategoria do 50, Kocia muzyka
Km: 31.35 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 160m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
"Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca
Nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące
Tylko zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w środku Europy"



Sweet :)

Sobota, 4 marca 2017 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kocia muzyka, Kot w wielkim mieście, Gdańsk
Km: 320.80 Km teren: 0.00 Czas: 16:06 km/h: 19.93
Pr. maks.: 41.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1360m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Po lodowatej nocy nastał piękny dzień. Gdańsk o poranku zalany jest słońcem :)

Ten entuzjazm i ta radość towarzyszyły mojej trasie:
sweet :)
Entuzjazm i radość mimo przeszkadzającego wiatru, mimo kompletnego braku formy (w grudniu mało co jeździłam, w styczniu i lutym praktycznie nic) i mimo wielu godzin jazdy po zachodzie słońca przy temperaturze +2*C. Jechałam sama. Miałam ze sobą sakwy i namiot.






Miałam wyjechać bardzo wcześnie ale się nie udało. Na dobry początek złapałam kapcia - jeszcze w domu. Rower tak jakby próbował być wredny, bo nie dość, że kapeć z niczego, to w dodatku opona nie chciała zejść i musiałam się mocno naszarpać, by ją zdjąć. Mało sobie paznokci nie połamałam, ale w końcu się udało.

Kiedy ruszyłam, było już jasno. Dzień wg prognoz miał być piękny i słoneczny, jednak sam poranek okazał się lodowaty - było 0*C. Jadąc czułam niesamowitą radość - jak to przyjemnie jest wsiąść na rower po tak długim czasie! Pomknąć przed siebie. Raz po raz zastanawiałam się, czy to w ogóle wypali, bo przecież na dobrą sprawę prawie kwartał nie jeździłam. No ale gdyby coś szło nie tak, mogłam zakończyć wyjazd wcześniej. Miałam ze sobą namiot, śpiwór, materac, kuchenkę i zapas jedzenia.

W Janowcu Wlkp. wypiłam pierwszą kawę. Trasę na Gdańsk w stosunku do zeszłego roku przeprojektowałam. Wywaliłam beznadziejny odcinek ruchliwej szosy Wągrowiec - Kcynia. Nieprzyjemność dojazdu do Kcyni została zatem okrojona do niezbędnego minimum. Sama Kcynia była akurat rozkopana. Ruch wahadłowy. Nic przyjemnego. W dodatku jak oszalały rozdzwonił się mój telefon. Jak tu rozmawiać w tym hałasie warczących silników? Z ulgą opuściłam Kcynię.

Przed Nakłem zrobiło się ciepło. Jechałam kostkowaną śmieszką rowerową. Ruch był spory i tylko dlatego po tej kostce się tłukłam. Skorzystałam też z jednej z ławeczek i zrzuciłam z siebie trochę ciuchów - zrobiło się ciepło - aż 13*C! W Nakle ruch duży jak w Kcyni. Pomyślałam sobie, że jak się stąd wydostanę, to wrócą puste szosy i znowu jazda stanie się przyjemna. Wtem, w całym tym ruchu, jakiś chłopak na szosówce krzyczy do mnie: już nad morze?!
Skinęłam głową potwierdzając i zastanawiałam się skąd on wiedział, że jadę nad morze....

Kawałek za Nakłem moja trasa wykręciła na wschód i zaczęłam walkę z wiatrem. No tak, to nie był dzień na Gdańsk. Chcąc jechać z wiatrem, powinnam była pojechać do Kołobrzegu. Im dłużej trwała ta szarpanina, tym częściej łapałam się na myśli: było lecieć na Kołobrzeg.

Poza tym jednak pogoda była piękna: ciepło, słonecznie. Wysmarowałam nawet twarz kremem przeciwsłonecznym. Po mniej więcej 40 km walki z mocno przeszkadzającym wiatrem, nitka trasy litościwie przybrała nieco korzystniejszy kierunek i jechało się przyjemniej. Widoki miałam wspaniałe; lasy i jeziora w późno popołudniowym słońcu to była prawdziwa uczta dla oczu. Co za radość móc tu być! Szkoda tylko, że czułam się już dość zmęczona, no ale to efekt kompletnego braku formy i mało sprzyjającego wiatru.

Przede mną Przystanek Tleń i obiad! W lutym zeszłego roku niespodziewanie wyłonił się z ciemności, teraz wiedziałam już, że tu jest. Planowałam posiedzieć tu przynajmniej godzinę i plan ten spełniłam :). Trafiłam wybornie - nawet stolik, przy którym siedziałam w zeszłym roku był wolny. Rower też (jak ostatnio) ustawiłam w środku. Zjadłam pyszną zupę grzybową oraz pstrąga z ziemniakami i surówką. Nie było łatwo stąd ruszyć - tak tu przyjemnie! W dodatku w międzyczasie zrobiło się już praktycznie zupełnie ciemno. Zerknęłam na gps: zostało jeszcze 130 km. Do zrobienia w ciemności.

Jazda po ciemku była dość nudna. Wyłączyłam muzykę, by lepiej słyszeć zwierzęta mogące o tej porze łazić blisko szosy. Niewiele było widać, niewiele się działo. Z rzadka przejechał jakiś samochód, drogi wąskie i praktycznie zupełnie puste. Na wioskach mijałam zataczających się mężczyzn (sporo ich było, chodzili samotnie, często do siebie mówili, niektórzy krzyczeli, śpiewali). Nocną jazdę urozmaiciło mi też stado dzików. Chyba trochę je wystraszyłam, a one mnie.

Ponad 40 km leśny odcinek zakończyłam Skórczem :)). W miasteczku tym wpadłam na Orlen ogrzać się trochę. Po pięknym dniu nastał chłodny wieczór, a po nim zimna noc. Ledwie 1-3*C. Zastanawiałam się co wziąć. Może kawę? E.... nie. Tym razem postawiłam na herbatę.

Przez kolejne miejscowości jechałam nie zatrzymując się zbyt wiele. Ciemno. Fotkę zrobiłam w Pelplinie - bazylika jest tak wspaniała, że koniecznie musiałam. Po drodze widziałam iluminacje bożonarodzeniowe. Kilka domków przystrojonych lampkami (przy jednej stał nawet świetlny renifer!). Mijałam też neon z choinką. Coraz bliżej święta :).

Tuż przed Tczewem wyjechałam na DK91. Było spokojnie. Droga szeroka, ale nie wszędzie miała pobocze. Cieszyłam się, że jestem tu późnym wieczorem, bo w ciągu dnia pewnie jest tu mało przyjemnie.

I tak sobie jechałam i jechałam i jechałam... było (mimo dokuczliwego zimna) przyjemnie i błogo. Wtem popatrzyłam na gps: 15 km/h. Zepsuł się! Szczęście, że chociaż wskazuje drogę i ekran normalnie działa - pomyślałam. Jak się okazało synchronicznie zepsuł się też licznik - bo też pokazywał 15 km/h. Pomstowałam pod nosem na ten beznadziejny i zawodny sprzęt. Przecież to nie jest możliwe, że to ja! Było tak fajnie - przecinałam powietrze jak pocisk. To niemożliwe, bym jechała tak strasznie powoli!

A jednak możliwe. Tej nocy niemożliwe stało się możliwe - Gdańsk na początku marca, tak zwyczajnie i po prostu.
Mój rower, który w sobotni ranek był tak jakby wredny, przez całą trasę spisywał się niezawodnie. W nagrodę strzeliłam mu fotę z tabliczką Gdańsk :).

A potem, mocno już senna oraz zmarznięta wieloma godzinami jazdy w zimnie i ciemnościach, poszukałam stosownych krzaków i poszłam spać. Temperatura spadła do 0*C. Do snu zdjęłam z siebie tylko kask, buty i rękawiczki :)

Zdjęcia

b

Polne kwiaty

Czwartek, 1 grudnia 2016 Kategoria do 50, Kocia muzyka
Km: 29.84 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 178m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum