Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 350

Dystans całkowity:10820.78 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:380:09
Średnia prędkość:21.78 km/h
Maksymalna prędkość:47.96 km/h
Suma podjazdów:34640 m
Maks. tętno maksymalne:153 (0 %)
Maks. tętno średnie:129 (0 %)
Suma kalorii:4837 kcal
Liczba aktywności:34
Średnio na aktywność:318.26 km i 14h 37m
Więcej statystyk

Pyra Trail

Sobota, 11 czerwca 2022 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Km: 304.68 Km teren: 0.00 Czas: 17:57 km/h: 16.97
Pr. maks.: 35.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1005m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Po raz trzeci zdecydowałam się wystartować w długim, terenowym maratonie Pyra Trail. Pogoda była świetna. Słonecznie i ciepło. Choć pamiętając, jak bardzo prognozy potrafią się nie sprawdzić, zabrałam ze sobą w podsiodłówce koszulkę termiczną, deszczówkę, a nawet grubego polara! To chyba się nazywa trauma termiczna :)

Najgorzej, najtrudniej i dla mnie zupełnie nieprzejezdnie było na singlach nad Wartą. Cały ten odcinek kilku km zrobiłam z papcia, tracąc mnóstwo czasu i będąc wyprzedzaną chyba przez cały peleton. W dodatku ubrana od stóp do głów, bo zarośla były takie, że wydawało mi się, że jest to jedno wielkie siedlisko kleszczy. Dopiero w Bolechowie-Osiedlu, na przystanku autobusowym, zdjęłam rękawki, nogawki i czapkę i od razu zrobiło się milej i przyjemniej.

Przystanków nie robiłam dużo. Pierwszy w Pławnie, potem we Wronczynie i dalej jeszcze może ze 2 sklepy i na koniec stacja Orlenu, przed nocą. Przede wszystkim trzeba było uzupełniać picie. W tym gorącu schodziło ono szybko!
Trasa, poza singlami nad Wartą prawie w całości przejezdna. Piaskownic dużo na szczęście nie było. Na metę dojechałam krótko po 3 w nocy, uzyskując czas brutto 20 godzin i 30 minut oraz 4 miejsce wśród kobiet.







Badania

Niedziela, 29 maja 2022 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Km: 301.83 Km teren: 0.00 Czas: 13:55 km/h: 21.69
Pr. maks.: 38.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 765m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kręciłam się nieskończoną ilość razy po tym samym odcinku.


"I'm on my way over the deep blue sea I'll be searching for your light house to lead me"

Sobota, 19 marca 2022 Kategoria do 350, Gdańsk, Kocia czytelnia
Km: 335.00 Km teren: 0.00 Czas: 19:49 km/h: 16.90
Pr. maks.: 38.00 Temperatura: 5.0°C HRmax: 153153 HRavg 129
4837: 4837kcal Podjazdy: 1446m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
To nie była przyjemna jazda i gdyby nie to, że to były już ostatki zimy, a astronomiczna wiosna zaczynała się w niedzielę 20.03.2022 r. o 16:33, to dałabym sobie spokój i poczekała na przyjemniejsze warunki. Jednak do Gdańska jeżdżę wyłącznie zimą. Zawsze pomiędzy 1 stycznia a początkiem wiosny astronomicznej. Zatem był to tegoroczny ostatni możliwy termin, aby tradycji mogło stać się zadość.

Ruszyłam w zimny poranek, pod wiatr. Na rowerze przełajowym, z sakwami. Ze względu na wiatr przeciwny, z którym zmagałam się przez całe ponad 300 km, dość często wyrzucałam sobie, że mogłam jednak pojechać na kolarzówce. Opory byłyby mniejsze. A tak? No cóż, ciężko było ciągnąć cały ten rowerowo-sakwiarski zestaw. We wszystkich znajomych mi miejscach byłam znacznie później niż zwykle. Jak zawsze zatrzymałam się na kawę w Janowcu. W dolinie Noteci wspominałam poprzedni wyjazd do Gdańska, wtedy na tej drodze miejscami leżały śnieżne jęzory. Nakło było nieprzyjemne (jak co roku), w dodatku trafiłam na roboty drogowe i musiałam jechać przez miasto dziwnym objazdem. Nie zatrzymałam się tam nawet na chwilę. Droga na Mroczę mniej obciążona ruchem niż zazwyczaj. Potem długi odcinek do Koronowa. Rozległe, wywiane przestrzenie. Nic przyjemnego. Samo Koronowo osiągnęłam dopiero o 15:45. Czyli bardzo późno. Zrobiłam tu drugą przerwę w cieple – na Orlenie. Mocno wysmagana wiatrem siadłam na jednej z kanap. Zamówiłam zapiekankę i herbatę. Niespecjalnie lubię orlenowe zapiekanki, no ale coś trzeba było zjeść.

Dalej były lasy. Tu mogłam nieco odetchnąć od wiatru, lecz wcale nie jechałam bardziej żwawo, gdyż po jakichś 150 km jazdy pod wiatr nie czułam się rześka. Gdzieś w okolicach Lniana słońce zaczęło zachodzić, a przy drodze pojawiły się znaki o… zamkniętej drodze na Tleń. Klasyka! Który to już raz na długiej trasie trafiam na roboty drogowe? To zawsze jest loteria – uda się przedrzeć, albo i nie. Będzie długi kawał z papcia, albo jedynie krótki spacerek. W każdym razie jadąc uparcie ku remontowanemu fragmentowi postanowiłam, że jeśli remont będzie nie do sforsowania, to nie cofam się do objazdu, tylko kończę wyrypę w lesie i odpuszczam Gdańsk. A skoro tak, to odpuszczam również wszystkie ultra, które zaplanowałam na ten rok. W myślach wysyłałam już do organizatorów poszczególne rezygnacje i tylko w jednym przypadku czułam prawdziwy żal. A mianowicie na myśl o rezygnacji z MPP.



Remontowany odcinek wyłonił się z ciemności. Bariery i swojski widok: znak zakazu ruchu. Było to wszystko dokładnie nad moim najulubieńszym jeziorem Wierzchy. Nigdzie nie jest tak pięknie jak tu. Żadne jezioro nie jest tak magiczne. Dzień już się skończył. Stałam na brzegu z telefonem i usiłowałam zrobić zdjęcie. Wydobyć z tej ciemności światło, którego już nie było.



Coś tam się udało. A potem przedzierałam się przez bariery, następnie maszerowałam w głębokim piachu, lawirowałam pomiędzy maszynami budowlanymi, potem znowu był kopny piach, a na koniec blaszane, wysokie zapory. I już!



Krótko potem osiągnęłam Tleń i wypatrzyłam zupełnie nową restaurację, która nazywa się Żółty Rower, stoi ona po prawej stronie drogi. Chyba wcześniej jej tu nie było. Następnie Przystanek Tleń. Kilka razy podczas wyryp do Gdańska zatrzymywałam się tu na obiad. Potem pomogłam im finansowo w pandemii, gdyż zależało mi, by to miejsce przetrwało. Natomiast gdy w zeszłym, pandemicznym roku nie wpuścili mnie do środka, gdy zziębnięta chciałam zjeść obiad, poczułam się głęboko rozczarowana i postanowiłam, że nigdy więcej nie przekroczę ich progu… Nie zatrzymałam się ani na chwilę. Od razu ruszyłam na podjazd, który zaczyna się zaraz za Przystankiem.

Wszystko dalej już po ciemku. Osie, Lipinki, Przewodnik, Jaszczerek. Odcinek po wąskiej drodze do Jaszczerka bez śniegu, oczywiście. Pamiętam jednak, jak ta droga potrafi wyglądać. Pamiętam siebie, jak po kostki w śniegu szłam tutaj pewnej zimy z rowerem. W drodze do Gdańska, rzecz jasna. Doceniałam teraz brak śniegu. Miło.

Skórcz osiągnęłam o 21:55. Dokładnie 5 minut przed uruchomieniem kasy nocnej. Chyba nie wspominałam, ale praktycznie natychmiast po zapadnięciu ciemności, pojawiła się mgła. Co ciekawe nie wiązało się to z ustaniem wiatru. Wiatr nadal sobie wiał w twarz, a mgła i ciemność sprawiały, że niewiele widziałam.



Skórczowy Orlen to była niesamowicie miła niespodzianka. Pani, która pracuje na tej stacji powiedziała, że ona nie jest jak wszyscy i nie zamyka stacji z wybiciem godziny 22. Mogłam więc wypić i zjeść w cieple. To nieocenione, gdyż byłam nie tylko wywiana i zmarznięta, ale też zmoknięta od mgły. Za Skórczem jeszcze trochę bocznych dróg aż do Pelplina. Fajnie się jechało, gdy z tej mgły raz po raz wyłaniały się wielkie drzewa rosnące na poboczu, albo domy, czy zakręty. Bardziej czułam pod kołami i wyobrażałam sobie tę drogę, niż faktycznie ją widziałam.

Bazylika w Pelplinie również wyłoniła się z mgły.



Potem już tylko musiałam dojechać do DK 91 i nią dociągnąć do Gdańska. Jakoś tak dziwnie zapamiętałam, że jest ona oświetlona na całym tym odcinku. Nie była. Była za to gęsta mgła. Na szczęście ruch mały i w większości towarzyszące tej drodze pobocze. Ostatni przystanek to był bardzo duży Orlen w Pszczółkach – znany mi już z poprzednich wyjazdów. Herbata i bagietka z jajkiem. Wychodząc stąd ubrałam wszystko, co miałam, bo zrobiło się wściekle zimno. Miałam zatem na sobie: wełnianą bluzkę, koszulkę kolarską różową BBT, kurtkę od wiatru, kamizelkę, kurtkę puchową i kurtkę przeciwmgłową, tj. przeciwdeszczową. Okazał się to być zestaw idealny do jazdy pod wiatr, w zimnie i mgle, gdy ma się w nogach 300 km i jedzie się jeszcze te 35 km dalej.



Tabliczkę Gdańsk klepnęłam o 3:51.



Na Długiej i Długim Targu byłam o 4:25, natomiast w lesie na Westerplatte o 5:12. Na Długiej i Długim Targu spędziłam czas robiąc zdjęcia i ciesząc się, że mogę tu znowu być zimą. Tym razem w ostatnich godzinach zimy. Fontanna Neptuna podświetlona była w barwy UA. Inni też mile spędzali tu czas… wymiotując, rozbijając butelki, wydzierając się i… grając w piłkę nożną. Poza tym, wszystko było rozkopane, trwał jakiś kosmiczny megaremont.









Wobec niezbyt sympatycznego i raczej mało łagodnego towarzystwa, nie odważyłam się przejechać Długą w drugą stronę. Pojechałam zupełnie innymi drogami do głównej ulicy, a potem już znaną mi drogą potoczyłam się na Westerplatte. W moim lesie, gdy dojechałam do celu, zaczynało już jaśnieć. Zastanawiałam się nawet, czy jest sens kłaść się spać w tej sytuacji, czy może pojechać pod pomnik Obrońców Westerplatte i tam popatrzeć, jak wstaje dzień. Doszłam jednak do wniosku, że chętnie rozprostuję kości i poleżę. Rozłożyłam worek biwakowy, materac, śpiwór i nastawiłam budzik na szalone 1,5 godziny snu. Kiedy otworzyłam oczy, powitał mnie bardzo szary i mglisty oraz zimny poranek.



Zrobiłam kawę, pogapiłam się w niebo i w korony drzew, a potem spakowałam się i pojechałam pod Pomnik. W międzyczasie przez mgłę zaczęło się przebijać słońce. Pod Pomnikiem miałam szczęście być sama. Widoczny spod niego w dole napis „NIGDY WIĘCEJ WOJNY” miał inny wydźwięk niż w poprzednich latach. Teraz, gdy wojna jest tuż obok…







Potem, już w słońcu i pod błękitnym niebem, pojechałam do centrum. Długa i Długi Targ były zupełnie inne niż w nocy. Inni ludzie, inny klimat, inny świat. Tradycyjnie poszłam na śniadanie i kawę z ciastkiem do Pellowskich. Odwiedziłam też Mariacką i spędziłam kilka chwil w bazylice.









Do pociągu powrotnego wsiadłam o 12:17, do domu weszłam o 16:05, gdy trwała jeszcze astronomiczna zima. Tradycji stało się zadość. Gdańsk zimą po raz siódmy!


Achomowy UltraEndo weekend (1)

Piątek, 15 października 2021 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Km: 324.80 Km teren: 0.00 Czas: 15:54 km/h: 20.43
Pr. maks.: 45.80 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1417m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Niespecjalnie lubię jazdę nocną, bo jest to nudne. Tej nocy wstałam jednak z ochotą, bo czekała na mnie fajna trasa. Już z samej mapy wynikało, że chyba udało mi się stworzyć idealny dojazd do Częstochowy. Choć tym razem Jasna Góra nie była celem, a miejscem, które miałam odwiedzić po drodze.
Cel był bowiem jakieś 30 km dalej.



Lubię kontrasty, może dlatego, że dużo ich we mnie. To była trasa solo. Ponad 300 km na rowerze w samotności. A u celu… spotkanie w dużej grupie bardzo sympatycznych ludzi. Nagłe przejście z odosobnienia do spotkania. Z chłodu, wiatru i nocy do ciepła i światła. Z ciszy do gwaru. To miłe. Fajnie jest zrobić dużą trasę, a potem po prostu posiedzieć w cieple, zjeść coś, pogadać ze znajomymi. I od razu poczuć się tak, jakby siedziało się tu już od kilku godzin, a nie od paru zaledwie chwil.

Tymczasem jest noc, coś po drugiej. Właśnie się zbudziłam o tej dziwnej godzinie i dotarło do mnie, że jest to piątek.
Urlop.
Cały długi dzień, choć to przecież jeszcze noc, gdy mam wolny czas tylko dla siebie. Otwieram okno i słyszę świszczący wiatr. No tak, ma być praktycznie w całości z wiatrem bocznym i przednio-bocznym. Nie chcę o tym myśleć teraz, przy śniadaniu, więc zamykam okno i wyobrażam sobie, że na zewnątrz jest spokój.

Ruszam na trasę o 3:35. To jedna z tych nocy, gdy wiatr nie słabnie. Od samego początku muszę więc toczyć z nim nierówną walkę. Drogi są mokre i błyszczące. Jeszcze niedawno padał deszcz. Nudne kilometrogodziny. Nie dzieje się zupełnie nic ciekawego. Rowerowa noc, jakich wiele mam na koncie. Chwilowo skupiam się wyłącznie na Nowym Mieście nad Wartą. Trzeba tam dotrzeć jak najszybciej. Przeprawa przez most na Warcie z pewnością będzie mocno średnia. Ciemno, mokra droga DK nr 11 i nr 15 idące tu razem. Nic miłego. Jadę najpierw przez Środę Wielkopolską. Na chwilę jest więc jasno od lamp. Potem znowu czarne nic. A potem te krajówki skonsolidowane. Te 2,5 km robię szybko, by mieć to z głowy. Nie ma jeszcze godziny 6, a ruch już ogromny. TIRy jeden za drugim, w tych ciemnościach. Niektóre na mnie trąbią, ale ja nie zjeżdżam na bok, by nie prowokować mijanek na gazetę. Z premedytacją jadę środkiem i blokuję ruch.

Kiedy w końcu jest po wszystkim, wpadam na Orlen. Nadal jest to noc. Biorę słodką kawę z czekoladą i czekoladową mufinkę. Nocny standard.



W okolicach Radlina robi się szaro, a to oznacza, że właśnie zaczyna się dzień. Jarocin mijam bokiem. To dobre, bo przejazd przez miasto zawsze był nieprzyjemny. Objazd udany, drogi dobrej jakości i bez ruchu. W podobny sposób objeżdżam Ostrów Wlkp. Znowu omijam miasto i unikam użerania się z beznadziejnymi ścieżkami rowerowymi oraz kierowcami, którzy zawsze wszystko wiedzą najlepiej.



Omijając oba te miasta, omijam również stacje paliw. A one na trasie zawsze są dobrymi miejscami na odpoczynek. Dzień jest chłodny i wietrzny. Temperatura to jakieś 10-13 stopni. Niezbyt przyjemnie jest w takich warunkach robić przerwy na przystankach autobusowych, ale za bardzo nie mam wyjścia, bo tu po prostu niczego innego nie ma.



6-kilometrowy podjazd do Kotłowa. Pod górę i pod wiatr jednocześnie. Potem zjazd i jakieś 15 km dalej Grabów nad Prosną. Droga za Grabowem na długim odcinku bardzo niewygodna, spękana, dziurawa. Za to ładnie poprowadzona przez las. Znam ją nie od dziś.







Na 225 km trasy, drugi dziś i ostatni Orlen – w Wieluniu. Stacja bardzo mała, bez możliwości, by usiąść. Biorę kawę i piję na stojąco. Za to panie z obsługi bardzo miłe.
Z Wielunia do Działoszyna 26 km drogą wojewódzką. Ruch umiarkowany, a więc i jazda umiarkowanie przyjemna. Dalej nie jest nic lepiej, a nawet robi się nieco gorzej. Ruch się wzmaga, a szarówka przechodzi w ciemność.



W takich warunkach jadę aż do Kamyka, który jest na 278 km trasy. Jestem już nieco zmęczona całym dniem walki z wiatrem i chłodem. Na szczęście odbijam w bok z wojewódzkiej i jest przynajmniej spokojniej na drodze.

Kiedy jestem już w Częstochowie i jadę w stronę Jasnej Góry, zaczyna padać deszcz. Prognozy rozminęły się z rzeczywistością. Miało przecież zacząć padać znacznie później. Dociskam więc mocniej i pędzę na Jasną Górę. Zaskoczenie – w ten październikowy, piątkowy wieczór jest tu pełno ludzi! Stawiam rower w miejscu, które znam. Nie przypinam go nawet, bo nieco się spieszę. Wbijam pod Obraz na krótką modlitwę, co nie jest łatwe, bo wszędzie dziki tłum.



Potem, w deszczu, jadę ostatnie 30 km nad Jezioro Porajskie. Po drodze remontowane, frezowane asfalty, piach i inne cuda. W ciemności i deszczu. Aż w końcu, chwilę po 22:00, docieram do Ośrodka. Są tu już prawie wszyscy. Miło jest widzieć znajomych ludzi, a zwłaszcza Achoma, dzięki któremu tu wszyscy mogliśmy się spotkać! Jestem zmarznięta i lekko zmoknięta, a tu tak ciepło i miło! Wymieniam serdeczne uściski (dociera do mnie, że muszę być nieźle zmarznięta, bo wszyscy wydają mi się wręcz gorący!). Idę więc szybko wziąć prysznic i przebrać się w suche rzeczy.
Reszta wieczoru to sama radość, rozmowy, śmiech, a najlepsze jest to, że gdy obudzę się jutro, to wszystko będzie trwało i spędzimy wszyscy uroczy dzień, jeżdżąc rowerami po pięknej Jurze.




Ciąg dalszy

MRDP 2021 (2)

Poniedziałek, 23 sierpnia 2021 Kategoria MRDP 2021, Kocia czytelnia, do 350
Km: 325.60 Km teren: 0.00 Czas: 15:54 km/h: 20.48
Pr. maks.: 41.30 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1403m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzę się po 5 godzinach snu. Czuję się dobrze. Ksiądz jeszcze śpi, więc nie widzimy się już więcej. Zbieram swoje graty, schodzę do kuchni i robię sobie herbatę oraz zjadam resztkę wczorajszych pierogów, jest 04:49. Potem biorę rower i wychodzę. Od samego początku lekko czuję lewego Achillesa. To zły znak i wiem, że na coś takiego trzeba reagować od razu. Jeśli nie zrobię nic, to będzie tylko gorzej, a to niechybnie doprowadzi do DNF, bo z ostrym stanem zapalnym nie zrobię już nic. Na dobry początek krzywię zatem stopę piętą dośrodkowo. Jest lepiej. Tzn. nadal czuję, że mam to ścięgno, ale nie idzie to dalej. Czuję też nabite mięśnie ud. Normalna sprawa. Po kilku dniach przejdzie / przyzwyczaję się / polubię.

Po 40 km jazdy docieram do Krynek. Jest to 6 punkt kontrolny. Wysyłam obowiązkowego smsa na relację SMS i wbijam do sklepu. Kupuję pączki. Pączki na ULTRA są super. Słodkie oraz tłuste. Kaloryczne - i o to chodzi.

Droga krajowa od Bobrowników na Zarzeczany nie jest straszna. Kolejka tirów jest długa, ale w przeciwną stronę.

Hajnówka to na dziś to 130 km trasy. Postój na Orlenie. Jedzenie i picie. Poza tym staram się załatwić worek na śmieci, by szczelnie zabezpieczyć śpiwór przed deszczem. Pani, która mnie obsługuje mówi, że nie ma worka i nie może mi dać. Czuję lekkie zniecierpliwienie. Wyciągam czarno-złotą, imienną kartę klubową i macham jej nią przed oczyma, pytając spokojnie: jest pani pewna? W tym momencie wszystko się zmienia. Worek oczywiście jest!
Czy jestem zadowolona?
No jasne, że tak!
Czy coś jeszcze może dla mnie zrobić?
Nie, wszystko już w porządku.
Biorę zapiekankę, kawę, worek oraz drobne zakupy i siadam przy stoliku.

Gdzieś w drodze na przeprawę promową przez Bug spotykam Krzyśka Wlazło. Jestem zaskoczona, nie spodziewałam się, że się jeszcze spotkamy. Tymczasem jedzie on bardzo powoli i z łatwością go doganiam. Okazuje się, że co do minionej nocy – miałam rację. Senność jednak wróciła. Kolega spędził tę noc w stogu siana, do Krynek dojechać mu się nie udało. Noc była zimna, więc musiał się coraz mocniej zakopywać w słomie. Koniec końców regeneracja niestety bliska zeru. Opowiadam o dobrym spaniu na plebanii. Ta noc pod dachem faktycznie dała mi sporo. Tym bardziej, że dziś nie jest zbyt ciepło i wieje, a popołudniem ma rozpocząć się długotrwały opad deszczu.

Przed przeprawą promową spotykam jadących z naprzeciwka ludzi z gravelowego maratonu „Wschód 2021”. A krótko przed przeprawą pojawia się zupełnie niespodziewanie Obis! Mówi, że specjalnie wyjechał mi na spotkanie i pyta, czy jestem zaskoczona - bo chciał mnie zaskoczyć! Udało mu się pierwszorzędnie! Nigdy w życiu bym się nie spodziewała go spotkać jakieś 500 km od Poznania. Gada do mnie różne rzeczy – nie wszystko rejestruję. W tym pyta, czy jestem może obrażona. Jestem przede wszystkim w ciężkim szoku i jest to zdecydowanie dominujące uczucie. Potem płyniemy razem promem (201 km dzisiejszego dnia). Jest tu też chyba Krzysiek Wlazło i parę innych osób z MRDP. Obis siedzi obok mnie na promie. Gada do mnie, a ja w tym czasie chyba liczę trasę na dziś i zjadam kabanosa. Nie pamiętam dokładnie. Staram się robić kilka rzeczy jednocześnie, by nie marnować czasu.

Po wyjściu z promu jest kawałek po terenie. Obis jedzie to razem ze mną, a potem się żegna. Uczucie zaskoczenia jednak jeszcze ze mną pozostaje. Na najbliższe kilometry.





Zaczyna lekko padać deszcz. Zupełnie niewinnie i tak delikatnie! Aż trudno mi uwierzyć, w to co ma nastąpić. Będzie padało / lało przez najbliższe… 400 km. Nie wiem o tym teraz. Ale nawet gdybym wiedziała – czy to cokolwiek by zmieniło? Pierwsze krople poczułam już na promie. Teraz jest ich tak jakby więcej. Pod sklepem ubieram strój deszczowy. Dostaję na telefon bardzo dużo wiadomości o tym deszczu. Że będzie padać mocno i długo. Zakładam nogawki, wełniane skarpetki, kurtkę deszczową, spodnie deszczowe, osłonkę na kask. Wiatrówka i lekkie skarpetki wędrują do torby podsiodłowej. Nie wiem jeszcze, że zostaną tam już do samego końca maratonu… Teraz właśnie wyścig z czasem zaczyna się na dobre.
To jest ten moment.
Do startu gotowi?.... START!

Janów Podlaski (227 km na dziś). Pada i leje na zmianę. Buty i skarpetki dawno utopione, ale zimno mi jeszcze nie jest. Minimalistyczny Orlen. Nic jadalnego na ciepło tu nie ma. W jakiejś burgerowni biorę frytki i zapiekankę x 2. Raz na miejscu i raz na wynos (na wieczór i jutrzejszy poranek). Rower moknie na zewnątrz. Jest tak szaro i tak pada, jakby miało tak zostać już na zawsze.

Do Terespola (261 km) docieram w strugach deszczu i o zmierzchu. Jest oczywiste, że tę noc muszę spędzić pod jakimś dachem. To już będzie druga taka noc i niniejszym mój plan i ambitnie zrobiona rozpiska noclegów na dziko biorą w łeb. Na jakimś przystanku autobusowym za Terespolem siadam i dłubię w necie, szukając hotelu. On musi być we Włodawie, jakieś 64 km stąd. Udaje mi się zarezerwować miejsce w hotelu, jest to Gościniec Podkowa.

Nie mam wspomnień z drogi do Włodawy innych niż ciemność i nieustający deszcz. Sama Włodawa płynie deszczową rzeką. Leje nieprawdopodobnie mocno. Wyciągam telefon, by namierzyć hotel. Po drodze na mieście widzę 2 naszych. Wyglądają na ledwo żywych. Na szczęście hotel nie jest daleko od trasy. Docieram tam krótko przed północą i od razu zaliczam nieprzyjemne spięcie z właścicielem. Nie pozwala zabrać mi roweru do pokoju. Jestem cała przemoczona. W torbach na rowerze mam wszystko: kosmetyki, lekarstwa, ubrania, jedzenie. Naprawdę – średnio mi się uśmiecha tego wszystkiego teraz szukać i rozpakowywać po ciemku, w deszczu i zimnie. Nie bardzo mam też ochotę zostawiać rower w pomieszczeniu, do którego dostęp może mieć z ulicy praktycznie każdy. Dochodzi do ostrej wymiany zdań i niewiele brakuje, bym pojechała dalej w ciemną, deszczową noc. Ostatecznie jednak zostaję.



W pokoju rozwieszam kompletnie mokre ubrania i idę pod prysznic. Potem jedzenie (zimna zapiekanka z Janowa), krótka rozmowa przez Messenger i idę spać, jest godzina 00:12. Na liczniku 325,6 km.




Ciąg dalszy

VII Kórnicki Maraton Turystyczny

Sobota, 7 sierpnia 2021 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, KMT
Km: 319.13 Km teren: 0.00 Czas: 13:12 km/h: 24.18
Pr. maks.: 44.51 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1194m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Na linii startu staję lekko niepewna. Tydzień temu byłam pod troskliwą, acz nieco brutalną opieką chirurga. Od tamtego dnia do dziś zjechałam z wagą 2 kg. Dużo. Niczego dobrego się raczej nie spodziewam. Trasę zmieniłam. Miało być 500, będzie 300. Choć na dobrą sprawę, czy to na pewno jest aż taka różnica? W końcu wysiłek, to wysiłek. A rana jeszcze nie jest zagojona. Dwie stówy w jedną, dwie w drugą, to w tej sytuacji chyba jeden kij.

Miałam jechać z przedostatniej grupy o 7:55 ale, że było nas bardzo mało w ostatniej i przedostatniej grupie, to zostaliśmy połączeni i ruszyliśmy wszyscy o 8:00. Za nami nie było już zupełnie nikogo. Grupka dość szybko się porwała. Parę osób przede mną, parę za mną. Ja gdzieś w środku.



Pierwsze 170 km było pod wiatr. Nie jakiś bardzo mocny, ale jednak przeszkadzający. Na 40 km trasy wyprzedziłam blondynkę na rowerze poziomym. Potem jeszcze ze 2 osoby, a następnie to ja zostałam wyprzedzona przez chłopaka w czarnym stroju na gravelówce. Nie wyprzedził mnie z prędkością światła, więc podjęłam próbę skoczenia mu na koło. I udało się! Chłopak trzymał prędkość 27-29 km/h i było to o około 2 km/h szybciej niż gdy jechałam sama. Super!

Jechaliśmy tak razem i złapaliśmy jeszcze dwóch chłopaków z naszej grupy startowej, którzy byli przed nami. Od teraz więc we 4. Na zmiany wychodziliśmy ja i chłopak w czarnym stroju. Jadąc tak w duchu się śmiałam, że moja turystyczna część tego maratonu właśnie się ogranicza do gapienia się na całkiem fajny zestaw: czarno-niebieskie buty, gdzie niebieski był bardziej nasycony niż najbardziej niebieskie niebo oraz na perfekcyjnie białe skarpetki i opalone łydki. Kolega prawą skarpetkę ma lekko zawiniętą i jest to jedyny szczegół psujący ten idealny obrazek. Gdybyśmy się znali, to od razu zwróciłabym uwagę. Jednak się nie znamy, a nie chcę ryzykować, że pogoni mnie pompką, więc nie mówię nic. I jedynie myślach powtarzam: ej, popraw skarpetkę!

Zatrzymujemy się wszyscy na zamkniętym przejeździe kolejowym przed Śmiglem. Jest to dobra okazja, by dosmarować skórę kremem przeciwsłonecznym. Natomiast chłopak w czerni cieszy się, że wreszcie może zdjąć kurtkę, w której jedzie od startu. Rozmawiamy też o tym, że trzeba dokupić picie, stacja by się przydała. Na rozpisce widzę stację, jest na wyjeździe ze Śmigla, po lewej stronie. Informuję o tym chłopaków i wszyscy wprost nie możemy się doczekać! 78 km trasy, jest stacja, wszystko idzie bardzo szybko. Kupuję izotonik, odwiedzam toaletę i już jestem gotowa do dalszej jazdy. Chłopaki jeszcze nie, część bierze kawę. Cóż, ja jeszcze nie mogę… Co więcej w ustach mam niefajny posmak. Lekko słodki i lekko metaliczny. Krew.

Mówię zatem, że pojadę, bez prędkości i mają mnie dogonić. Z tą prędkością jest chyba zwyczajnie. Trzymam te 24-26 km/h. Jadę sama. Po drodze jest krótki kawałek remontowanej drogi. Trochę piachu, kombajn z naprzeciwka. Ciasno i ten piach. Idę pieszo. Kierowca kombajnu wesoło się do mnie uśmiecha z wysokości i pyta, jak mi się jedzie. Uśmiecham się na tyle, na ile rana w ustach mi pozwala i mówię, że całkiem dobrze. Zostaję dogoniona przez kolegę ubranego na czarno dopiero w Wieleniu, na 107 km trasy. Pełno tu ludzi, bo obok są lasy i ładne jezioro. Łażą oni po ulicy jak popadnie. Na pasach muszę się zatrzymać, by przepuścić grupkę, a gdy ruszam, łapie mnie silny kurcz w prawą łydkę. Prawie spadam z roweru! Kiedy ruszam ponownie, nadjeżdża kolega w czerni i pyta, czy wszystko ok. Skręcona bólem nie daję niczego po sobie poznać i jakoś udaje mi się wydukać: tak, ok! No i pojechaliśmy. Jak to fajnie znowu móc się wieźć na kole. Powraca znajomy widok: czarno-niebieskie buty, białe skarpetki, opalone łydki.

I tak sobie razem jedziemy do Sławy, jest to 121 km trasy. Kolega niestety zjeżdża na stację paliw, która tu jest. Ja grzeję na punkt żywieniowy już bez ani jednego przystanku. Punkt ten jest w Głogowie, na 151 km. Najpierw jednak trzeba przebić się przez most na Odrze i bardzo duże rondo. Na punkcie, dzięki uprzejmości Elizium i Kamili, czeka na mnie zimny obiad. Jestem za to naprawdę wdzięczna, bo z raną w ustach cały czas nie mogę jeszcze jeść ciepłego. Zupę pomidorową połykam w całości. Udaje mi się też w dużej mierze zjeść drugie danie, które jest bardzo smaczne. W międzyczasie dojeżdża kolega w czerni. I… nie rozpoznaje mnie! Odwiedzam toaletę i zaczepiam mojego nowego kolegę. On jeszcze je, więc nie ma szans, byśmy ruszyli razem. Rzucam tylko, że mam nadzieję, że szybko mnie złapie.

Za punktem trzeba przebić się jeszcze przez miasto oraz około 25 km trzeba też przemęczyć się pod wiatr. Pojawiają się górki. Jednak, o dziwo, zupełnie mnie one nie męczą, wręcz przeciwnie, skacze mi się po tych górkach bardzo przyjemnie. Następnie jest jazda przy Obiekcie Unieszkodliwiania Odpadów Wydobywczych „Żelazny Most”. Piękne, letnie popołudnie, więc… dlaczego by nie docisnąć lekko? No to zwiększam prędkość. Fajnie jest. Krajobrazy są ładne, oko cieszą też wąskie asfalty. Lubię jeździć po takich drogach. Nie wszyscy jednak jadą tu ze swobodą i lekkością. Mijam dwóch chłopaków, którzy przy drodze rozciągają bolące nogi.

Rudna, od teraz wiatr będzie już tylko pomagał, choć… czy na pewno? Mam wrażenie, że całe wianie właśnie się skończyło i jest zupełnie neutralnie. Tak jakby cisza przed burzą, a w oddali faktycznie widać dziwne chmury. Przed drugim punktem żywieniowym doganiam jednego z naszych. Widzi mnie już od jakiegoś czasu, bo raz po raz się odwraca. W ustach mam krew i nastrój w sumie średni, a już z pewnością nie towarzyski. Jest to ten moment, gdy odczuwam irytację. Niektórzy twierdzą, że jestem twarda. Ja natomiast uważam, że akurat niekoniecznie. Mianowicie twardość w tym przypadku przejawiłaby się pozostaniem w domu, a nie przedkładaniem przyjemności, tj. jazdy rowerem, ponad własne zdrowie.

Kolega odwraca się za mną, potem siedzi mi na kole. Następnie jedzie trochę przede mną i znowu się odwraca. W końcu mówię, by nie oglądał się na mnie, tylko jechał swoje. Od tej pory jedynie się tasujemy. Na słuchawkach leci „Breaking me”. Ascetycznie. MPK i wyłącznie jego głos oraz gra na pojedynczych strunach gitary akustycznej. Dobre. Uciekają wszystkie złe emocje i natychmiast robi się spokojnie. Udaję sama przed sobą, że nie czuję smaku krwi. Puszczam ten kawałek kilka razy, raz za razem.

Na drugim punkcie żywieniowym, w Bojanowie, są zupa oraz bułeczki. Zupę zjadam. Bułeczki są ciepłe i chrupiące. Nie jestem w stanie ich zjeść w tej postaci. Rozrywam więc palcami i jem tylko miękki środek. Kiedy wstaję od stołu, na punkt wchodzi Paulina. Witamy się i już mnie tu nie ma.

Od drugiego punktu aż do mety zatrzymuję się trzy razy i są to postoje minutowe: żeby włączyć lampki, żeby zresetować mp3, która się zawiesiła i żeby założyć kurtkę. No i to wszystko. Bardzo podoba mi się na rynku w Gostyniu. Klimatycznie, już z częściowo włączonym oświetleniem. Przez chwilę nawet myślę o zrobieniu zdjęcia, ale… jednak nie. Trzeba grzać na metę. No to leeeecę!

Jest już ciemno, jestem jakieś 3 km od mety, gdy wydaje mi się, że bardzo daleko za mną widzę rowerową lampkę. Czyżby ktoś się zbliżał? O, nie! Końcówkę jadę więc na maksa, żeby nikt na ostatniej prostej już mnie nie dogonił. Na metę wpadam o 22:19.
Czas jazdy brutto: 14 godzin i 19 minut. Czas netto: 13 godzin i 12 minut.





Na mecie dostaję od Ani chłodziwo. Przytykam je do twarzy. Zjadam powoli makaron i wypijam piwo 0%. Wysyłam do rodziny i znajomych wiadomości i powoli się zbieram do wyjazdu. W międzyczasie przyjechało trochę osób. A teraz, gdy wyjeżdżam na metę wpada kolega w czerni, z którym miałam przyjemność trochę pojechać wspólnie na tym maratonie. Składamy sobie gratulacje i… przedstawiamy się sobie. Krzysztof żartuje, że trudno jest ze mną się umówić na kawę, bo ja na stację tylko wpadam i już mnie nie ma. Uśmiecham się. Ja przecież nie zawsze tak. Ale Kórnik – wiadomo, musi być ogień. Na miarę moich możliwości, oczywiście.

Twilight

Sobota, 24 lipca 2021 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Km: 323.36 Km teren: 0.00 Czas: 12:44 km/h: 25.39
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1039m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ruszam z domu wcześnie rano. Pogoda jest dobra, słonecznie, lekki wiatr, raczej ciepło. Ubrana jestem lekko, ale jednak na długo. Sobotni poranek to pora, gdy można beztrosko lecieć rowerem po najgłówniejszych arteriach Poznania. Tak więc jadę DK 92, ul. Solną, Nad Wierzbakiem, Wojska Polskiego, Koszalińską. Jest pustawo. Jedzie się dobrze. Na 47 km zatrzymuję się na chwilę. Robi się ciepło i jest to pora, by zdjąć wiatrówkę oraz nogawki i wysmarować skórę kremem przeciwsłonecznym.

To nadal jest poranek, jednak przejazd przez Szamotuły tradycyjnie nie jest zbyt przyjemny. Przejazd przez Obrzycko z kolei jest tak szybki, że na dobrą sprawę dopiero na wyjeździe z miasta orientuję się, że to już!

Potem jazda przez Puszczę Notecką, następnie jej północnym skrajem. Po przejechaniu 110 km na średniej prędkości 24,49 km/h, jestem w Wieleniu. Jest tu stacja Orlenu. Zgodnie z planem, zatrzymuję się. Muszę uzupełnić picie, wypić kawę, zjeść zapiekankę. To również tu spotykam się z moim partnerem do jazdy. Mam już wszystko ogarnięte, chowam akurat krem przeciwsłoneczny, gdy podjeżdża on i wita mnie słowami: a ty co się opierd…? Śmieję się. No fakt, to może wyglądać jak totalne leserstwo. Ruszamy. Chwilę jedzie za mną, ale nie po to przecież, by się chować. Bo za mną, jadącą w dolnym chwycie, trudno jest uzyskać jakiekolwiek korzyści, tak niska i płaska jestem wtedy. Po kilku minutach wychodzi na prowadzenie i zaczyna się galop. Z licznika nie schodzi zakres 30-34 km/h. Szybko. Potem mam okazję obserwować normalną reakcję organizmu na użądlenie pszczoły. Pszczoła żądli go w okolice mostka i… nie dzieje się nic szczególnego. Poza tym, że na chwilę się zatrzymujemy, co troszkę wybija z rytmu. Niemniej szalony galop trwa aż do Drezdenka.

Na wyjeździe z Drezdenka znany mi dobrze odcinek z drobnego kamiennego bruku. Tu zostaję z tyłu. Potem na chwilę się rozdzielamy i podjazd przed Dobiegniewem w całości robię sama. W samym Dobiegniewie jest już po prostu gorąco. To dobry moment, by przyjąć pepsi i lody. Od razu robi się fajniej.

Z Dobiegniewa jedziemy do Choszczna. Wracają tu wspomnienia z maratonów szosowych i jazdy Zdzicha Kalinowskiego na dobowy rekord. Nawet trochę się rozglądam, może on tu akurat też się gdzieś dziś kręci. Nikogo znajomego jednak nie ma. Z jazdy w dobrej prędkości nie zostało wiele. Każde z nas jedzie swoje. On z przodu, ja z tyłu. Mimo to, przykładam się. Zależy mi, by ta jazda nie była w trybie wycieczkowym, lecz sportowym. Przystanki owszem są, np. w Choszcznie, gdzie jemy obiad. Ale jak już jedziemy, to staram się. W końcu ten dzień nad morzem nie poczeka. Jeśli mamy tam dotrzeć przed nocą, to trzeba zagęszczać ruchy.

Nieprzyjemny jest przejazd przez Stargard. Przed miastem też średnio. Wymyśliłam chyba najgorszą drogę w województwie. Jest ona bardzo dziurawa, a na jej końcu jest w dodatku zakaz jazdy. Wszystko rozkopane i remont. Trzeba z 400 m przejść pieszo. Głupio mi z tego powodu, tym bardziej, że on na swój ironiczny sposób docenia jakość tej drogi. Na liczniku 220 km ze średnią 25,5 km/h.

Potem, za Stargardem, drogowo jest już lepiej. W Goleniowie Orlen. Czuję się dobrze i nawet wyglądam rześko, mimo przejechanych już niemal 260 km. Zamawiam bułkę na ciepło oraz pepsi. Ta bułka wchodzi ciężko…. On w tym czasie idzie na burgera i frytki. Zdążył tam dojechać, zjeść i wrócić, a ja… nadal nad tą bułką.

Dalsza droga miała być już na luzie, po technicznej drodze, wzdłuż S3. Miało to wejść łatwo i lekko. Tymczasem, nic bardziej mylnego! Gdzieś uciekła cała moc! Z trudem utrzymuję te 24-26 km/h. On się oddala i chyba myśli, że się obraziłam, bo przecież zupełnie nie wyglądam na zmęczoną.

Potem wjazd na wyspę Wolin, następnie Dargobądz, znany z BBT i DK nr 3. Ruch jest duży, na szczęście jest tu też pobocze. Sama końcówka nieco nerwowa. W Międzyzdrojach tłum ludzi, trudno się przebić nad morze. Jednak, co dziwne, na plaży ludzi jest znacznie mniej niż na mieście. Całości wyszło 323 km ze średnią 25,39 km/h. Szybkość na ostatnich 100 km trochę spadła. To chyba za sprawą dziurawej drogi przed Stargardem oraz niespodziewanego spadku sił za Goleniowem. Prawie całą trasę przejechałam w dolnym chwycie, bo wtedy mogę jechać z wyższą prędkością na mniejszym wydatku energetycznym. Na szczęście mój kręgosłup jest bardzo giętki i mogę sobie na coś takiego pozwolić.

Twilight. Zmierzch. Słońce jest tuż pod taflą morza. Zatopione. Ale niebo nie jest jeszcze ciemne. Czaruje nas pięknymi kolorami, które występują tylko o tej porze, która nie jest ani dniem, ani nocą. Te krótkie chwile są piękne. Zdejmujemy buty, idziemy plażą, robimy zdjęcia, wstawiam rower do wody, moczę stopy. Ale fajnie! No ale, żeby nie było zbyt dobrze, jest tu chyba milion komarów! A wszystkie one wściekle głodne.







„To ty jesteś specjalistką od miejscówek” – słyszę, więc pora pomyśleć o noclegu. Spakowani jesteśmy minimalistycznie, ale jesteśmy gotowi na noc w terenie. Proponuję 3 opcje: na zachód do lasu, na wschód na nielegalu do Parku Narodowego, albo zaraz za tory w ulicę Cmentarną, bo tam też jest las. Trzecia opcja wygrywa, bo to najbliżej. Jeszcze tylko małe zakupy i jedziemy w las.





Pyra Trail 2021

Sobota, 26 czerwca 2021 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Km: 308.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1215m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Do bazy maratonu dojeżdżam samochodem, w sobotę rano. Kiedy ruszam rowerem do biura zawodów, wyłapuje mnie Wojtek i wesoło gawędząc dojeżdżamy tam razem. Wojtek spakowany jest zupełnie minimalistycznie! Ja trochę rzeczy ze sobą zabrałam, znając swoje umiejętności terenowe, a w zasadzie ich brak wiedziałam, że na pewno załapię się na jazdę po zachodzie słońca.



Odbieram pakiet i resztę czasu przed startem spędzam pijąc kawę i jedząc pyszną drożdżówkę. Zapowiada się fajny dzień. Ruszam w ostatniej grupie. Początkowo byłam przypisana do grupy Wojtka, ale na własną prośbę zostałam przeniesiona do ostatniej grupy (8:10) – dzięki temu mogłam pospać trochę dłużej.

Moja grupa, to sami mocarze, tak więc już na pierwszej prostej zostaję sama. Nie przeszkadza mi to. Początkowe kilometry uciekają sprawnie. Pogoda jest doskonała. Dość szybko doganiam jednego z naszych, który sprawia wrażenie nieco zaplątanego. Będziemy się potem tasować do około 130 km. Pierwszy podjazd znad Warty, po kamiennym bruku i od razu problem! Nie chcą wchodzić 3 najlżejsze przełożenia na kasecie. A gdy już idą, to łańcuch spada za kasetę. W dodatku nie współpracuje przednia przerzutka. Co u licha??? Stop! Żeby nie zmielić przerzutki, nie pociąć szprych, natychmiast się zatrzymuję. Układam łańcuch z powrotem na twardym biegu, ale już wiem, że jest niedobrze. Brak lekkich przełożeń w terenie, na pewno się zemści… Pod górę niestety muszę podejść. Bieg jest za twardy, by jechać. Klnę w głos. Milknę, gdy zauważam schodzącego z góry faceta. Chyba na szczęście mnie nie słyszał, bo zagaduje, że górka ostra, więc nie dziwi się, że nie mam siły podjechać. Szkoda gadać, masakra. Tłumaczę krótko, że nie w tym rzecz. Po prostu nie mogę wrzucić odpowiednio miękkiego biegu. Nigdy w życiu nie podchodziłam tego podjazdu. A przecież bywałam tu.

Do 70 km trasy mam problemy żołądkowe. Jakaś nietolerancja. Zastanawiam się, czego tym razem nie polubił mój żołądek. W końcu zaczyna boleć tak, że problem sprawia mi normalne oddychanie. Każdy wdech, to ból. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie się wycofać. Rower niesprawny, żołądek nie działa. Na 70 km trasy jest Orlen. Stoi tu jeden z naszych. Pyta, jak się jedzie. Na początku mówię, że ok. Jednak chwilę później przyznaję, że mam problem z żołądkiem. I dzieje się magia: kolega ma ze sobą tabletki na brzuch, odpala mi jedną i to uratuje sytuację.

Biorę kawę, dokupuję picie do bidonów i jeszcze nieco zachowawczo, z bolącym brzuchem, jadę dalej. Z każdą chwilą czuję się jednak coraz lepiej. W międzyczasie zaczyna też działać przednia przerzutka. Fajnie. Co prawda na kasecie nie mam najlżejszych biegów, ale działający przód wnosi przecież dużo.

Widoki na tym maratonie są bardzo ładne. Południowa Wielkopolska w terenie jest znacznie ładniejsza, niż na szosie. Dużo jest miejsc naprawdę urokliwych. Kiedy jestem w okolicach Dolska, chmurzy się i nawet spada na mnie kilka kropel deszczu. To jedyny taki moment podczas całego wyścigu. Mniej więcej pomiędzy 100 a 125 km dużo jest mocno piaszczystego terenu. Spore odcinki prowadzę rower. Techniki do jazdy w terenie, to ja niestety nigdy nie miałam. Dużo szkód wyrządziły ostatnie ulewy, które przeszły przez Wielkopolskę. Niektóre ścieżki są kompletnie wymyte i bardziej podobne są do wyschniętych koryt strumieni lub niewielkich rzek, niż do dróg.
Na prowadzenie roweru schodzi dużo czasu. Idąc staram się trzymać prędkość 5 km/h.



W okolicach Brenna zaczynam spotykać coraz więcej naszych. To cieszy, bo oznacza, że w końcu powoli zaczynam doganiać ludzi, którzy startowali przede mną. Nad jeziorem jest tłoczno i panuje miła, wakacyjna atmosfera. W jednym z punktów gastronomicznych kupuję izotonik i jadę dalej. Wczesnym wieczorem zaczynam tasować się z dwójką naszych. Ogólnie jadę nieco szybciej niż oni, ale tylko wtedy, gdy droga jest normalnie przejezdna (bez kopnego piachu) oraz jeśli nic mi się nie przytrafia. I tak na przykład wyprzedzili mnie na chwilę, gdy ja kawałek pojechałam źle i musiałam się wracać. Albo, gdy zatrzymałam się, by ubrać się na nadchodzącą noc. Raz też miałam już ich na widelcu, gdy do nosa wpadła mi muszka i musiałam się zatrzymać. Potem, w nocy, ta dwójka zamieniła się w czwórkę. I znowu było tasowanie. Raz oni z przodu, raz ja.



Na BP w Śremie jestem chwilę przed nimi. Jest już ciemno. Lecę do toalety, robię małe zakupy, wkrótce czwórka kolegów dojeżdża. Chwilę siedzimy tu wszyscy. Wiemy, że przed nami trudny odcinek około 20 km zaraz za Śremem. Ja zbieram się jako pierwsza i wychodząc mówię, że na pewno się niedługo spotkamy. Oni nie bardzo w to wierzą, ale ja wiem swoje. Mało jest osób, które jeżdżą w terenie podobnie słabo jak ja.

Za Śremem faktycznie robi się mało wesoło. Odcinek nad Wartą to piachy, wyboje, trawy. Do tego jeszcze mgła i chłód. Oczywiście ciemno. W takich warunkach przejeżdżam może ze 3 km. Resztę tego kawałka robię pieszo. Mniej więcej 17 km. Czwórka oczywiście w końcu mnie dopada i wyprzedza. Oni jakoś sprawniej sobie radzą. Kiedy wreszcie docieram do szosy, zjeżdża się ze mną miły kolega Krzysztof, który w sobotę rano na stacji uratował mój żołądek. Chwilę jedziemy obok siebie i gadamy. Potem każdy już jedzie po swojemu. Drogi stają się normalne i przejezdne. Na szosie łapię czterech kolegów i zostawiam ich za sobą. Spotkamy się dopiero na mecie. Na szczęście noc czerwcowa jest bardzo krótka. Ledwie zdąży się ściemnić, a już zaczyna robić się jasno.

Przed metą jeszcze kilka odcinków, gdzie rower muszę pchać przez piachy. Czuję się przyjemnie zmęczona. Nic mi nie przeszkadza, ani nic nie drażni.
Rower, który częściowo nie działa? Cóż, bywa.
Zimno i mgła? Trzeba przyjąć.
Piachy? No przecież się przepchnie.

Wtem, jadąc lasem widzę, że ktoś usiłuje przejść na drugą stronę ścieżki. Od razu włącza się trzeźwe myślenie: to chyba przejście dla pieszych, trzeba ustąpić tej osobie pierwszeństwa!
To nie osoba.
To brzoza.
Nie ma tu żadnej ulicy, żadnego przejścia, nikt nie idzie. Moje myśli nie są trzeźwe, jest 4:30 nad ranem. Pora się obudzić. Na szczęście pomaga w tym trasa. Znowu głęboki piach. Trzeba zejść z roweru i iść. Przy okazji senność ulatuje.

Końcówka maratonu to przejazd Ścieżką Zdrowia nad jeziorem. Warunki oświetleniowe są wybitne. Słońce wzeszło kilka chwil temu. Barwy czerwone i różowe grają pomiędzy liśćmi drzew. Dopiero 4 km przed metą pojawia się szosa. Można grzać i wykrzesać z siebie siły na ładny finisz.



A na mecie miły komitet powitalny, zdjęcia, medal. No i jedzonko. Pyra z gzikiem też jest! Myślę sobie, no tak, Pyra Trail. Nic dziwnego, że pewna część trasy, była niczym kartoflisko. 309 km maratonu, w tym około 30 km pieszo przez piachy. Było soczyście. Na mecie dowiaduję się też, że cały maraton wygrał Wojtek. Zrobił te 300 km w niewiarygodne, niecałe 11 godzin! Wspaniały wynik mojego kolegi.



Warszawa w pierwszej połowie marca

Niedziela, 14 marca 2021 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Km: 309.40 Km teren: 0.00 Czas: 13:33 km/h: 22.83
Pr. maks.: 47.96 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 897m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ostatni weekend zimy 2020/2021 wypadało godnie uczcić. Niezbyt rowerowa dla mnie ta zima była. Poza tym, że od początku roku co miesiąc wpadała dłuższa trasa, to w zasadzie nie działo się nic. W styczniu Gdańsk. W lutym Częstochowa. A w marcu… Warszawa.

Wyruszyłam na trasę o 3.38 w niedzielę. Niedziela to dobry dzień na jazdę drogą krajową nr 92. Ruch jest wtedy mały i warunki są wprost idealne, by zrobić długą trasę po dobrej nawierzchni. Nocny początek dłuży mi się. W dodatku muszę cały czas skupiać wzrok, zwłaszcza pomiędzy miejscowościami, gdzie nie ma oświetlenia: od soboty jest silny wiatr i za jego sprawą na drodze leży sporo gałęzi. Niezbyt dużych, ale jednak wolę, by żadna z nich nie wplątała mi się w koło.



Pierwsze 100 km to bardzo nieprzyjemny odcinek. Mam silny i lodowato zimny wiatr boczny. To bardzo wychładza. Czuję, jak stopniowo, prawostronnie zamieniam się w zmarzlinę. Pod jedną z wiat przystankowych zatrzymuję się i ubieram cieplej. Na wiatrówce ląduje deszczówka. Nie pada, ale przydaje się dla lepszej izolacji termicznej. Dodatkowo na prawą stopę, w której z zimna powoli tracę czucie, nakładam woreczek foliowy. Nadal jest ciemno.

Wschód słońca oglądam dopiero gdzieś w okolicy Słupcy. Niebo jest czyste, zimny i przeszkadzający wiatr wzmaga się. Aż wierzyć się nie chce, że to wszystko ma się niedługo zmienić. Według prognoz, wiatr ma zacząć pomagać, a błękitne niebo zastąpią chmury, z których spadnie deszcz.



Nieco zmęczona walką z wiatrem, docieram do Genowefy. To żadna z moich koleżanek. To miejscowość. Jest tu przy drodze stacja Orlenu. Godzina 8:44, 103 km za mną – idealny moment na pierwszy postój i słodką kawę.

Walka z wiatrem kończy się za Koninem. Swoje dołożyły też lekkie górki. Górki i wiatr sprawiły, że poczułam się trochę jak ten koniński koń przy trasie – żaden galop, tylko stanie dęba.



Potem jest już lepiej. Wiatr wreszcie pomaga. W Kole robię kilka zdjęć malowniczo rozlanej Warty.



Tymczasem niebo od jakiegoś już czasu poszarzało. Jadę akurat obwodnicą Krośniewic (około 153 km trasy), gdy zaczyna lekko kropić. Na początku nic sobie z tego nie robię, ale gdy z biegiem czasu zaczyna padać mocniej, zatrzymuję się na chwilę i zakładam spodnie deszczowe oraz osłonkę na kask.



Staram się zagęszczać ruchy. Minimalizować postoje i nie obijać się zanadto. A to dlatego, że dziś jest trochę jak na wyścigu. Jadę jako ucieczka, natomiast z domu jedzie za mną pościg. Drugi i ostatni postój robię na Orlenie w Nowych Zdunach, równo 100 km po poprzednim postoju. Jest to tuż przed Łowiczem. Biorę tu małą herbatę z cytryną, dokupuję izotonik i zjadam ciastko z wiśnią i czekoladą kupione jeszcze w sobotę w Gruzińskiej Piekarni.

Łowicz, tak jak pozostałe, wcześniejsze miasta, mijam lekko bokiem. Cały czas raz po raz papaduje deszczyk. Dopiero w Sochaczewie lekko wjeżdżam do miasta. To tu uciekam z DK 92, by resztę trasy do Warszawy zrobić zupełnie bocznymi drogami. Przejeżdżam przez Żelazową Wolę, mijam dom urodzenia Fryderyka Chopina, przecinam most na Utracie i wszystko się zmienia. Do Warszawy jeszcze około 50 km. Z każdym kilometrem coraz bliżej i z każdym kilometrem… coraz trudniej w to uwierzyć: ogromne miasto jest blisko, tymczasem jadę przez kompletne wioski. Biegają tu luzem psy i kury, przy drodze często widać drewniane domki, które czas świetności mają dawno już za sobą. Apogeum wszystkiego,to wjazd w teren. Ubity, lekko kamienisty szuter, a kawałek za nim dołem idzie trasa S8.



Widać stąd już wieżowce stolicy. Jeszcze trochę i naraz z całej tej wiejskiej scenerii nagle wjeżdżam do miasta. Wrażenie jest niesamowite. Jeszcze bardziej niesamowite jest to, że nadal jadę jako ucieczka.

Złapana zostaję już w Warszawie, na jednym ze skrzyżowań, na światłach.



Jak na prawdziwym wyścigu, ucieczka skasowana na sam koniec! Od teraz, już zupełnie bez pospiechu, jedziemy przez miasto i często robimy zdjęcia. Nie trzeba się spieszyć. Do odjazdu pociągu o 20:18, jeszcze ponad 2 godziny. Pod Pałacem Kultury jesteśmy o 17:55.



Stąd kierujemy się na Starówkę.



Ubieramy się cieplej i jak wielu innych turystów spacerujemy, pijemy herbatę, jemy oscypki, słuchamy ulicznych grajków. W międzyczasie dzień dobiega końca.

Rowerem i pieszo do Gdańska

Piątek, 22 stycznia 2021 Kategoria do 350, Kot w wielkim mieście, Kocia czytelnia, Gdańsk
Km: 335.40 Km teren: 0.00 Czas: 18:11 km/h: 18.45
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1327m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
" — Widzisz - powiedziała - tyle jest tego, co nie znajduje sobie miejsca ani latem, ani jesienią, ani na wiosnę. To wszystko, co jest nieśmiałe i zagubione. Niektóre rodzaje nocnych zwierząt i tacy, którzy nigdzie nie pasują i w których nikt nie wierzy... Trzymają się na uboczu cały rok. A potem kiedy jest spokojnie i biało i kiedy noce stają się długie, a wszyscy posnęli snem zimowym — wtedy wychodzą".

Tove Jansson "Zima Muminków"


Gwieździsta noc, lecz niebo całe czarne. Pod kołami mojego roweru tysiące gwiazd. Mienią się i skrzą lodowym blaskiem. Ostrożnie. Wystarczy jeden fałszywy ruch…
5:03 w styczniu, to jeszcze noc. Patrzę w gwiazdy rozsypane na asfalcie i nie cieszy mnie ich widok.

Pierwszy postój to Janowiec. Biorę kawę i zjadam kanapkę. Słońce niedawno wstało i zapowiada się ładny dzień. Wiatr sprzyja aż do setnego kilometra. Dopiero za Kcynią, gdy wykręcam na wschód, zaczyna przeszkadzać. Do tego robi się dziwnie. Droga biegnie doliną Noteci, w cieniu zbocza. Mało słońca tu dociera i widać to bardzo wyraźnie. Chodnik i droga dla rowerów całe zaśnieżone i zalodzone. Na szosie śnieżne jęzory. Zastanawiam się jak będą wyglądały szosy w lasach na północy kraju, mając nadzieję, że nie gorzej niż tu.

W Nakle krótki przystanek pod wiatą i szybka wizyta na stacji. Nie biorę niczego ciepłego do picia, postanawiam dociągnąć do Tlenia, gdzie mam nadzieję zjeść, jak co roku, obiad.



Szosa nr 241 z Nakła na Mroczę tradycyjnie jest nieprzyjemna. Ruch umiarkowany, ale jednak drażniący. Z ulgą z niej zjeżdżam i nie przeszkadza mi nawet boczny wiatr, który się pojawia wraz ze zmianą kierunku. W Koronowie jestem o 13:18. Przejeżdżam przez miasteczko, robię kilka fotek nad Kanałem Lateralnym i zagłębiam się w lasy. Nie jest źle. Sporo śniegu, ale drogi czyste.



Najzimniej jest nad jeziorem Wierzchy. Pełno śniegu i ten chłód! Jezioro ma zamarzniętą taflę. Po raz pierwszy widzę je białe. Jest cicho i spokojnie.



Cisza aż dźwięczy w uszach. Aż by się chciało zostać tu dłużej. Niestety dotkliwy ziąb szybko weryfikuje te chęci.



A potem jest Tleń. Pod słynnym Przystankiem zatrzymuję się tylko na chwilę. Przez obostrzenia epidemiczne jedzenie można zamówić tylko na wynos. Nie bardzo wyobrażam sobie obiad na wynos, gdy się ma w nogach ponad 200 km i gdy jedzie się rowerem. Wychłodzenie organizmu z pewnością by przyszło bardzo szybko. Robię fotkę, bo… to wszystko, co w tej sytuacji mogę zrobić. Godzina 16:10, jadę dalej. Za Tleniem jest pod górę. Zwykle podjazd ten robię zregenerowana i posilona dobrym obiadem. Teraz jadę na żelu energetycznym. Jest jakoś inaczej. Niefajnie. Szosy w lasach na szczęście cały czas są ok. Docieram do miejscowości Osie, powoli robi się szaro. Za Osiem szosa znowu wnika w las. Naraz czuję, że tylne koło lekko ucieka. Na asfalcie jest trochę śniegowej chlapy i dużo wody. Trochę podobnie to wygląda, jak w dolinie Noteci. A potem jest już tylko gorzej. Śnieg, śnieg, sporo śniegu. Czasem cała szosa w śniegu, czasem wolne od niego wąskie paski wyjeżdżone przez koła samochodów. No i ciemno. Słońce zaszło już jakiś czas temu.

Kiedy docieram do Lipionek, mam za sobą 222 km i jestem nieco poirytowana. Przeprawa śniegowa, podczas której idę i jadę na zmianę trwa już długo i miło by było, gdyby w końcu dobiegła końca.



Zatrzymuję się na przystanku autobusowym i sprawdzam w telefonie mapę. Nie wygląda to zbyt dobrze. 10 kilometrów zabawy w śniegu już co prawda za mną, ale wszystko wskazuje na to, że zanim dotrę do główniejszej drogi, czeka mnie jeszcze 8 km przeprawy. Karmię się nadzieją, że może nie będzie tak źle, ale sama za bardzo w to nie wierzę. Tak więc aż do Jaszczerka na zmianę idę i jadę. Raz po raz, gdy jedzie jakiś samochód, muszę włazić w głębokie zaspy, żebyśmy mogli bezpiecznie się minąć. 18 kilometrów marszo-jazdy.



Kiedy w końcu docieram do drogi wojewódzkiej, cieszę się jak dzika. Oczywiście obiecuję sobie, że na pierwszej napotkanej stacji robię w pełni zasłużoną przerwę na gorącą herbatę. Stacja taka trafia się w Skórczu i jest to pierwszy przystanek w cieple od… 185 km.



Biorę herbatę i uciekam z nią do toalety. Na wszelki wypadek. Jest epidemia i nigdy nie wiadomo, jak zachowa się obsługa stacji. Gdyby ktoś nadmiernie zatroskany o moje dobro i bezpieczeństwo kazał mi wyjść z herbatą na zewnątrz, to chyba bym tego nie zniosła. Rygluję się więc w toalecie. Opuszczam deskę, myję ręce i siadam. Jem, piję. Wreszcie w cieple i bez strachu, że ktoś mnie wygoni. Te kilka minut działa cuda. Wychodzę ze stacji i gdyby nie ból wychłodzonych kolan, czuję się świetnie. Modlę się o to, by dalsza droga była już bez śniegowych atrakcji. Na przeprawę straciłam bardzo dużo czasu i kosztowała mnie ona dużo energii. Obiecuję sobie, że na drogę krajową nr 91 wyjadę zaraz za Pelplinem, a nie jak zwykle dopiero w Tczewie. Na wszelki wypadek, by na pewno nie władować się już w żaden śnieg. Mam też plan awaryjny. Jeśli pobocza 91 będą zasyfione lub zaśnieżone, to wycofuję się z trasy, kupuję wodę, zakładam biwak i przeczekuję do rana.

Droga do Pelplina jest prawie bez śniegu. Raz po raz pojawiają się śnieżno-lodowe jęzory, ale nie ma tego dużo. Wystarczy tylko jechać uważnie, żeby w nic takiego się nie władować. Na dojeździe do miasta zaczyna lekko kropić deszczyk. Zupełnie tak jakby zima chciała powiedzieć: pamiętaj, zawsze może być gorzej…

Zawsze może być gorzej: temperatura na minimalnym plusie i deszcz. Raz mocniej raz słabiej. Pada. Spędzam w Pelplinie kilka minut. Odwiedzam toaletę na Orlenie, potem na mieście robię zdjęcia iluminacji świątecznych. Deszcz jednak każe się streszczać.



Z coraz mocniej bolącym lewym kolanem jadę dalej. Pod jedną z wiat autobusowych zakładam pełen strój deszczowy.



Planu rezygnacji z trasy na szczęście nie muszę realizować. Ruch na DK 91 jest mały, mimo piątkowego wieczoru. Pobocza natomiast są idealnie lub niemal idealnie czyste. Żadnego śniegu, żadnego lodu. Super!
Ostatni, trzeci postój robię na dużym Orlenie w Pszczółkach. Biorę herbatę i tak jak w Skórczu, chowam się z nią w toalecie. Stąd do Gdańska jest już blisko (31 km), dlatego kupuję tu też dużą butelkę wody mineralnej na nocleg. Te ostatnie 31 km mogę jechać z dodatkowym ciężarem.

Tabliczkę z napisem Gdańsk mijam o godzinie 00:33.



A więc to już sobota. Parę kilometrów dalej jest nowy wiadukt, na którym rok temu miałam wypadek. Coś się we mnie blokuje. Nie potrafię przejechać tego odcinka. Schodzę z roweru. Włażę na chodnik. Idę powoli. Oglądam to miejsce dokładnie…

A potem jest już tylko radość. Nie ma nic więcej poza cudownym, starym Gdańskiem. Wjeżdżam na Most Zielony, zatrzymuję się w bramie. Zachwyt. Pięknie wygląda Długi Targ w świątecznej szacie. Po to właśnie tu jechałam, by zobaczyć te wszystkie światełka, migotliwą choinkę. Robię całą serię zdjęć. Czas spędzony teraz, tu – jest nagrodą za całą trasę. Uśmiecham się sama do siebie, bo wiem, że to jeszcze nie wszystko. W ramach nagrody jest jeszcze noc w lesie na Westerplatte, pomnik na Westerplatte i Gdańsk jutro rano.





Kończę sesję zdjęciową. Staram się zapamiętać dobrze ten piękny widok i mając go cały czas przed oczami, ruszam w drogę na Westerplatte. Noc pełna jest gwiazd. Są wszędzie. Na niebie i na ziemi też. Te na niebie są piękne i czyste. Te na ziemi skrzą się złowrogo i przywołują piątkowy poranek. Ostrożnie!

Na wiadukcie, na ulicy Sucharskiego, siadam na dobrze oświetlonym przystanku autobusowym. To dobry moment na zagotowanie wody i zalanie liofilizatu. Będzie idealny do jedzenia, gdy dojadę do lasu i założę biwak. Wyjmuję kuchenkę i gotuję wodę. Potem mam do przejechania zupełnie krótki odcinek i już jestem na miejscu. Wnikam w las i po raz drugi w życiu kładę się spać do worka biwakowego, jeszcze tylko obiadek i zasłużony odpoczynek. Niebo i korony drzew – to widzę tuż przed snem.

Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum