Wpisy archiwalne w kategorii
do 350
| Dystans całkowity: | 11477.49 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 411:35 |
| Średnia prędkość: | 21.71 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 47.96 km/h |
| Suma podjazdów: | 37525 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 171 (0 %) |
| Maks. tętno średnie: | 140 (0 %) |
| Suma kalorii: | 13063 kcal |
| Liczba aktywności: | 36 |
| Średnio na aktywność: | 318.82 km i 14h 41m |
| Więcej statystyk | |
Zimna wiosna w Kołobrzegu
Sobota, 24 marca 2018 Kategoria Kocia czytelnia, do 350, Wielanowo
| Km: | 317.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1243m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Prognozy pogody, aż do piątkowego późnego wieczora, były
złe. Na mojej trasie do Kołobrzegu miały się pojawić
opady śniegu z deszczem. W tej sytuacji dałam sobie spokój. Poszłam spać, z
postanowieniem, że w sobotę pokręcę się pod domem. Nudna to była perspektywa,
ale cóż…
Rano obudziłam się w miarę wcześnie – jak na jazdę pod domem, natomiast dość późno – jak na większy wyjazd. Z ciekawości sprawdziłam prognozy – a by to szlag! Wycofali się z opadów. Teraz! Kiedy ja dopiero co się obudziłam, rower nie jest gotowy, nie jestem spakowana, nie mam wgranej trasy. Patrzę na zegarek – późno. Co za kanał – myślę i przewracam się na drugi bok. Sobota zmarnowana. Wiercę się trochę, aż w końcu wstaję. Robię śniadanie, czytam Internet. Gdzieś między kanapką a herbatą wymyślam, że jednak pojadę do Kołobrzegu. Nic, że późno! Ważne, że jest chęć. Szybko szykuję rower, muszę dopompować opony, spakować się, dużo tego! Wszystko robię w pośpiechu, automatycznie. W korytarzu, na kolanie odpalam jeszcze laptopa i naprędce zgrywam trasę do garmina. Kupuję również bilet powrotny z Kołobrzegu do Poznania na jutro. Wygląda na to, że jestem gotowa. Wychodzę z domu grubo po ósmej godzinie. Jak na tę porę roku i tak długą trasę, to bardzo późno. No tak, znowu przyjdzie mi kończyć w środku nocy…
Poranek jest bardzo szary, lekko mglisty i zimny. 2 stopnie powyżej zera. W Janowcu Wlkp. kawa. Rozmarzam. Przed Kcynią jadę nowym wariantem drogi. Omijam miasteczko, które do jazdy rowerem nie jest przyjemne. Im mniej kilometrów na szosie Wągrowiec – Kcynia, tym lepiej. Z objazdu jestem bardzo zadowolona. Trasa była jednak planowana jakiś czas temu i wybywając tak nagle,spontaniczne z domu, nie zdążyłam jej sprawdzić. Pierwszy błąd to przejazd przez dolinę Noteci. Poprowadziłam najgorszą możliwą drogą, tj. tą najbardziej dziurawą. Tak, tak, znam ja tę drogę. Jest tak dziurawa i spękana, że w asfaltowych szczelinach latem radośnie rośnie trawa. Ale trzęsie! Pomstuję pod nosem, jadąc slalomem. Dalej droga idzie przez Samostrzel, a to oznacza, że wyjazd z doliny Noteci jest po kamiennym bruku. Sympatycznie, jak na trasę projektowaną pod kolarzówkę, nie ma co!

Jadąc, oczekuję chwili gdy zawitam w Nakle. Ale do Nakła nie docieram. Z bardzo prostego powodu – trasa nie idzie przez Nakło, mijam je przecież od zachodu. Co za niefart! Miałam ochotę na jakąś ciepłą orlenową zapiekankę, a tu kiszka. W ogóle przez większość trasy jadę poirytowana. Raz po raz łapię się na tym, że żałuję, że w ogóle wyszłam z domu. W domu ciepełko, a tu, na trasie, zimnica. Stacja miała być w Łobżenicy. Wjeżdżając do miasta cieszę się na samą myśl o odpoczynku w cieple, a tu… zonk. Jeden zakręt, drugi, szybko i… nagle okazuje się, że miasto mam już za sobą. A stacji nie ma. Coraz bardziej jestem na siebie zła – za ten spontan i jazdę trasą, której nie zweryfikowałam po wstępnym zaplanowaniu. Modlę się tylko, by dalej nie trafiły się żadne gruntowe kawałki.

Największy podjazd trasy mam w Biernatce. Wdrapuję się tu aż na 195 m n.p.m. Orlen trafia mi się dopiero w Szczecinku, po przejechaniu 150 km od poprzedniego postoju. W międzyczasie raz stałam w lesie, by zjeść drożdżówkę. Drogi na ogół puste, często dziurawe. Stacja przed Szczecinkiem niewygodna. Nie ma gdzie usiąść, rozkładam więc swoje graty na parapecie i na stojąco, jak ten koń, piję herbatę. Do jedzenia nie ma na ciepło niczego, co bym lubiła. Biorę więc, na zimno, kanapkę. Wybór marny. Albo z szynką (nie lubię mięsa), albo z tuńczykiem i cebulą (nie mogę jeść cebuli). Z dwojga złego, wybieram szynkę. Przynajmniej nie będę miała objawów zatrucia. Kiedy kończę jeść, za oknem jest już prawie ciemno. Do przejechania jeszcze 115 km, a na zewnątrz 1 stopień powyżej zera. Wściekam się na siebie – mogłam zostać w domu, zamiast się tłuc taki kawał drogi po nocy. Wiadomo przecież jak będzie – NUDNO. Jazda nocą jest okropnie nudna. Gdyby tylko nie remonty kolejowe, przez które nie da się normalnie wrócić ze Szczecinka do Poznania z rowerem, to bym się tu wycofała. Lasy pod Szczecinkiem są super. Nic tylko spać w nich. Jednak rzeczywistość nie nastraja do snu – trzeba wziąć się w garść i jechać. Najbliższa okazja do wycofu to Białogard. Przed wyjściem kupuję jeszcze kamizelkę odblaskową. Zapomniałam z domu zabrać swojej, a przecież chcę być widoczna. Zmieniam też baterie w tylnej lampce. Upewniwszy się, że świecę jak choinka w dniu 24 grudnia, lecę w mrok.
W Szczecinku, na jednej z głównych dróg, policja kontroluje kierowców. A to pech! Normalnie bym leciała szosami, ale tu są ścieżki rowerowe... no i policja. Jeszcze mi tylko mandatu brakuje do szczęścia. Wpadam więc na pomysł, by pogadać z policjantem. Zatrzymuję się i mówię:
- dobry wieczór, czy mogę jechać normalnie, szosą?
Policjant patrzy na mnie z uśmiechem i wypowiada jedno zaskakujące słowo: oczywiście.
Takie rzeczy tylko w Szczecinku, w sobotni wieczór. Kamień z serca, bo dalej droga dla rowerów jest jeszcze gorsza, to już nawet nie okropna kostka, która wybija nadgarstki i trzepie kręgosłup, lecz grunt z kamieniami, po którym kolarzówką, po ciemku zupełnie nie da się jechać.
Przed Grzmiącą jest dużo w dół. Sama Grzmiąca to podjazd. I nagle, pośród ciemności widzę tabliczkę Nosibądy. To już? Tak szybko? Zaraz zatem po prawej zobaczę zabytkowy kościółek (albo nie zobaczę – ciemno jest). Opuszczony domek, który z całą pewnością mijam po lewej jest niewidoczny. Myślę o tych wszystkich rzeczach, które są. A, których nie widzę. Które zasłaniają różne, życiowe ciemności. A chwilę potem będzie Wielanowo.
Niski, gruntowy peron, stacja oświetlona jest zimnym światłem latarni. Piasek jest grząski. Moje buty się w nim zapadają, ciężko targać za sobą kolarzówkę, bo koła uciekają. Sprawdzam w jakim kolorze jest ławka. Wygląda tak samo jak w listopadzie. Jest brązowa. W kwietniku czeka ziemia. Czeka na wiosenne kwiaty. Czeka na…. Wielanowo. Wiele-na-nowo. Zacząć wszystko, lub wiele, na nowo. Jak tu pusto i cicho! Las nie szumi. Las stoi w miejscu zamarły. Czeka i słucha. A ja… nie mam nic do powiedzenia. A może mam wiele do powiedzenia, ale nie potrafię zacząć. Łapię kolarzówkę i czym prędzej się oddalam. Zaczynam czerpać radość z tej trasy. Dopiero teraz. 72 km przed Kołobrzegiem. Zabawne. Lepiej późno niż wcale. Lepiej było przyjechać tu, niż krążyć pod domem. Lepiej jest robić to co się czuje i do czego ma się pasję. Tylko wtedy może być wyjątkowo. Jeśli robisz coś na siłę, bez przekonania, może być co najwyżej dostatecznie. Być sobą zawsze i wszędzie, nawet jeśli to oznacza wizytę w Wielanowie o 21.00. I nawet jeśli ma się zacząć wiele-na-nowo.

Noc jest ładna, księżyc w pierwszej kwadrze i gwiazdy nade mną. Czyste niebo. Nic dziwnego, że tak zimno. W Tychowie jestem już mocno zmarznięta. Jest przejmujący chłód, odkąd wyjechałam ze Szczecinka jest to 0*C lub -1*C. Wchodzę na Orlen na herbatę. Mówią, że kawy już nie ma, bo wszystko czyszczą i niedługo zamykają, ale herbata – oczywiście, że tak. Doskonale. Ja potrzebuję herbaty. Płacę i po chwili nie pamiętam – jaką herbatę brałam: dużą, czy małą? Pani z rozbrajającym uśmiechem macha ręką i mówi, że to nieistotne jaką zamawiałam – mam wziąć taką, na jaką mam ochotę. Tak wspaniale może być tylko w Tychowie, chwilę przed 22.
Na trasie dwa razy (gdy już jest ciemno) gonią mnie psy. Szczerze nie znoszę tych wrednych kundli, a jeszcze bardziej ich głupich właścicieli, którzy puszczają je luzem. Raz spotykam dzika. Nie widzę go, ale słyszę pochrząkiwanie z boku drogi. Kilka saren, kotów, żurawie, jeden zając. Najbardziej niesamowite są jednak gęsi nocujące na polu. Słyszę jak się odzywają, ale nie mogę ich zobaczyć.
Droga do Białogardu jest płaska i równa. Jedzie się idealnie. Jest tak fajnie, że autentycznie cieszę się, że mogę tu być. Potem jest Karlino. Znowu nie mogę uwierzyć w projekt trasy – jednak to prawda – zaplanowała kawałek po DK6! Przeklikuję to w garminie, pora jest późna, ruch żaden. Nie kombinuję, lecę. Prawdziwa zabawa zaczyna się przed Dygowem. Dzieje się to gdy jestem przekonana, że na bank poprowadziłam przez Gościno. Właśnie wtedy okazuje się, że trasa ucieka w prawo, wymyśliłam przejazd jakąś podrzędną drogą. Ale nic to, chętnie ją sprawdzę. Ciemno, że hej! Na początku jest super. Wąski dywanik. Jednak dalej pojawiają się straszne dziury, wyrwy, piach. W dodatku jest mgła. Mało widzę. Kurde! Pozabijać się tu można. Przejeżdżam przez mostek na Parsęcie. Jest to dość osobliwe uczucie – być w środku lasu, na kompletnie pustej, dziurawej dróżce w nocy, zupełnie samej. Nie, to nie jest strach. Jest to zwalczanie w sobie ochoty, by wejść w ten las głębiej i położyć się spać. Odliczam kilometry. To już tak blisko! Trzeba dojechać. Tak więc jest godz. 00.50, gdy dobijam do tabliczki „Kołobrzeg”. Ale fajnie! Teraz tylko trzeba poszukać miłych krzaków do spania.

Podejścia robię trzy. Mało atrakcyjnie. W końcu znajduję krzaki. Brzydkie. Nie musi być jasno, bym wiedziała, że jest tu brzydko. Mając tyle doświadczeń w nocowaniu na dziko, brzydotę rozpoznaje się od razu. No ale jestem już zmęczona, nie chce mi się szukać czegoś lepszego. -2*C. Rozbijam namiot i idę spać.
Trasa
Zdjęcia
Ciąg dalszy
Rano obudziłam się w miarę wcześnie – jak na jazdę pod domem, natomiast dość późno – jak na większy wyjazd. Z ciekawości sprawdziłam prognozy – a by to szlag! Wycofali się z opadów. Teraz! Kiedy ja dopiero co się obudziłam, rower nie jest gotowy, nie jestem spakowana, nie mam wgranej trasy. Patrzę na zegarek – późno. Co za kanał – myślę i przewracam się na drugi bok. Sobota zmarnowana. Wiercę się trochę, aż w końcu wstaję. Robię śniadanie, czytam Internet. Gdzieś między kanapką a herbatą wymyślam, że jednak pojadę do Kołobrzegu. Nic, że późno! Ważne, że jest chęć. Szybko szykuję rower, muszę dopompować opony, spakować się, dużo tego! Wszystko robię w pośpiechu, automatycznie. W korytarzu, na kolanie odpalam jeszcze laptopa i naprędce zgrywam trasę do garmina. Kupuję również bilet powrotny z Kołobrzegu do Poznania na jutro. Wygląda na to, że jestem gotowa. Wychodzę z domu grubo po ósmej godzinie. Jak na tę porę roku i tak długą trasę, to bardzo późno. No tak, znowu przyjdzie mi kończyć w środku nocy…
Poranek jest bardzo szary, lekko mglisty i zimny. 2 stopnie powyżej zera. W Janowcu Wlkp. kawa. Rozmarzam. Przed Kcynią jadę nowym wariantem drogi. Omijam miasteczko, które do jazdy rowerem nie jest przyjemne. Im mniej kilometrów na szosie Wągrowiec – Kcynia, tym lepiej. Z objazdu jestem bardzo zadowolona. Trasa była jednak planowana jakiś czas temu i wybywając tak nagle,spontaniczne z domu, nie zdążyłam jej sprawdzić. Pierwszy błąd to przejazd przez dolinę Noteci. Poprowadziłam najgorszą możliwą drogą, tj. tą najbardziej dziurawą. Tak, tak, znam ja tę drogę. Jest tak dziurawa i spękana, że w asfaltowych szczelinach latem radośnie rośnie trawa. Ale trzęsie! Pomstuję pod nosem, jadąc slalomem. Dalej droga idzie przez Samostrzel, a to oznacza, że wyjazd z doliny Noteci jest po kamiennym bruku. Sympatycznie, jak na trasę projektowaną pod kolarzówkę, nie ma co!

Jadąc, oczekuję chwili gdy zawitam w Nakle. Ale do Nakła nie docieram. Z bardzo prostego powodu – trasa nie idzie przez Nakło, mijam je przecież od zachodu. Co za niefart! Miałam ochotę na jakąś ciepłą orlenową zapiekankę, a tu kiszka. W ogóle przez większość trasy jadę poirytowana. Raz po raz łapię się na tym, że żałuję, że w ogóle wyszłam z domu. W domu ciepełko, a tu, na trasie, zimnica. Stacja miała być w Łobżenicy. Wjeżdżając do miasta cieszę się na samą myśl o odpoczynku w cieple, a tu… zonk. Jeden zakręt, drugi, szybko i… nagle okazuje się, że miasto mam już za sobą. A stacji nie ma. Coraz bardziej jestem na siebie zła – za ten spontan i jazdę trasą, której nie zweryfikowałam po wstępnym zaplanowaniu. Modlę się tylko, by dalej nie trafiły się żadne gruntowe kawałki.

Największy podjazd trasy mam w Biernatce. Wdrapuję się tu aż na 195 m n.p.m. Orlen trafia mi się dopiero w Szczecinku, po przejechaniu 150 km od poprzedniego postoju. W międzyczasie raz stałam w lesie, by zjeść drożdżówkę. Drogi na ogół puste, często dziurawe. Stacja przed Szczecinkiem niewygodna. Nie ma gdzie usiąść, rozkładam więc swoje graty na parapecie i na stojąco, jak ten koń, piję herbatę. Do jedzenia nie ma na ciepło niczego, co bym lubiła. Biorę więc, na zimno, kanapkę. Wybór marny. Albo z szynką (nie lubię mięsa), albo z tuńczykiem i cebulą (nie mogę jeść cebuli). Z dwojga złego, wybieram szynkę. Przynajmniej nie będę miała objawów zatrucia. Kiedy kończę jeść, za oknem jest już prawie ciemno. Do przejechania jeszcze 115 km, a na zewnątrz 1 stopień powyżej zera. Wściekam się na siebie – mogłam zostać w domu, zamiast się tłuc taki kawał drogi po nocy. Wiadomo przecież jak będzie – NUDNO. Jazda nocą jest okropnie nudna. Gdyby tylko nie remonty kolejowe, przez które nie da się normalnie wrócić ze Szczecinka do Poznania z rowerem, to bym się tu wycofała. Lasy pod Szczecinkiem są super. Nic tylko spać w nich. Jednak rzeczywistość nie nastraja do snu – trzeba wziąć się w garść i jechać. Najbliższa okazja do wycofu to Białogard. Przed wyjściem kupuję jeszcze kamizelkę odblaskową. Zapomniałam z domu zabrać swojej, a przecież chcę być widoczna. Zmieniam też baterie w tylnej lampce. Upewniwszy się, że świecę jak choinka w dniu 24 grudnia, lecę w mrok.
W Szczecinku, na jednej z głównych dróg, policja kontroluje kierowców. A to pech! Normalnie bym leciała szosami, ale tu są ścieżki rowerowe... no i policja. Jeszcze mi tylko mandatu brakuje do szczęścia. Wpadam więc na pomysł, by pogadać z policjantem. Zatrzymuję się i mówię:
- dobry wieczór, czy mogę jechać normalnie, szosą?
Policjant patrzy na mnie z uśmiechem i wypowiada jedno zaskakujące słowo: oczywiście.
Takie rzeczy tylko w Szczecinku, w sobotni wieczór. Kamień z serca, bo dalej droga dla rowerów jest jeszcze gorsza, to już nawet nie okropna kostka, która wybija nadgarstki i trzepie kręgosłup, lecz grunt z kamieniami, po którym kolarzówką, po ciemku zupełnie nie da się jechać.
Przed Grzmiącą jest dużo w dół. Sama Grzmiąca to podjazd. I nagle, pośród ciemności widzę tabliczkę Nosibądy. To już? Tak szybko? Zaraz zatem po prawej zobaczę zabytkowy kościółek (albo nie zobaczę – ciemno jest). Opuszczony domek, który z całą pewnością mijam po lewej jest niewidoczny. Myślę o tych wszystkich rzeczach, które są. A, których nie widzę. Które zasłaniają różne, życiowe ciemności. A chwilę potem będzie Wielanowo.
Niski, gruntowy peron, stacja oświetlona jest zimnym światłem latarni. Piasek jest grząski. Moje buty się w nim zapadają, ciężko targać za sobą kolarzówkę, bo koła uciekają. Sprawdzam w jakim kolorze jest ławka. Wygląda tak samo jak w listopadzie. Jest brązowa. W kwietniku czeka ziemia. Czeka na wiosenne kwiaty. Czeka na…. Wielanowo. Wiele-na-nowo. Zacząć wszystko, lub wiele, na nowo. Jak tu pusto i cicho! Las nie szumi. Las stoi w miejscu zamarły. Czeka i słucha. A ja… nie mam nic do powiedzenia. A może mam wiele do powiedzenia, ale nie potrafię zacząć. Łapię kolarzówkę i czym prędzej się oddalam. Zaczynam czerpać radość z tej trasy. Dopiero teraz. 72 km przed Kołobrzegiem. Zabawne. Lepiej późno niż wcale. Lepiej było przyjechać tu, niż krążyć pod domem. Lepiej jest robić to co się czuje i do czego ma się pasję. Tylko wtedy może być wyjątkowo. Jeśli robisz coś na siłę, bez przekonania, może być co najwyżej dostatecznie. Być sobą zawsze i wszędzie, nawet jeśli to oznacza wizytę w Wielanowie o 21.00. I nawet jeśli ma się zacząć wiele-na-nowo.

Noc jest ładna, księżyc w pierwszej kwadrze i gwiazdy nade mną. Czyste niebo. Nic dziwnego, że tak zimno. W Tychowie jestem już mocno zmarznięta. Jest przejmujący chłód, odkąd wyjechałam ze Szczecinka jest to 0*C lub -1*C. Wchodzę na Orlen na herbatę. Mówią, że kawy już nie ma, bo wszystko czyszczą i niedługo zamykają, ale herbata – oczywiście, że tak. Doskonale. Ja potrzebuję herbaty. Płacę i po chwili nie pamiętam – jaką herbatę brałam: dużą, czy małą? Pani z rozbrajającym uśmiechem macha ręką i mówi, że to nieistotne jaką zamawiałam – mam wziąć taką, na jaką mam ochotę. Tak wspaniale może być tylko w Tychowie, chwilę przed 22.
Na trasie dwa razy (gdy już jest ciemno) gonią mnie psy. Szczerze nie znoszę tych wrednych kundli, a jeszcze bardziej ich głupich właścicieli, którzy puszczają je luzem. Raz spotykam dzika. Nie widzę go, ale słyszę pochrząkiwanie z boku drogi. Kilka saren, kotów, żurawie, jeden zając. Najbardziej niesamowite są jednak gęsi nocujące na polu. Słyszę jak się odzywają, ale nie mogę ich zobaczyć.
Droga do Białogardu jest płaska i równa. Jedzie się idealnie. Jest tak fajnie, że autentycznie cieszę się, że mogę tu być. Potem jest Karlino. Znowu nie mogę uwierzyć w projekt trasy – jednak to prawda – zaplanowała kawałek po DK6! Przeklikuję to w garminie, pora jest późna, ruch żaden. Nie kombinuję, lecę. Prawdziwa zabawa zaczyna się przed Dygowem. Dzieje się to gdy jestem przekonana, że na bank poprowadziłam przez Gościno. Właśnie wtedy okazuje się, że trasa ucieka w prawo, wymyśliłam przejazd jakąś podrzędną drogą. Ale nic to, chętnie ją sprawdzę. Ciemno, że hej! Na początku jest super. Wąski dywanik. Jednak dalej pojawiają się straszne dziury, wyrwy, piach. W dodatku jest mgła. Mało widzę. Kurde! Pozabijać się tu można. Przejeżdżam przez mostek na Parsęcie. Jest to dość osobliwe uczucie – być w środku lasu, na kompletnie pustej, dziurawej dróżce w nocy, zupełnie samej. Nie, to nie jest strach. Jest to zwalczanie w sobie ochoty, by wejść w ten las głębiej i położyć się spać. Odliczam kilometry. To już tak blisko! Trzeba dojechać. Tak więc jest godz. 00.50, gdy dobijam do tabliczki „Kołobrzeg”. Ale fajnie! Teraz tylko trzeba poszukać miłych krzaków do spania.

Podejścia robię trzy. Mało atrakcyjnie. W końcu znajduję krzaki. Brzydkie. Nie musi być jasno, bym wiedziała, że jest tu brzydko. Mając tyle doświadczeń w nocowaniu na dziko, brzydotę rozpoznaje się od razu. No ale jestem już zmęczona, nie chce mi się szukać czegoś lepszego. -2*C. Rozbijam namiot i idę spać.
Trasa
Zdjęcia
Ciąg dalszy
Bal
Sobota, 6 stycznia 2018 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście, Gdańsk
| Km: | 319.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 15:07 | km/h: | 21.12 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Noworoczny bal zakończyłam na Westerplatte.

Zdjęcia
ciąg dalszy

….czas ruszać w
drogę. Taki wymarsz zawsze jest nagły. W jednej chwili wszystko się zmienia,
temu, kto odchodzi, zależy na każdej minucie, szybko wyciąga namiotowe śledzie
i gasi żar, zanim ktokolwiek przyjdzie przeszkadzać i wypytywać, i zaczyna
biec, w biegu zarzucając plecak, i wreszcie jest już w drodze, raptem spokojny
niczym wędrujące drzewo, na którym nie rusza się ani jeden liść. Tam, gdzie
stał namiot, świeci pusty prostokąt zbielałej trawy. Później, kiedy zrobi się
dzień, zbudzą się przyjaciele i powiedzą: „Odszedł, widać jesień się zbliża”.
Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie
Podczas śniadania sprawdzam prognozy. A jednak ma padać… W pośpiechu przepakowuję bagaż. Planowałam po raz pierwszy spać pod płachtą biwakową, ale skoro ma być deszcz i jeden stopień powyżej zera, to… jednak nie. Zakładam większą torbę trójkątną w ramę roweru i pakuję do niej swój najlżejszy namiot. Płachta zostaje w domu.
Przez to małe zamieszanie wychodzę z domu znacznie później niż planowałam, ale kiedy tylko ruszam, ogarnia mnie znajomy spokój. Jest ciemno. Styczniowy dzień bardzo nie chce wstać, za to noc czerni się w nieskończoność. Tuż nad drogą unoszą się mgły. Niewiele widać. Aby lecieć w chmurach, wcale nie trzeba odrywać się od ziemi. Przychodzi w końcu chwila, gdy niebo przestaje być idealnie czarne. Następuje przedświt. Potem świt. Aż w końcu wschód słońca. Kawa na Orlenie w Janowcu Wielkopolskim jest słodka i wzbogacona czekoladą.
Jest zimno, 2-3 stopnie powyżej zera. Testuję skarpetki i koszulkę z wełny merino. O ile koszulka jest super, to ciepłe skarpetki są super po wielokroć. Jestem mocno zaskoczona, bo mam tylko te skarpetki, bez ochraniaczy na butach, a nie marznę w stopy!
Noc była bezchmurna, poranek był podobnie piękny. Ale jeszcze przed południem słońce chowa się za chmurami. Robi się beznadziejnie szaro. Drzewa są nagie, bezlistne, kolor mają… drewniany. Brązowo-buro-szary. Te same drzewa na wiosnę będą zachwycać soczystą zielenią.
Wiosna? Jak to daleko! To dalej niż do Gdańska.
To dzieje się właśnie teraz: Ameryka zamarza, Australia się gotuje, a Polska - topi. Pola pod wodą. Łąki pod wodą. Topią się słupy energetyczne oraz drzewa. Ziemia jest przesiąknięta, rowy przepełnione, a kałuże wyglądają jak jeziora. To jeszcze bajoro, czy już staw? Nikt nie łowi ryb. A zatem, bajoro. Moja miejscówka pod Rafinerią Gdańską pewnie zamieniła się w bagno. Ale dziś nie potrzebuję się tym martwić. Bo będę spała na Westerplatte.
Wiatrołomy. Drzewa leżące na ziemi, pochylone od wiatru jak źdźbła trawy. Musiał tu przejść huragan. To wszystko widzę dojeżdżając do Nakła. Widok upiorny i wstrząsający.
Nakło n. Notecią wita mnie szarością. Jest lepiej niż rok temu – nie ma takiego ruchu. Miasto jest nieco senne. Nie ma tu niczego co by mnie mogło przytrzymać na dłużej. Chociaż… może jednak się zatrzymam. Nie chce się ocieplić, nie mam ochoty na zimną wodę z bidonu. Kawa już była, więc może teraz herbata? Dlaczego nie? Jak bal, to bal! Orlen i herbata. Idę, trzymając gorący kubek w dłoni i słyszę, że mój prawy but wydaje dziwne dźwięki. Odkręcił się blok. W samą porę zauważyłam! Imbusy na dnie sadlebaga. To jest chyba to, czego w systemie ultralight nie lubię najbardziej: aby wyjąć coś co jest na dnie, najpierw trzeba wyjąć wszystko inne. I uzewnętrznić się.
Za Koronowem zaczynają się tereny, które lubię. Dużo lasów. Małe drogi. Cisza, spokój. No i nadal jasno, jest kwadrans przed czternastą. Zależy mi, by nad jezioro Wierzchy dojechać jeszcze w świetle dziennym. Styczniowy dzień jest bardzo krótki, jednak udaje mi się to. Woda jest bardzo spokojna. Odstawiam rower na bok i idę robić zdjęcia. Temperatura z 5 stopni spada do 3. Wiem już, ze cieplej na pewno nie będzie… zbliża się koniec dnia.
Kiedy licznik wskazuje 190 km trasy wiadomo, że to już. Przystanek Tleń. Wspaniałe miejsce pośrodku lasów, nad jeziorami, we Wdeckim Parku Krajobrazowym. Zawsze docieram tu mniej lub bardziej wymęczona. Zawsze głodna i zmarznięta. To moja trzecia wizyta. Pamiętam jak przyjechałam tu po raz pierwszy dwa lata temu: zimny dzień, początek lutego, ciemno i nagle rozświetlony budynek, okna, w których widać ciepło. Podjeżdżam, niepewna, czy można tu wejść z rowerem, czy można tu coś zjeść. Miejsce zupełnie nieznane. Za drugim razem, chciałam, aby było tak jak wtedy. Siadłam na tej samej kanapie, przy tym samym stoliku, identycznie oparłam rower o ścianę. Tak samo jak wtedy bardzo nie chciało mi się jechać dalej.
Dziś wracają do mnie wszystkie te wspomnienia. Jak ptaki na wiosnę do swoich miejsc. Już prawie jestem w środku i widzę przez okno, że „moje” miejsce jest wolne i czeka na mnie. Wchodzę, rower opieram o ścianę. Zamawiam obiad. Taki sam jak rok temu. Jak dobrze tu być! W miłe miejsca zawsze chętnie się wraca. Delektuję się każdą chwilą, pysznym jedzeniem. Zachwyca mnie szarlotka. Małe cukiernicze cudeńko upieczone w ceramicznej foremce specjalnie na moje zamówienie. Może być lepiej? Jak zwykle pojawia się myśl, by tu zostać i nie jechać dalej. Rozmawiam z dziewczynami z obsługi. To one tworzą niesamowity klimat tego miejsca. Obiecuję sobie i im, że któregoś dnia przyjadę specjalnie tutaj. Nie będzie to przystanek w drodze do Gdańska, lecz cel. Dopijam kawę.
Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. Miał przed sobą sto mil ciszy.
Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie
Po wyjściu z Przystanku Tleń, jest już ciemno. Do Gdańska, do Westerplatte, jeszcze 129 km. Dobrze wiem, co będzie dalej – przepastne lasy. Zaczynam od znajomego podjazdu. Lubię go, bo pozwala od razu się rozgrzać i zatrzymać ciepło. Nie zawsze jest wesoło. W ciemności ktoś może się schować. Ktoś może cię obserwować, a ty o tym nie wiesz, chyba, że wydrze się na całe gardło: sieeeemaaaa! I zaryczy tak kilka razy. Wtedy w żadnym wypadku nie można się odezwać. Tak długo jak jedziesz bez słowa, nikt nie wie, że to ty.
Monotonia małych dróg, ich nierówna nawierzchnia i ciemność wyjątkowo działają mi dziś na nerwy. Nie mogę się wprost doczekać, aż wyjadę na DK91. Ale to dopiero tuż przed Tczewem. Kawał drogi. Najpierw wizyta w Pelplinie. Jest to… ostatni przystanek na trasie. Napełniam bidony wodą, aby było jej trochę na poranną kawę i piję sok pomidorowy. Komu w drogę, temu wrotki. Znowu wychodzę w noc.
I kiedy myślę sobie, że prognozy się nie sprawdzą i nie będzie żadnego deszczu, zaczyna padać. Jeszcze w to nie wierzę. Ale to mokre coś, co leci z nieba to z pewnością jest deszcz. Trafia się wiata, do Gdańska jeszcze jakieś 54, może 56 km. Ubieram strój deszczowy i jadę. Nie jest to opad ciągły. Raczej przelotne mżawki, ale przy temperaturze 2 stopni powyżej zera i po przejechaniu już prawie 300 km jest to przykra niespodzianka.
Nie ma jednak co marudzić. Jak na jeden z pierwszych dni stycznia, warunki są przecież doskonałe! Przed Tczewem wyjeżdżam na upragnioną krajówkę. Odtąd prawie cały odcinek, aż do Gdańska, jest oświetlony. Na stacjach paliw samochody z imprezowiczami. Z każdego wysypuje się przynajmniej po czterech facetów, zachowujących się odrażająco głośno. Nie ma mowy, bym odwiedziła którąkolwiek z tych stacji. Jak już wspominałam, nie zawsze jest wesoło.
Pod tabliczką z napisem Gdańsk melduję się równo minutę po północy. A więc znowu nie udało mi się dojechać w sobotę! Znowu jest to niedziela. A tak niewiele zabrakło!
Od tego momentu, do chwili gdy zasypiam w śpiworze mijają równo 2 godziny. Do Westerplatte nie jest daleko, kilkanaście km. Jednak po drodze łapie mnie ulewa, którą przeczekuję na przystanku. Potem wjeżdżam na półwysep. Jestem tu po raz pierwszy. Droga jest pusta i mokra. Tereny mocno przemysłowe. Jakieś kontenery, składy materiałów, zakłady, tory kolejowe. Dziwnie tu. Rozglądam się w poszukiwaniu miejsca do spania. Ziemia podtopiona od ciągle padającego deszczu. Albo miejsca tak obrzydliwe, że zupełnie nie biorę ich pod uwagę. I nagle jest. Las. Od ulicy odchodzi jakaś boczna dróżka. Gaszę lampki, wyciszam telefon i staję się niewidzialna. Zagłębiam się w las. Rozbijam namiot. Prędzej! Prędzej! Pada deszcz! Dmucham materac. Kładę rower za namiotem. Nie przypinam go. Zakopuję się w śpiworze. Zupełnie blisko, tuż obok drogi, jest jakiś wielki zakład. Przez cały czas jeżdżą tu pociągi, zakład nieustannie wydaje jakieś dźwięki: buczy, warczy, zgrzyta, piszczy. Upiorna, nocna filharmonia.
Koniec balu, zasypiam na Westerplatte.
Trasa:Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie
Podczas śniadania sprawdzam prognozy. A jednak ma padać… W pośpiechu przepakowuję bagaż. Planowałam po raz pierwszy spać pod płachtą biwakową, ale skoro ma być deszcz i jeden stopień powyżej zera, to… jednak nie. Zakładam większą torbę trójkątną w ramę roweru i pakuję do niej swój najlżejszy namiot. Płachta zostaje w domu.
Przez to małe zamieszanie wychodzę z domu znacznie później niż planowałam, ale kiedy tylko ruszam, ogarnia mnie znajomy spokój. Jest ciemno. Styczniowy dzień bardzo nie chce wstać, za to noc czerni się w nieskończoność. Tuż nad drogą unoszą się mgły. Niewiele widać. Aby lecieć w chmurach, wcale nie trzeba odrywać się od ziemi. Przychodzi w końcu chwila, gdy niebo przestaje być idealnie czarne. Następuje przedświt. Potem świt. Aż w końcu wschód słońca. Kawa na Orlenie w Janowcu Wielkopolskim jest słodka i wzbogacona czekoladą.
Jest zimno, 2-3 stopnie powyżej zera. Testuję skarpetki i koszulkę z wełny merino. O ile koszulka jest super, to ciepłe skarpetki są super po wielokroć. Jestem mocno zaskoczona, bo mam tylko te skarpetki, bez ochraniaczy na butach, a nie marznę w stopy!
Noc była bezchmurna, poranek był podobnie piękny. Ale jeszcze przed południem słońce chowa się za chmurami. Robi się beznadziejnie szaro. Drzewa są nagie, bezlistne, kolor mają… drewniany. Brązowo-buro-szary. Te same drzewa na wiosnę będą zachwycać soczystą zielenią.
Wiosna? Jak to daleko! To dalej niż do Gdańska.
To dzieje się właśnie teraz: Ameryka zamarza, Australia się gotuje, a Polska - topi. Pola pod wodą. Łąki pod wodą. Topią się słupy energetyczne oraz drzewa. Ziemia jest przesiąknięta, rowy przepełnione, a kałuże wyglądają jak jeziora. To jeszcze bajoro, czy już staw? Nikt nie łowi ryb. A zatem, bajoro. Moja miejscówka pod Rafinerią Gdańską pewnie zamieniła się w bagno. Ale dziś nie potrzebuję się tym martwić. Bo będę spała na Westerplatte.
Wiatrołomy. Drzewa leżące na ziemi, pochylone od wiatru jak źdźbła trawy. Musiał tu przejść huragan. To wszystko widzę dojeżdżając do Nakła. Widok upiorny i wstrząsający.
Nakło n. Notecią wita mnie szarością. Jest lepiej niż rok temu – nie ma takiego ruchu. Miasto jest nieco senne. Nie ma tu niczego co by mnie mogło przytrzymać na dłużej. Chociaż… może jednak się zatrzymam. Nie chce się ocieplić, nie mam ochoty na zimną wodę z bidonu. Kawa już była, więc może teraz herbata? Dlaczego nie? Jak bal, to bal! Orlen i herbata. Idę, trzymając gorący kubek w dłoni i słyszę, że mój prawy but wydaje dziwne dźwięki. Odkręcił się blok. W samą porę zauważyłam! Imbusy na dnie sadlebaga. To jest chyba to, czego w systemie ultralight nie lubię najbardziej: aby wyjąć coś co jest na dnie, najpierw trzeba wyjąć wszystko inne. I uzewnętrznić się.
Za Koronowem zaczynają się tereny, które lubię. Dużo lasów. Małe drogi. Cisza, spokój. No i nadal jasno, jest kwadrans przed czternastą. Zależy mi, by nad jezioro Wierzchy dojechać jeszcze w świetle dziennym. Styczniowy dzień jest bardzo krótki, jednak udaje mi się to. Woda jest bardzo spokojna. Odstawiam rower na bok i idę robić zdjęcia. Temperatura z 5 stopni spada do 3. Wiem już, ze cieplej na pewno nie będzie… zbliża się koniec dnia.
Kiedy licznik wskazuje 190 km trasy wiadomo, że to już. Przystanek Tleń. Wspaniałe miejsce pośrodku lasów, nad jeziorami, we Wdeckim Parku Krajobrazowym. Zawsze docieram tu mniej lub bardziej wymęczona. Zawsze głodna i zmarznięta. To moja trzecia wizyta. Pamiętam jak przyjechałam tu po raz pierwszy dwa lata temu: zimny dzień, początek lutego, ciemno i nagle rozświetlony budynek, okna, w których widać ciepło. Podjeżdżam, niepewna, czy można tu wejść z rowerem, czy można tu coś zjeść. Miejsce zupełnie nieznane. Za drugim razem, chciałam, aby było tak jak wtedy. Siadłam na tej samej kanapie, przy tym samym stoliku, identycznie oparłam rower o ścianę. Tak samo jak wtedy bardzo nie chciało mi się jechać dalej.
Dziś wracają do mnie wszystkie te wspomnienia. Jak ptaki na wiosnę do swoich miejsc. Już prawie jestem w środku i widzę przez okno, że „moje” miejsce jest wolne i czeka na mnie. Wchodzę, rower opieram o ścianę. Zamawiam obiad. Taki sam jak rok temu. Jak dobrze tu być! W miłe miejsca zawsze chętnie się wraca. Delektuję się każdą chwilą, pysznym jedzeniem. Zachwyca mnie szarlotka. Małe cukiernicze cudeńko upieczone w ceramicznej foremce specjalnie na moje zamówienie. Może być lepiej? Jak zwykle pojawia się myśl, by tu zostać i nie jechać dalej. Rozmawiam z dziewczynami z obsługi. To one tworzą niesamowity klimat tego miejsca. Obiecuję sobie i im, że któregoś dnia przyjadę specjalnie tutaj. Nie będzie to przystanek w drodze do Gdańska, lecz cel. Dopijam kawę.
Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. Miał przed sobą sto mil ciszy.
Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie
Po wyjściu z Przystanku Tleń, jest już ciemno. Do Gdańska, do Westerplatte, jeszcze 129 km. Dobrze wiem, co będzie dalej – przepastne lasy. Zaczynam od znajomego podjazdu. Lubię go, bo pozwala od razu się rozgrzać i zatrzymać ciepło. Nie zawsze jest wesoło. W ciemności ktoś może się schować. Ktoś może cię obserwować, a ty o tym nie wiesz, chyba, że wydrze się na całe gardło: sieeeemaaaa! I zaryczy tak kilka razy. Wtedy w żadnym wypadku nie można się odezwać. Tak długo jak jedziesz bez słowa, nikt nie wie, że to ty.
Monotonia małych dróg, ich nierówna nawierzchnia i ciemność wyjątkowo działają mi dziś na nerwy. Nie mogę się wprost doczekać, aż wyjadę na DK91. Ale to dopiero tuż przed Tczewem. Kawał drogi. Najpierw wizyta w Pelplinie. Jest to… ostatni przystanek na trasie. Napełniam bidony wodą, aby było jej trochę na poranną kawę i piję sok pomidorowy. Komu w drogę, temu wrotki. Znowu wychodzę w noc.
I kiedy myślę sobie, że prognozy się nie sprawdzą i nie będzie żadnego deszczu, zaczyna padać. Jeszcze w to nie wierzę. Ale to mokre coś, co leci z nieba to z pewnością jest deszcz. Trafia się wiata, do Gdańska jeszcze jakieś 54, może 56 km. Ubieram strój deszczowy i jadę. Nie jest to opad ciągły. Raczej przelotne mżawki, ale przy temperaturze 2 stopni powyżej zera i po przejechaniu już prawie 300 km jest to przykra niespodzianka.
Nie ma jednak co marudzić. Jak na jeden z pierwszych dni stycznia, warunki są przecież doskonałe! Przed Tczewem wyjeżdżam na upragnioną krajówkę. Odtąd prawie cały odcinek, aż do Gdańska, jest oświetlony. Na stacjach paliw samochody z imprezowiczami. Z każdego wysypuje się przynajmniej po czterech facetów, zachowujących się odrażająco głośno. Nie ma mowy, bym odwiedziła którąkolwiek z tych stacji. Jak już wspominałam, nie zawsze jest wesoło.
Pod tabliczką z napisem Gdańsk melduję się równo minutę po północy. A więc znowu nie udało mi się dojechać w sobotę! Znowu jest to niedziela. A tak niewiele zabrakło!
Od tego momentu, do chwili gdy zasypiam w śpiworze mijają równo 2 godziny. Do Westerplatte nie jest daleko, kilkanaście km. Jednak po drodze łapie mnie ulewa, którą przeczekuję na przystanku. Potem wjeżdżam na półwysep. Jestem tu po raz pierwszy. Droga jest pusta i mokra. Tereny mocno przemysłowe. Jakieś kontenery, składy materiałów, zakłady, tory kolejowe. Dziwnie tu. Rozglądam się w poszukiwaniu miejsca do spania. Ziemia podtopiona od ciągle padającego deszczu. Albo miejsca tak obrzydliwe, że zupełnie nie biorę ich pod uwagę. I nagle jest. Las. Od ulicy odchodzi jakaś boczna dróżka. Gaszę lampki, wyciszam telefon i staję się niewidzialna. Zagłębiam się w las. Rozbijam namiot. Prędzej! Prędzej! Pada deszcz! Dmucham materac. Kładę rower za namiotem. Nie przypinam go. Zakopuję się w śpiworze. Zupełnie blisko, tuż obok drogi, jest jakiś wielki zakład. Przez cały czas jeżdżą tu pociągi, zakład nieustannie wydaje jakieś dźwięki: buczy, warczy, zgrzyta, piszczy. Upiorna, nocna filharmonia.
Koniec balu, zasypiam na Westerplatte.
Zdjęcia
ciąg dalszy
Kórnicki Maraton Turystyczny
Sobota, 5 sierpnia 2017 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
| Km: | 318.20 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 12:27 | km/h: | 25.56 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 779m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W piątek wychodzę z pracy wcześniej. W poniedziałek będę
musiała to odrobić, ale nie myślę o tym teraz.
Biegam po domu i kończę pakowanie się. Po to, by jak najszybciej zjawić się w Kórniku i móc spędzić tam nie tylko wieczór, ale też miłe popołudnie w kręgu ludzi, których znam i lubię.
Na miejscu jestem około 17:00. Czas aż do późnego wieczora mija nam na pogaduszkach i jedzeniu. Jest tak fajnie, że chciałoby się zatrzymać czas. Chwilo, trwaj - myślę sobie.
Dawno nie spałam na sali. Przypominają mi się czasy, gdy startowałam w Supermaratonach szosowych. Zawsze, gdy była możliwość spania na sali - wybierałam tę opcję. Moje legowisko jest przy oknie oraz drzwiach wejściowych - co chwilę ktoś się kręci i trzaska drzwiami. Mimo, że na zewnątrz jest ciepło, tu jest chłodno - chodzi klima. Trochę zatykają mi się zatoki. Kilka razy z tego powodu się wybudzam w nocy.
Rano śniadanie, krzątanina przy rowerze. Dostajemy wszyscy lokalizatory GPS i jedziemy dużą grupą do Kórnika. Tam, w grupkach wypuszczanych co 5 minut, jest start ostry. Moja, szósta grupa, startuje o 8:25. No to jedziemy i od początku dzida jest z nami. Grupę prowadzi Tereska narzucając ostre tempo, jakieś 35 km/h. Próbuję dojść do ładu z lusterkiem zamontowanym na kierownicy, ale szybko daję sobie spokój. Jak tak dalej będę się bawiła, to Tereska zaraz mi zwieje. Trzeba trzymać koło. Potem na zmiany wychodzą panowie i nadal jest ostro. Jak dla mnie to za szybko. Dociągamy w ten sposób do startującej przed nami grupki, która jedzie 500 km. Dochodzimy ich, chwilę jedziemy razem i.... dalej dzida. Grupka zostaje w tyle, z nami zabiera się bardzo młody chłopak - Eryk. Wkrótce staje się to, czego się spodziewałam - Tereska zrywa mnie. Widzę ją potem z daleka - zrywa też chłopaków i jedzie sama. Potem chyba na nich litościwie czeka, bo znowu widać ich razem.
Aż do promu na Warcie w Pogorzelicy jadę z Erykiem. Jest to klasyka jazdy solo we dwoje. Eryk swoje i ja swoje. On lewą stroną szosy, ja prawą. I tak się toczymy. Na przeprawie promowej spotykamy całą wielką grupę. Wszyscy czekają, bo pan obsługujący prom poszedł zrobić sobie kawę. Jest nas tylu, że część osób musi poczekać na drugą turę. Mi udaje się zabrać w pierwszej. Po wyjściu z promu, znowu dzida. Wielka grupa poleciała razem. Zostałam z Erykiem. Kontynuujemy jazdę razem-osobno. Dochodzę do wniosku, że bez sensu jest taka jazda i czekam na jakąś grupę. Nadjeżdża grupa pięćsetek. Jest to ta sama grupa, którą dogoniliśmy jeszcze przed promem, z której zabrał się wtedy z nami Eryk. Jadą w niej Jark, Gosia i jej mąż. Tempo trzymają przyjemne, więc jedziemy sobie razem. Eryk poleciał nieco do przodu, ale przez jakiś czas mamy go jeszcze w zasięgu wzroku. Lecimy sobie we czworo i gadamy o najróżniejszych imprezach kolarskich. Zaczynam myśleć , czy by się z nimi nie zabrać i nie pojechać na 500 km. Nie mam co prawda (celowo – aby nie kusiło) wgranej do gpsa pięćsetki, ale przecież…
Jedziemy razem do stacji Moya przed Grodźcem (106 km trasy). Tam wpadamy uzupełnić bidony. Przy okazji Gosia bierze kawę i hot doga, a ja mirindę w puszeczce. Jeszcze tylko smarowanie kremem przeciwsłonecznym i można lecieć dalej. Starujemy ze stacji. Chwilę jadę jako pierwsza. Obracam się za siebie i widzę, że moja ekipa jednak jeszcze nie ruszyła! Myślę sobie, że z pewnością szybko mnie dojdą, w końcu sama jakiejś dużej prędkości nie rozwinę, więc za chwilę znowu będziemy jechać we czwórkę.
Kiedy tak jadę sama, dogania mnie duet z Lublina – Mariusz i Andrzej. Jedziemy więc razem. Czasem oni lekko uciekają mi, czasem ja im. Później pojawia się duża grupa z Kórnika. Jedzie w niej Elizium. Byłam pewna, że są przede mną, bo wcześniej już nas mijali. Musieli się gdzieś zatrzymać. Myślę sobie, że to doskonała okazja, by siąść na koło. Grupa jedzie mocno, chwilami tempo idzie pod 40 km/h. Jednak w takim roju prawie nie czuć tej szalonej prędkości. Razem docieramy do punktu żywieniowego przed Kołem. Wpadamy wszyscy do szkoły na obiad. Jest tu Kawerna, Eryk i parę innych osób, kiedy zsiadam z roweru, widzę Tereskę, która właśnie stąd ucieka.
Zjadam część arbuza, zupę pomidorową i drugie danie, piję kompot, biorę wodę do bidonu. I… chyba pora lecieć dalej. Odstępuję od pomysłu by jechać 500 km. W końcu nie bez powodu zapisałam się na 300. Raz, że gnębią mnie kontuzje (dziś w zestawie: ból prawego biodra, prawego kolana, mięśnia lewej łydki oraz ból obu stóp), dwa – za chwilę MRDP i doprawdy – nie warto się zarzynać. Będzie jeszcze ku temu okazja. Całe 10 dni okazji. Do punktu żywieniowego przejechałam 168 km ze średnią 27 km/h. Oczywiście wiem, że dalej już tak słodko nie będzie.

Eli ostrzega mnie, abym uważała w Kole, bo dużo ścieżek, policja i ogólnie średnio przyjemnie. Ruszam sama i na lekkim stresie – skoro Koło takie niefajne. Kiedy jadę w stronę miasta, z naprzeciwka na punkt jedzie Giovanni z małą ekipą. Koło jakoś przejeżdżam. Za to masakrujący jest wiatr. Pięćsetki chyba będą miały lżej, bo wieczorem i w nocy wiatr ma być słabszy i z korzystniejszego kierunku. Teraz jest silny i w twarz.
Wcale nie lubię jeździć pod wiatr. Czuję się wtedy trochę jak mała dziewczynka, której ktoś każe wypić gorzki syrop. Wiem, że muszę – ale bardzo nie chcę. Krzywię się więc i… staram się trzymać w miarę dobre tempo – by jak najszybciej to mieć za sobą. Tak więc na liczniku widzę najczęściej 23 km/h. Czasem więcej, czasem lekko mniej. Nie ma sensu się zatrzymywać. To tylko przedłuży cierpienie i wszelkie boleści. Moje biedne stopy mocno odczuwają niewygodę chropowatych asfaltów, których jest teraz bardzo dużo. Typowych postojów nie robię. Zatrzymuję się raz na Orlenie, by nalać wody do wysychającego bidonu. Tracę może 3 minuty. Potem pod Licheniem, by zrobić fotę bazyliki oraz w Koninie by zrobić zdjęcie pokrywy kanalizacji deszczowej. Na to wszystko łącznie nie schodzi nawet 10 minut. Poza tym stoję kilka razy na światłach i raz na przejeździe kolejowym. I to jest wszystko. Nie jadę zbyt szybko, ale za to równo. Raz po raz tasuję się z chłopakiem nr 343 w stroju Garmin-Cervelo. On jedzie wyraźnie szybciej niż ja, ale robi sporo przerw. Dogania mnie, zatrzymuje się gdzieś, potem znowu mnie dogania – i tak kilka razy. 27 km przed metą, gdy dogania mnie po raz kolejny – proponuje współpracę, tj. że powiezie mnie, a ja mu ponawiguję. Zgadzam się na ten układ.
Dzień dobiega końca. Kolega ma bardzo słabe oświetlenie. Lampka przednia nie jest zbyt mocna, tylna nagle się psuje – po włączeniu od razu gaśnie. Tak więc swoją mocną lampą oświetlam drogę z przodu i tylną lampką świecę za nas dwoje z tyłu. Nie ma oczywiście mowy bym wyszła na zmianę – nie chcemy przecież, aby jakiś kierowca w nas wjechał. Kiedy mamy 5 km do mety, zaczyna delikatnie kropić.
21:31 – wpadamy na metę. Jazda, ze wszystkimi postojami, zajęła mi 13 godzin i 6 minut. Jestem zadowolona. Następne osoby po nas przyjeżdżają na metę już w deszczu. Wieczór mija na gadaniu i jedzeniu. A największą nagrodą za trudy trasy jest… hybrydowy manicure, który w nocy robi mi Kamila. Nigdy wcześniej moje pazurki nie wyglądały tak szałowo!
Mapa:
Zdjęcia
Biegam po domu i kończę pakowanie się. Po to, by jak najszybciej zjawić się w Kórniku i móc spędzić tam nie tylko wieczór, ale też miłe popołudnie w kręgu ludzi, których znam i lubię.
Na miejscu jestem około 17:00. Czas aż do późnego wieczora mija nam na pogaduszkach i jedzeniu. Jest tak fajnie, że chciałoby się zatrzymać czas. Chwilo, trwaj - myślę sobie.
Dawno nie spałam na sali. Przypominają mi się czasy, gdy startowałam w Supermaratonach szosowych. Zawsze, gdy była możliwość spania na sali - wybierałam tę opcję. Moje legowisko jest przy oknie oraz drzwiach wejściowych - co chwilę ktoś się kręci i trzaska drzwiami. Mimo, że na zewnątrz jest ciepło, tu jest chłodno - chodzi klima. Trochę zatykają mi się zatoki. Kilka razy z tego powodu się wybudzam w nocy.
Rano śniadanie, krzątanina przy rowerze. Dostajemy wszyscy lokalizatory GPS i jedziemy dużą grupą do Kórnika. Tam, w grupkach wypuszczanych co 5 minut, jest start ostry. Moja, szósta grupa, startuje o 8:25. No to jedziemy i od początku dzida jest z nami. Grupę prowadzi Tereska narzucając ostre tempo, jakieś 35 km/h. Próbuję dojść do ładu z lusterkiem zamontowanym na kierownicy, ale szybko daję sobie spokój. Jak tak dalej będę się bawiła, to Tereska zaraz mi zwieje. Trzeba trzymać koło. Potem na zmiany wychodzą panowie i nadal jest ostro. Jak dla mnie to za szybko. Dociągamy w ten sposób do startującej przed nami grupki, która jedzie 500 km. Dochodzimy ich, chwilę jedziemy razem i.... dalej dzida. Grupka zostaje w tyle, z nami zabiera się bardzo młody chłopak - Eryk. Wkrótce staje się to, czego się spodziewałam - Tereska zrywa mnie. Widzę ją potem z daleka - zrywa też chłopaków i jedzie sama. Potem chyba na nich litościwie czeka, bo znowu widać ich razem.
Aż do promu na Warcie w Pogorzelicy jadę z Erykiem. Jest to klasyka jazdy solo we dwoje. Eryk swoje i ja swoje. On lewą stroną szosy, ja prawą. I tak się toczymy. Na przeprawie promowej spotykamy całą wielką grupę. Wszyscy czekają, bo pan obsługujący prom poszedł zrobić sobie kawę. Jest nas tylu, że część osób musi poczekać na drugą turę. Mi udaje się zabrać w pierwszej. Po wyjściu z promu, znowu dzida. Wielka grupa poleciała razem. Zostałam z Erykiem. Kontynuujemy jazdę razem-osobno. Dochodzę do wniosku, że bez sensu jest taka jazda i czekam na jakąś grupę. Nadjeżdża grupa pięćsetek. Jest to ta sama grupa, którą dogoniliśmy jeszcze przed promem, z której zabrał się wtedy z nami Eryk. Jadą w niej Jark, Gosia i jej mąż. Tempo trzymają przyjemne, więc jedziemy sobie razem. Eryk poleciał nieco do przodu, ale przez jakiś czas mamy go jeszcze w zasięgu wzroku. Lecimy sobie we czworo i gadamy o najróżniejszych imprezach kolarskich. Zaczynam myśleć , czy by się z nimi nie zabrać i nie pojechać na 500 km. Nie mam co prawda (celowo – aby nie kusiło) wgranej do gpsa pięćsetki, ale przecież…
Jedziemy razem do stacji Moya przed Grodźcem (106 km trasy). Tam wpadamy uzupełnić bidony. Przy okazji Gosia bierze kawę i hot doga, a ja mirindę w puszeczce. Jeszcze tylko smarowanie kremem przeciwsłonecznym i można lecieć dalej. Starujemy ze stacji. Chwilę jadę jako pierwsza. Obracam się za siebie i widzę, że moja ekipa jednak jeszcze nie ruszyła! Myślę sobie, że z pewnością szybko mnie dojdą, w końcu sama jakiejś dużej prędkości nie rozwinę, więc za chwilę znowu będziemy jechać we czwórkę.
Kiedy tak jadę sama, dogania mnie duet z Lublina – Mariusz i Andrzej. Jedziemy więc razem. Czasem oni lekko uciekają mi, czasem ja im. Później pojawia się duża grupa z Kórnika. Jedzie w niej Elizium. Byłam pewna, że są przede mną, bo wcześniej już nas mijali. Musieli się gdzieś zatrzymać. Myślę sobie, że to doskonała okazja, by siąść na koło. Grupa jedzie mocno, chwilami tempo idzie pod 40 km/h. Jednak w takim roju prawie nie czuć tej szalonej prędkości. Razem docieramy do punktu żywieniowego przed Kołem. Wpadamy wszyscy do szkoły na obiad. Jest tu Kawerna, Eryk i parę innych osób, kiedy zsiadam z roweru, widzę Tereskę, która właśnie stąd ucieka.
Zjadam część arbuza, zupę pomidorową i drugie danie, piję kompot, biorę wodę do bidonu. I… chyba pora lecieć dalej. Odstępuję od pomysłu by jechać 500 km. W końcu nie bez powodu zapisałam się na 300. Raz, że gnębią mnie kontuzje (dziś w zestawie: ból prawego biodra, prawego kolana, mięśnia lewej łydki oraz ból obu stóp), dwa – za chwilę MRDP i doprawdy – nie warto się zarzynać. Będzie jeszcze ku temu okazja. Całe 10 dni okazji. Do punktu żywieniowego przejechałam 168 km ze średnią 27 km/h. Oczywiście wiem, że dalej już tak słodko nie będzie.

Eli ostrzega mnie, abym uważała w Kole, bo dużo ścieżek, policja i ogólnie średnio przyjemnie. Ruszam sama i na lekkim stresie – skoro Koło takie niefajne. Kiedy jadę w stronę miasta, z naprzeciwka na punkt jedzie Giovanni z małą ekipą. Koło jakoś przejeżdżam. Za to masakrujący jest wiatr. Pięćsetki chyba będą miały lżej, bo wieczorem i w nocy wiatr ma być słabszy i z korzystniejszego kierunku. Teraz jest silny i w twarz.
Wcale nie lubię jeździć pod wiatr. Czuję się wtedy trochę jak mała dziewczynka, której ktoś każe wypić gorzki syrop. Wiem, że muszę – ale bardzo nie chcę. Krzywię się więc i… staram się trzymać w miarę dobre tempo – by jak najszybciej to mieć za sobą. Tak więc na liczniku widzę najczęściej 23 km/h. Czasem więcej, czasem lekko mniej. Nie ma sensu się zatrzymywać. To tylko przedłuży cierpienie i wszelkie boleści. Moje biedne stopy mocno odczuwają niewygodę chropowatych asfaltów, których jest teraz bardzo dużo. Typowych postojów nie robię. Zatrzymuję się raz na Orlenie, by nalać wody do wysychającego bidonu. Tracę może 3 minuty. Potem pod Licheniem, by zrobić fotę bazyliki oraz w Koninie by zrobić zdjęcie pokrywy kanalizacji deszczowej. Na to wszystko łącznie nie schodzi nawet 10 minut. Poza tym stoję kilka razy na światłach i raz na przejeździe kolejowym. I to jest wszystko. Nie jadę zbyt szybko, ale za to równo. Raz po raz tasuję się z chłopakiem nr 343 w stroju Garmin-Cervelo. On jedzie wyraźnie szybciej niż ja, ale robi sporo przerw. Dogania mnie, zatrzymuje się gdzieś, potem znowu mnie dogania – i tak kilka razy. 27 km przed metą, gdy dogania mnie po raz kolejny – proponuje współpracę, tj. że powiezie mnie, a ja mu ponawiguję. Zgadzam się na ten układ.
Dzień dobiega końca. Kolega ma bardzo słabe oświetlenie. Lampka przednia nie jest zbyt mocna, tylna nagle się psuje – po włączeniu od razu gaśnie. Tak więc swoją mocną lampą oświetlam drogę z przodu i tylną lampką świecę za nas dwoje z tyłu. Nie ma oczywiście mowy bym wyszła na zmianę – nie chcemy przecież, aby jakiś kierowca w nas wjechał. Kiedy mamy 5 km do mety, zaczyna delikatnie kropić.
21:31 – wpadamy na metę. Jazda, ze wszystkimi postojami, zajęła mi 13 godzin i 6 minut. Jestem zadowolona. Następne osoby po nas przyjeżdżają na metę już w deszczu. Wieczór mija na gadaniu i jedzeniu. A największą nagrodą za trudy trasy jest… hybrydowy manicure, który w nocy robi mi Kamila. Nigdy wcześniej moje pazurki nie wyglądały tak szałowo!
Mapa:
Zdjęcia
Sweet :)
Sobota, 4 marca 2017 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kocia muzyka, Kot w wielkim mieście, Gdańsk
| Km: | 320.80 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 16:06 | km/h: | 19.93 |
| Pr. maks.: | 41.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1360m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po lodowatej nocy nastał piękny dzień. Gdańsk o poranku zalany jest słońcem :)
Ten entuzjazm i ta radość towarzyszyły mojej trasie:
sweet :)
Entuzjazm i radość mimo przeszkadzającego wiatru, mimo kompletnego braku formy (w grudniu mało co jeździłam, w styczniu i lutym praktycznie nic) i mimo wielu godzin jazdy po zachodzie słońca przy temperaturze +2*C. Jechałam sama. Miałam ze sobą sakwy i namiot.

Miałam wyjechać bardzo wcześnie ale się nie udało. Na dobry początek złapałam kapcia - jeszcze w domu. Rower tak jakby próbował być wredny, bo nie dość, że kapeć z niczego, to w dodatku opona nie chciała zejść i musiałam się mocno naszarpać, by ją zdjąć. Mało sobie paznokci nie połamałam, ale w końcu się udało.
Kiedy ruszyłam, było już jasno. Dzień wg prognoz miał być piękny i słoneczny, jednak sam poranek okazał się lodowaty - było 0*C. Jadąc czułam niesamowitą radość - jak to przyjemnie jest wsiąść na rower po tak długim czasie! Pomknąć przed siebie. Raz po raz zastanawiałam się, czy to w ogóle wypali, bo przecież na dobrą sprawę prawie kwartał nie jeździłam. No ale gdyby coś szło nie tak, mogłam zakończyć wyjazd wcześniej. Miałam ze sobą namiot, śpiwór, materac, kuchenkę i zapas jedzenia.
W Janowcu Wlkp. wypiłam pierwszą kawę. Trasę na Gdańsk w stosunku do zeszłego roku przeprojektowałam. Wywaliłam beznadziejny odcinek ruchliwej szosy Wągrowiec - Kcynia. Nieprzyjemność dojazdu do Kcyni została zatem okrojona do niezbędnego minimum. Sama Kcynia była akurat rozkopana. Ruch wahadłowy. Nic przyjemnego. W dodatku jak oszalały rozdzwonił się mój telefon. Jak tu rozmawiać w tym hałasie warczących silników? Z ulgą opuściłam Kcynię.
Przed Nakłem zrobiło się ciepło. Jechałam kostkowaną śmieszką rowerową. Ruch był spory i tylko dlatego po tej kostce się tłukłam. Skorzystałam też z jednej z ławeczek i zrzuciłam z siebie trochę ciuchów - zrobiło się ciepło - aż 13*C! W Nakle ruch duży jak w Kcyni. Pomyślałam sobie, że jak się stąd wydostanę, to wrócą puste szosy i znowu jazda stanie się przyjemna. Wtem, w całym tym ruchu, jakiś chłopak na szosówce krzyczy do mnie: już nad morze?!
Skinęłam głową potwierdzając i zastanawiałam się skąd on wiedział, że jadę nad morze....
Kawałek za Nakłem moja trasa wykręciła na wschód i zaczęłam walkę z wiatrem. No tak, to nie był dzień na Gdańsk. Chcąc jechać z wiatrem, powinnam była pojechać do Kołobrzegu. Im dłużej trwała ta szarpanina, tym częściej łapałam się na myśli: było lecieć na Kołobrzeg.
Poza tym jednak pogoda była piękna: ciepło, słonecznie. Wysmarowałam nawet twarz kremem przeciwsłonecznym. Po mniej więcej 40 km walki z mocno przeszkadzającym wiatrem, nitka trasy litościwie przybrała nieco korzystniejszy kierunek i jechało się przyjemniej. Widoki miałam wspaniałe; lasy i jeziora w późno popołudniowym słońcu to była prawdziwa uczta dla oczu. Co za radość móc tu być! Szkoda tylko, że czułam się już dość zmęczona, no ale to efekt kompletnego braku formy i mało sprzyjającego wiatru.
Przede mną Przystanek Tleń i obiad! W lutym zeszłego roku niespodziewanie wyłonił się z ciemności, teraz wiedziałam już, że tu jest. Planowałam posiedzieć tu przynajmniej godzinę i plan ten spełniłam :). Trafiłam wybornie - nawet stolik, przy którym siedziałam w zeszłym roku był wolny. Rower też (jak ostatnio) ustawiłam w środku. Zjadłam pyszną zupę grzybową oraz pstrąga z ziemniakami i surówką. Nie było łatwo stąd ruszyć - tak tu przyjemnie! W dodatku w międzyczasie zrobiło się już praktycznie zupełnie ciemno. Zerknęłam na gps: zostało jeszcze 130 km. Do zrobienia w ciemności.
Jazda po ciemku była dość nudna. Wyłączyłam muzykę, by lepiej słyszeć zwierzęta mogące o tej porze łazić blisko szosy. Niewiele było widać, niewiele się działo. Z rzadka przejechał jakiś samochód, drogi wąskie i praktycznie zupełnie puste. Na wioskach mijałam zataczających się mężczyzn (sporo ich było, chodzili samotnie, często do siebie mówili, niektórzy krzyczeli, śpiewali). Nocną jazdę urozmaiciło mi też stado dzików. Chyba trochę je wystraszyłam, a one mnie.
Ponad 40 km leśny odcinek zakończyłam Skórczem :)). W miasteczku tym wpadłam na Orlen ogrzać się trochę. Po pięknym dniu nastał chłodny wieczór, a po nim zimna noc. Ledwie 1-3*C. Zastanawiałam się co wziąć. Może kawę? E.... nie. Tym razem postawiłam na herbatę.
Przez kolejne miejscowości jechałam nie zatrzymując się zbyt wiele. Ciemno. Fotkę zrobiłam w Pelplinie - bazylika jest tak wspaniała, że koniecznie musiałam. Po drodze widziałam iluminacje bożonarodzeniowe. Kilka domków przystrojonych lampkami (przy jednej stał nawet świetlny renifer!). Mijałam też neon z choinką. Coraz bliżej święta :).
Tuż przed Tczewem wyjechałam na DK91. Było spokojnie. Droga szeroka, ale nie wszędzie miała pobocze. Cieszyłam się, że jestem tu późnym wieczorem, bo w ciągu dnia pewnie jest tu mało przyjemnie.
I tak sobie jechałam i jechałam i jechałam... było (mimo dokuczliwego zimna) przyjemnie i błogo. Wtem popatrzyłam na gps: 15 km/h. Zepsuł się! Szczęście, że chociaż wskazuje drogę i ekran normalnie działa - pomyślałam. Jak się okazało synchronicznie zepsuł się też licznik - bo też pokazywał 15 km/h. Pomstowałam pod nosem na ten beznadziejny i zawodny sprzęt. Przecież to nie jest możliwe, że to ja! Było tak fajnie - przecinałam powietrze jak pocisk. To niemożliwe, bym jechała tak strasznie powoli!
A jednak możliwe. Tej nocy niemożliwe stało się możliwe - Gdańsk na początku marca, tak zwyczajnie i po prostu.
Mój rower, który w sobotni ranek był tak jakby wredny, przez całą trasę spisywał się niezawodnie. W nagrodę strzeliłam mu fotę z tabliczką Gdańsk :).
A potem, mocno już senna oraz zmarznięta wieloma godzinami jazdy w zimnie i ciemnościach, poszukałam stosownych krzaków i poszłam spać. Temperatura spadła do 0*C. Do snu zdjęłam z siebie tylko kask, buty i rękawiczki :)
Zdjęcia
b
sweet :)
Entuzjazm i radość mimo przeszkadzającego wiatru, mimo kompletnego braku formy (w grudniu mało co jeździłam, w styczniu i lutym praktycznie nic) i mimo wielu godzin jazdy po zachodzie słońca przy temperaturze +2*C. Jechałam sama. Miałam ze sobą sakwy i namiot.

Miałam wyjechać bardzo wcześnie ale się nie udało. Na dobry początek złapałam kapcia - jeszcze w domu. Rower tak jakby próbował być wredny, bo nie dość, że kapeć z niczego, to w dodatku opona nie chciała zejść i musiałam się mocno naszarpać, by ją zdjąć. Mało sobie paznokci nie połamałam, ale w końcu się udało.
Kiedy ruszyłam, było już jasno. Dzień wg prognoz miał być piękny i słoneczny, jednak sam poranek okazał się lodowaty - było 0*C. Jadąc czułam niesamowitą radość - jak to przyjemnie jest wsiąść na rower po tak długim czasie! Pomknąć przed siebie. Raz po raz zastanawiałam się, czy to w ogóle wypali, bo przecież na dobrą sprawę prawie kwartał nie jeździłam. No ale gdyby coś szło nie tak, mogłam zakończyć wyjazd wcześniej. Miałam ze sobą namiot, śpiwór, materac, kuchenkę i zapas jedzenia.
W Janowcu Wlkp. wypiłam pierwszą kawę. Trasę na Gdańsk w stosunku do zeszłego roku przeprojektowałam. Wywaliłam beznadziejny odcinek ruchliwej szosy Wągrowiec - Kcynia. Nieprzyjemność dojazdu do Kcyni została zatem okrojona do niezbędnego minimum. Sama Kcynia była akurat rozkopana. Ruch wahadłowy. Nic przyjemnego. W dodatku jak oszalały rozdzwonił się mój telefon. Jak tu rozmawiać w tym hałasie warczących silników? Z ulgą opuściłam Kcynię.
Przed Nakłem zrobiło się ciepło. Jechałam kostkowaną śmieszką rowerową. Ruch był spory i tylko dlatego po tej kostce się tłukłam. Skorzystałam też z jednej z ławeczek i zrzuciłam z siebie trochę ciuchów - zrobiło się ciepło - aż 13*C! W Nakle ruch duży jak w Kcyni. Pomyślałam sobie, że jak się stąd wydostanę, to wrócą puste szosy i znowu jazda stanie się przyjemna. Wtem, w całym tym ruchu, jakiś chłopak na szosówce krzyczy do mnie: już nad morze?!
Skinęłam głową potwierdzając i zastanawiałam się skąd on wiedział, że jadę nad morze....
Kawałek za Nakłem moja trasa wykręciła na wschód i zaczęłam walkę z wiatrem. No tak, to nie był dzień na Gdańsk. Chcąc jechać z wiatrem, powinnam była pojechać do Kołobrzegu. Im dłużej trwała ta szarpanina, tym częściej łapałam się na myśli: było lecieć na Kołobrzeg.
Poza tym jednak pogoda była piękna: ciepło, słonecznie. Wysmarowałam nawet twarz kremem przeciwsłonecznym. Po mniej więcej 40 km walki z mocno przeszkadzającym wiatrem, nitka trasy litościwie przybrała nieco korzystniejszy kierunek i jechało się przyjemniej. Widoki miałam wspaniałe; lasy i jeziora w późno popołudniowym słońcu to była prawdziwa uczta dla oczu. Co za radość móc tu być! Szkoda tylko, że czułam się już dość zmęczona, no ale to efekt kompletnego braku formy i mało sprzyjającego wiatru.
Przede mną Przystanek Tleń i obiad! W lutym zeszłego roku niespodziewanie wyłonił się z ciemności, teraz wiedziałam już, że tu jest. Planowałam posiedzieć tu przynajmniej godzinę i plan ten spełniłam :). Trafiłam wybornie - nawet stolik, przy którym siedziałam w zeszłym roku był wolny. Rower też (jak ostatnio) ustawiłam w środku. Zjadłam pyszną zupę grzybową oraz pstrąga z ziemniakami i surówką. Nie było łatwo stąd ruszyć - tak tu przyjemnie! W dodatku w międzyczasie zrobiło się już praktycznie zupełnie ciemno. Zerknęłam na gps: zostało jeszcze 130 km. Do zrobienia w ciemności.
Jazda po ciemku była dość nudna. Wyłączyłam muzykę, by lepiej słyszeć zwierzęta mogące o tej porze łazić blisko szosy. Niewiele było widać, niewiele się działo. Z rzadka przejechał jakiś samochód, drogi wąskie i praktycznie zupełnie puste. Na wioskach mijałam zataczających się mężczyzn (sporo ich było, chodzili samotnie, często do siebie mówili, niektórzy krzyczeli, śpiewali). Nocną jazdę urozmaiciło mi też stado dzików. Chyba trochę je wystraszyłam, a one mnie.
Ponad 40 km leśny odcinek zakończyłam Skórczem :)). W miasteczku tym wpadłam na Orlen ogrzać się trochę. Po pięknym dniu nastał chłodny wieczór, a po nim zimna noc. Ledwie 1-3*C. Zastanawiałam się co wziąć. Może kawę? E.... nie. Tym razem postawiłam na herbatę.
Przez kolejne miejscowości jechałam nie zatrzymując się zbyt wiele. Ciemno. Fotkę zrobiłam w Pelplinie - bazylika jest tak wspaniała, że koniecznie musiałam. Po drodze widziałam iluminacje bożonarodzeniowe. Kilka domków przystrojonych lampkami (przy jednej stał nawet świetlny renifer!). Mijałam też neon z choinką. Coraz bliżej święta :).
Tuż przed Tczewem wyjechałam na DK91. Było spokojnie. Droga szeroka, ale nie wszędzie miała pobocze. Cieszyłam się, że jestem tu późnym wieczorem, bo w ciągu dnia pewnie jest tu mało przyjemnie.
I tak sobie jechałam i jechałam i jechałam... było (mimo dokuczliwego zimna) przyjemnie i błogo. Wtem popatrzyłam na gps: 15 km/h. Zepsuł się! Szczęście, że chociaż wskazuje drogę i ekran normalnie działa - pomyślałam. Jak się okazało synchronicznie zepsuł się też licznik - bo też pokazywał 15 km/h. Pomstowałam pod nosem na ten beznadziejny i zawodny sprzęt. Przecież to nie jest możliwe, że to ja! Było tak fajnie - przecinałam powietrze jak pocisk. To niemożliwe, bym jechała tak strasznie powoli!
A jednak możliwe. Tej nocy niemożliwe stało się możliwe - Gdańsk na początku marca, tak zwyczajnie i po prostu.
Mój rower, który w sobotni ranek był tak jakby wredny, przez całą trasę spisywał się niezawodnie. W nagrodę strzeliłam mu fotę z tabliczką Gdańsk :).
A potem, mocno już senna oraz zmarznięta wieloma godzinami jazdy w zimnie i ciemnościach, poszukałam stosownych krzaków i poszłam spać. Temperatura spadła do 0*C. Do snu zdjęłam z siebie tylko kask, buty i rękawiczki :)
Zdjęcia
b
Łowiczanki
Sobota, 23 kwietnia 2016 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 308.54 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 13:04 | km/h: | 23.61 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 891m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzik dzwoni o obłędnej godzinie 1:10 w nocy z piątku na sobotę. No i całe szczęście, bo śniły mi się same koszmary, w których główną rolę odegrał zdezelowany Fiat 126p w kolorze mlecznej czekolady. Obudziłam się cała zapłakana, tak straszny był to sen. Środek nocy pełniący rolę poranka też nie nastrajał optymistycznie.
- jest jeden stopień powyżej zera - mówi Ona.
- to może zostaniemy w domu i nigdzie nie pojedziemy? - pytam z nikłą nadzieją.
Po śniadaniu, które spokojnie można uznać za nocną ucztę bulimiczek, wychodzimy z domu. Odpalam GPSa i... nic. Mapa się nie wyświetla. Dręczę grata, aż w końcu zaczyna działać. Z 10 minut uciekło, ale wreszcie można jechać. Mkniemy pustymi ulicami, zimną, księżycową nocą. Jest pełnia. Piękna, jasna i lodowata noc. Objezierze śpi. Śpią Oborniki. We śnie pogrążone są również Uchorowo i Kiszkowo. A może by tak kogoś obudzić? W Pobiedziskach mamy już wykręcone ponad 70 km. Słońce wschodzi. Jest nam strasznie zimno, więc wpadamy na genialny pomysł, by wypić gdzieś kawę i ogrzać się. Pobiedziska to dobre miejsce. Niedawno powstała tu stacja Orlenu. Tylko, czy już jest czynna? Podjeżdżamy, na szczęście od tygodnia działa! Zamawiamy napoje, a Starsza biegnie do toalety skorzystać z dmuchawy do suszenia rąk. Czyni z niej użytek grzejąc się pod ciepłym strumieniem powietrza. Niestety nie ma tu krzeseł. Stoimy więc przy wysokich stolikach. To jeden z "konnych" Orlenów. Można wygodnie postać.
Gdy wychodzimy, jest już zupełnie jasno oraz nieco cieplej. Temperatura z +1 skoczyła do +3. Wiosenne szaleństwo! Wiatr niestety nam nie pomaga. Miał być słaby z kierunków zmiennych i faktycznie taki jest. Przez pierwsze 150 km jest to wiatr przednio-boczny, przedni oraz boczny. W drugiej części - jest dużo lepiej.
Drugą przerwę robimy w Sompolinku. Nie jest to mój dzień. Tętno od samego początku jazdy mam dziwnie wysokie i nie bardzo chce ono spadać, gdy odpoczywam. Poza tym coś mi zaszkodziło i mam problemy gastryczne. Starsza z kolei czuje się świetnie, ale cóż z tego skoro jedzie na zużytym napędzie, który strasznie przeskakuje i parę razy prawie doprowadza do gleby? Tośmy się dziś dobrały!
Po drodze podziwiamy wiosnę. Zaczynają kwitnąć rzepaki, mlecze mają pełnię kwitnienia, w ogrodach kolorowo od bratków i tulipanów, bielą się też kwitnące sady. Pięknie jest. W tych wspaniałych okolicznościach przyrody docieramy do Kutna. Mijamy owiany niegdyś złą sławą dworzec kolejowy i mkniemy dalej patrząc za jakąś stacją. Oj, to już pora by coś zjeść! Tymczasem na naszych bocznych drogach posucha. Siadamy więc na przystanku autobusowym, na śmiesznym stołku, który ktoś tu wystawił. Nie pada, więc brak zadaszenia zupełnie nie przeszkadza. Kompletnie bocznymi drogami lecimy do Łowicza, wyjeżdżając na krajową 92 dopiero pod sam koniec.

W Łowiczu mamy sporo czasu (prawie godzinę) do odjazdu pociągu, więc robimy sobie sesję zdjęciową. Po chwili podchodzą do nas dwie panie z rowerami. Łowiczanki. Jednej z nich zeszło powietrze z opony. Dopompowujemy, a potem idziemy na makaron. Czas niespodziewanie ucieka bardzo szybko i makaron musimy wziąć na wynos. Na szczęście na dworzec nie jest daleko. Podróż do Poznania mija niepostrzeżenie. A ciąg dalszy... z gatunku tych, gdzie można zastanawiać się, czy to wydarzyło się naprawdę, czy może to był tylko szalony sen :))
Trasa:
Zaliczone gminy: Oporów, Żychlin, Chąśno (3 gminy).
Zdjęcia
Opowieść Starszejpani :)
- jest jeden stopień powyżej zera - mówi Ona.
- to może zostaniemy w domu i nigdzie nie pojedziemy? - pytam z nikłą nadzieją.
Po śniadaniu, które spokojnie można uznać za nocną ucztę bulimiczek, wychodzimy z domu. Odpalam GPSa i... nic. Mapa się nie wyświetla. Dręczę grata, aż w końcu zaczyna działać. Z 10 minut uciekło, ale wreszcie można jechać. Mkniemy pustymi ulicami, zimną, księżycową nocą. Jest pełnia. Piękna, jasna i lodowata noc. Objezierze śpi. Śpią Oborniki. We śnie pogrążone są również Uchorowo i Kiszkowo. A może by tak kogoś obudzić? W Pobiedziskach mamy już wykręcone ponad 70 km. Słońce wschodzi. Jest nam strasznie zimno, więc wpadamy na genialny pomysł, by wypić gdzieś kawę i ogrzać się. Pobiedziska to dobre miejsce. Niedawno powstała tu stacja Orlenu. Tylko, czy już jest czynna? Podjeżdżamy, na szczęście od tygodnia działa! Zamawiamy napoje, a Starsza biegnie do toalety skorzystać z dmuchawy do suszenia rąk. Czyni z niej użytek grzejąc się pod ciepłym strumieniem powietrza. Niestety nie ma tu krzeseł. Stoimy więc przy wysokich stolikach. To jeden z "konnych" Orlenów. Można wygodnie postać.
Gdy wychodzimy, jest już zupełnie jasno oraz nieco cieplej. Temperatura z +1 skoczyła do +3. Wiosenne szaleństwo! Wiatr niestety nam nie pomaga. Miał być słaby z kierunków zmiennych i faktycznie taki jest. Przez pierwsze 150 km jest to wiatr przednio-boczny, przedni oraz boczny. W drugiej części - jest dużo lepiej.
Drugą przerwę robimy w Sompolinku. Nie jest to mój dzień. Tętno od samego początku jazdy mam dziwnie wysokie i nie bardzo chce ono spadać, gdy odpoczywam. Poza tym coś mi zaszkodziło i mam problemy gastryczne. Starsza z kolei czuje się świetnie, ale cóż z tego skoro jedzie na zużytym napędzie, który strasznie przeskakuje i parę razy prawie doprowadza do gleby? Tośmy się dziś dobrały!
Po drodze podziwiamy wiosnę. Zaczynają kwitnąć rzepaki, mlecze mają pełnię kwitnienia, w ogrodach kolorowo od bratków i tulipanów, bielą się też kwitnące sady. Pięknie jest. W tych wspaniałych okolicznościach przyrody docieramy do Kutna. Mijamy owiany niegdyś złą sławą dworzec kolejowy i mkniemy dalej patrząc za jakąś stacją. Oj, to już pora by coś zjeść! Tymczasem na naszych bocznych drogach posucha. Siadamy więc na przystanku autobusowym, na śmiesznym stołku, który ktoś tu wystawił. Nie pada, więc brak zadaszenia zupełnie nie przeszkadza. Kompletnie bocznymi drogami lecimy do Łowicza, wyjeżdżając na krajową 92 dopiero pod sam koniec.

W Łowiczu mamy sporo czasu (prawie godzinę) do odjazdu pociągu, więc robimy sobie sesję zdjęciową. Po chwili podchodzą do nas dwie panie z rowerami. Łowiczanki. Jednej z nich zeszło powietrze z opony. Dopompowujemy, a potem idziemy na makaron. Czas niespodziewanie ucieka bardzo szybko i makaron musimy wziąć na wynos. Na szczęście na dworzec nie jest daleko. Podróż do Poznania mija niepostrzeżenie. A ciąg dalszy... z gatunku tych, gdzie można zastanawiać się, czy to wydarzyło się naprawdę, czy może to był tylko szalony sen :))
Trasa:
Zaliczone gminy: Oporów, Żychlin, Chąśno (3 gminy).
Zdjęcia
Opowieść Starszejpani :)
Z wizytą w Świnoujściu :)
Sobota, 2 kwietnia 2016 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 305.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 11:50 | km/h: | 25.77 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 13.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1018m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Późnym wieczorem wychodzę ze spotkania i jadę do Starszejpani. Mam na sobie popielatą sukienkę oraz buty balerinki.
Buty balerinki.... czy na pewno wzięłam na zmianę buty SPD?
W samochodzie mam rower, strój, wszystko, tylko nie buty SPD. Zrezygnowana i zła wracam do domu. Przecież nie polecę do Świnoujścia w balerinkach.
Śpię niecałe 5 godzin, ale całe zebranie się, dojazd zajmują trochę czasu i ruszamy dopiero po 9:00. To dość późno jak na trasę 300 km, zakończoną wizytą... Trzeba więc deptać, by nie dojechać np. na trzecią w nocy ;). Od razu idzie nam szybko. Mój rower tak jakby sam jedzie. Nic dziwnego: zdjęłam mu ciężkie opony jesienne i założyłam lżejsze na wiosnę i lato. Poza tym nie wiozę namiotu i śpiworu, no i nie jest to tak jak w minioną niedzielę wyrypa pod wiatr. Wiaterek delikatnie nam pomaga. Słońce i bezchmurne niebo nastrajają optymistycznie. Ach! Może by tak zrobić zdjęcie?
Aparat w dłoń i... nic! Nie wzięłam karty. Co za roztargnienie: w nocy bez butów, rano - bez karty.
Kartę udaje mi się kupić dopiero po mniej więcej 80 km jazdy - w Krzyżu. Na kawę zatrzymujemy się w Drezdenku, na zakończenie 50 km jazdy północnym skrajem Puszczy Noteckiej z przeszkadzającym wiatrem. Przetrwałyśmy jakoś ten wiatr i trzeba to uczcić! Od teraz będzie tylko lepiej i wiatr elegancko dopomoże. Gdzieś w okolicach Choszczna coś zaczyna się dziać z mapą w moim gpsie. Próbuję różnych akcji, wyłączam wszystkie mapy, uruchamiam jedną, wyłączam urządzenie, włączam ponownie, majstruję przy szczegółowych ustawieniach mapy. I nic! Nie widzę w ogóle innych dróg poza moim śladem. Widać linie kolejowe, energetyczne, pola, lasy, nawet szlaki rowerowe, ale nie normalne drogi. Bardzo utrudnia to jazdę i w miastach Starsza pilotuje pokrzykując wesoło gdzie mam jechać. No to lecim! Jednak nie na Szczecin, lecz na Stargard. Po drodze straszliwe dziury i wyrwy w drodze. W Stargardzie oddychamy z ulgą, że mamy ten wredny odcinek za sobą.

W Goleniowie na stacji robimy drugi dłuższy postój. Robi się ciemno i temperatura spada, więc przy okazji ubieramy się cieplej. Do Świnoujścia jeszcze 75 km. Tyle tylko, że niestety już w coraz głębszej szarówce, a potem ciemności. Dość dziurawymi i wyboistymi drogami lecimy aż do wyjazdu na DK3. Robi się wreszcie równo i gładko, jazda jest przyjemna - ruchu dużego nie doświadczamy, a mamy do dyspozycji szerokie pobocze. W samym Świnoujściu chwila zamotania przed dojazdem do przeprawy promowej. Mamy wbite ślady do odbiorników, ale czy to na pewno TA przeprawa? Starsza zastanawia się, więc i ja tracę pewność. Szybki telefon i ustalamy, że ślad pociągnęłam dobrze. Na prom spóźniamy się klika minut i musimy aż pół godziny czekać.
Po przeprawie szybkie zakupy na Orlenie i pędzimy do Magii i Yoshka, którzy od dawna już na nas czekają. Ugoszczone zostajemy wspaniale (i za tę przemiłą gościnę serdecznie dziękujemy), a wieczornym rozmowom nie ma końca :).
Zdjęcia
Parę słów od Starszejpani
Buty balerinki.... czy na pewno wzięłam na zmianę buty SPD?
W samochodzie mam rower, strój, wszystko, tylko nie buty SPD. Zrezygnowana i zła wracam do domu. Przecież nie polecę do Świnoujścia w balerinkach.
Śpię niecałe 5 godzin, ale całe zebranie się, dojazd zajmują trochę czasu i ruszamy dopiero po 9:00. To dość późno jak na trasę 300 km, zakończoną wizytą... Trzeba więc deptać, by nie dojechać np. na trzecią w nocy ;). Od razu idzie nam szybko. Mój rower tak jakby sam jedzie. Nic dziwnego: zdjęłam mu ciężkie opony jesienne i założyłam lżejsze na wiosnę i lato. Poza tym nie wiozę namiotu i śpiworu, no i nie jest to tak jak w minioną niedzielę wyrypa pod wiatr. Wiaterek delikatnie nam pomaga. Słońce i bezchmurne niebo nastrajają optymistycznie. Ach! Może by tak zrobić zdjęcie?
Aparat w dłoń i... nic! Nie wzięłam karty. Co za roztargnienie: w nocy bez butów, rano - bez karty.
Kartę udaje mi się kupić dopiero po mniej więcej 80 km jazdy - w Krzyżu. Na kawę zatrzymujemy się w Drezdenku, na zakończenie 50 km jazdy północnym skrajem Puszczy Noteckiej z przeszkadzającym wiatrem. Przetrwałyśmy jakoś ten wiatr i trzeba to uczcić! Od teraz będzie tylko lepiej i wiatr elegancko dopomoże. Gdzieś w okolicach Choszczna coś zaczyna się dziać z mapą w moim gpsie. Próbuję różnych akcji, wyłączam wszystkie mapy, uruchamiam jedną, wyłączam urządzenie, włączam ponownie, majstruję przy szczegółowych ustawieniach mapy. I nic! Nie widzę w ogóle innych dróg poza moim śladem. Widać linie kolejowe, energetyczne, pola, lasy, nawet szlaki rowerowe, ale nie normalne drogi. Bardzo utrudnia to jazdę i w miastach Starsza pilotuje pokrzykując wesoło gdzie mam jechać. No to lecim! Jednak nie na Szczecin, lecz na Stargard. Po drodze straszliwe dziury i wyrwy w drodze. W Stargardzie oddychamy z ulgą, że mamy ten wredny odcinek za sobą.

W Goleniowie na stacji robimy drugi dłuższy postój. Robi się ciemno i temperatura spada, więc przy okazji ubieramy się cieplej. Do Świnoujścia jeszcze 75 km. Tyle tylko, że niestety już w coraz głębszej szarówce, a potem ciemności. Dość dziurawymi i wyboistymi drogami lecimy aż do wyjazdu na DK3. Robi się wreszcie równo i gładko, jazda jest przyjemna - ruchu dużego nie doświadczamy, a mamy do dyspozycji szerokie pobocze. W samym Świnoujściu chwila zamotania przed dojazdem do przeprawy promowej. Mamy wbite ślady do odbiorników, ale czy to na pewno TA przeprawa? Starsza zastanawia się, więc i ja tracę pewność. Szybki telefon i ustalamy, że ślad pociągnęłam dobrze. Na prom spóźniamy się klika minut i musimy aż pół godziny czekać.
Po przeprawie szybkie zakupy na Orlenie i pędzimy do Magii i Yoshka, którzy od dawna już na nas czekają. Ugoszczone zostajemy wspaniale (i za tę przemiłą gościnę serdecznie dziękujemy), a wieczornym rozmowom nie ma końca :).
Zdjęcia
Parę słów od Starszejpani
Rowerem i pieszo do Gdańska
Sobota, 6 lutego 2016 Kategoria Kot w wielkim mieście, Kocia czytelnia, do 350, Gdańsk
| Km: | 313.44 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 15:25 | km/h: | 20.33 |
| Pr. maks.: | 4.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1219m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Jechałam sama, szczegóły zaś :)

W sobotę nie zrywam się ze snu w środku nocy. Wstaję nawet trochę później niż normalnie do pracy. Śniadanie jem powoli, czytając gazetę. W sumie nigdzie mi się nie spieszy. Gdy już dojadę do Gdańska i tak pójdę spać gdzieś w krzaki i do domu wrócę dopiero w niedzielę.
Okropne miejsce
Kiedy wychodzę z domu, jest już jasnawo. Powietrze jest aż ciężkie od wilgoci i takie pozostanie aż do końca dnia. Początek jazdy jest okropnie nudny. Znam na pamięć. Najchętniej bym zamknęła oczy i otwarła je znacznie dalej. W Mieścisku na Orlenie piję kawę. Ucinam sobie miłą pogawędkę z dziewczyną zza lady.
W Rąbczynie gorzelnia śmierdzi jak zwykle, a duży tartak pracuje na pełnych obrotach nawet w sobotę rano. Co za okropne miejsce do mieszkania – myślę sobie patrząc na mijane domki.
Złota rada
Czas gdy jest jasno, wytracam perfekcyjnie – coś dziwnego dzieje się z mapą w GPSie. Klikam więc, by wrócić do stanu poprzedniego. I nic. Potem przez długą chwilę widzę czysty ekran i tylko samą nitkę śladu (co za koszmar!). Mija trochę czasu, nim przypominam sobie złotą radę wszystkich znanych mi informatyków: gdy coś dziwnego się dzieje, to wyłącz i włącz ponownie. Działa.
Potem mam problem z hamulcem. Znowu. Walczę z nim przy drodze przynajmniej przez kwadrans.
Z boku
Ta trasa z pewnością nie jest idealna. W pierwszej kolejności bym zmieniła odcinek po drodze nr 241 aż za Nakło. Całe 50 km tą drogą to nic przyjemnego – ruch umiarkowany, droga wąska. Trzeba było nadłożyć trochę i poprowadzić to inaczej. Przed Mroczą odbijam już wyraźnie na wschód i czuję to – wiatr zamiast pomagać, wieje teraz z boku. W dodatku trzeba się przebić przez pagórkowaty teren w okolicach Koronowa.
Noc za stówę
Na liczniku do Gdańska pozostaje mi 140 km, gdy dzień dobiega końca. Nieźle to wygląda - zapowiada się dłuuuuga jazda w ciemnościach. Choć nie pada, drogi cały czas są wilgotne, a miejscami wręcz mokre. Jest już zupełnie ciemno, gdy osiągam Tleń we Wdeckim Parku Krajobrazowym. W tych ciemnościach mocno rozświetlony „Przystanek Tleń” od razu rzuca mi się w oczy. Czuję głód, najwyższa pora coś zjeść. Wchodzę. Obsługa jest bardzo miła – mogę rower wstawić do środka. Zamawiam obiad i rozglądam się. To nie tylko restauracja, ale też mały hotel. Pokój jednoosobowy za stówę. Hmmm… to całkiem dobra cena. Najedzona nie bardzo mam ochotę jechać dalej i przez chwilę rozważam, czy nie skusić się na ten pokój (a przecież mam sakwy, a w nich namiot, materac i śpiwór!) i pojechać dalej jutro rano. Po dłuższym namyśle zamiast pokoju wybieram… kawę. Powoli ją popijając motywuję się do wyjścia w noc. Czy… wyszłabym gdybym wiedziała, co będzie dalej?
Ależ pięknie!
Po obiedzie, z nowymi siłami i porządnie wygrzana, jadę w ciemność. Przelatuję 10 km i wtedy pojawiają się znaki. Jeden coś mówi o zmianie nawierzchni, drugi dopowiada, że to będzie na długości 9 km. Spodziewam się dziur. Łat. A dostaję… chamski bruk, który wygląda jak niedbale powciskane w ziemię kamloty polne oraz z boku piaszczystą, grząską ścieżkę. Oczywiście nie traktuję tego poważnie. Ktoś musiał się pomylić. Aż 9 km czegoś TAKIEGO? No nie może być! Napieram więc. Mijają kilometry i nie zmienia się nic. Cały czas ciemny las, bruk i piach. Żywego ducha. Kompletna cisza. Kamienie są wilgotne i tak ułożone, że jadąc po tym można się zabić. Rower wydaje przy tym straszne dźwięki. Nie da się. Oszaleć idzie od tych wstrząsów! Po piachu trochę lepiej. Częściowo rowerem, częściowo jak na hulajnodze, a częściowo również pieszo przemierzam ten las. Idę dość sporo (licznika nie zdejmuję – do średniej liczy się wszystko!) Ale już nie opłaca mi się cofać. A może by tak rozbić gdzieś namiot? Odkładam tę myśl na bok. To, że będę tu spała i ruszę rano, nie sprawi przecież, że bruk cudownie zniknie. A wręcz przeciwnie – zobaczę go w całej okazałości. Chyba wolę tego nie widzieć. Tracę tu ponad godzinę. Dopiero gdy wjeżdżam na teren województwa pomorskiego, bruk przechodzi w nitkę wąskiego i bardzo nierównego asfaltu. To nadal jest środek lasu. Gdy się na chwilę zatrzymuję i nie hałasuje mój rower – jest absolutna cisza. Nade mną czarne niebo pełne gwiazd. Ależ pięknie!
Zachciało się?
W Skórczu wjeżdżam na drogę nr 222 i jadę nią aż do Gdańska. Po drodze odwiedzam Starogard Gdański. Zjeżdżam ze śladu i trochę tu kluczę. Ciemno. Mało widać. Światła samochodów odbijają się w mokrym asfalcie i oślepiają. Gdy wreszcie z pagórka widzę odległe światła Gdańska, czuję prawdziwe wzruszenie. Chyba się udało. Zjazd wyziębia. Są tylko 3 stopnie powyżej zera. Zlatuję 100 m i jestem w dygocie. Na przystanku autobusowym zakładam na siebie puchówkę i jadę w niej już do samego końca. W Gdańsku zahaczam o stację. Jest po 1 w nocy. Kupuję babeczkę z nadzieniem wiśniowym. Facet z obsługi podaje mi ją i wypala ni z gruchy, ni z pietruchy:
- i co? Zachciało się?
- czego?
- no jedzenia!
Siadam na kanapie i pożeram swoją zachciankę. Do centrum w sobotnią noc nie wjeżdżam, bo wydaje mi się to średnio bezpieczne. Zamiast tego od razu ruszam na poszukiwania miejsca noclegowego. Znajduję je na wielkiej łące naprzeciwko Rafinerii Gdańskiej. Jest pięknie rozświetlona, a jej szum kołysze mnie do snu. Zasypiam niemal natychmiast.
ZDJĘCIA
ciąg dalszy
Zaliczone gminy: Osie, Bobowo, Pruszcz Gdański obszar wiejski (3 gminy).

W sobotę nie zrywam się ze snu w środku nocy. Wstaję nawet trochę później niż normalnie do pracy. Śniadanie jem powoli, czytając gazetę. W sumie nigdzie mi się nie spieszy. Gdy już dojadę do Gdańska i tak pójdę spać gdzieś w krzaki i do domu wrócę dopiero w niedzielę.
Okropne miejsce
Kiedy wychodzę z domu, jest już jasnawo. Powietrze jest aż ciężkie od wilgoci i takie pozostanie aż do końca dnia. Początek jazdy jest okropnie nudny. Znam na pamięć. Najchętniej bym zamknęła oczy i otwarła je znacznie dalej. W Mieścisku na Orlenie piję kawę. Ucinam sobie miłą pogawędkę z dziewczyną zza lady.
W Rąbczynie gorzelnia śmierdzi jak zwykle, a duży tartak pracuje na pełnych obrotach nawet w sobotę rano. Co za okropne miejsce do mieszkania – myślę sobie patrząc na mijane domki.
Złota rada
Czas gdy jest jasno, wytracam perfekcyjnie – coś dziwnego dzieje się z mapą w GPSie. Klikam więc, by wrócić do stanu poprzedniego. I nic. Potem przez długą chwilę widzę czysty ekran i tylko samą nitkę śladu (co za koszmar!). Mija trochę czasu, nim przypominam sobie złotą radę wszystkich znanych mi informatyków: gdy coś dziwnego się dzieje, to wyłącz i włącz ponownie. Działa.
Potem mam problem z hamulcem. Znowu. Walczę z nim przy drodze przynajmniej przez kwadrans.
Z boku
Ta trasa z pewnością nie jest idealna. W pierwszej kolejności bym zmieniła odcinek po drodze nr 241 aż za Nakło. Całe 50 km tą drogą to nic przyjemnego – ruch umiarkowany, droga wąska. Trzeba było nadłożyć trochę i poprowadzić to inaczej. Przed Mroczą odbijam już wyraźnie na wschód i czuję to – wiatr zamiast pomagać, wieje teraz z boku. W dodatku trzeba się przebić przez pagórkowaty teren w okolicach Koronowa.
Noc za stówę
Na liczniku do Gdańska pozostaje mi 140 km, gdy dzień dobiega końca. Nieźle to wygląda - zapowiada się dłuuuuga jazda w ciemnościach. Choć nie pada, drogi cały czas są wilgotne, a miejscami wręcz mokre. Jest już zupełnie ciemno, gdy osiągam Tleń we Wdeckim Parku Krajobrazowym. W tych ciemnościach mocno rozświetlony „Przystanek Tleń” od razu rzuca mi się w oczy. Czuję głód, najwyższa pora coś zjeść. Wchodzę. Obsługa jest bardzo miła – mogę rower wstawić do środka. Zamawiam obiad i rozglądam się. To nie tylko restauracja, ale też mały hotel. Pokój jednoosobowy za stówę. Hmmm… to całkiem dobra cena. Najedzona nie bardzo mam ochotę jechać dalej i przez chwilę rozważam, czy nie skusić się na ten pokój (a przecież mam sakwy, a w nich namiot, materac i śpiwór!) i pojechać dalej jutro rano. Po dłuższym namyśle zamiast pokoju wybieram… kawę. Powoli ją popijając motywuję się do wyjścia w noc. Czy… wyszłabym gdybym wiedziała, co będzie dalej?
Ależ pięknie!
Po obiedzie, z nowymi siłami i porządnie wygrzana, jadę w ciemność. Przelatuję 10 km i wtedy pojawiają się znaki. Jeden coś mówi o zmianie nawierzchni, drugi dopowiada, że to będzie na długości 9 km. Spodziewam się dziur. Łat. A dostaję… chamski bruk, który wygląda jak niedbale powciskane w ziemię kamloty polne oraz z boku piaszczystą, grząską ścieżkę. Oczywiście nie traktuję tego poważnie. Ktoś musiał się pomylić. Aż 9 km czegoś TAKIEGO? No nie może być! Napieram więc. Mijają kilometry i nie zmienia się nic. Cały czas ciemny las, bruk i piach. Żywego ducha. Kompletna cisza. Kamienie są wilgotne i tak ułożone, że jadąc po tym można się zabić. Rower wydaje przy tym straszne dźwięki. Nie da się. Oszaleć idzie od tych wstrząsów! Po piachu trochę lepiej. Częściowo rowerem, częściowo jak na hulajnodze, a częściowo również pieszo przemierzam ten las. Idę dość sporo (licznika nie zdejmuję – do średniej liczy się wszystko!) Ale już nie opłaca mi się cofać. A może by tak rozbić gdzieś namiot? Odkładam tę myśl na bok. To, że będę tu spała i ruszę rano, nie sprawi przecież, że bruk cudownie zniknie. A wręcz przeciwnie – zobaczę go w całej okazałości. Chyba wolę tego nie widzieć. Tracę tu ponad godzinę. Dopiero gdy wjeżdżam na teren województwa pomorskiego, bruk przechodzi w nitkę wąskiego i bardzo nierównego asfaltu. To nadal jest środek lasu. Gdy się na chwilę zatrzymuję i nie hałasuje mój rower – jest absolutna cisza. Nade mną czarne niebo pełne gwiazd. Ależ pięknie!
Zachciało się?
W Skórczu wjeżdżam na drogę nr 222 i jadę nią aż do Gdańska. Po drodze odwiedzam Starogard Gdański. Zjeżdżam ze śladu i trochę tu kluczę. Ciemno. Mało widać. Światła samochodów odbijają się w mokrym asfalcie i oślepiają. Gdy wreszcie z pagórka widzę odległe światła Gdańska, czuję prawdziwe wzruszenie. Chyba się udało. Zjazd wyziębia. Są tylko 3 stopnie powyżej zera. Zlatuję 100 m i jestem w dygocie. Na przystanku autobusowym zakładam na siebie puchówkę i jadę w niej już do samego końca. W Gdańsku zahaczam o stację. Jest po 1 w nocy. Kupuję babeczkę z nadzieniem wiśniowym. Facet z obsługi podaje mi ją i wypala ni z gruchy, ni z pietruchy:
- i co? Zachciało się?
- czego?
- no jedzenia!
Siadam na kanapie i pożeram swoją zachciankę. Do centrum w sobotnią noc nie wjeżdżam, bo wydaje mi się to średnio bezpieczne. Zamiast tego od razu ruszam na poszukiwania miejsca noclegowego. Znajduję je na wielkiej łące naprzeciwko Rafinerii Gdańskiej. Jest pięknie rozświetlona, a jej szum kołysze mnie do snu. Zasypiam niemal natychmiast.
ZDJĘCIA
ciąg dalszy
Zaliczone gminy: Osie, Bobowo, Pruszcz Gdański obszar wiejski (3 gminy).
Pod pałac
Sobota, 12 grudnia 2015 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
| Km: | 314.64 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 13:09 | km/h: | 23.93 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 711m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Gdy wczesnym rankiem wychodzę z domu, jest jeszcze zupełnie
ciemno. Zapowiadali deszcz, tymczasem w ogóle nie pada, choć ulice całe są
mokre – padło najwyraźniej jeszcze niedawno. Sprawdza się za to wiatr. Trasę na
dziś wybrałam łatwą – DK92, zgodnie z kierunkiem wiatru – na wschód.
Wyrysowałam ją aż do Warszawy, jednak to tylko mglisty plan max. Nadal mam
problem z kolanem. Nie wiem jak będzie. DK92 to w związku z tym
najbezpieczniejsza opcja. W razie gdyby zaczęło boleć – mogę szybko się
ewakuować koleją do domu. Sama droga to nic ciekawego. Widoki marne.
Rekompensatą są za to świetne nawierzchnie. Trzeba jednak uważać – warunki nie
są najlepsze: szosa jest mokra, jest ciemno, a na początkowym odcinku jest
trochę kolein. Odnoszę wrażenie, że jeden nieostrożny ruch i może być gleba.
Mózg w żołądku
Pierwszy przystanek robię na 66 km, w Słupcy. Biorę dużą kawę i zapiekankę szpinakową. Od jakiegoś czasu jest już jasno. Niby wieje w plecy, raz po raz pokazuje się słońce, a jednak jedzie mi się dość ciężko. Jedząc i pijąc patrzę przez okno na niebo i …. nie mam ochoty stąd wychodzić na to okropne zimno. Bo jest zimno. Tylko 4 stopnie. Zamiast marudzić – powinnam się cieszyć – nadal nie pada. A mogło przecież lać. W sumie jest fajnie. No to jadę dalej - ciekawa gdzie uda mi się zajechać. Lecę teraz prawie bez przerw (są krótkie foto-przerwy) aż do Kutna. Im bliżej Kutna, tym bardziej moje myśli koncentrują się na McD. Jest prawie tak jakbym składała się wyłącznie z żołądka. Myślę żołądkiem. Kiedy w końcu widzę długo wyczekiwaną tablicę „M 6 km” nie posiadam się z radości – zaraz siądę sobie w cieple i zjem coś dobrego :)).
Sezon na wiśnie
Biorę tradycyjny swój zestaw. A potem na dokładkę jeszcze kawę i sezonowe ciasteczko z wiśnią. Dowiaduję się w tym momencie, że połowa grudnia to właśnie jest sezon na wiśnie. Jak dla mnie sezon na wiśnie może trwać przez cały rok – wszelkie wiśniowe ciasteczka zawsze chętnie zjem!
Bombkowy Kot
I znowu jadę długo, a długo. Aż w ciemnościach już docieram do Sochaczewa. Na ryneczku piękne iluminacje świąteczne. A najładniejsza jest wielka bombka, do której można wejść. Udaje mi się nawet wydębić stąd zdjęcie, jak stoję w tej bombce. Robię jeszcze fotkę sochaczewskiego kościoła i lecę dalej. Trzeba przyznać, że trochę czasu roztrwoniłam. W szczególności za długo siedziałam w McD w Kutnie. Do końca trasy zostało jeszcze ponad 50km, a zapas czasu mam coraz mniejszy. Przez chwilę myślę, czy nie zakończyć trasy tu, w Sochaczewie. Tym bardziej, że właśnie zaczyna kropić. Ale szybko dochodzę do wniosku, że to już niewiele mi zostało do przejechania. Jadę więc dalej. Mżawka szybko się uspokaja.

Mózg w żołądku
Pierwszy przystanek robię na 66 km, w Słupcy. Biorę dużą kawę i zapiekankę szpinakową. Od jakiegoś czasu jest już jasno. Niby wieje w plecy, raz po raz pokazuje się słońce, a jednak jedzie mi się dość ciężko. Jedząc i pijąc patrzę przez okno na niebo i …. nie mam ochoty stąd wychodzić na to okropne zimno. Bo jest zimno. Tylko 4 stopnie. Zamiast marudzić – powinnam się cieszyć – nadal nie pada. A mogło przecież lać. W sumie jest fajnie. No to jadę dalej - ciekawa gdzie uda mi się zajechać. Lecę teraz prawie bez przerw (są krótkie foto-przerwy) aż do Kutna. Im bliżej Kutna, tym bardziej moje myśli koncentrują się na McD. Jest prawie tak jakbym składała się wyłącznie z żołądka. Myślę żołądkiem. Kiedy w końcu widzę długo wyczekiwaną tablicę „M 6 km” nie posiadam się z radości – zaraz siądę sobie w cieple i zjem coś dobrego :)).
Sezon na wiśnie
Biorę tradycyjny swój zestaw. A potem na dokładkę jeszcze kawę i sezonowe ciasteczko z wiśnią. Dowiaduję się w tym momencie, że połowa grudnia to właśnie jest sezon na wiśnie. Jak dla mnie sezon na wiśnie może trwać przez cały rok – wszelkie wiśniowe ciasteczka zawsze chętnie zjem!
Bombkowy Kot
I znowu jadę długo, a długo. Aż w ciemnościach już docieram do Sochaczewa. Na ryneczku piękne iluminacje świąteczne. A najładniejsza jest wielka bombka, do której można wejść. Udaje mi się nawet wydębić stąd zdjęcie, jak stoję w tej bombce. Robię jeszcze fotkę sochaczewskiego kościoła i lecę dalej. Trzeba przyznać, że trochę czasu roztrwoniłam. W szczególności za długo siedziałam w McD w Kutnie. Do końca trasy zostało jeszcze ponad 50km, a zapas czasu mam coraz mniejszy. Przez chwilę myślę, czy nie zakończyć trasy tu, w Sochaczewie. Tym bardziej, że właśnie zaczyna kropić. Ale szybko dochodzę do wniosku, że to już niewiele mi zostało do przejechania. Jadę więc dalej. Mżawka szybko się uspokaja.

Gigantyczna choinka
Z DK92 w Sochaczewie uciekam na lokalne drogi. Od tego miejsca aż do Warszawy DK92 nie jest już zbyt przyjemna do jazdy rowerem. A po ciemku i gdy drogi są mokre od deszczu – to już zwłaszcza. Na dworzec centralny docieram 5 minut przed odjazdem pociągu. Jeszcze szybki rzut oka na Pałac Kultury, który dziś jest podświetlony na zielono i wygląda trochę jak gigantyczna choinka. Tak oto kończę ten dziwny dzień. Nie wierzyłam, że uda mi się dojechać aż do Warszawy.
Mapa:
Zdjęcia
Z DK92 w Sochaczewie uciekam na lokalne drogi. Od tego miejsca aż do Warszawy DK92 nie jest już zbyt przyjemna do jazdy rowerem. A po ciemku i gdy drogi są mokre od deszczu – to już zwłaszcza. Na dworzec centralny docieram 5 minut przed odjazdem pociągu. Jeszcze szybki rzut oka na Pałac Kultury, który dziś jest podświetlony na zielono i wygląda trochę jak gigantyczna choinka. Tak oto kończę ten dziwny dzień. Nie wierzyłam, że uda mi się dojechać aż do Warszawy.
Mapa:
Zdjęcia
Przypadkowe TRZYSTA
Sobota, 19 września 2015 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Uczestnicy
| Km: | 317.19 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 12:02 | km/h: | 26.36 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 687m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
TRZYSTA nie było w planach. To wszyło przez przypadek.
Pierwsze 224 km jechałam sama. Wiatr słaby, tylny i tylno-boczny, a na 41 km odcinku (od Kutna do Łowicza) wiatr w twarz. Na trasie nie jadłam prawie nic - problem z żołądkiem. W Łowiczu spontaniczne spotkanie z Michałem i zmiana planów. Zamiast planowanych 250 km - będzie TRZYSTA.
Końcówka zaskakująca. Wyprzedził nas gość na ostrym kole. Trzymał te 30-32 km/h. Skoczyłam mu na koło. Gdy próbował zerwać, nie puściłam. I tak się wieźliśmy jakieś 11 lub 12 km. Chłopak trochę się wymęczył i wkurzył. Poprosił o zmianę. A my nic. Tłumaczyłam się, że ja jestem już po 3 setkach i że mam problem z żołądkiem, a Michał jedzie bez przedniej lampki. Chyba nie do końca uwierzył.

Mapa:
ZDJĘCIA
Pierwsze 224 km jechałam sama. Wiatr słaby, tylny i tylno-boczny, a na 41 km odcinku (od Kutna do Łowicza) wiatr w twarz. Na trasie nie jadłam prawie nic - problem z żołądkiem. W Łowiczu spontaniczne spotkanie z Michałem i zmiana planów. Zamiast planowanych 250 km - będzie TRZYSTA.
Końcówka zaskakująca. Wyprzedził nas gość na ostrym kole. Trzymał te 30-32 km/h. Skoczyłam mu na koło. Gdy próbował zerwać, nie puściłam. I tak się wieźliśmy jakieś 11 lub 12 km. Chłopak trochę się wymęczył i wkurzył. Poprosił o zmianę. A my nic. Tłumaczyłam się, że ja jestem już po 3 setkach i że mam problem z żołądkiem, a Michał jedzie bez przedniej lampki. Chyba nie do końca uwierzył.

Mapa:
Marcówka z Wilkiem
Niedziela, 15 marca 2015 Kategoria Kocia czytelnia, do 350
Uczestnicy
| Km: | 301.56 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 12:39 | km/h: | 23.84 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 897m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Moje drugie TRZYSTA (w tym roku).
To przypadek. Gdyby był prom tam gdzie miał być i gdybym do domu nie jechała drogą dłuższą o 2 km od optymalnej, to by było jakieś 290km.
............................................
Pogoda zapowiadała się brzydka. Zaplanowałam trasę na zachód (z wiatrem) w połowie tygodnia. Zaprosiłam na nią Michała, a on.... zgodził się ale wymyślił trasę jeszcze inną – też na zachód, ale trochę zygzakowatą (gminną). Nie marudziłam specjalnie – zawsze to fajniej pojechać razem niż samej. Część trasy miała iść po DK92, ale Michał zapewniał, że przeklikał ten odcinek i jest tam szerokie pobocze. Obok zresztą jest autostrada, a dokładając do tego niedzielny poranek – ruch powinien być znikomy. Akceptuję więc tę trasę.
Niewygodnie
Gdybym miała jechać sama, to tym razem pewnie bym dała sobie spokój. Gdy wstaję o 2.30 w niedzielną noc i widzę, że mży, to nieee chceeee miiii się ;). Ale Michał przecież całą noc jedzie do mnie w autokarze, z pewnością słabo śpi i jest mu strasznie niewygodnie. Zjadam więc śniadanie i jadę na spotkanie z nim, na poznański Górczyn. Mży i jest zimno. Tylko 4 stopnie powyżej zera. Na ulicach zupełnie pusto. Jadę głównymi drogami, przez duże ronda. Zaliczam na rowerze ronda: Śródka, Rataje oraz Żegrze. To dopiero dobre! :)
Ofiarnie
Na Górczyn dojeżdżam w sam raz. Chwilę się szukamy na dworcu i praktycznie od razu ruszamy. Jedzie się nieprzyjemnie. Już nie mży, ale ulice są mokre, spod kół chlapie woda. Jadąc na kole czuję się jakbym jechała w deszczu. Namakają mi spodnie i robi się zimno w nogi. Puszczam koło. Od mokrych, czarnych ulic odbijają się światła. W tych warunkach nie widzę prawie nic i tylko modlę się, aby w coś się nie władować. Mocno marzną mi stopy. Michał ofiarnie zdziera ze swoich butów neoprenowe ochraniacze i mi je daje. Od tego momentu jedzie się lepiej. Pierwszy przystanek w cieple robimy w McD w Pniewach. W ramach promocji poranna kawa jest gratis. Bierzemy do tego zestawy śniadaniowe i rozsiadamy się. Miło posiedzieć, trudniej wyjść z powrotem na zimno. Przy drodze mijamy aż dwa punkty sprzedaży figurek ogrodowych (za Pniewami i za Lwówkiem). Większość z nich jest okropna – mamy z tego sporo uciechy. Robimy nawet zdjęcia z absurdalnymi kompozycjami ustawionych blisko siebie figur.
To przypadek. Gdyby był prom tam gdzie miał być i gdybym do domu nie jechała drogą dłuższą o 2 km od optymalnej, to by było jakieś 290km.
............................................
Pogoda zapowiadała się brzydka. Zaplanowałam trasę na zachód (z wiatrem) w połowie tygodnia. Zaprosiłam na nią Michała, a on.... zgodził się ale wymyślił trasę jeszcze inną – też na zachód, ale trochę zygzakowatą (gminną). Nie marudziłam specjalnie – zawsze to fajniej pojechać razem niż samej. Część trasy miała iść po DK92, ale Michał zapewniał, że przeklikał ten odcinek i jest tam szerokie pobocze. Obok zresztą jest autostrada, a dokładając do tego niedzielny poranek – ruch powinien być znikomy. Akceptuję więc tę trasę.
Niewygodnie
Gdybym miała jechać sama, to tym razem pewnie bym dała sobie spokój. Gdy wstaję o 2.30 w niedzielną noc i widzę, że mży, to nieee chceeee miiii się ;). Ale Michał przecież całą noc jedzie do mnie w autokarze, z pewnością słabo śpi i jest mu strasznie niewygodnie. Zjadam więc śniadanie i jadę na spotkanie z nim, na poznański Górczyn. Mży i jest zimno. Tylko 4 stopnie powyżej zera. Na ulicach zupełnie pusto. Jadę głównymi drogami, przez duże ronda. Zaliczam na rowerze ronda: Śródka, Rataje oraz Żegrze. To dopiero dobre! :)
Ofiarnie
Na Górczyn dojeżdżam w sam raz. Chwilę się szukamy na dworcu i praktycznie od razu ruszamy. Jedzie się nieprzyjemnie. Już nie mży, ale ulice są mokre, spod kół chlapie woda. Jadąc na kole czuję się jakbym jechała w deszczu. Namakają mi spodnie i robi się zimno w nogi. Puszczam koło. Od mokrych, czarnych ulic odbijają się światła. W tych warunkach nie widzę prawie nic i tylko modlę się, aby w coś się nie władować. Mocno marzną mi stopy. Michał ofiarnie zdziera ze swoich butów neoprenowe ochraniacze i mi je daje. Od tego momentu jedzie się lepiej. Pierwszy przystanek w cieple robimy w McD w Pniewach. W ramach promocji poranna kawa jest gratis. Bierzemy do tego zestawy śniadaniowe i rozsiadamy się. Miło posiedzieć, trudniej wyjść z powrotem na zimno. Przy drodze mijamy aż dwa punkty sprzedaży figurek ogrodowych (za Pniewami i za Lwówkiem). Większość z nich jest okropna – mamy z tego sporo uciechy. Robimy nawet zdjęcia z absurdalnymi kompozycjami ustawionych blisko siebie figur.
Tyle miłości!
W Międzyrzeczu padają mi baterie od GPSa. Wymieniamy i jedziemy dalej. Drugi dłuższy przystanek robimy w Lubniewicach. Jak się okazuje – jest to miejscowość wyjątkowa – jest tu Park Miłości. Zaciekawieni wchodzimy. Wycieramy mokrą po deszczu „Ławeczkę Miłości” i wypoczywamy. Szkoda tylko, że jest tak strasznie zimno! Potem kręcimy się po parku, robimy fotki, a Michał zalicza nawet niegroźną glebę (przy prędkości bliskiej 0 km/h). W Lubniewicach podoba się nam również ryneczek. Ze śmiechu skręcamy się widząc osobliwą reklamę przydrożnego baru - to ryba wbita w dach budynku. Jedyne co nam się tu nie podoba, to koszmarna ścieżka dla rowerów. Ktoś był na tyle pomysłowy, by specjalnie dla rowerzystów zerwać asfalt i położyć beznadziejną kostkę...
Jakże mi przykro!
Ulice podsychają, już nie chlapie spod kół, mogę więc się wieźć. Idzie to dzisiaj bardzo średnio. Jadę wyjątkowo nierówno. Trzymam koło, potem je puszczam. Są odcinki gdy pracuję sama. Michał jednak często obraca się za siebie i czeka. Po raz pierwszy widzi taką moją nierówną jazdę. Mówi bym siadała na koło, bo przecież już nie chlapie. Rzecz jest jednak w tym, że siedzenie na kole wychodzi mi dzisiaj marnie. Po którymś zerwaniu pyta wprost, czy zwolnić. No to zwalniamy. W Sulęcinie wchodzimy na stację. Biorę dużą kawę. To zły pomysł (trzeba było brać małą). Po tej kawie skręca mnie w żołądku. Potem jest tylko gorzej - nasza trasa nie idzie równo z wiatrem, pojawiają się też górki. To zygzak, bo Michał zalicza gminy. Tak więc trzeba się szarpać z wiatrem bocznym, a chwilami nawet czołowym. Jakże mi przykro! To zdecydowanie nie jest mój dzień, wstyd trochę, że Michał musi oglądać na żywo tę okropną żenadę.
Niedziele i święta
Kiedy pyta mnie wprost, czy chcę poczekać w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu, gdy on pojedzie pod czołowy wiatr po gminę do kolekcji, bliska jestem łez. On niestety doskonale widzi tę masakrę i co jeszcze gorsze - próbuje okazać mi litość! Twardo obstaję, że normalnie pojadę. No to jedziemy. Zaliczamy tę gminę. Potem kierujemy się w stronę przeprawy promowej na Warcie między Witnicą a Kłopotowem. Ponoć jest czynna codziennie do zmierzchu. Niestety gdy docieramy do tablic informacyjnych (jakieś 2 km przed przeprawą) okazuje się, że w niedziele i święta prom nie pływa. Dodatkowo, przypadkowa cyklistka mówi nam, że ostatnio wcale nie pływa, bo jest w konserwacji. Ale pech! Musimy więc nadłożyć drogi i wrócić na most na Warcie. Jakby tego było mało – nadal jadę jak ostatnia łamaga. Michał liczy czas – jest ryzyko, że nie zdążymy na ekspres Berlin – Warszawa, którym mamy wracać. Około dwusetnego kilometra (za Krzeszycami) łapię drugi oddech. Jadę równo, z normalną prędkością, potrafię trzymać koło. W ten to sposób nie tylko udaje nam się zdążyć na pociąg, ale jesteśmy na stacji kolejowej w Rzepinie aż pół godziny przed czasem. Stacja jest raczej mała, ale zaskakująco dużo tu ludzi i samochodów. Kupujemy bilety, potem robimy drobne zakupy. Pociąg jedzie bardzo szybko – po godzinie z małym okładem jestem w Poznaniu. Michał jedzie dalej, aż do Warszawy.
W Międzyrzeczu padają mi baterie od GPSa. Wymieniamy i jedziemy dalej. Drugi dłuższy przystanek robimy w Lubniewicach. Jak się okazuje – jest to miejscowość wyjątkowa – jest tu Park Miłości. Zaciekawieni wchodzimy. Wycieramy mokrą po deszczu „Ławeczkę Miłości” i wypoczywamy. Szkoda tylko, że jest tak strasznie zimno! Potem kręcimy się po parku, robimy fotki, a Michał zalicza nawet niegroźną glebę (przy prędkości bliskiej 0 km/h). W Lubniewicach podoba się nam również ryneczek. Ze śmiechu skręcamy się widząc osobliwą reklamę przydrożnego baru - to ryba wbita w dach budynku. Jedyne co nam się tu nie podoba, to koszmarna ścieżka dla rowerów. Ktoś był na tyle pomysłowy, by specjalnie dla rowerzystów zerwać asfalt i położyć beznadziejną kostkę...
Jakże mi przykro!
Ulice podsychają, już nie chlapie spod kół, mogę więc się wieźć. Idzie to dzisiaj bardzo średnio. Jadę wyjątkowo nierówno. Trzymam koło, potem je puszczam. Są odcinki gdy pracuję sama. Michał jednak często obraca się za siebie i czeka. Po raz pierwszy widzi taką moją nierówną jazdę. Mówi bym siadała na koło, bo przecież już nie chlapie. Rzecz jest jednak w tym, że siedzenie na kole wychodzi mi dzisiaj marnie. Po którymś zerwaniu pyta wprost, czy zwolnić. No to zwalniamy. W Sulęcinie wchodzimy na stację. Biorę dużą kawę. To zły pomysł (trzeba było brać małą). Po tej kawie skręca mnie w żołądku. Potem jest tylko gorzej - nasza trasa nie idzie równo z wiatrem, pojawiają się też górki. To zygzak, bo Michał zalicza gminy. Tak więc trzeba się szarpać z wiatrem bocznym, a chwilami nawet czołowym. Jakże mi przykro! To zdecydowanie nie jest mój dzień, wstyd trochę, że Michał musi oglądać na żywo tę okropną żenadę.
Niedziele i święta
Kiedy pyta mnie wprost, czy chcę poczekać w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu, gdy on pojedzie pod czołowy wiatr po gminę do kolekcji, bliska jestem łez. On niestety doskonale widzi tę masakrę i co jeszcze gorsze - próbuje okazać mi litość! Twardo obstaję, że normalnie pojadę. No to jedziemy. Zaliczamy tę gminę. Potem kierujemy się w stronę przeprawy promowej na Warcie między Witnicą a Kłopotowem. Ponoć jest czynna codziennie do zmierzchu. Niestety gdy docieramy do tablic informacyjnych (jakieś 2 km przed przeprawą) okazuje się, że w niedziele i święta prom nie pływa. Dodatkowo, przypadkowa cyklistka mówi nam, że ostatnio wcale nie pływa, bo jest w konserwacji. Ale pech! Musimy więc nadłożyć drogi i wrócić na most na Warcie. Jakby tego było mało – nadal jadę jak ostatnia łamaga. Michał liczy czas – jest ryzyko, że nie zdążymy na ekspres Berlin – Warszawa, którym mamy wracać. Około dwusetnego kilometra (za Krzeszycami) łapię drugi oddech. Jadę równo, z normalną prędkością, potrafię trzymać koło. W ten to sposób nie tylko udaje nam się zdążyć na pociąg, ale jesteśmy na stacji kolejowej w Rzepinie aż pół godziny przed czasem. Stacja jest raczej mała, ale zaskakująco dużo tu ludzi i samochodów. Kupujemy bilety, potem robimy drobne zakupy. Pociąg jedzie bardzo szybko – po godzinie z małym okładem jestem w Poznaniu. Michał jedzie dalej, aż do Warszawy.
Mapa:
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...





