Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 250

Dystans całkowity:15612.19 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:376:49
Średnia prędkość:20.24 km/h
Maksymalna prędkość:49.50 km/h
Suma podjazdów:72371 m
Maks. tętno średnie:128 (67 %)
Suma kalorii:1712 kcal
Liczba aktywności:72
Średnio na aktywność:216.84 km i 10h 45m
Więcej statystyk

Ogrodzieniec

Sobota, 25 marca 2017 Kategoria do 250, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 226.80 Km teren: 0.00 Czas: 10:12 km/h: 22.24
Pr. maks.: 45.10 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1309m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ta sobota nie zaczyna się zbyt mile. Jest wczesny poranek i z rowerem siedzę w pociągu do Ostrowa Wlkp. W wagonie jest przeraźliwie zimno. Nikt z obsługi pociągu nie potrafi mi wyjaśnić dlaczego. Poza tym zauważam, że nie wzięłam paska od pulsometru. Pulsometr będzie mi więc służył jako elegancka ozdoba z akcentem sportowym. Do Ostrowa docieram poirytowana własnym zapominalstwem i porządnie zmarznięta. W dodatku na peronie nie ma Michała, z którym miałam się tu spotkać. Gdy wysyłam smsa "gdzie jesteś?" i zaczynam mocno się zastanawiać, czy na pewno w tym mieście się umówiliśmy widzę, że oto nadjeżdża.
Trochę na tym dworcu siedzimy. Michał coś dłubie przy rowerze, a ja na obniżenie... ciśnienia i podniesienie... nastroju biorę kawę z czekoladą.
I wtedy pośród ciemnych chmur moich myśli, wychodzi słońce.

Dzień jest zimny. Pierwszy weekend wiosny wcale nie rozpieszcza wiosenną pogodą. Początkowo jedziemy z wiatrem, który nieco przeszkadza. Myślę sobie, że mam farta do (nie)pogody. Na pierwszej górce zostaję z tyłu. No cóż. Takie są skutki zimy ciężko przepracowanej w fotelu. Potem już z tyłu raczej nie bywam mimo, że górek nie brakuje - a to dlatego, że zaszczytną rolę osoby zamykającej wycieczkę przejmuje Michał. Dyktuję zatem tempo dostojne i spokojne. Od Mikstatu do Węglewic jedziemy szosą, którą miałam okazję już kiedyś jechać - podczas wyjazdu do Krakowa. Jest to szosa bardzo dziurawa i spękana. Minęło kilka lat i nic się tu nie zmieniło. W Węglewicach robimy fotkę ładnego drewnianego kościółka i mkniemy dalej.

Od Praszki warunki wietrzne poprawiają się, bo wykręcamy bardziej na wschód. Od razu jest przyjemniej i szybciej, w międzyczasie robi się słonecznie i dość ciepło. W wielu miejscowościach mijamy domki, z których kominów kopci się okropnie gryzący, gęsty dym. Pół żartem pół serio zauważamy, że tak wygląda produkcja smogu. Zdecydowanie nieprzyjemne musi być takie sąsiedztwo... Koniec dnia łapie nas za Porajem. Nad Zalewem Porajskim widzimy wspaniałe ogniste niebo. Jeszcze chwila i zrobi się ciemno, ale do Ogrodzieńca już nie aż tak daleko - niecałe 50 km.



Od wdrapania się na Próg Lelowski zaczynamy na dobre jazdę po pagórkach. Gdy docieramy do ruinek kościółka w Żarkach, jest już ciemno i w dole pięknie widać światła Myszkowa. Końcówka drogi to szosy prawie zupełnie puste. Na ostatnich kilometrach na spotkanie wyjeżdża nam Zbyszek. Wspólnie jedziemy pod wspaniały zamek w Ogrodzieńcu. Mijaliśmy go podczas MPP we wrześniu zeszłego roku i mimo, że to było za dnia, przez dużą mgłę kompletnie nic nie było widać. Dziś mgły nie ma, a w nocnej scenerii podświetlony zamek wygląda świetnie. Dzień kończymy w Ogrodzieńcu, w przemiłej gościnie u Marka i Uli.

Zaliczone gminy: Skomlin, Praszka, Rudniki, Krzepice, Przystajń, Panki, Wręczyca Wielka, Blachownia, Konopiska, Poczesna, Kamienica Polska, Poraj (12 gmin).

Zdjęcia

Jak Wam się podoba?

Sobota, 15 października 2016 Kategoria do 250 Uczestnicy
Km: 204.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 945m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze



 oraz


Zlot Czarownic 1

Sobota, 23 lipca 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia Uczestnicy
Km: 207.00 Km teren: 0.00 Czas: 09:23 km/h: 22.06
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 631m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Starszapani wstała na tę trasę około 2 w nocy. Ale ona miała dalej. Ja zdecydowałam się pospać dłużej, w końcu to weekend. Byczyłam się więc aż do 3.50 nad ranem. Wstałam dość wypoczęta.

Trasa była niemożliwie nudna. Aż do Kórnika jechało mi się zupełnie beznadziejnie. Wszystko dlatego, że prawie 2 doby temu zniknęła moja kicia - Tola. Gdyby nie to, że byłam umówiona z dziewczynami, to nigdzie bym nie pojechała, tylko zamartwiała się w domu. Doczłapałam do tego Kórnika, a moją motywacją była kawa na Orlenie. Wzięłam zwykłą czarną, gorzką kawę. Niewiele miałam z niej przyjemności, bo natychmiast jak weszłam na stację, złapał mnie potężny kurcz w stopę i trzymał przez cały czas jak tam siedziałam.




Drugi krótki postój robię w Śremie na ryneczku. Potem już praktycznie bez zatrzymań jadę aż do Borku Wielkopolskiego. W Borku trasy moja i Starszej pokrywały się na chwilę. Pomyślałam więc sobie, że mimo wiatru w twarz przycisnę trochę, to może uda mi się dojechać nim Starsza się stamtąd zwinie. Na Orlenie w Borku nie ma jej jednak. Stukam więc smsa. Okazuje się, że ma problem ze zdrowiem i jest dopiero 10 km przed Borkiem. Postanawiam poczekać. Razem przynajmniej będzie weselej. Przerwa na stacji jest więc dość długa.

Wiatr przeszkadza mniej lub bardziej cały czas. Jest też ciepło i dość duszno. Gdy docieramy do Ostrowa zgodnie decydujemy, że robimy przerwę na ryneczku na  lody. Po tej przerwie od razu jest lepiej i jedzie się fajniej. Z Agą spotykamy się w Grabowie nad Prosną. Jemy, pijemy i gadamy :). Gdzieś między sokiem pomidorowym a daniem z makaronem odbieram smsa z domu: Tola wróciła! :)) Po spotkaniu, jedziemy ze Starszą jeszcze kawałek i rozbijamy się w małym lasku za stawami rybnymi. Dla Starszej jest to pierwszy nocleg pod namiotem od bardzo dawna :)


Zaliczone gminy: Doruchów.

Zdjęcia

Dzikie czereśnie

Sobota, 11 czerwca 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Km: 214.61 Km teren: 0.00 Czas: 09:45 km/h: 22.01
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 695m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Lubię ten dreszczyk emocji, gdy loguję się na stronę internetową naszych kolei. Gdy wybieram pociąg, kupuję bilet.
Tym razem był to zupełny spontan. Sobotę powinnam spędzić nieco inaczej, bo czasu mam już niewiele, ale chęć wyciśnięcia z dnia tego co najlepsze była silniejsza. Szybko wykreśliłam trasę, kupiłam bilet i pojechałam.
Rowerem do Wrocławia.

Siedząc na stacji Orlen przed Kórnikiem jakoś tak dziwnie mi się zrobiło, że jadę sama. Jeszcze się przecież sobą nacieszę... Może więc pora wyjść nieco do ludzi? Kilka smsów. Elizium nie zdążył się zjawić przed moim wyjazdem. Za to Kaha i Emes chętnie zgodzili się na spotkanie we Wrocławiu. Miałam zatem motywację, by nie robić za dużo foto przerw, aby jechać tak, żeby mieć na miejscu trochę czasu na spotkanie. Niejako sama zadbałam o to by trasa nie była zbyt atrakcyjna. Planowana w dużym pośpiechu, obwodami ominęła Śrem i Trzebnicę. Może tym razem to nawet lepiej.

Gdzieś między Śremem a Dolskiem przy drodze rośnie dzika czereśnia. Owoce wyglądają na dojrzałe. Zatrzymuję się i wespół ze szpakami zajadam. Moje najulubieńsze czereśnie. Nieco cierpkie, ale i tak smakowite. Gdy zrywam, pestki zostają na ogonku. Jaka wygoda, jaka elegancja! Nie muszę niczego wypluwać.

Okolice Trzebnicy witają mnie pagórkami. A potem w nagrodę mam rozległy widok na okolicę i odległy jeszcze Wrocław. Końcówka z górki. Szybka wizyta na pięknym wrocławskim rynku i pędzę na dworzec kolejowy na spotkanie z Kahą i Emesem. Wspólnie zjadamy obiad, gadamy, bardzo mile spędzamy czas :)
A potem.... pozostaje wsiąść do pociągu i wrócić do domu.




Mapa:



Zdjęcia

Zaliczone gminy: Wisznia Mała.

Konwaliowy las

Sobota, 28 maja 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 201.78 Km teren: 0.00 Czas: 09:45 km/h: 20.70
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 915m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
To była dziwna noc. Na drzewie tuż obok namiotu usadowił się słowik. Wredne to ptaszysko wydzierało się całą noc ;). Poza tym cały czas dobiegał hałas z DK61. Szybko dotarło do mnie, że wczesne wstanie niewiele da - tu ruch jest cały czas. Niemniej rzeczywistość okazuje się znacznie lepsza od wyobrażeń. Równolegle do krajówki idzie droga techniczna, potem jadę przez miejscowość (zamiast obwodem), dalej znowu drogą równoległą. Kilometry uciekają i docieram pod Ełk. Nie planowałam wjeżdżać do miasta, ale zmieniam zdanie, mam sporo czasu. Piszę smsa do dodoelka, że wjeżdżam do jego miasta. I zonk. Nie mam jego nr telefonu. Zmieniałam aparat i najwidoczniej ten nr miałam w pamięci telefonu. A by to szlag! Zamiast spotkania jest więc Orlen. Kręcę się chwilę po mieście, focę i lecę dalej. Między Drygałami a Orzyszem jadę przez teren bardzo rozległego poligonu. Nie dzieje się nic szczególnego. Do momentu, gdy uderza mnie intensywny zapach konwalii. Poligon... las... konwalie... Czy jeśli wejdę w głąb lasu znajdę stare mogiły?



Jest to bez wątpienia dzień krajówek. Po kolejną gminę jadę na północ DK63. Średnia ta droga. Potem wracam nią do Orzysza. Upał. Jem tu lody. Na dojeździe nad Śniardwy spotykam sakwiarza. Jedziemy więc nad jezioro razem. Moczę nogi, ręce, a potem siedzimy na trawce i gadamy o podróżach. Kierunek naszej jazdy jest jeszcze przez parę ładnych kilometrów zbieżny, fajnie. Po raz pierwszy zdarzyło mi się jechać fragment trasy z kimś przypadkowo spotkanym po drodze. Tuż przed Piszem wjeżdżam do przydrożnej restauracji. Biorę okonia z frytkami i surówką, a po obiedzie kawę. W samym Piszu ładne jest centrum, a w szczególności budynek prokuratury rejonowej. Z kolei nieodległe Ruciane-Nida pełne jest turystów. Wtapiam się w tłum i w ramach wczucia się w wiosenny klimat biorę gofra z truskawkami i bitą śmietaną. Pycha! Nie chce mi się jechać dalej, oddalam się troszkę jedynie. Tak, by mieć pewność, że będzie to miejsce spokojne i rozbijam namiot. Idę przez wysoką trawę, że ja żadnego kleszcza nie złapałam....

Mapka:


Zaliczone gminy: Rajgród, Prostki, Kalinowo, Biała Piska, Orzysz, Miłki, Pisz, Ruciane-Nida, Piecki (9 gmin).

Zdjęcia

Ciąg dalszy

Najdłuższa żmija

Piątek, 27 maja 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 203.20 Km teren: 0.00 Czas: 10:54 km/h: 18.64
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1192m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od rana pogoda jest świetna. Słońce, błękitne niebo. Aż chce się wsiąść na rower i jechać. Jem więc śniadanie, zwijam namiot i ruszam. Długo nie jadę, bo szybko docieram nad jez. Mamry. Siedzę sobie tu dłuższą chwilę korzystając z infrastruktury Green Velo. Droga jest pagórkowata. W Baniach Mazurskich trafiam na targowisko. Rozglądam się, a potem siadam na ławeczce pod urzędem i wcinam babkę. Dalej drogi robią się dość fatalne. Dziury są straszne, a gdy wjeżdżam na Podlasie, to nawet trafia mi się ok. 2 km. odcinek kamiennego bruku. Wyjątkowo wredny jest to bruk. To okrągłe kamloty. Na kolarzówce jedzie się po tym tragicznie. Nie ma jednak co marudzić - przecież mógł np. spaść deszcz i to mogły być mokre kamloty. Nie powinnam, ale w duchu marudzę. W ogóle jedzie mi się dziś niezbyt dobrze i trudno powiedzieć dlaczego. Czując ogólne zniechęcenie, siadam na przystanku na jakiejś zapadłej podlaskiej wsi. Trochę jem, trochę piję, trochę się gapię na okolicę. Drogę do Suwałk robię jak we śnie. Zupełnie bez energii. W międzyczasie dostaję genialne smsy pocieszające od Transatlantyka, który też jest na gminnych łowach:
Nr 1: wszystko mija...
Nr 2: nawet najdłuższa żmija :)

Uśmiech długo gości na moich ustach i to zdanie powtarzam sobie co jakiś czas. W Suwałkach oglądam park i urząd, a potem jadę na główny plac, pokierowana przez miejscowego cyklistę. W tym gorącu siadam pod parasolem i na obiad zamawiam pizzę. Jest pyszna, ale tak duża, że nie daję rady zjeść całej. Po tym odpoczynku od razu jedzie mi się lepiej. Może najzwyczajniej obiadu było mi trzeba? W każdym razie odzyskałam lekkość i jest znowu świetnie!

Na początku niestety mam aż 1 kilometr po osławionej DK8. Ta droga to horror i jak się okazuje wystarczy nią przejechać ledwie kilometr, by się o tym przekonać. Kierowcy wściekle trąbią, a jeden na światłach otwiera szybę i rzuca we mnie wiązką.
Przekleństw.
Wiązką rzucam więc i ja. I tak sobie wiązkujemy chwilę.
Szczęście, że szybko stąd zjeżdżam w szosę idącą przez lasy Wigierskiego Parku Narodowego. Droga raz po raz przecina tory (czynnej) kolejki wąskotorowej. Samo jezioro oglądam w Bryzgielu.



Lasy, lasy, lasy, a potem Augustów. Dość dziwnie się tu czuję... sama. Stoję nad Nettą i wspominam dwukrotne Wilno i P1000J. A potem jadę do centrum. Oglądam bazylikę, wiercę się po parku z ładnie podświetloną fontanną, a na koniec (mimo, że to wieczór i powinnam przecież już jechać szukać miejscówki noclegowej), idę na lody.
Wyjazd z Augustowa jest niezbyt przyjemny. Jadę DK 61, ruch umiarkowany, ale mimo to nie czuję się tu zbyt pewnie. Pobocza brak. Przelatuję około 10 km i uciekam w pierwsze lepsze krzaki spać.

Mapka:


Zaliczone gminy: Budry, Kowale Oleckie, Filipów, Bakałarzewo, Przerośl, Jeleniewo, Suwałki (teren wiejski), Suwałki (miasto), Nowinka, Bargłów Kościelny (11 gmin).

Zdjęcia

Ciąg dalszy

Green Velo

Czwartek, 26 maja 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 222.32 Km teren: 0.00 Czas: 11:38 km/h: 19.11
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1403m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano wstajemy wcześnie, bo o 4.15. Robert ma akurat wolne, ale nie marudzi wcale, że pobudka jest tak bardzo rano. Wielkie dzięki za wycieczkę po mieście i gościnę!

Rowerowo dzień zaczyna się niezbyt przyjemnie. Siąpi deszczyk, jest mgła i wieje. Do tego temperatura przez kilka godzin nie chce przekroczyć 10 stopni. Co za koszmar! W Tolkmicku na chwilę wpadam nad Zalew Wiślany. Jest tu jednak tak nieprzyjemnie zimno, że szybko uciekam. Gdyby chociaż nie padało.... Chciałabym zamknąć oczy, a po ich otwarciu być w ciepłym domu i pić kawę. Właśnie, kawa! Niesiona nadzieją na jej wypicie lecę do Fromborka. Niestety płonna była to nadzieja. Robert coś wspominał o Braniewie, że to coś większego. Może więc tam? W międzyczasie czuję, że buty mam mokre. Nie doceniłam tego małego deszczyku i nie założyłam ochraniaczy. No to w nagrodę mam mokre buty przy +10 stopniach. Niezły początek...

Przed Braniewem wjeżdżam zobaczyć cmentarz wojenny. A potem już samo Braniewo. I oto jest! Orlen. Ładuję się do środka i biorę największą i najsłodszą kawę. Dalsza trasa idzie mało ruchliwymi drogami. Często też jadę słynnym szlakiem Green Velo. Te odcinki, które są zbieżne z moim kierunkiem robią zdecydowanie dobre wrażenie - są to asfaltowe ciągi. Gładka niteczka i raz po raz punkty odpoczynkowe. Świetna sprawa i dobra alternatywa dla nie zawsze dobrej jakości asfaltów. Kiedy docieram do Bartoszyc, niespodziewanie znikają szare chmury i robi się słonecznie. Od dłuższego czasu jest już też całkiem ciepło. Kręcę się tu chwilę, by ostatecznie siąść w ogródku jednej z restauracji. Jest tu kilku rowerzystów, dosiadam się zatem. Atmosfera jest niezwykle wesoła. Okazuje się, że koledzy jadą w kierunku przeciwnym do mojego. Robią ponad stówkę dziennie, a to dość dużo i dlatego trudno było im zebrać większą ekipę. Zjadam makaron z sosem i zbieram się, a oni jeszcze siedzą. Jadę potem jeszcze jakieś 70 km.



Pod sam koniec dnia osiągam Srokowo. Miejscowość jest wyjątkowo ładna. Znajduję tu utrzymaną we włoskim stylu uliczkę, ładny jest też ratusz. Pod zabytkowym kościołem stoi grupka miejscowych zwijających dekoracje z Bożego Ciała. Chwilę rozmawiamy. Na wyjeździe ze Srokowa pukam do drzwi jednego z domków. Z wnętrza rozlega się "proszę!". Wchodzę nieśmiało. W środku na kanapie siedzi starszy pan palący papierosa. Proszę go o trochę wody. Jest zaskoczony tak niespodziewaną prośbą i wizytą. Drepczemy razem do kuchni. Pan odpuszcza trochę wody, aby nalać porządnie zimniej. Chwilę rozmawiamy. Miłe spotkanie.
Kilka kilometrów dalej, na górce, rozbijam namiot. Moja górka wygląda trochę jak krater - w środku jest dziwne i dość rozległe obniżenie. Jestem zasłonięta z aż trzech stron. Nie prowadzi tu żadna ścieżka. To jeden z tych noclegów, gdy mam 100% pewności, że nikt niespodziewanie tu nie trafi.

Mapka:



Zaliczone gminy: Milejewo, Tolkmicko, Braniewo (miasto), Braniewo (teren wiejski), Płoskinia, Pieniężno, Lelkowo, Górowo Iławieckie (teren wiejski), Górowo Iławieckie (miasto), Bartoszyce (teren wiejski), Bartoszyce (miasto), Sępopol, Korsze, Barciany (14 gmin).

Zdjęcia

Ciąg dalszy

Rejs

Niedziela, 22 maja 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 206.83 Km teren: 0.00 Czas: 08:28 km/h: 24.43
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1189m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy o 8.20 wysiadam na dworcu kolejowym w Toruniu, jest już ciepło. Zdejmuję kurtkę oraz nogawki, smaruję się kremem przeciwsłonecznym i ruszam w drogę. Niczego dobrego się nie spodziewam, bo jeszcze wczoraj gdy jeździłam pod domem, sporo kaszlałam. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, jedzie mi się bardzo przyjemnie. Nie przeszkadza mi nawet to, że cały początek drogi mam pod wiatr. Ten początek to DK91. Jest pobocze, ale tak syfiaste (dziury, łaty), że dość często jadę pasem jezdni. Mogę sobie na to pozwolić, bo w niedzielny ranek ruch jest symboliczny. Docieram sprawnie do pierwszej z trzech gmin, które mam w planie dziś zaliczyć - do Aleksandrowa Kujawskiego. Niczego ciekawego tu nie zauważam, poza budynkiem urzędu i stojącym obok budynkiem z wielkim napisem "Sala ślubów".

Opuszczam miasteczko i lecę do Nieszawy - drugiej dzisiejszej nowej gminy. Tu czeka mnie główna atrakcja wyjazdu - rejs promem przez Wisłę. Do przeprawy promowej mam długi zjazd. Jest 10:20, prom stoi, ale... nie popłynie teraz, a dopiero o 11:00. Pływa tylko o pełnej godzinie. Mam zatem aż 40 minut na kompletne nicnierobienie. Na trawce rozkładam kurtkę, rower kładę obok i wypoczywam. Rejs chwilę trwa, bo Wisła jest tu szeroka. Fajnie jest tak płynąć, delektuję się więc każdą chwilą, raz po raz pstrykając fotki.



Krótko za przeprawą promową zaliczam wredną glebę. Zjeżdżam na chwilę w gruntówkę, grunt wygląda na ubity. Tylko wygląda. W rzeczywistości jest grząski. Przednie koło ucieka i leżę. Łamie się śruba mocująca uchwyt lampki, obtłukuję sobie lekko łokieć, średnio kolano i mocno biodro. Na dodatek cały czas jestem lewą nogą przypięta do roweru. Chyba zbyt mocno mi te pedały trzymają buty, skoro nawet przy glebie nie puściło. Odrywam więc rower od siebie i po chwili wstaję. Szczęśliwie strój z GMRDP, który mam dziś pierwszy raz na sobie, nie ucierpiał.

Ruszam i nagle coś się ze mną zderza. Wlatuje w jedną z dziur w kasku i zaczyna wierzgać. To coś dużego. Natychmiast się zatrzymuję i ściągam kask. W otworze tkwi wielki chrabąszcz lub coś w tym stylu. Muszę użyć zausznika okularów do wypchnięcia robala. Dość już chyba tego pecha na dziś: najpierw długie oczekiwanie na prom, potem gleba, teraz robal....

W dalszej drodze już żadne nieszczęście mnie nie dotyka, jednak przez to, że tak długo musiałam czekać na prom, z czasem zaczyna robić się wąsko. Liczę trasę i wychodzi, że nie mam czasu na kawę, ani w ogóle na żadną tego typu dłuższą przerwę. No i trzeba trzymać przyzwoite tempo. A trasa wcale nie jest zupełnie łatwa - jest sporo pagórków, szczególnie w drugiej części, w dodatku w tych okolicach drogi bywają dziurawe/wyboiste, no i na dokładkę na wielu odcinkach jest przeszkadzający wiatr. Na początku trochę pluję sobie w brodę, że tak się załatwiłam. Miał być lekki wyjazd, bo dopiero co wyleczyłam zapalenie krtani, a robi się czasówka na pociąg. Widząc jednak, że jedzie mi się cały czas lekko, nerw szybko przechodzi.

Jest przyjemnie ciepło. Kilka razy wchodzę do sklepów po picie i są to właściwie moje jedyne przystanki. Okolice są bardzo ładne, między Toruniem a Iławą tereny do jazdy rowerem są świetne. Szczególnie ładnie i soczyście pagórkowato jest na dojeździe do brakującej mi gminy Brzozie - dla tych widoków warto było się tu tłuc taki kawał drogi. W Nowym Mieście Lubawskim na chwilę wyjeżdżam na DK 15. To jedna z paskudnych krajówek - bez pobocza i z dużym ruchem. No ale w domu przysiadłam nad tym fragmentem - by najszybciej jak to możliwe ewakuować się na jakąś boczną szosę. Moja boczna droga to dobra alternatywa - jest to długawy podjazd w lesie po serpentynkach. Iława wita wiosenną zielenią. Równe tempo i prawie zupełny brak postojów spowodowały, że mam tu aż godzinkę zapasu czasu do odjazdu pociągu. Idę więc coś zjeść, by podróż koleją minęła milej. W restauracji na pięterku, niemal naprzeciwko Galerii Jeziorak, jem makaronowe zawijańce ze szpinakiem i piję herbatę.

Na lody czasu już nie wystarcza i od razu po wyjściu z restauracji jadę na dworzec. Pociąg przyjeżdża spóźniony 15 minut. Wagon, w którym mam miejscówkę z rowerem... nie ma miejsc rowerowych. Są miejsca rowerowe w innym wagonie i tam mnie kieruje konduktor. Znajduję sobie wolne miejsce, ale w Mogilnie dosiada dziewczyna, która ma tu swoją rezerwację i muszę jej ustąpić. Tak to mając bilet z miejscówką, jadę z rowerem w zupełnie innym wagonie niż powinnam i część podróży spędzam na podłodze. Stłuczone biodro mocno boli, kolano też.

Trasa:


Zdjęcia

Zaliczone gminy: Aleksandrów Kujawski (miasto), Nieszawa, Brzozie (3 gminy).

Toruń - Iława (1)

Sobota, 7 maja 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 212.67 Km teren: 0.00 Czas: 10:17 km/h: 20.68
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 976m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Sobotni poranek jest skąpany w słońcu. Peron złoci się w jego promieniach. Pociąg, do którego wsiadam ma wagon dla podróżnych z większym bagażem. Jest on prawie pusty - leżą dwa rowery. W miejscach styku z podłogą mają podłożone chusteczki. Faceci od tych rowerów na moje wejście do przedziału reagują niemal histerią. One muszą leżeć. Nie mogą stać, bo natychmiast się przewrócą. A przecież miało być jak w reklamie, miały być wygodne wieszaki. A nie ma nic. Chwilę czekam, czy czasem nie wybuchną płaczem. Ale nie.
Pytam więc z nieskrywaną ironią: to panowie wierzycie w reklamy?

Litościwie pozwalają położyć mi rower niedaleko swoich. Nie ma mowy by mógł stać, bo przecież zaraz spadnie na ich rowery. Od razu też pytają czy jadę na wyścig. No ludzie! Mam sakwy, czy ja wyglądam, jakbym jechała się ścigać? Zostawiam rower i czym prędzej uciekam do innego przedziału.

Toruń i Iława to dwa miasta, które bardzo lubię. "Często tam bywasz" - powiedziała ostatnio mi mama. Wizytę w Toruniu zaczynam od kawy oraz kupienia toruńskich pierniczków.

Ponoć każdy na swój sposób jest szalony. Moje szaleństwo w ten weekend przejawia się tym, że z premedytacją jadę pod wiatr lub z wiatrem bocznym. A wieje nielicho. Czasem lekko zmienia mi tor jazdy. Czasem jestem jak ptak wiszący na niebie - znacie pewnie ten widok. Nieruchomo. Wiatr trzyma w punkcie. Początek trasy jest potwornie nudny. W DK 10 nie znajduję niczego ciekawego. Fajnie, że jest pobocze. Wiatr świszcze po uszach, łańcuch wesoło skrzypi (ostatnio z dworca, na powrocie z czeskiej majówki, wracałam w ulewie i zapomniałam nasmarować). Gdy docieram do Lipna, rozglądam się za sklepem rowerowym. Znajduję. Mają mydło, powidło, lodówki i rowery też. Przybieram najbardziej gapowatą wersję siebie i wpadam do środka, by wydębić nieco smaru. Tłumaczę, że to skrzypienie doprowadza mnie do obłędu, że muszę przez to cały czas jechać z muzyką na uszach, że ogłuchnę z tego powodu. Po chwili łańcuch dostaje zasłużoną porcję smaru.

Za Lipnem nadal jest nudno jak...
Niczego ciekawego w DK 68 nie ma. Pobocza brak. Są głębokie koleiny. Na szczęście ruchu wielkiego nie uświadczam. Kilka odbić gminnych i powrót do Lipna. Potem znowu nuuuuudna DK 10. Jedynym przerywnikiem jest Skępe. Ładne sanktuarium i Orlen. Biorę zapiekankę z pomidorem i prawie łamię sobie zęby na... pomidorze. W życiu tak twardego pomidora nie jadłam. Pomemłałam, pomemłałam i stwierdziłam, że to jednak niejadalne.
W Gójsku zjeżdżam z DK10 i szybko robi się ciekawiej. Przy drodze jest wręcz kolorowo: wstążeczki, tasiemki, flagi. Oj, chyba jakieś święto! Podjeżdżam pod sanktuarium MB Bolesnej w Oborach. Chwilę się tu kręcę, chodzę, focę. A trasa dalej to ciągle góra-dół. Krajobraz urozmaicony, ładnie tu! Do Rypina docieram krótko przed zachodem słońca. Mijam ładny park i lecę dalej. Namiot rozbijam przed Zasadami na skraju pola i lasu. Jest już porządna szarówka. Stawiam go pod brzozą, z 5 metrów dalej z ziemi wystaje spory pniak...






Trasa:


Zaliczone gminy
: Czernikowo, Kikół, Lipno (teren wiejski), Lipno (miasto), Bobrowniki, Wielgie, Skępe, Szczutowo, Skrwilno, Rogowo (powiat rypiński), Chrostkowo, Zbójno, Bzurze, Rypin (teren wiejski), Rypin (miasto). (15 gmin).

Zdjęcia

Ciąg dalszy


Kolej na Sopot :)

Sobota, 9 kwietnia 2016 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście Uczestnicy
Km: 241.19 Km teren: 0.00 Czas: 10:30 km/h: 22.97
Pr. maks.: 49.50 Temperatura: 10.0°C HRmax: HRavg 128( 67%)
: kcal Podjazdy: 1037m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Tuż po czwartej nad ranem zaczynam sobotę. Po śniadaniu i załadowaniu sakwy na rower jadę w drogę do Poznania, gdzie umówiona jestem ze Starsząpanią. Starzy ludzie słyną z tego, że snu potrzebują niewiele. Nic więc dziwnego, że gdy wchodzę do pociągu, który ma nas zawieźć do Sopotu, ona już tam jest. Poza nami jedzie też męska ekipa rowerowa MTB. Super, bo sami się garną, by wtargać mój rower do wagonu, a następnie zawiesić go na wieszaku. Tak to ja mogę podróżować koleją nawet z najcięższym rowerem! Rozsiadamy się wygodnie. Starsza nie przygotowała się do wycieczki, musi dopiero pomalować pazurki. Ma jednak ze sobą lakier, więc szybko bierze się do roboty. Mile upływa nam jazda pociągiem. Na malowaniu paznokci, piciu kawy i zajadaniu słodyczy.

W Sopocie na dworcu spotykamy się z Magdullah. Razem jedziemy do najmodniejszej i najbardziej snobistycznej części tego uroczego miasteczka – na „Monciak”, a potem na słynne molo. To jest to czego zabrakło mi w Niedzielę Wielkanocną wieczorem – byłam na „Monciaku” co prawda, ale było już ciemno i pełno ludzi. Tłum mnie tak zniechęcił, że spacer na molo odpuściłam. Teraz jest dość pusto, no i nie ma jeszcze południa. Bardzo przyjemnie spędzamy czas trochę spacerując, trochę jeżdżąc rowerami (licznik cały czas chodzi, nie zdejmuję go).



Po małym spacerku udajemy się na plażę. Jest tu wyjątkowo modne miejsce – Bar Przystań. Bywają tu sławy tego świata, więc i naszej trójki nie może tu zabraknąć. I tak na pogaduszkach oraz piciu kawy/herbaty mija przedpołudnie. Potem wspólnie jedziemy jeszcze ścieżką wzdłuż plaży. Trochę ludzi się tu kręci, spacerowicze, rolkarze i cykliści też. Trzeba uważać, ale i tak nie jest źle – do szczytu sezonu jeszcze daleko. Rozstajemy się z Magdą kawałek dalej na tej ścieżce i jedziemy zgodnie z jej wskazówkami. Gubimy się prawie natychmiast. Jesteśmy na rondzie… rowerowym i nie do końca wiemy jak jechać dalej. Magda przez telefon instruuje. Potem już bez problemu docieramy do mojego ulubionego Starego Miasta. Gdańsk najpiękniejszy jest wcześnie rano. Teraz już jest południe. Ale i tak jest bosko. Obowiązkowa sesja zdjęciowa i ruszamy w drogę.

Z Gdańska wydostajemy się ścieżkami rowerowymi. Czasem są one asfaltowe, częściej z kostki. Jednak jazda nimi jest na pewno fajniejsza niż biegnącą obok DK91, która tu jest jeszcze dość mocno ruchliwa. Hałas od drogi męczy i drażni. Lepiej robi się dopiero za Tczewem. Kawałek za Gniewem zatrzymujemy się w przydrożnym zajeździe na obiad. Posilone, z nową energią, lecimy dalej. Droga nr 91, którą jedziemy praktycznie cały czas, ma szerokie pobocze i nie ma dziur. Jedzie się więc komfortowo, zwłaszcza, że ruch jest zupełnie znośny. Tyle tylko, że nudna jak flaki z olejem jest ta droga. Z krajówki zjeżdżamy dopiero w Chełmnie (jest już wtedy prawie zupełnie ciemno). Wbijamy się do bardzo ładnego centrum miasta, a potem już bocznymi drogami jedziemy do Unisławia.

Drugą główną drogę witamy dopiero na dojeździe do Bydgoszczy i jest to DK80. W ciągu dnia musi tu być koszmarnie, teraz mamy jednak późny wieczór i ruch jest mały. Starsza zna okolice i pilotuje przez miasto. Nie trzeba patrzeć na GPSa, fajnie :). Miasto jest mocno rozciągnięte, więc chwilę czasu zajmuje nam dojazd na dworzec PKP. Mamy tu do odjazdu pociągu jakąś godzinkę. Ale to nie problem, bo dworzec przeszedł prawdziwą metamorfozę i przyjemnie jest tu posiedzieć. Jest nowocześnie, czyściutko, są sklepiki (choć o tej porze już zamknięte), ławki, na których można odpocząć. Dużo przyjemniej jest czekać na pociąg tu, niż na beznadziejnym dworcu w Poznaniu. Podróż upływa szybko, a gdy wysiadamy w Poznaniu, spotykamy się z Jurkiem57, który pomaga nam nosić rowery :).
Droga do domu niezbyt przyjemna. Jest środek nocy, ledwie 6 stopni powyżej zera i pada deszcz.



Zaliczone gminy: Pruszcz Gdański (miasto), Pszczółki, Nowe, Warlubie, Dragacz (5 gmin).

Zdjęcia

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum