Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 150

Dystans całkowity:15482.26 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:125:04
Średnia prędkość:19.52 km/h
Maksymalna prędkość:39.00 km/h
Suma podjazdów:114978 m
Maks. tętno maksymalne:174 (91 %)
Maks. tętno średnie:143 (75 %)
Suma kalorii:1924 kcal
Liczba aktywności:122
Średnio na aktywność:126.90 km i 6h 34m
Więcej statystyk

Most, którego nie było

Sobota, 23 marca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 122.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 455m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzę się wcześnie, ale nie wstajemy jeszcze. Mamy czas. Idę zatem na spacer, zobaczyć jezioro Afryka w świetle budzącego się dnia. Wczoraj, późnym wieczorem, było widać całkiem sporo, bo noc trafiła się ładna, księżycowa. Jednak poranki mają w sobie coś magicznego. Zwiewność, delikatność.

Po śniadaniu podjeżdżamy do wieży widokowej. Wdrapujemy się na górę i podziwiamy krajobraz. Są to lasy oraz jezioro, nad którym spaliśmy. Bardzo ładne tereny. Początek dzisiejszej trasy, to trochę błądzenia - chwilowo jedziemy tylko na moim GPSie, no i nawigując  w terenie trochę nas gubię. Nawigowanie w terenie to jest zupełnie inna zabawa, niż na szosie. Łatwo o pomyłkę, trzeba być bardzo uważnym, by potem nie musieć się wracać. Po kilku próbach wbicia się we właściwą ścieżkę, jesteśmy w końcu nad rzeczką. Niestety okazuje się, że nie ma mostku, który powinien tu być. Tracimy nieco czasu na objazd inną drogą. Nic to jednak nie szkodzi - pogoda jest wprost piękna, a godzina jeszcze młoda. Czuć zapach wiosny w powietrzu, słychać śpiew ptaków i widać jak przyroda powoli budzi się do życia po zimowym śnie.

Lubuskie częstuje nas brukami. Tutaj nawet drogi wojewódzkie mają - przynajmniej w części - brukowane, stare nawierzchnie. Na rowerach MTB nie są one jednak dokuczliwe.

Nadleśnictwo Świętoszów, jezioro Święte - nasze pierwsze dzisiejsze bagna. Wchodzimy na wieżę widokową. Jest wspaniale. Cicho, spokojnie, widokowo. Jaka szkoda, że jesteśmy tu w środku dnia! Aż chciałoby się zostać do wieczora. Siedzimy tu dłuższą chwilę, a potem wsiadamy na rowery i jedziemy dalej. Czekają na nas kolejne piękne miejsca.

Późnym popołudniem docieramy do Przemkowa. Robimy zakupy na noc i na jutrzejszy poranek. Jutro niedziela bez handlu i poza stacjami paliw, trudno będzie cokolwiek kupić. Nieco obładowani jedziemy na Przemkowskie Bagno. Bardzo długa, drewniana kładka przerzucona przez mokradła prowadzi do wieży widokowej. Niektóre deseczki są już mocno podniszczone, dwie zarwane, niektóre... chybotliwe. Miejscami czuję się niepewnie - idę więc kładką ostrożnie. Kiedy docieram pod wieżę, Michał już tam jest. Poza nami są tu też inni ludzie, choć tłoku zdecydowanie nie ma. Jesteśmy w idealnym momencie - słońce powoli zachodzi i rozpoczyna się wieczorny spektakl barw.



Dzień dobiega końca, pora zejść na niepewny, podmokły ląd. Pora pojechać na nocleg.
Zdjęcia




Ciąg dalszy

Konin

Niedziela, 10 marca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 122.28 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 379m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Drugi dzień zwariowanej pogody. Znowu silny wiatr i znowu deszcze. Ruszamy ze świadomością, że z pewnością zmokniemy. Nie przejmujemy się tym jednak zbytnio - obydwoje mamy na swoim koncie dużo wyjazdów w niezbyt przyjemnych warunkach pogodowych. Ruszamy więc, mając dynamiczne niebo nad sobą.

Trasa wiedzie do Konina, przez Miłosław, w którym oglądamy ładnie utrzymany dworek. Dłuższy postój planowaliśmy w Pyzdrach, ale cały czas goniły nas deszcze, więc uznaliśmy, że rozsądniej będzie jedynie szybko uzupełnić zapasy i lecieć dalej. Niedziela trafiła się z zakazem handlu, więc za czynnym sklepem trzeba było się dość mocno rozglądać - w końcu jednak udało się. Kiedy już wszystko mieliśmy, zaczęło padać.



I tak sobie padało mniej lub bardziej aż do samego Konina. Najintensywniejszy deszcz dopadł nas, gdyśmy już zajeżdżali pod dworzec kolejowy. Do odjazdu pociągu było jeszcze nieco czasu, więc uraczyliśmy się obficie azjatyckim jedzeniem.



Mapa

Inowrocław

Sobota, 9 marca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 134.72 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 585m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ruszyliśmy niezbyt wcześnie. W zasadzie to raczej późno, bo dopiero około godz. 13. Od rana padał deszcz.... potem też miał padać, ale zawsze to przecież przyjemniej wyjeżdżać na sucho. Pogoda cały czas była bardzo dynamiczna. Wiał silny wiatr, czasem padał deszcz i goniły nas ciemne chmury. Jedyną dużą ulewę przeczekaliśmy w sklepie. Nie trwało to długo.

Pizza w Gnieźnie dodała nam sił. Wiatr na niektórych odcinkach przeszkadzał i... trzeba było się do tego przyzwyczaić. Był już wieczór, gdy dojechaliśmy do Mogilna. Stare wille z boku drogi, nad jeziorem - zawsze lubię na nie popatrzeć... W wodach jeziora Mogileńskiego odbijały się światła latarni ulicznych, a to oznaczało tylko jedno - po raz pierwszy będę w Janikowie po zmroku.

Kilometry z Mogilna do Janikowa umknęły szybko. A w samym Janikowie urokliwa grobla. Niestety nadal w remoncie. Wspięliśmy się zatem na wysoki i stromy nasyp kolejowy i przeszliśmy górą. Po tym krótkim spacerze zaczęło padać. Mały deszczyk. Trafił się jeden fragment szosy z mocno przeszkadzającym wiatrem i cieszyliśmy się wtedy, że to tylko na chwilę. A potem był już Inowrocław.

Inowrocław pamiętam sprzed wielu lat - moja pierwsza samotna podróż koleją. Przesiadałam się tu na pociąg do Włocławka. Zapamiętałam z tamtej podróży tory kolejowe. Dużo torów kolejowych. Ile razy byłam tam później? Nie policzę. Ale wrażenie nadal jest takie samo. Pewne rzeczy pozostają bez zmian.



Mapa

WKS_1

Piątek, 15 lutego 2019 Kategoria do 150
Km: 102.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 406m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Zimno i mgliście. Mimo, że wiatr pomagał, jechało mi się ciężko.
Trudno zgadnąć, czy to sprawka ciężkiego roweru obładowanego bagażem, czy nadmiaru pracy w ostatnim czasie, czy może infekcji płuc, którą miałam w styczniu. W Powidzu, po 80 km trasy, zjadamy obiad. Knajpa to duży, ogrzewany namiot przy jednostce wojskowej. Ciekawe miejsce, a duży fishburger dobry i sycący. Potem jeszcze wizyta w sklepie i w szarówce docieramy do bazy.



Mapa

Rawicz

Sobota, 2 lutego 2019 Kategoria do 150
Km: 131.10 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 381m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Janikowo

Sobota, 8 grudnia 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 113.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 485m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Perspektywa spędzenia dnia w fotelu jest bardzo kusząca – w chwili, gdy jem śniadanie i patrzę na szare niebo za oknem. Tam, na zewnątrz, wcale nie jest fajnie. Jest zimno i wieje wiatr. Dopijam herbatę i wtedy wszystko się zmienia: słońce wychodzi zza chmur. Spoglądam na zegarek. Jeszcze nie jest za późno. W pośpiechu wrzucam do sakwy kilka drobiazgów, wciągam na siebie strój rowerowy i po chwili pędzę już szosą przed siebie. Jest wspaniale, spontanicznie. Późna jesień to dobry czas na wyjazd do Janikowa.

Oglądam grudniowe lasy i pola. W Pobiedziskach przypadkowo trafiam na jarmark świąteczny. Nie piję kawy, nie zatrzymuję się bez potrzeby, raz po raz zajadam pierniczki – to jedyne jedzenie jakie zdołałam pochwycić wychodząc w pośpiechu z domu. Raz po raz robię zdjęcia. Czerniejewo i Witkowo są dziś spokojne i zupełnie nijakie, za to w Trzemesznie na plecach siedzi mi TIR, a centrum miasteczka to stary, kamienny bruk pod kołami. Potem teren zaczyna falować, w okolicach Wydartowa jest nieco pod górę. Światło dnia przybiera niepokojące barwy, jest słonecznie, ale jakoś tak inaczej. Odwracam się i widzę ciągnące chmury. Wspaniała pogoda chyba powoli się kończy. Mogilno tradycyjnie przykuwa moją uwagę starymi willami nad jeziorem.



W szarości dnia, pchana wiatrem, docieram w okolice Janikowa. Na drodze żółta tablica informująca o zamkniętej drodze do Janikowa z rozrysowanym objazdem. Nie przejmuję się. Mam zapas czasu. Poza tam… z rowerem da się jakoś przedrzeć przez prawie każdy remont. Na jeziorze Pakoskim usypana jest grobla. Groblą tą idą tory kolejowe oraz wąska droga. Jadę tą drogą, jestem o krok od Janikowa i myślę sobie, że tamta tablica o objeździe musiała być już nieaktualna. No i wtedy dobijam do remontowanego odcinka. Niestety nie da się tego obejść, bo jest to remont mostku na przesmyku wodnym. W tym momencie powinnam zawrócić i pojechać objazdem. Zamiast tego uważnie się rozglądam i nasłuchuję. Wchodzę na stromy i wysoki nasyp kolejowy. Pociągi jeżdżą tu często ze względu na remont linii Poznań-Warszawa.



Najszybciej jak potrafię, przedzieram się przez nasyp, tuż przy torach kolejowych. Potem schodzę z nasypu i już jestem w Janikowie. Na dworcu mam czas. Jest zimno i wieje.
A mogłam zostać w domu.

Łeba

Sobota, 10 listopada 2018 Kategoria do 150
Km: 119.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 291m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Zakładanie plomb (2)

Niedziela, 7 października 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 129.46 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1060m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wczorajsze słowa się sprawdzają. Coś ciężkiego wisi w powietrzu. Wschodu słońca dziś nie będzie. Nie dla mnie. Cały spektakl barw rozgrywa się gdzieś wysoko, ponad chmurami. Jest jakoś tak szaro, a jednak…
*
Do Bytowa 23 km. Ale najpierw słońce i deszcz – razem. To jak łzy szczęścia. Zupełnie nieprawdopodobne.
*
Zamek oglądam z zewnątrz. To typowe zwiedzanie po mojemu. Oglądanie bryły, detali, które są łatwo dostępne bez pozostawiania roweru gdzieś… A potem jest Orlen. Biorę herbatę i zapiekankę. W sumie żałuję. Zapiekanka jest tłusta i kiepsko odgrzana. A fe! Nie zjadam całej.
*
Do Gdańska jeszcze ponad 70 km. Niebo napompowane wodą zaczyna przeciekać. A szlag! Mam kurtkę deszczową i to jedyna ochrona jaką posiadam na dziś. Wymyśliłam sobie, że w ten weekend nie będzie padać.



*
Pada przelotnie. Wieje. Zimno. Droga na Kartuzy w remoncie. Ruch wahadłowy. I tak się waham niemal bez końca.
*
To jest inny Gdańsk.
Mój Gdańsk, to Gdańsk ciemny ciemnością nocy.
Mój Gdańsk, to Gdańsk pusty pustką wczesnego poranka.
Środek dnia, niedziela – to nie jest moje miasto. Przedzieram się dziwnymi ulicami, zaułkami, ślepymi uliczkami, schodami. Pada deszcz. Wszystko płacze i tylko ja się uśmiecham. Do swoich myśli.
*
Plomby założone. Człuchów. Parchowo. Sulęczyno. Sierakowice. Jestem w Gdańsku. Jadę na stare miasto. Zimno i deszczowo. W końcu chowam się na dworcu. Idę do McD. Potem do pociągu. Zimno! Ktoś w październiku, zamiast ogrzewania, puścił klimę… Kolej na szaleństwo?
*
Przesiadka była czasowo bezpieczna. Jednak pociąg przyjechał z dużym opóźnieniem. No dalej! - Chciałoby się popchnąć to żelastwo.
Liczę minuty.
Nie zdążę.
Nie zdążę.
A potem…. właściwa osoba we właściwym miejscu i czasie. To nie ja dźwigam rower po schodach na peron. Potem jeszcze trzeba biec. Gubię oddech. Kilka słów i uśmiechów w drzwiach pociągu. W ostatnim momencie.
Zdjęcia
https://ridewithgps.com/trips/28541975

Olsztyn-Toruń (3)

Niedziela, 30 września 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 101.24 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 478m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Brodnicki Park Krajobrazowy o poranku jest jeszcze piękniejszy niż w środku dnia. Zapach lasu wcześnie rano, wszystkie dźwięki budzącego się dnia mają w sobie coś niezwykłego. Jadę wąskim, leśnym asfaltem. Dziś, tak jak wczoraj, jest przejmująco zimno. Znowu jedynie 5 stopni na plusie. Szosa prowadzi mnie nad jez. Sosno. Robię krótką przerwę fotograficzną. Dalej droga zamienia się w gruntówkę, a później w kamienny bruk. Czasem idę, czasem jadę – tak jak wczoraj.

Kiedy po kolejnej sekcji pieszej wskakuję na rower i wpinam buty w pedały, dzieje się coś dziwnego. Prawy but jakoś tak mocno chwycił. O choinka! Nie mogę wyszarpnąć bloku z zatrzasku! Szarpię kilka razy nogą z całych sił. Nic – trzyma jak w imadle. Wygląda na to, że blok się zapchał, gdy szłam. W oddali widzę mocno zapiaszczony fragment ścieżki wiem, że tego nie przejadę. Wiem też, że nie wyrwę nogi z zatrzasku. Nadal szarpię, rower skacze na kamiennym bruku, lekko lata na boki od moich desperackich prób. No nic, pozostaje pogodzić się z nieuchronną glebą i upaść tak, by nie potrzaskać się zbyt mocno. Lądowanie na ziemi nie jest straszne. Leżąc nadal jestem przypięta. Wściekam się, że to aż tak mocno trzyma. Ostatecznie uwalniam stopę, wstaję i jadę dalej. Z każdą mijającą chwilą, czuję się gorzej. Znajome uczucie: ból i rozpieranie, kolano i biodro – to tam, właśnie teraz, tworzą się krwiaki. W BPK prawie do samego końca mam teren. Potem jest szosa.

Kiedy dojeżdżam w okolice Jabłonowa Pomorskiego, zastanawiam się, czy tu nie skończyć wyjazdu. Mogę odbić na stację kolejową i wrócić do domu. Ostatecznie zrealizowałam wszystkie swoje cele. Zaliczyłam gminy: Gietrzwałd, Grunwald oraz Dąbrówno i spędziłam odpowiednio dużo czasu w BPK. Dokładnie tak jak chciałam. Reszta trasy była zaplanowana mało finezyjnie. Ot, zwykły dojazd do Torunia, na pociąg powrotny do domu.

Chwilę o tym wszystkim myślę. Pogoda jest piękna. Gdyby nie silny wiatr przeciwny i tak gleba, mogłoby być wprost wspaniale. Żal jest mi jednak tej niedzieli. To ostatnia okazja, by pobawić się w przełaje we wrześniu tego roku. Jutro już będzie październik. Decyduję, że powoli potoczę się do Torunia. Idzie faktycznie powoli. Biodro i kolano bolą, w dodatku ten wiatr….



I tak sobie jadę i jadę…. osiągam Golub-Dobrzyń, jadę przez miasto jakimiś kompletnie bocznymi uliczkami. Nie docieram ani do rynku, ani pod zamek. No ale byłam tu przecież rowerem wiele razy. Zatem nie jest mi żal. Jadę dalej. Dziś dominuje szosa. Poza BPK, gdzie terenu było od samego rana dużo, teraz mam już tylko terenowe wstawki. Po raz pierwszy mam okazję jechać drogą w dolinie Drwęcy w drugą stronę niż zwykle. Fragment, który zawsze był dziurawym i wyboistym zjazdem, teraz zamienia się w całkiem długi podjazd. Mielę go spokojnie. Do Torunia docieram z bezpiecznym zapasem czasu. Po mieście jadę na pamięć. Uśmiecham się do siebie. Coraz więcej jest takich miejsc, gdzie mogę sobie na to pozwolić - dzięki temu, że sporo jeżdżę rowerem. Wiem gdzie muszę skręcić, by dotrzeć do McD, wiem gdzie jest Orlen z wygodnymi kanapami oraz którędy najszybciej do starego centrum miasta, czy na dworzec kolejowy. Na Orlenie uzupełniam kalorie. Potem, najedzona, jadę na stare miasto. Tu po raz ostatni prowadzę rower. Nie spieszy mi się. Na koniec już tylko przejazd przez most i po chwili jestem na dworcu kolejowym. Czas wracać do codzienności.

Zdjęcia
Mapa

Olsztyn-Toruń (2)

Sobota, 29 września 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 124.80 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 989m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Około drugiej w nocy budzi mnie jednostajny szum. Pada deszcz. Po każdej nocy przychodzi dzień, a po każdym deszczu wychodzi słońce. Odpływam w sen.

Rano już tylko mokry rower i tropik namiotu są potwierdzeniem nocnego deszczu tego, że to nie był sen, ani wytwór mojej wyobraźni. Mgiełki zalegają w dolinie, nieco poniżej mojego miejsca. Idę robić zdjęcia. Potem jest czas na kawę i śniadanie. Gdy ruszam w drogę, nadal jest wcześnie rano. Wczorajsza dziurawa i wyboista droga w sposób naturalny przechodzi w teren. Słonce niedawno się obudziło i jest jeszcze niskie, ale jego promienie przenikają już coraz śmielej do lasu i ogrzewają skąpane w rosie łąki. Wszystko paruje i ucieka w zaczynający się dzień. Łapię te chwile, jedną po drugiej.

W sklepie z pieczywem siadam przy stoliku i zajadam drożdżówkę. Zza szyby wszystko wygląda inaczej. Tu, w środku, jest ciepło. Na zewnątrz słońce i błękit nieba pozwalają wierzyć w ciepły poranek. W rzeczywistości to tylko gra pozorów. Jest zaledwie 5 stopni na plusie i wieje zimny, przeciwny wiatr. Drożdżówka znika, drugą biorę do sakwy. Czas się ruszyć.



Drogi, którymi jadę, są w dużej części terenowe. Miał być teren, ale jego ilością jestem nieco zaskoczona. Dróżki są różne: ubite, czasem lekko kamieniste, bywają zapiaszczone albo brukowane. Czasem da się normalnie jechać, czasem trzeba dłuższy lub krótszy kawałek przejść pieszo. Nie przeszkadza mi to. Czasu mam dużo, no i jestem tu sama. Nie muszę się niczym przejmować. Opony przełajówki mają terenowy bieżnik, ale jednak są wąskie. W piachu łatwo grzęzną. Dzień jest piękny, więc robię dużo zdjęć.
Po mniej więcej 30 km docieram do Olsztynka. Nigdy wcześniej tu nie byłam. Miasteczko ma dość duży plac z fontanną, zadbany ratusz, uliczki z kamiennego, równego bruku.

Wiatr czołowy przeszkadza. Nie przewraca, nie zmienia mi toru jazdy, ale znacznie spowalnia. Mocno wywiana docieram na pola Grunwaldu. Tu również jestem po raz pierwszy. Zaczynam od zjedzenia obiadu, potem jadę zobaczyć to miejsce z bliska. Ludzi jest niewielu. Cisza, spokój, tylko wiatr szumi.
Dalsza droga to początkowo szosa. Potem znowu są kamienne bruki, polne i leśne ścieżki, liczne pagórki. Czasem na rowerze, czasem obok roweru.

W przyrodzie jeszcze dominuje zieleń. Lato powoli ustępuje jesieni, która raz po raz pojawia się migając przed oczami czerwienią i żółcią, rzucając pod koła liście, żołędzie oraz kasztany. Stoję na pagórku, poniżej jest świeżo zaorane pole, w oddali zabudowania jakiejś miejscowości. Wdycham zapach wilgotnej ziemi.
Kiedy nastaje wieczór, w dolinkach ścielą się dymy. Jest chłodno, zaczął się sezon grzewczy. Jesień to również zapach dymu.

Złota godzina, kiedy można robić najfajniejsze zdjęcia, wypada kiedy docieram do Brodnickiego Parku Krajobrazowego. Cały blask zachodu słońca chowa się między drzewami. Znam to miejsce z wielokrotnych przelotów do Iławy. Zwykle pojawiałam się tu tylko na chwilę. Szosa uciekała szybko pod kołami, odnotowywałam w głowie, że jest tu ładnie, że kiedyś wrócę na dłużej i…. już byłam gdzieś dalej, w innym miejscu. Teraz jest ten dzień, wieczór, gdy jestem tu. Nie chcę tracić tego wszystkiego co mogę zobaczyć, więc wraz końcem dnia, kończę jazdę. Uważnie się rozglądam za miejscówką. Nie jest to trudne. Bo tu… prawie wszędzie jest miejscówka.
Rozbijam namiot w leśnej gęstwinie. Jest doskonale ciemno.

Zdjęcia
Mapa
Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum