Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

do 100

Dystans całkowity:10042.79 km (w terenie 114.44 km; 1.14%)
Czas w ruchu:56:05
Średnia prędkość:20.56 km/h
Maksymalna prędkość:48.50 km/h
Suma podjazdów:61356 m
Maks. tętno maksymalne:190 (100 %)
Maks. tętno średnie:172 (90 %)
Suma kalorii:3057 kcal
Liczba aktywności:143
Średnio na aktywność:70.23 km i 3h 44m
Więcej statystyk

PGR_4

Wtorek, 9 sierpnia 2022 Kategoria do 100, Kocia czytelnia, PGR_2022
Km: 55.80 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1195m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Do mety pozostało już tylko 55,83 km. To nie jest dużo, jednak po drodze było jeszcze całkiem sporo terenu i to dość wrednego, z dużymi jak buraki cukrowe, luźnymi kamieniami. Jechać po tym nie umiałam, iść też było ciężko. To taki teren, w którym o złamanie lub zwichnięcie kostki nietrudno.



Lepiej zrobiło się dopiero na ścieżkach nad jeziorem Czorsztyńskim. W Nowej Białej w sklepiku kupiliśmy bułki. Potem była droga na Dursztyn. Dość dobrze zapamiętałam długą prostą po wąskim asfalcie, mocno pod górę. Potem Łapsze Wyżne i podjazd na Łapszankę. Tradycyjnie w całości zrobiłam go w siodle. Po drodze Krzyś zwrócił moją uwagę na koty. Były przy domkach, po obu stronach drogi. Łapszanka to kocia góra!



Przy kapliczce krótki stop, by popatrzeć na okolicę i ruszyliśmy na ostatni odcinek do mety. Wiadomo, co dalej: Jurgów, okropne Brzegi i wreszcie meta na Głodówce. Tym razem czułam się na tyle zmęczona, że Brzegi częściowo zrobiłam z buta. Potem dojazd 2 km do mety po DW 960 – nic przyjemnego. PGR odbywa się jednak w sierpniu i jest tu zupełnie inaczej niż podczas MPP we wrześniu. Droga była pełna samochodów i ta ostatnia prosta do mety była z tego powodu bardzo nieprzyjemna.










Na mecie zameldowaliśmy się z czasem: 76 godzin i 13 minut.
W tym czasie przejechaliśmy łącznie 530,46 km, z 9 363 m przewyższenia.

Osiem w skali Beauforta

Sobota, 18 grudnia 2021 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 72.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Poranek, zgodnie z prognozami, jest mglisty i chłodny. Temperatura trzyma się na plusie i to mnie cieszy. 18 grudnia – to ostatni weekend tej jesieni. Jest to jesień prawie najpóźniejsza z możliwych. Po kawie i śniadaniu zwijam namiot i wtedy zauważam, że ta wilgoć to nie tylko mgła. To również mżawka.



No cóż. Tego miało nie być! Nie jestem przygotowana na deszczyk przy temperaturze 4°C. Mam co prawda starą kurtkę deszczową, ale nie zabrałam spodni deszczowych i osłonek na buty oraz na kask. Wyjeżdżam więc z lasu z nadzieją na to, że ta mżawka to tylko jakieś chwilowe nieporozumienie.



Na stacji tankuję paliwo do kuchenki oraz kupuję izotonik. W tej szarzyźnie Koszalin nie wygląda zbyt dobrze. Nie ma zatem co za długo tu siedzieć, trzeba jechać nad morze! Na wyjeździe z miasta trafiam na McD. Krótka gonitwa myśli – wchodzę! Cały czas mży i jest zimno, a przy okazji jest wcześnie i z pewnością mają ofertę śniadaniową, która obecnie została już jedynym jadalnym zestawem, jaki McD oferuje.

Kiedy wychodzę z McD, nadal kropi. Nadzieje na zwykłą mgłę uciekają. Wiem już, że to będzie ciężki dzień. Dlatego nie żałuję sobie dobrego i w Mielnie, tuż przy plaży, przypinam rower i idę do kawiarni na kawę i gofra. Kawa jest wybitna. Jedna z lepszych jakie miałam okazję pić. Gofr zupełnie niezły. Ucinam sobie też miłą pogawędkę z chłopakiem zza lady. Opowiada mi o pewnym podróżniku, którego spotkał minionego lata. Szedł on pieszo przez Europę… bez pieniędzy. Idąc prosił napotkanych ludzi o pomoc finansową lub o jedzenie. Pomysł może i ciekawy, ale zupełnie nie w moim stylu. Uważam, że własne przyjemności należy realizować za własne pieniądze.





Mała godzinka w kawiarni, to ostatnie słodkie chwile tego wyjazdu… od teraz będzie już tylko gorzej i gorzej.



Gęsta mżawka szybko mnie przemoczyła. Mokre spodnie, wkładka, tyłek, nogi, buty, skarpetki. Do tego zimny, przeszywający i coraz silniejszy wiatr. No właśnie, wiatr! Planowałam spać na Mierzei Kopańskiej. Jest to miejsce wyjątkowo ładne,ale czy na pewno bezpieczne w takich warunkach? W prognozach widziałam, że wiatr ma się wzmagać z każdą godziną, aż do samego rana. Napisałam w tej sprawie do M., bo M. z pewnością wie, co będzie dalej w pogodzie. Jadę chwilę promenadą nadmorską. Wieje strasznie! A potem mierzeją jeziora Jamno. Na krótki odcinek zjeżdżam z szosy i łatwym terenem zbliżam się nad brzeg jeziora i kręcę wzdłuż niego. Doskonała szarość. Listopad byłby dumny.







W Łazach odbijam w głąb lądu. Aż do Bukowa Morskiego nie dzieje się nic szczególnego. Cały czas ten sam wredny deszczyk i ziąb. Nad morze wracam w Dąbkach. Wita mnie tu palma z napisem Las Palmas. Teraz, na początku drugiej połowy grudnia, wygląda to zupełnie nierealnie. A może wakacje pod palmami?





Znowu odklejam się od linii brzegowej Bałtyku i w ten sposób dojeżdżam do Darłowa. Stan moich ubrań (solidnie podmoczone spodnie, buty i skarpetki) każe zastanowić się, co dalej. Wbijam na nieduży Orlen. Nic tu nie kupuję. Wchodzę do toalety i w cieple przeglądam Internet. Cel mam jeden: sprawdzić, czy jest tu jakiś Decathlon i kupić na noc jakiekolwiek spodnie do spania. Żeby były suche. Niestety nic tu nie ma. Jazda do Darłówka upływa mi na kombinowaniu.



Przecież idąc spać w mokrych spodniach, a w szczególności z mokrą wkładką, załatwię śpiwór. Wtedy do głowy przychodzi mi genialny pomysł: wiozę przecież ze sobą karimatowe siedzisko. Specjalnie po to, by posiedzieć sobie na plaży i popatrzeć na zachód słońca. Doprawdy, dobre! Żadnego zachodu przecież nie będzie, bo słońce dziś nie pokazało się nawet na ułamek sekundy. Poza tym wieje tak straszliwie, że w tym zimnie nie da się siedzieć na plaży. Za to siedzisko przyda się pod namiotem. Podłożę je pomiędzy tyłek a śpiwór i powinno być ok. Zadowolona jestem bardzo z tego pomysłu i już niczym się nie przejmuję. Do czasu…

W Darłówku mijam mały targ rybny. Rozglądam się trochę i w końcu kupuję 2 porcje wędzonego halibuta. Jadę potem pod latarnię morską i do ujścia Wieprzy do morza. Nie da się tu być zbyt długo. Wiatr wychładza błyskawicznie. Do zachodu słońca mam jakieś pół godziny, gdy wjeżdżam na Mierzeję Kopańską. Droga z płyt betonowych, fragmentami zasypana piaskiem.





Wyjątkowe miejsce, a jednak dziś nie ma tu nikogo. Tylko szalejący wiatr i groźnie szumiące morze. No właśnie, czy w tych warunkach bezpiecznie będzie tu spać? Zanosi się na sztorm. Sprawdzam telefon. Żadnych wiadomości od M. Jadę zatem swoje i kawałek za kanałem łączącym morze i Jezioro Kopań wnikam w las i rozbijam namiot. Robię to na mini skarpie o wysokości mniej więcej 1 metra. Od morza dzieli mnie może z 25-35 metrów. Starannie wybieram miejsce, sprawdzam, czy nie leżą tu gałęzie świadczące o kruchości drzew i kalkuluję ryzyko, czy cokolwiek może tu nocą spaść. Jestem osłonięta od wiatru. Wszystko mam gotowe: namiot rozbity, materac nadmuchany, śpiwór rozłożony, sakwy rozpakowane. Zabieram się do gotowania wody na obiad i wtedy właśnie przychodzi wiadomość od M. Nie – ta noc na Mierzei nie będzie bezpieczna. A to przykra niespodzianka! Teraz, kiedy jest już prawie ciemno, gdy wszystko mam rozpakowane i biwak już stoi, kompletnie nie mam ochoty się pakować i szukać nowej miejscówki. M. pisze, że powinnam spać za Mierzeją, od strony jeziora. Tymczasem ja jestem na Mierzei, mniej więcej na jej środku i blisko morza… przedstawiam swoje dokładne położenie, wysyłam zdjęcia i ostatecznie dostaję akceptację. Dopiero wtedy rozpalam kuchenkę. Strach jednak siedzi w mojej głowie. Z jaką prędkością musi wiać wiatr, by morze weszło na mierzeję? Gdzie wejdzie najpierw? Czy jeśli wejdzie kanałem to odetnie mnie od drogi z betonowych płyt na wale?



Noc jest długa i niespokojna. Morze wyje, a razem z nim wyją drzewa. Jednostajny, złowrogi i głośny szum zdaje się mnie otaczać z każdej strony. Raz po raz wychodzę z namiotu i wykonuję te kilka kroków, po czym świecę latarką w morze. Jakby to mogło cokolwiek zmienić. Fale podchodzą zupełnie blisko. Patrzę na nie jak zahipnotyzowana. Ale tylko przez chwilę. Wiatr wyziębia mocno i szybko. Poza tym, trudno jest ustać prosto i nieruchomo. Chwieję się, tak jak te rachityczne drzewa obok. Są tylko niewiele wyższe niż ja. Staram się nie myśleć zbyt wiele. Jest przecież jeszcze ta mała skarpa. Około metra wysokości, co oddziela mnie od plaży i rozszalałego morza. Myślę sobie, że jeśli przetrwam tę noc, to będę miała niesamowite wspomnienia. A potem, około 3 w nocy, zasypiam.



Ciąg dalszy

Różanka 2

Piątek, 29 października 2021 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 90.40 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1632m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od samego rana dość mocno wiało. Na początku odwiedziłam Międzylesie, a potem zaczęłam długi podjazd przez Jodłów, aż na wysokość 840 m. n.p.m. Wiatr wiał tam bardzo mocno, aż trudno było utrzymać pion, tak szarpało. Nie spędziłam więc na górze zbyt wiele czasu, choć widok był ładny.







Na dłuższą chwilę zatrzymałam się za to w Międzygórzu.



Jest tam bardzo ciekawy wodospad. Na jakiś czas przypięłam więc rower do znaku drogowego i poszłam na dłuższy spacer. Warto było! Potem jeszcze podjazd przez miejscowość, aż do końca asfaltu i długi zjazd.



W Bystrzycy Kłodzkiej znowu dopadł mnie wiatr. W dodatku łańcuch paskudnie zakleszczył mi się w przedniej przerzutce. Na szczęście miałam rękawiczki robocze i całą akcję wyciągania łańcucha zakończyłam z czystymi dłońmi. Następnie zaczął się długi podjazd na Spaloną. Specjalnie tę trasę wybrałam na dziś dlatego, że na końcu podjazdu jest Schronisko Jagodna. Przypuszczałam, że w weekend będzie tam raczej pełno ludzi, więc wolałam tam zjeść obiad dziś, w piątek. Udało się idealnie. Bez tłumów, a jedzonko jak zawsze pyszne.



No a potem zjazd Autostradą Sudecką – szosą, którą uważam za asfalt teoretyczny. Bo w praktyce stan tej drogi daleki jest od wyobrażenia o szosie, a tym bardziej autostradzie.





Do Różanki dotarłam o zmierzchu, a wieczorem wybrałam się jeszcze na saunę do Długopola-Zdroju.



Ciąg dalszy

Achomowy UltraEndo weekend (2)

Sobota, 16 października 2021 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 57.70 Km teren: 0.00 Czas: 03:10 km/h: 18.22
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 625m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Po dużym i bardzo smacznym śniadaniu, dużą grupą ruszamy na rowerową wycieczkę po Jurze. Trasę wymyślił Achom. Jedziemy najpierw pod górę, odwiedzić Żarki. Podjazd nieco nas rozciągnął, więc na rynku chwilę czekamy, by się skompletować. Dalej jest jazda bardzo wygodną, asfaltową drogą wyłącznie dla rowerów. Możemy jechać obok siebie i gadać, bez obaw, że ktoś za kierownicą będzie się denerwować jadąc za nami. Jest chłodno, ale raz po raz przez chmury przebija słońce i dzięki temu można polować na ciekawe kadry z dynamicznym niebem. Odwiedzamy zamki w Mirowie i Bobolicach. To nie lada gratka! Przejeżdżałam tędy rowerem już wcześniej kilka razy, ale nigdy nie było czasu, by spokojnie wejść na te tereny i popatrzeć zupełnie z bliska. Teraz w końcu jest okazja.





W Boblicach razem z K. zostajemy pod zamkiem nieco dłużej i potem muszę gonić grupę.



Oczywiście mam wgraną w GPS naszą trasę, więc wszystko jest ok. Na 36 km trasy odwiedzamy piękny Złoty Potok. Jest tu Staw Irydon i malowniczy dworek. Robimy sobie tutaj całą serię zdjęć. Chłód robi swoje – całą grupą stwierdzamy, że jesteśmy głodni, jedziemy więc na obiad do pobliskiej restauracji.



Po obiedzie rozdzielamy się na frakcję terenową i szosową. Jadę na kolarzówce, więc zostaję na szosie. Przed Suliszowicami czeka na nas dość długi, leśny podjazd. Po jego zrobieniu dzielimy się znowu. Wioletta trochę się spieszy do Ośrodka, a nie ma wgranej trasy, zgłaszam się więc jako chętna, by ją poprowadzić. Przed nami jeszcze kilka niedużych góreczek, a potem zjazd do Ośrodka. Lecimy cały ten odcinek we tylko we dwie, raźnym tempem.
A potem drugi obiad, już w Ośrodku, wieczorne rozmowy, ognisko. Super!





Z rowerem w lesie

Niedziela, 23 maja 2021 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 63.42 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 301m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Tym razem w terenie. Często pada, więc jest zupełnie nieźle - koła nie grzęzną w piasku.

Na kwiat paproci jeszcze za wcześnie.


Rower, gdzieś w środku lasu.


Aleja.


Kwiat sosny.

Nad morzem

Sobota, 19 grudnia 2020 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 73.04 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wstanie na wschód słońca w drugiej połowie grudnia jest bardzo łatwe. Nie trzeba wysiłku. Słońce ociąga się z wyjściem nad horyzont. Noc dobiegła końca. Nadal jest zimno. Gotuję wodę na kawę, zjadam śniadanie. Kiedy zwijam namiot, jest już zupełnie jasno.



Po wczorajszym podjeździe, dziś czeka mnie w nagrodę, na samym początku dnia, długi zjazd. Pędzę więc zupełnie nieświadoma, że jest ślisko. Orientuję się dopiero, gdy już jestem na dole. Nagle ucieka tylne koło. Udaje mi się utrzymać rower. Nie ma gleby, ani nawet podpórki. Co, do licha? Jeszcze raz próbuję i ta sama sytuacja. Koło ucieka. To czarne i lekko błyszczące, to nie jest mokry asfalt, tylko cieniutka warstwa lodu. Ślisko, jak diabli!

Miało być tak pięknie! Słoneczny poranek, szybki dojazd do Mielna i jakaś godzinka beztroskiego siedzenia na plaży. Zamiast tego, mam lodową przeprawę. W końcu docieram do Mielna.



Świeci słońce, niebo jest błękitnie. Wygląda niemal wakacyjnie. Tylko dlaczego tak zimno i ślisko? Gdzie się podziali letnicy? A, tak – jasne, to przecież jest grudzień. Pusto, zimno, ślisko. Zamiast plażowiczów – morsy. Kilka odważnych osób kąpie się w lodowatych wodach Bałtyku. Na ich widok mocniej zaciągam zamek kurtki puchowej. Zupełnie, jakbym to ja marzła, nie oni. Promenada oblodzona. Idę więc spokojnie, raz po raz robiąc zdjęcia. Lubię pustkę nad morzem. Po to tu przyjechałam.



Dalej jadę pełną uroku Mierzeją Jeziora Jamno. Ponad 10 kilometrów wspaniałej drogi. Kiedyś jechałam już tędy, zaliczając gminy. Kiedy Mierzeja kończy się, muszę odbić w głąb lądu, bo dalszej drogi asfaltowej wzdłuż wybrzeża niestety nie ma. We znaki daje się silny wiatr. Przy niskiej temperaturze jest on wyjątkowo nieprzyjemny.

Nad samo morze wracam dopiero w Darłówku. Krótki zimowy dzień powoli dobiega końca. Pora zrobić małe zakupy na nocleg i posiedzieć na plaży. Zaraz za miejscowością zaczyna się Mierzeja Kopańska. Byłam już tu wcześniej, dlatego wiem, że nawierzchnia to będą ażurowe betonowe płyty. Miejsce jednak jest wybitnie piękne. Posiedzieć tam na plaży, a potem spokojnie rozbić namiot, by celebrować jedną z najdłuższych nocy roku.

Tymczasem kręcę się jeszcze chwilę po Darłówku. Jest tu ujście Wieprzy do morza i nieduży port z latarnią morską.



Na Mierzeję wjeżdżam mając bezpieczny zapas czasu do zachodu słońca. Jadę zatem solidny kawałek po płytach, nim znajduję idealne miejsce do oglądania zachodu.



Wciągam rower na plażę, wyjmuję matę, siadam wygodnie i patrzę, jak słońce wędruje coraz niżej.



Jest niesamowicie pięknie.



Kiedy na niebie zostają już tylko odcienie purpury, po dniu, który właśnie się zakończył, ruszam w dalszą drogę.



Nie jadę nigdzie daleko. Wnikam w pierwsze napotkane zadrzewienie i rozbijam namiot. Jestem na niewysokiej skarpie, tuż nad plażą. Wystarczy, że wychylę głowę i widzę morze. Słyszę je idealnie. Niebo ciemnieje i pojawiają się gwiazdy. Jasne i czyste. To będzie piękna i zimna noc.

Rowerem przez sam środek listopada

Niedziela, 15 listopada 2020 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 74.08 Km teren: 0.00 Czas: 04:37 km/h: 16.05
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 403m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzę się po ponad 10 godzinach snu, ale miejscówka jest tak doskonała, że mogłabym tu spać jeszcze. Niestety pociąg nie poczeka. Trzeba zjeść śniadanie, wypić kawę i jechać. Świt i poranek są wyjątkowo ładne. Okazuje się, że spałam w bardzo ładnym miejscu. Za lasem teren opada do jeziora (Zbiornik Łąka), a w oddali widać już góry!





Natomiast remontowana droga jest zupełnie niezła, choć wczoraj wieczorem jej początek w Pszczynie wskazywał na to, że może być fatalnie. Nawierzchnia to głównie nowiutki asfalt i ubity grunt. W świetle dnia wszystko do przejechania na wąskich oponach.

Za nieciekawymi Pawłowicami są stawy rybne. Woda już spuszczona, ale nadal jest tu pełno ptaków. Kiedy zaczynam robić foty, zrywają się do lotu i jest to piękny widok.





Do Żorów docieram o 9 rano. Na rynku zaczepia mnie pani z pieskiem i pyta, czy nie jest mi zimno na rowerze. Sama ubrana jest ciepło, a i tak sprawia wrażenie mocno zmarzniętej. Chwilę rozmawiamy, a piesek zaprzyjaźnia się w tym czasie z moim rowerem.

Niczego ciekawego nie znajduję w Orzeszach. Jest tu chyba najdziwniejszy rynek na świecie. Gdyby nie tabliczka z napisem „Rynek”, nigdy bym nie wpadła na to, że to miejsce – w sumie skrzyżowanie – jest rynkiem. Dalej za to jest ciekawie: długi zjazd z szeroką panoramą Śląska. Droga mało ruchliwa i… wielu szosowców, którzy piłują ową drogę w drugą stronę, robiąc podjazd.

Trasę kończę w Zabrzu.





Mam tu ponad godzinę do odjazdu pociągu i myślę sobie, że to miła odmiana po zeszłotygodniowej nerwówce, kiedy to mocno musiałam spieszyć się na pociąg. Tym razem dałam sobie znacznie więcej czasu, w końcu nie wiedziałam w jakim stanie przejezdności zastanę remontowaną drogę.



Zaliczone gminy: Pawłowice, Suszec, Żory, Gierałtowice.

Zwiedzając Śląsk

Niedziela, 8 listopada 2020 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 67.51 Km teren: 0.00 Czas: 04:15 km/h: 15.88
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Dokładnie o wschodzie zwijam namiot i ruszam w drogę.



Choć „ruszam”, to zbyt wiele powiedziane. Piękny Park Śląski zatrzymuje mnie na bitą godzinę i więcej prowadzę rower fotografując, niż jadę.





Przede wszystkim trzeba nacieszyć się wstającym właśnie dniem. Słońce zaplątane w gałęzie drzew powolutku wędruje coraz wyżej. Wracam do linii wyznaczającej przebieg południka 19 stopnia długości geograficznej wschodniej. Widziałam to wczoraj wieczorem, ale było już kompletnie ciemno i nie robiłam zdjęć.



Potem jadę do Planetarium. Niestety niewiele widać, bo Planetarium jest w modernizacji i rozbudowie, otoczone ogrodzeniem. Sam Park to miejsce pełne uroku i czas ucieka mi w nim bardzo szybko. Na wyjeździe z niego jeszcze kilka zdjęć pod Stadionem i wio w dalszą drogę.



Chorzów – tu najbardziej podoba mi się budynek starej poczty. Przed Zabrzem z kolei mam nieco problemów z trasą. Na kilku odcinkach idzie ona terenem, a ja mam przecież wąskie opony. Jest też jedno noszenie roweru po schodach nad torami. Samo Zabrze będzie mi się kojarzyło z uliczkami z drobnego kamiennego bruku, no i rzecz jasna z Śląskim Centrum Chorób Serca. Trasę poprowadziłam specjalnie tak, żeby obok niego przejechać. Zapamiętam też ładny widok na kamienice starego miasta, który rozciąga się z wiaduktu kolejowego.



Ostatnią atrakcją na dziś jest Ruda Śląska i jej rynek z imponującym starym kościołem. A dalej? Dalej trzeba gnać! Ustawiając wczoraj budzik pomyliłam godziny i do odjazdu pociągu mam teraz mało czasu. Na dworzec w Katowicach docieram 10 minut przed odjazdem pociągu, który już czeka na peronie. Uff, udało się!

Zaliczone gminy: Bytom, Radzionków, Zabrze, Ruda Śląska, Świętochłowice.


Wakacje 15

Czwartek, 8 sierpnia 2019 Kategoria Kocia czytelnia, do 100
Km: 87.89 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 405m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Do Carcassonne docieram chwilę po 10 rano. Miasto faktycznie jest bardzo ładne, a przecież nie dotarłam jeszcze do największej atrakcji – imponujących, średniowiecznych, fortyfikacji. Miasto wciąga mnie na kilka godzin.



Popołudnie jest bardzo ciepłe. Jadę akurat mocno ruchliwą szosą, która biegnie równolegle do autostrady, gdy czuję, że coś jest nie tak. Tylne koło. Tyle dni dopompowywania i nagle kapeć na całego. Tego już się nie da dopompować. Trzeba zmienić dętkę. Szczęśliwie tu akurat pobocze trochę się rozszerza, a przy barierze energochłonnej rośnie duże drzewo. Jest trochę cienia. Z tylnym kołem, jak zwykle, muszę się naszarpać. Nic przyjemnego.



W dodatku ten wredny smar, którym jeszcze w górach serwisant wypsikał mi calutki napęd dokumentnie uświnił wszystko na czarno. Zakładam rękawiczki gumowe, ale to nic nie daje. Podczas szarpanki pękają i wkrótce całe ręce też mam upaćkane czarną mazią. A skoro ręce, to wszystko czego nimi dotknę: rama roweru, twarz, spodenki. Wszystko. Po prostu masakra. Mija mnie szosowiec. Widząc, że walczę na poboczu z awarią, ogląda się za siebie i… omija szerokim łukiem. Tak właśnie jest we Francji.

Po mniej więcej godzinie mogę jechać dalej. Droga jest nieprzyjemna, to jedna z tych, po których TIRy z ładunkami ponadnormatywnymi jeżdżą nie tylko w nocy, ale również w środku dnia.



Ogromny ruch, prażące słońce, silny wiatr w twarz, duże odległości między miejscowościami. Z przodu jadę z małej tarczy mimo, że jest praktycznie płasko. To sprawia wiatr – jest tak mocny, że z blatu nie mogę uciągnąć. Po raz sama nie wiem który, żałuję, że przyjechałam tu w środku lata. Upał jest po prostu nieznośny, a jazda w nim to walka o przetrwanie. Wczesnym wieczorem docieram do Narbonne. Ruch, dużo ludzi, tylko tędy przejeżdżam. 8 km za miastem, w zadrzewieniach, rozbijam namiot.

Wakacje 12

Poniedziałek, 5 sierpnia 2019 Kategoria do 100
Km: 68.03 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 460m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzę się rano, jest jeszcze ciemnawo. Tu dość późno robi się jasno, ale za to dzień trwa nieco dłużej niż o tej samej porze roku w Polsce. Od wczoraj nie zmieniło się nic. Na niebie jest nadal szara, gęsta chmura, a powietrze jest przesycone chłodną wilgocią. Pamiętam jednak o tym, że gdzieś wysoko, tam gdzie mnie już nie ma, z pewnością świeci słońce i jest piękny dzień. Robię śniadanie, pakuję się i wychodzę z mojej kryjówki. Wczoraj zrobiłam niewielką część zjazdu z Aubisque, teraz zaczynam więc od ponad 10 kilometrowego pędzenia w dół.



Laruns jest na 15 km trasy, docieram tam nieco zmarznięta, robię więc przerwę.



Kręcę się po centrum miasteczka. Nijak, nic tu nie pasuje: albo jest piekarnia, w której kuszą smakowite ciastka, ale bez możliwości kupienia kawy, albo jest to sytuacja dokładnie odwrotna. Co za dziwactwo! Kiedy decyduję, że jednak chcę wypić kawę, miła dziewczyna zza baru mówi, że jeśli mam ochotę również na ciastko, to mam iść do piekarni obok i je sobie tu przynieść do kawy!
Jestem bardzo zaskoczona, pytam więc: to tak można?
Na co ona mi odpowiada: oczywiście, tu wszyscy tak robią!
Idę zatem kilka kroków dalej do piekarni, biorę ciastka i wracam z nimi do kawiarni.
Jest już po 10, ale Laruns jest jeszcze tak jakby nieco uśpione. Mało ludzi na ulicach, raz po raz ktoś przemyka.



Przed mną jeszcze około 15 km zjazdu, jednak jest to już teraz zjazd bardzo łagodny, ledwie odczuwalny. Wygląda jakby było płasko, a jednak dziwnie lekko się jedzie i jest to fajne uczucie. Gdyby tylko pogoda była lepsza! Cały czas albo mżawka, albo lekki deszcz. Widoki szare, a przez to monotonne. Dalej, raz po raz trafiają się małe podjazdy, ale na ogół jest prawie płasko. Skończyłam już jazdę po wysokich górach i mimo, że widoki były tam bajkowe, cieszę się z tego. A to dlatego, że czuję się zmęczona. Robić dziennie prawie 3000 m pionu na rowerze z bagażem wyprawowym, w upale lub w mgle – to potrafi zmęczyć. W końcu przychodzi chwila, gdy myśli biegną w stronę kultowego Kutna, gdzie jest płasko. Teraz więc wypłaszczenie witam z radością.

Trasa znowu jest improwizowana. Mam co prawda ślad, który wgrałam do GPSa w Sort, ale zauważam ciekawą, asfaltową ścieżkę rowerową, która wg oznakowania biegnie w stronę Lourdes. Szosa jest dość mocno obciążona ruchem, a pogoda niespecjalna, więc wbijam na tę ścieżkę. Oznakowanie jest średnie - co kilka km wylatuję na ulicę, potem znowu odnajduję oznakowanie i tak kilka razy.



W końcu docieram do Lourdes.



Okazuje się, że niestety na teren słynnego sanktuarium nie można wejść z rowerem, nawet jeśli by się ten rower prowadziło. Trzeba go zostawić gdzieś na zewnątrz. Najpierw bardzo żałuję (bo przecież nie zostawię roweru!), a chwilę później zaczynam kombinować. To już ponad 10 dni od chwili gdy zaczęłam wakacje. Przydałyby się wreszcie porządny prysznic i pranie. Chodzę po głównej handlowej ulicy miasteczka.



Sklepiki z pamiątkami jeden na drugim, restauracje, kawiarnie… jest też pełno hoteli. Konkurencja duża, więc można trafić fajny hotel w niezbyt wygórowanej cenie. Udaje mi się to! Chwilę później mój rower ląduje w hotelowej skrytce, a ja wraz z tobołkami jadę windą do mojego pokoju.



Cudownie jest wziąć prysznic, nieco mniej fajne jest ręczne pranie brudnych kolarskich ciuchów – no ale trzeba to zrobić. Kiedy ubrania suszą się wisząc na wieszakach w najróżniejszych miejscach pokoju, mogę wreszcie iść na miasto. Mogę odwiedzić sanktuarium, w końcu nie mam przy sobie roweru i nie muszę się o niego bać!



Spędzam w sanktuarium kilka godzin. Pogoda ani na chwilę się nie chce zrobić ładna, cały czas te chmury. Dobrze, że chociaż przestało padać. Spacer, modlitwa i zaduma. Taki wieczór.

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum