Wpisy archiwalne w kategorii
do 100
| Dystans całkowity: | 10042.79 km (w terenie 114.44 km; 1.14%) |
| Czas w ruchu: | 56:05 |
| Średnia prędkość: | 20.56 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 48.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 61356 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 190 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 172 (90 %) |
| Suma kalorii: | 3057 kcal |
| Liczba aktywności: | 143 |
| Średnio na aktywność: | 70.23 km i 3h 44m |
| Więcej statystyk | |
Blisko domu
Niedziela, 26 maja 2019 Kategoria do 100
| Km: | 81.59 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:52 | km/h: | 21.10 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 310m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Blisko domu
Sobota, 25 maja 2019 Kategoria do 100
| Km: | 81.47 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:47 | km/h: | 21.53 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 318m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Majówka_6
Niedziela, 5 maja 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 58.48 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 205m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||

Majówka_5
Sobota, 4 maja 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 73.47 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 320m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Majówka_2
Środa, 1 maja 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 80.65 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1300m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ogryzkowy weekend (2)
Niedziela, 7 kwietnia 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 53.64 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 290m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzimy się tuż przed wschodem Słońca. Mamy ten luksus, że nie musimy nigdzie się spieszyć. Wystarczy tylko, że wyjdziemy z namiotów i cały ten piękny widok, który zwykle można podziwiać podczas bezchmurnego wschodu, mamy na wyciągnięcie ręki. Poranki mają w sobie coś niezwykłego. Ciszę i zapach nowego, budzącego się, dnia.

Po krótkiej sesji zdjęciowej wracamy do namiotów, jemy śniadanie i... nie, nie. Nie wstajemy, nie pakujemy się i nie ruszamy w trasę. Przynajmniej nie od razu. Przyjemnie jest poleżeć po śniadaniu. Posłuchać śpiewu ptaków. Tu, na wieży, doskonale słychać całe to ptasie radio. Byłoby idealnie, gdyby nie... ból gardła. Wczorajsze "chyba" dziś zamieniło się w "na pewno".
Czas ucieka i wczesny poranek przechodzi w zwykłe rano. Mijają minuty, może mija cała godzina... może jeszcze więcej...
Pora wstać! To niedziela, pewnie w końcu ktoś tu przyjdzie. Początek trasy to wyjątkowo mocno zapiaszczone drogi. Ciężko jest jechać i czasem trzeba iść. Buty szybko robią się ciężkie, bo wpada do nich piach. To jak marsz po plaży. Przeprawa ma, z drobnymi przerwami na lepsze drogi, nieco ponad 10 km. W Świechocinie pojawia się szosa, docieramy nią pod wieżę, z której rozciąga się rozległy widok na pola oraz na sam Świechocin.
Droga do Pszczewa jest asfaltowa. Kilometry uciekają więc szybko. W mieście udaje nam się znaleźć czynny sklep. Robimy małe zakupy i wbijamy się w teren. Jedziemy wzdłuż jez. Chłop. Nad nim, skryta w lesie, jest ostatnia dzisiejsza wieża. Droga do wieży jest stromym podejściem. Natomiast sama wieża zdaje się wyrastać z ziemi niczym drzewa, które ją ściśle otaczają. Na kolejnych piętrach leżą spore ilości igliwia. Klimatycznie i zacisznie tu. Widok z góry jest dziwny. Jakiś taki... ogryzkowy. Niby widać z jednej strony jezioro i daleki horyzont, ale jednak nie do końca. Wysokie drzewa dużo przysłaniają. Trzy pozostałe strony oferują widok na las. Na las, który prawie wchodzi na wieżę.
Nad jez. Wędromierz czeka na nas niespodzianka. Nie ma mostu ani kładki nad rzeczką. Żeby przedostać się na drugą stronę, trzeba przejść przez wodę. Widać dno, wygląda na to, że nie jest głęboko. Woda płynie bardzo leniwie, wydaje się wręcz, że prawie nie płynie. Zdejmujemy buty i kolejno przechodzimy. W najgłębszym miejscu jest do kolan. Zimna ta woda!

Kawałek dalej, już mostem, przekraczamy Obrę, a jeszcze dalej - wiaduktem - autostradę A2.

Nie jedzie mi się dobrze. Ból gardła dokucza, we znaki daje się też katarek. Decydujemy, że skrócimy trasę i zakończymy ją w Zbąszyniu.
Tak oto kończymy nasz ogryzkowy weekend.
Zdjęcia

Po krótkiej sesji zdjęciowej wracamy do namiotów, jemy śniadanie i... nie, nie. Nie wstajemy, nie pakujemy się i nie ruszamy w trasę. Przynajmniej nie od razu. Przyjemnie jest poleżeć po śniadaniu. Posłuchać śpiewu ptaków. Tu, na wieży, doskonale słychać całe to ptasie radio. Byłoby idealnie, gdyby nie... ból gardła. Wczorajsze "chyba" dziś zamieniło się w "na pewno".
Czas ucieka i wczesny poranek przechodzi w zwykłe rano. Mijają minuty, może mija cała godzina... może jeszcze więcej...
Pora wstać! To niedziela, pewnie w końcu ktoś tu przyjdzie. Początek trasy to wyjątkowo mocno zapiaszczone drogi. Ciężko jest jechać i czasem trzeba iść. Buty szybko robią się ciężkie, bo wpada do nich piach. To jak marsz po plaży. Przeprawa ma, z drobnymi przerwami na lepsze drogi, nieco ponad 10 km. W Świechocinie pojawia się szosa, docieramy nią pod wieżę, z której rozciąga się rozległy widok na pola oraz na sam Świechocin.
Droga do Pszczewa jest asfaltowa. Kilometry uciekają więc szybko. W mieście udaje nam się znaleźć czynny sklep. Robimy małe zakupy i wbijamy się w teren. Jedziemy wzdłuż jez. Chłop. Nad nim, skryta w lesie, jest ostatnia dzisiejsza wieża. Droga do wieży jest stromym podejściem. Natomiast sama wieża zdaje się wyrastać z ziemi niczym drzewa, które ją ściśle otaczają. Na kolejnych piętrach leżą spore ilości igliwia. Klimatycznie i zacisznie tu. Widok z góry jest dziwny. Jakiś taki... ogryzkowy. Niby widać z jednej strony jezioro i daleki horyzont, ale jednak nie do końca. Wysokie drzewa dużo przysłaniają. Trzy pozostałe strony oferują widok na las. Na las, który prawie wchodzi na wieżę.
Nad jez. Wędromierz czeka na nas niespodzianka. Nie ma mostu ani kładki nad rzeczką. Żeby przedostać się na drugą stronę, trzeba przejść przez wodę. Widać dno, wygląda na to, że nie jest głęboko. Woda płynie bardzo leniwie, wydaje się wręcz, że prawie nie płynie. Zdejmujemy buty i kolejno przechodzimy. W najgłębszym miejscu jest do kolan. Zimna ta woda!

Kawałek dalej, już mostem, przekraczamy Obrę, a jeszcze dalej - wiaduktem - autostradę A2.

Nie jedzie mi się dobrze. Ból gardła dokucza, we znaki daje się też katarek. Decydujemy, że skrócimy trasę i zakończymy ją w Zbąszyniu.
Tak oto kończymy nasz ogryzkowy weekend.
Zdjęcia
Ogryzkowy weekend (1)
Sobota, 6 kwietnia 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 64.17 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 330m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Weekend rozpoczynam w sobotnie popołudnie - tuż po wyjściu z pracy. W Poznaniu wsiadamy do pociągu, który po godzince jazdy ma dotrzeć do małej stacji kolejowej w Mokrzu, w Puszczy Noteckiej. Pociąg jest prawie pusty, rozsiadamy się zatem wygodnie. Ruszamy z opóźnieniem, a ja zaczęłam czuć, że chyba boli mnie gardło.
Chyba?
A może na pewno? W końcu w pełni zdrowia nie myśli się o tym, że chyba boli gardło...
Pociąg jedzie wyjątkowo powoli. Zupełnie tak, jakby maszynista wpadł w melancholię i postanowił nigdzie się już dziś nie spieszyć. Przez okna oglądamy sobie piękne, sobotnie, późne popołudnie. Widzimy spacerujących ludzi oraz przemykających tu i tam rowerzystów. W Rokietnicy postój trwa z pół godziny. Nadzieja na to, że zdążymy być na wieży tuż przed zachodem Słońca, ucieka bezpowrotnie...
Na stacji w Mokrzu miejscowy ostrzega nas przed wilkami, których ponoć jest sporo w Puszczy. Potem jednak dodaje, że one są płochliwe i w rzeczywistości trzeba mieć trochę szczęścia, by je zobaczyć. Ruszamy drogą z betonowych płyt. Potem pojawia się asfalt, który musiał być remontowany wieki temu, bo jest w fatalnym stanie. Lepiej nie próbować jazdy tędy kolarzówką, bo ilości wyrw i piasku mogą być niemiłą niespodzianką.
Pisaki Puszczy Noteckiej wdzierają się na drogę. Prosto z drogi można wejść na Wrzosowe Wydmy. Rowery zostają na dole, a my idziemy w kopnym piachu na górę. Morze piasku, iglaki i wrzosy. Te wrzosy, na jesieni, muszą wyglądać tu wspaniale.

W Sierakowie przekraczany Wartę i robimy małe zakupy - jutro niedziela bez handlu. Drogą wojewódzką pędzimy do Międzychodu. Nie jest zbyt przyjemnie, bo ruch w sobotni wieczór jest duży, a pobocza brak. W Międzychodzie, nad torami kolejowymi, podziwiamy zachód Słońca. Jest ładnie, choć widok z wieży byłby z pewnością znacznie lepszy. Cóż poradzić - trzeba zadowolić się ogryzkiem.

Dalej, już po zachodzie Słońca, jedziemy na Górę Trębacza, na której stoi nasza wieża. Jest trochę szosy i trochę terenu. Krótko przed odbiciem w stronę wieży mijamy duży stóg na polu. Na jego szczycie siedzi około 10 młodych ludzi. Śmieją się, rozmawiają. Na tle coraz bardziej ciemniejącego nieba ich sylwetki wyglądają bardzo... fotograficznie. Niestety to już nie to światło, mój aparat sobie z takimi warunkami raczej nie poradzi. A poza tym, co jeśli oni wcale nie chcą, by ktoś ich fotografował?
Dojazd w okolice wieży jest terenowy, ale dość wygodny. Dopiero pod koniec robi się bardzo stromo i miejscami jest dużo kopnego piachu. Trzeba podejść. Sama wieża jest jedną z tych ciekawszych. Zgodnie postanawiamy, że wnosimy rowery i sakwy, by noc spędzić na górze, na tarasie widokowym. Jest w nas nieomal 100% pewności, że tej nocy nikt nas nie będzie niepokoił.
Zdjęcia

Chyba?
A może na pewno? W końcu w pełni zdrowia nie myśli się o tym, że chyba boli gardło...
Pociąg jedzie wyjątkowo powoli. Zupełnie tak, jakby maszynista wpadł w melancholię i postanowił nigdzie się już dziś nie spieszyć. Przez okna oglądamy sobie piękne, sobotnie, późne popołudnie. Widzimy spacerujących ludzi oraz przemykających tu i tam rowerzystów. W Rokietnicy postój trwa z pół godziny. Nadzieja na to, że zdążymy być na wieży tuż przed zachodem Słońca, ucieka bezpowrotnie...
Na stacji w Mokrzu miejscowy ostrzega nas przed wilkami, których ponoć jest sporo w Puszczy. Potem jednak dodaje, że one są płochliwe i w rzeczywistości trzeba mieć trochę szczęścia, by je zobaczyć. Ruszamy drogą z betonowych płyt. Potem pojawia się asfalt, który musiał być remontowany wieki temu, bo jest w fatalnym stanie. Lepiej nie próbować jazdy tędy kolarzówką, bo ilości wyrw i piasku mogą być niemiłą niespodzianką.
Pisaki Puszczy Noteckiej wdzierają się na drogę. Prosto z drogi można wejść na Wrzosowe Wydmy. Rowery zostają na dole, a my idziemy w kopnym piachu na górę. Morze piasku, iglaki i wrzosy. Te wrzosy, na jesieni, muszą wyglądać tu wspaniale.

W Sierakowie przekraczany Wartę i robimy małe zakupy - jutro niedziela bez handlu. Drogą wojewódzką pędzimy do Międzychodu. Nie jest zbyt przyjemnie, bo ruch w sobotni wieczór jest duży, a pobocza brak. W Międzychodzie, nad torami kolejowymi, podziwiamy zachód Słońca. Jest ładnie, choć widok z wieży byłby z pewnością znacznie lepszy. Cóż poradzić - trzeba zadowolić się ogryzkiem.

Dalej, już po zachodzie Słońca, jedziemy na Górę Trębacza, na której stoi nasza wieża. Jest trochę szosy i trochę terenu. Krótko przed odbiciem w stronę wieży mijamy duży stóg na polu. Na jego szczycie siedzi około 10 młodych ludzi. Śmieją się, rozmawiają. Na tle coraz bardziej ciemniejącego nieba ich sylwetki wyglądają bardzo... fotograficznie. Niestety to już nie to światło, mój aparat sobie z takimi warunkami raczej nie poradzi. A poza tym, co jeśli oni wcale nie chcą, by ktoś ich fotografował?
Dojazd w okolice wieży jest terenowy, ale dość wygodny. Dopiero pod koniec robi się bardzo stromo i miejscami jest dużo kopnego piachu. Trzeba podejść. Sama wieża jest jedną z tych ciekawszych. Zgodnie postanawiamy, że wnosimy rowery i sakwy, by noc spędzić na górze, na tarasie widokowym. Jest w nas nieomal 100% pewności, że tej nocy nikt nas nie będzie niepokoił.
Zdjęcia

Ciąg dalszy
Nad Wartą (1)
Piątek, 29 marca 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 76.19 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 520m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wieczór w WPN-ie oraz nad Wartą.
W WPN-ie ostatnio byłam wieki temu, zapomniałam już jak tam jest. Co więcej, ja właściwie nie znam WPN-u mimo, że jest tak blisko! Dużo lepiej znam Gdańsk. Albo Toruń. Bo tam bywam na rowerze relatywnie często.
Podobało nam się nad jeziorami. Na wieży na Szachtach oraz na wieży na Osowej Górze. Ładne miejsca i piękne widoki. Szkoda, że bardzo popularne, bo raczej nie wyobrażam sobie, by można było tam spać.
W Mosinie zjedliśmy późny obiad. Było już zupełnie ciemno i mieliśmy za sobą obie wieże - na Szachtach i na Osowej. Obiad pyszny. Uraczyłam się pomidorową oraz makaronem z krewetkami. Kto zna i jada owoce morza, wie jakie to dobre.
No a potem ruszyliśmy w noc. Kościół pw. św. Marcelina w Rogalinie zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Wyobraziłam sobie, jakby to było zobaczyć go w środku nocy, mając w nogach poprzednią nieprzespaną noc w siodle.
Ateny.
Bankowo bym stwierdziła, że zajechałam do Aten. To było dobre.

Dalsza droga asfaltem i pod koniec terenem. Było nieco kopnego piasku i czasami szłam trochę pieszo, a Michał czekał wtedy na mnie. Nocą... nie ma się czego bać. Jest tak samo jak w dzień, jedynie Słońca brak. Chociaż...
Dzień kończymy na wieży pod Czmońcem. Zasypiając wyobrażam sobie to co zobaczę rano. Spełni się?
W WPN-ie ostatnio byłam wieki temu, zapomniałam już jak tam jest. Co więcej, ja właściwie nie znam WPN-u mimo, że jest tak blisko! Dużo lepiej znam Gdańsk. Albo Toruń. Bo tam bywam na rowerze relatywnie często.
Podobało nam się nad jeziorami. Na wieży na Szachtach oraz na wieży na Osowej Górze. Ładne miejsca i piękne widoki. Szkoda, że bardzo popularne, bo raczej nie wyobrażam sobie, by można było tam spać.
W Mosinie zjedliśmy późny obiad. Było już zupełnie ciemno i mieliśmy za sobą obie wieże - na Szachtach i na Osowej. Obiad pyszny. Uraczyłam się pomidorową oraz makaronem z krewetkami. Kto zna i jada owoce morza, wie jakie to dobre.
No a potem ruszyliśmy w noc. Kościół pw. św. Marcelina w Rogalinie zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Wyobraziłam sobie, jakby to było zobaczyć go w środku nocy, mając w nogach poprzednią nieprzespaną noc w siodle.
Ateny.
Bankowo bym stwierdziła, że zajechałam do Aten. To było dobre.

Dalsza droga asfaltem i pod koniec terenem. Było nieco kopnego piasku i czasami szłam trochę pieszo, a Michał czekał wtedy na mnie. Nocą... nie ma się czego bać. Jest tak samo jak w dzień, jedynie Słońca brak. Chociaż...
Dzień kończymy na wieży pod Czmońcem. Zasypiając wyobrażam sobie to co zobaczę rano. Spełni się?

Zdjęcia
Ciąg dalszy
Słupca
Niedziela, 24 lutego 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 82.08 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 254m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ponownie ruszamy około południa. Dzień jest już coraz
dłuższy i nie trzeba aż tak się spieszyć. Wiatr wieje z zachodu, więc nasza
trasa idzie dziś, wraz z wiatrem, na wschód. Poznań oglądamy znowu od jego
brzydkiej strony: ponure blokowiska, wiadukty - to wszystko nie wygląda zbyt
atrakcyjnie.
Podpoznańskie pola miały być puste, ale nie są. Nie wiadomo kiedy pojawiła się tu zabudowa i jak grzyby po deszczu wyrosły domki jednorodzinne. Nic tu nie ma… do miasta daleko, zalet wsi praktycznie brak, bo trudno o ciszę i spokój wśród tylu innych domków. Trudno o piękne widoki, skoro z okien widać jedynie osiedle albo pole…Fajniej z pewnością jest mieszkać w Dzwonowie, które odwiedziliśmy wczoraj.
Dopiero w Czerlejnie robi się ciekawiej, bo zaglądamy pod stary, drewniany kościółek. Jesteśmy tu tylko przez chwilę, bo jest zamknięty. Więcej czasu spędzamy w Gułtowach. Tu drewniany kościół jest akurat otwarty. Wchodzimy do środka, a następnie – dzięki uprzejmości dzwonnika – wspinamy się na chór i jeszcze wyżej, by zobaczyć dzwony. Później wizyta pod odrestaurowanym dworkiem i już jedziemy dalej przez wielkopolskie pola.

Okolice są praktycznie zupełnie płaskie. Urozmaiceniem jest raz po raz pojawiające się błotko (jednak raczej w niewielkich ilościach). Uroku płaskim krajobrazom dodaje słońce. Opromienia ono wszystko i niczym najlepszy makijażysta podkreśla to co ładne i tuszuje to co zupełnie zwyczajne lub wręcz brzydkie. Nawet zakłady Mostostalu prezentują się nieźle, a zwieńczenie wieży ciśnień w Słupcy wygląda niczym złocista kula.
Sama Słupca, podobnie jak przyroda, chyba czeka na wiosenne przebudzenie, bo w niedzielne popołudnie na rynku jest pusto i wszystko zamknięte jest na głucho. Znajdujemy jednego czynnego kebaba. Bierzemy jedzenie na wynos i pędzimy na dworzec kolejowy.
Zdjęcia
Mapa
Podpoznańskie pola miały być puste, ale nie są. Nie wiadomo kiedy pojawiła się tu zabudowa i jak grzyby po deszczu wyrosły domki jednorodzinne. Nic tu nie ma… do miasta daleko, zalet wsi praktycznie brak, bo trudno o ciszę i spokój wśród tylu innych domków. Trudno o piękne widoki, skoro z okien widać jedynie osiedle albo pole…Fajniej z pewnością jest mieszkać w Dzwonowie, które odwiedziliśmy wczoraj.
Dopiero w Czerlejnie robi się ciekawiej, bo zaglądamy pod stary, drewniany kościółek. Jesteśmy tu tylko przez chwilę, bo jest zamknięty. Więcej czasu spędzamy w Gułtowach. Tu drewniany kościół jest akurat otwarty. Wchodzimy do środka, a następnie – dzięki uprzejmości dzwonnika – wspinamy się na chór i jeszcze wyżej, by zobaczyć dzwony. Później wizyta pod odrestaurowanym dworkiem i już jedziemy dalej przez wielkopolskie pola.

Okolice są praktycznie zupełnie płaskie. Urozmaiceniem jest raz po raz pojawiające się błotko (jednak raczej w niewielkich ilościach). Uroku płaskim krajobrazom dodaje słońce. Opromienia ono wszystko i niczym najlepszy makijażysta podkreśla to co ładne i tuszuje to co zupełnie zwyczajne lub wręcz brzydkie. Nawet zakłady Mostostalu prezentują się nieźle, a zwieńczenie wieży ciśnień w Słupcy wygląda niczym złocista kula.
Sama Słupca, podobnie jak przyroda, chyba czeka na wiosenne przebudzenie, bo w niedzielne popołudnie na rynku jest pusto i wszystko zamknięte jest na głucho. Znajdujemy jednego czynnego kebaba. Bierzemy jedzenie na wynos i pędzimy na dworzec kolejowy.
Zdjęcia
Mapa
Skrzyżowanie rzek
Sobota, 23 lutego 2019 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 72.71 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 643m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Nie jest to wczesny poranek, ale to nawet lepiej, bo nocny mróz zdążył uciec. Idealna pora, by wybrać się na rower. Przejazd przez Poznań jest mało atrakcyjny, a przybrane w szare chmury niebo zdaje się podkreślać szpetotę przemysłowej części miasta.
Dalej jednak jest już tylko lepiej i wkrótce miasto zostaje za nami, a nawet... pod nami - możemy na nie popatrzeć z tarasu widokowego na Dziewiczej Górze - z daleka wygląda nieco lepiej. Powietrze jest zimne i podczas robienia zdjęć dłonie bardzo szybko marzną.
Schodzimy z wieży i, po zjeździe z Dziewiczej, zagłębiamy się w przepastne lasy Puszczy Zielonki. O tej porze roku, późną zimą, gdy nie ma już śniegu, las ma kolor drewniany. Brązowa ziemia i brązowe pnie oraz gałęzie drzew zlewają się w harmonijną całość, która w uśpieniu czeka na mającą nadejść wiosnę.
Zastanawialiśmy się, czy w Zielonce zastaniemy czynny sklepik. Obydwoje pamiętamy, że tam był. Tymczasem okazuje się, że po sklepiku nie zostało prawie nic. W tamtym miejscu stoją tylko ławki i drewniany stół. Dalej jest Głęboczek wciśnięty w ciasną dolinkę. Tu pewnie bywa zimno i tu pewnie bywa smog. My też tu bywamy - od czasu do czasu.
Zatopione w lesie Dzwonowo to wieś, jaką pamięta się z dzieciństwa: gruntowa droga, stare chaty, cisza, spokój. Pięknie tu.
Piaski w okolicach Niedźwiedzin pamiętam sprzed wielu lat. Było gorąco, było praktycznie nieprzejezdnie. Teraz, pod koniec lutego, nie jest trudno tutaj jechać. Jeszcze tylko kilka góreczek i oto jesteśmy pod drewnianym kościółkiem w Rejowcu. Klamka nie ustępuje, więc nie bawimy tu zbyt długo.
Końcówka dnia, niespodziewanie, jest zjawiskowo piękna. Po szarym dniu, przychodzi złocisty wieczór. Lód na jeziorze Karolewskim jest tak cienki, że aż prawie go nie ma. Słońce ubiera wodę w złoto i możemy podziwiać to lodowate, delikatne, piękno.

Stawy rybne pod Skokami w pomarańczowych, ognistych barwach kończącego się dnia wyglądają wspaniale. Złota godzina, robimy zdjęcia, a ja zaklinam swój aparat, by bateria jeszcze trochę wytrzymała.
Wieczorne pola i lasy - gęsi znalazły już miejscówkę noclegową na łące, a my jedziemy do celu naszej wycieczki. Wągrowiec osiągamy już po ciemku, latarkami doświetlając skrzyżowanie rzek Nielby i Wełny. Ciągnie chłodem, wieczór przyniósł kolejną dawkę mrozu. Pora schronić się przed zimnem, dworzec kolejowy jest już blisko.
Zdjęcia
Mapa
Dalej jednak jest już tylko lepiej i wkrótce miasto zostaje za nami, a nawet... pod nami - możemy na nie popatrzeć z tarasu widokowego na Dziewiczej Górze - z daleka wygląda nieco lepiej. Powietrze jest zimne i podczas robienia zdjęć dłonie bardzo szybko marzną.
Schodzimy z wieży i, po zjeździe z Dziewiczej, zagłębiamy się w przepastne lasy Puszczy Zielonki. O tej porze roku, późną zimą, gdy nie ma już śniegu, las ma kolor drewniany. Brązowa ziemia i brązowe pnie oraz gałęzie drzew zlewają się w harmonijną całość, która w uśpieniu czeka na mającą nadejść wiosnę.
Zastanawialiśmy się, czy w Zielonce zastaniemy czynny sklepik. Obydwoje pamiętamy, że tam był. Tymczasem okazuje się, że po sklepiku nie zostało prawie nic. W tamtym miejscu stoją tylko ławki i drewniany stół. Dalej jest Głęboczek wciśnięty w ciasną dolinkę. Tu pewnie bywa zimno i tu pewnie bywa smog. My też tu bywamy - od czasu do czasu.
Zatopione w lesie Dzwonowo to wieś, jaką pamięta się z dzieciństwa: gruntowa droga, stare chaty, cisza, spokój. Pięknie tu.
Piaski w okolicach Niedźwiedzin pamiętam sprzed wielu lat. Było gorąco, było praktycznie nieprzejezdnie. Teraz, pod koniec lutego, nie jest trudno tutaj jechać. Jeszcze tylko kilka góreczek i oto jesteśmy pod drewnianym kościółkiem w Rejowcu. Klamka nie ustępuje, więc nie bawimy tu zbyt długo.
Końcówka dnia, niespodziewanie, jest zjawiskowo piękna. Po szarym dniu, przychodzi złocisty wieczór. Lód na jeziorze Karolewskim jest tak cienki, że aż prawie go nie ma. Słońce ubiera wodę w złoto i możemy podziwiać to lodowate, delikatne, piękno.

Stawy rybne pod Skokami w pomarańczowych, ognistych barwach kończącego się dnia wyglądają wspaniale. Złota godzina, robimy zdjęcia, a ja zaklinam swój aparat, by bateria jeszcze trochę wytrzymała.
Wieczorne pola i lasy - gęsi znalazły już miejscówkę noclegową na łące, a my jedziemy do celu naszej wycieczki. Wągrowiec osiągamy już po ciemku, latarkami doświetlając skrzyżowanie rzek Nielby i Wełny. Ciągnie chłodem, wieczór przyniósł kolejną dawkę mrozu. Pora schronić się przed zimnem, dworzec kolejowy jest już blisko.
Zdjęcia
Mapa







