Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Grudzień, 2021

Dystans całkowity:126.77 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Liczba aktywności:3
Średnio na aktywność:42.26 km
Więcej statystyk

Podsumowanie

Piątek, 31 grudnia 2021 Kategoria Kocia czytelnia
Km: 0.00 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Podsumowanie 2021 roku oraz lat minionych wygląda tak:



Wszystkiego dobrego w Nowym Roku życzę wszystkim, którzy tu lubią zaglądać :) 
Nadal będę jeździć, więc już teraz zapraszam do odwiedzania i czytania Kota w zaczynającym się za kilka godzin 2022.

Nad niespokojnym morzem

Niedziela, 19 grudnia 2021 Kategoria do 50, Kocia czytelnia
Km: 45.73 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzi mnie dopiero światło dnia. Cholera! Zaspałam! Wśród donośnego szumu morza i drzew, budzik był zupełnie niesłyszalny. Zaspałam o całą godzinę. Szybko wychodzę z namiotu i oczom moim ukazuje się widok zupełnie niezwykły: oto morze i wysokie, spienione fale, a na środku nad tym wszystkim, na niebie wisi sobie najspokojniej w świecie księżyc w pełni. Wody srebrzą się od jego blasku i jest niewiarygodnie pięknie!





Pospiesznie piję kawę, jem śniadanie i zwijam biwak. Przecież chcę jeszcze mieć trochę czasu w pięknym Jarosławcu oraz zjeść rybkę w Ustce. Skoro przetrwałam tę straszną noc, należy mi się! Morze nie odcięło mi drogi powrotu na wał. Idę na chwilę nad kanał. Jest pełen wody. Ponoć latem często jest tu sucho i nie ma połączenia między jeziorem a morzem. Teraz jest głęboko. Nie odważyłabym się przejść przez kanał w tych warunkach hydrologicznych, nawet gdyby było ciepło.





Robię kilka zdjęć i jadę do końca mierzei, a potem drogą nadmorską do Jarosławca. Tu tradycyjne zdjęcie przy latarni i wizyta w przystani rybackiej. Rozmawiam z rybakami. Mówią, że nocny sztorm osiągał 8 stopni w skali Beauforta, a teraz mamy 5-6.





Do Ustki mam stąd 33 km umiarkowanie ciekawej drogi, która nie idzie bezpośrednio nad morzem.



Wieje już nieco słabiej niż wczoraj w ciągu dnia. No i wreszcie nie pada! W Ustce, bliżej morza, wiatr znowu staje się dokuczliwy. Idę w znajome miejsce przy latarni na rybkę i zupę pomidorową.





Potem kręcę się jeszcze po miasteczku i o 13:02 ruszam pociągiem w długą drogę do domu.

Osiem w skali Beauforta

Sobota, 18 grudnia 2021 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 72.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Poranek, zgodnie z prognozami, jest mglisty i chłodny. Temperatura trzyma się na plusie i to mnie cieszy. 18 grudnia – to ostatni weekend tej jesieni. Jest to jesień prawie najpóźniejsza z możliwych. Po kawie i śniadaniu zwijam namiot i wtedy zauważam, że ta wilgoć to nie tylko mgła. To również mżawka.



No cóż. Tego miało nie być! Nie jestem przygotowana na deszczyk przy temperaturze 4°C. Mam co prawda starą kurtkę deszczową, ale nie zabrałam spodni deszczowych i osłonek na buty oraz na kask. Wyjeżdżam więc z lasu z nadzieją na to, że ta mżawka to tylko jakieś chwilowe nieporozumienie.



Na stacji tankuję paliwo do kuchenki oraz kupuję izotonik. W tej szarzyźnie Koszalin nie wygląda zbyt dobrze. Nie ma zatem co za długo tu siedzieć, trzeba jechać nad morze! Na wyjeździe z miasta trafiam na McD. Krótka gonitwa myśli – wchodzę! Cały czas mży i jest zimno, a przy okazji jest wcześnie i z pewnością mają ofertę śniadaniową, która obecnie została już jedynym jadalnym zestawem, jaki McD oferuje.

Kiedy wychodzę z McD, nadal kropi. Nadzieje na zwykłą mgłę uciekają. Wiem już, że to będzie ciężki dzień. Dlatego nie żałuję sobie dobrego i w Mielnie, tuż przy plaży, przypinam rower i idę do kawiarni na kawę i gofra. Kawa jest wybitna. Jedna z lepszych jakie miałam okazję pić. Gofr zupełnie niezły. Ucinam sobie też miłą pogawędkę z chłopakiem zza lady. Opowiada mi o pewnym podróżniku, którego spotkał minionego lata. Szedł on pieszo przez Europę… bez pieniędzy. Idąc prosił napotkanych ludzi o pomoc finansową lub o jedzenie. Pomysł może i ciekawy, ale zupełnie nie w moim stylu. Uważam, że własne przyjemności należy realizować za własne pieniądze.





Mała godzinka w kawiarni, to ostatnie słodkie chwile tego wyjazdu… od teraz będzie już tylko gorzej i gorzej.



Gęsta mżawka szybko mnie przemoczyła. Mokre spodnie, wkładka, tyłek, nogi, buty, skarpetki. Do tego zimny, przeszywający i coraz silniejszy wiatr. No właśnie, wiatr! Planowałam spać na Mierzei Kopańskiej. Jest to miejsce wyjątkowo ładne,ale czy na pewno bezpieczne w takich warunkach? W prognozach widziałam, że wiatr ma się wzmagać z każdą godziną, aż do samego rana. Napisałam w tej sprawie do M., bo M. z pewnością wie, co będzie dalej w pogodzie. Jadę chwilę promenadą nadmorską. Wieje strasznie! A potem mierzeją jeziora Jamno. Na krótki odcinek zjeżdżam z szosy i łatwym terenem zbliżam się nad brzeg jeziora i kręcę wzdłuż niego. Doskonała szarość. Listopad byłby dumny.







W Łazach odbijam w głąb lądu. Aż do Bukowa Morskiego nie dzieje się nic szczególnego. Cały czas ten sam wredny deszczyk i ziąb. Nad morze wracam w Dąbkach. Wita mnie tu palma z napisem Las Palmas. Teraz, na początku drugiej połowy grudnia, wygląda to zupełnie nierealnie. A może wakacje pod palmami?





Znowu odklejam się od linii brzegowej Bałtyku i w ten sposób dojeżdżam do Darłowa. Stan moich ubrań (solidnie podmoczone spodnie, buty i skarpetki) każe zastanowić się, co dalej. Wbijam na nieduży Orlen. Nic tu nie kupuję. Wchodzę do toalety i w cieple przeglądam Internet. Cel mam jeden: sprawdzić, czy jest tu jakiś Decathlon i kupić na noc jakiekolwiek spodnie do spania. Żeby były suche. Niestety nic tu nie ma. Jazda do Darłówka upływa mi na kombinowaniu.



Przecież idąc spać w mokrych spodniach, a w szczególności z mokrą wkładką, załatwię śpiwór. Wtedy do głowy przychodzi mi genialny pomysł: wiozę przecież ze sobą karimatowe siedzisko. Specjalnie po to, by posiedzieć sobie na plaży i popatrzeć na zachód słońca. Doprawdy, dobre! Żadnego zachodu przecież nie będzie, bo słońce dziś nie pokazało się nawet na ułamek sekundy. Poza tym wieje tak straszliwie, że w tym zimnie nie da się siedzieć na plaży. Za to siedzisko przyda się pod namiotem. Podłożę je pomiędzy tyłek a śpiwór i powinno być ok. Zadowolona jestem bardzo z tego pomysłu i już niczym się nie przejmuję. Do czasu…

W Darłówku mijam mały targ rybny. Rozglądam się trochę i w końcu kupuję 2 porcje wędzonego halibuta. Jadę potem pod latarnię morską i do ujścia Wieprzy do morza. Nie da się tu być zbyt długo. Wiatr wychładza błyskawicznie. Do zachodu słońca mam jakieś pół godziny, gdy wjeżdżam na Mierzeję Kopańską. Droga z płyt betonowych, fragmentami zasypana piaskiem.





Wyjątkowe miejsce, a jednak dziś nie ma tu nikogo. Tylko szalejący wiatr i groźnie szumiące morze. No właśnie, czy w tych warunkach bezpiecznie będzie tu spać? Zanosi się na sztorm. Sprawdzam telefon. Żadnych wiadomości od M. Jadę zatem swoje i kawałek za kanałem łączącym morze i Jezioro Kopań wnikam w las i rozbijam namiot. Robię to na mini skarpie o wysokości mniej więcej 1 metra. Od morza dzieli mnie może z 25-35 metrów. Starannie wybieram miejsce, sprawdzam, czy nie leżą tu gałęzie świadczące o kruchości drzew i kalkuluję ryzyko, czy cokolwiek może tu nocą spaść. Jestem osłonięta od wiatru. Wszystko mam gotowe: namiot rozbity, materac nadmuchany, śpiwór rozłożony, sakwy rozpakowane. Zabieram się do gotowania wody na obiad i wtedy właśnie przychodzi wiadomość od M. Nie – ta noc na Mierzei nie będzie bezpieczna. A to przykra niespodzianka! Teraz, kiedy jest już prawie ciemno, gdy wszystko mam rozpakowane i biwak już stoi, kompletnie nie mam ochoty się pakować i szukać nowej miejscówki. M. pisze, że powinnam spać za Mierzeją, od strony jeziora. Tymczasem ja jestem na Mierzei, mniej więcej na jej środku i blisko morza… przedstawiam swoje dokładne położenie, wysyłam zdjęcia i ostatecznie dostaję akceptację. Dopiero wtedy rozpalam kuchenkę. Strach jednak siedzi w mojej głowie. Z jaką prędkością musi wiać wiatr, by morze weszło na mierzeję? Gdzie wejdzie najpierw? Czy jeśli wejdzie kanałem to odetnie mnie od drogi z betonowych płyt na wale?



Noc jest długa i niespokojna. Morze wyje, a razem z nim wyją drzewa. Jednostajny, złowrogi i głośny szum zdaje się mnie otaczać z każdej strony. Raz po raz wychodzę z namiotu i wykonuję te kilka kroków, po czym świecę latarką w morze. Jakby to mogło cokolwiek zmienić. Fale podchodzą zupełnie blisko. Patrzę na nie jak zahipnotyzowana. Ale tylko przez chwilę. Wiatr wyziębia mocno i szybko. Poza tym, trudno jest ustać prosto i nieruchomo. Chwieję się, tak jak te rachityczne drzewa obok. Są tylko niewiele wyższe niż ja. Staram się nie myśleć zbyt wiele. Jest przecież jeszcze ta mała skarpa. Około metra wysokości, co oddziela mnie od plaży i rozszalałego morza. Myślę sobie, że jeśli przetrwam tę noc, to będę miała niesamowite wspomnienia. A potem, około 3 w nocy, zasypiam.



Ciąg dalszy

Dziwny wieczór w Koszalinie

Piątek, 17 grudnia 2021 Kategoria do 50, Kocia czytelnia
Km: 8.34 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Tuż przed 21:00 wysiadam na stacji kolejowej w Koszalinie. Zaledwie 5 stopni na plusie, a powietrze przesycone jest wilgocią. Jadę do centrum zobaczyć świąteczne iluminacje i kupić wodę na biwak. Koszalin nie zawodzi, światełka są ładne.

Potem jadę pod górę, do lasu. Droga oświetlona jest zimnym światłem latarni. Jest nieco dziwnie. Zupełnie spokojnie i wydaje się, że nikogo tu nie ma, aż naraz słyszę pijackie, basowe, wrzaski. Kilku pijanych facetów siedzi w pustostanie, po drugiej stronie drogi. Ale, że akurat tutaj? Tak daleko od centrum? No i o tej porze oraz w tym zimie? Potem robi się jeszcze dziwniej. Z bocznej dróżki wychodzi starszy pan z kijkami. Idzie w tą samą stronę, w którą ja jadę. No to trochę kanał. Muszę odczekać dość długo, żeby sobie poszedł. Przecież nie może widzieć, jak wnikam z rowerem w las… Sprawdzam mapę i zastanawiam się, dokąd on może iść w tych ciemnościach i zimnie i dziwię się coraz bardziej. Do najbliższej cywilizacji ma naprawdę daleko!

Gaszę lampki i czekam aż się oddali i tak mija czas. A potem, w tych ciemnościach, słyszę zbliżające się stukanie kijków. A to co znowu? To ten sam starszy pan. Wraca. Zapalam przednią lampę i ruszam drogą dla rowerów. Jadę szybko i gdy tylko mam pewność, że wreszcie nie ma dookoła nikogo, przenikam las. Idę żwawo po małych górkach. W zagłębieniu terenu, za kolejną taką górką, rozbijam namiot. Tu, mniej więcej w środku lasu i mniej więcej w środku grudnia. Zza chmur wygląda księżyc. Las jest cichy i spokojny. Idealnie.




Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum