Osiem w skali Beauforta
Sobota, 18 grudnia 2021 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 72.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Poranek, zgodnie z prognozami, jest mglisty i chłodny.
Temperatura trzyma się na plusie i to mnie cieszy. 18 grudnia – to ostatni
weekend tej jesieni. Jest to jesień prawie najpóźniejsza z możliwych. Po kawie
i śniadaniu zwijam namiot i wtedy zauważam, że ta wilgoć to nie tylko mgła. To również
mżawka.

No cóż. Tego miało nie być! Nie jestem przygotowana na deszczyk przy temperaturze 4°C. Mam co prawda starą kurtkę deszczową, ale nie zabrałam spodni deszczowych i osłonek na buty oraz na kask. Wyjeżdżam więc z lasu z nadzieją na to, że ta mżawka to tylko jakieś chwilowe nieporozumienie.

Na stacji tankuję paliwo do kuchenki oraz kupuję izotonik. W tej szarzyźnie Koszalin nie wygląda zbyt dobrze. Nie ma zatem co za długo tu siedzieć, trzeba jechać nad morze! Na wyjeździe z miasta trafiam na McD. Krótka gonitwa myśli – wchodzę! Cały czas mży i jest zimno, a przy okazji jest wcześnie i z pewnością mają ofertę śniadaniową, która obecnie została już jedynym jadalnym zestawem, jaki McD oferuje.
Kiedy wychodzę z McD, nadal kropi. Nadzieje na zwykłą mgłę uciekają. Wiem już, że to będzie ciężki dzień. Dlatego nie żałuję sobie dobrego i w Mielnie, tuż przy plaży, przypinam rower i idę do kawiarni na kawę i gofra. Kawa jest wybitna. Jedna z lepszych jakie miałam okazję pić. Gofr zupełnie niezły. Ucinam sobie też miłą pogawędkę z chłopakiem zza lady. Opowiada mi o pewnym podróżniku, którego spotkał minionego lata. Szedł on pieszo przez Europę… bez pieniędzy. Idąc prosił napotkanych ludzi o pomoc finansową lub o jedzenie. Pomysł może i ciekawy, ale zupełnie nie w moim stylu. Uważam, że własne przyjemności należy realizować za własne pieniądze.


Mała godzinka w kawiarni, to ostatnie słodkie chwile tego wyjazdu… od teraz będzie już tylko gorzej i gorzej.

Gęsta mżawka szybko mnie przemoczyła. Mokre spodnie, wkładka, tyłek, nogi, buty, skarpetki. Do tego zimny, przeszywający i coraz silniejszy wiatr. No właśnie, wiatr! Planowałam spać na Mierzei Kopańskiej. Jest to miejsce wyjątkowo ładne,ale czy na pewno bezpieczne w takich warunkach? W prognozach widziałam, że wiatr ma się wzmagać z każdą godziną, aż do samego rana. Napisałam w tej sprawie do M., bo M. z pewnością wie, co będzie dalej w pogodzie. Jadę chwilę promenadą nadmorską. Wieje strasznie! A potem mierzeją jeziora Jamno. Na krótki odcinek zjeżdżam z szosy i łatwym terenem zbliżam się nad brzeg jeziora i kręcę wzdłuż niego. Doskonała szarość. Listopad byłby dumny.



W Łazach odbijam w głąb lądu. Aż do Bukowa Morskiego nie dzieje się nic szczególnego. Cały czas ten sam wredny deszczyk i ziąb. Nad morze wracam w Dąbkach. Wita mnie tu palma z napisem Las Palmas. Teraz, na początku drugiej połowy grudnia, wygląda to zupełnie nierealnie. A może wakacje pod palmami?


Znowu odklejam się od linii brzegowej Bałtyku i w ten sposób dojeżdżam do Darłowa. Stan moich ubrań (solidnie podmoczone spodnie, buty i skarpetki) każe zastanowić się, co dalej. Wbijam na nieduży Orlen. Nic tu nie kupuję. Wchodzę do toalety i w cieple przeglądam Internet. Cel mam jeden: sprawdzić, czy jest tu jakiś Decathlon i kupić na noc jakiekolwiek spodnie do spania. Żeby były suche. Niestety nic tu nie ma. Jazda do Darłówka upływa mi na kombinowaniu.

Przecież idąc spać w mokrych spodniach, a w szczególności z mokrą wkładką, załatwię śpiwór. Wtedy do głowy przychodzi mi genialny pomysł: wiozę przecież ze sobą karimatowe siedzisko. Specjalnie po to, by posiedzieć sobie na plaży i popatrzeć na zachód słońca. Doprawdy, dobre! Żadnego zachodu przecież nie będzie, bo słońce dziś nie pokazało się nawet na ułamek sekundy. Poza tym wieje tak straszliwie, że w tym zimnie nie da się siedzieć na plaży. Za to siedzisko przyda się pod namiotem. Podłożę je pomiędzy tyłek a śpiwór i powinno być ok. Zadowolona jestem bardzo z tego pomysłu i już niczym się nie przejmuję. Do czasu…
W Darłówku mijam mały targ rybny. Rozglądam się trochę i w końcu kupuję 2 porcje wędzonego halibuta. Jadę potem pod latarnię morską i do ujścia Wieprzy do morza. Nie da się tu być zbyt długo. Wiatr wychładza błyskawicznie. Do zachodu słońca mam jakieś pół godziny, gdy wjeżdżam na Mierzeję Kopańską. Droga z płyt betonowych, fragmentami zasypana piaskiem.


Wyjątkowe miejsce, a jednak dziś nie ma tu nikogo. Tylko szalejący wiatr i groźnie szumiące morze. No właśnie, czy w tych warunkach bezpiecznie będzie tu spać? Zanosi się na sztorm. Sprawdzam telefon. Żadnych wiadomości od M. Jadę zatem swoje i kawałek za kanałem łączącym morze i Jezioro Kopań wnikam w las i rozbijam namiot. Robię to na mini skarpie o wysokości mniej więcej 1 metra. Od morza dzieli mnie może z 25-35 metrów. Starannie wybieram miejsce, sprawdzam, czy nie leżą tu gałęzie świadczące o kruchości drzew i kalkuluję ryzyko, czy cokolwiek może tu nocą spaść. Jestem osłonięta od wiatru. Wszystko mam gotowe: namiot rozbity, materac nadmuchany, śpiwór rozłożony, sakwy rozpakowane. Zabieram się do gotowania wody na obiad i wtedy właśnie przychodzi wiadomość od M. Nie – ta noc na Mierzei nie będzie bezpieczna. A to przykra niespodzianka! Teraz, kiedy jest już prawie ciemno, gdy wszystko mam rozpakowane i biwak już stoi, kompletnie nie mam ochoty się pakować i szukać nowej miejscówki. M. pisze, że powinnam spać za Mierzeją, od strony jeziora. Tymczasem ja jestem na Mierzei, mniej więcej na jej środku i blisko morza… przedstawiam swoje dokładne położenie, wysyłam zdjęcia i ostatecznie dostaję akceptację. Dopiero wtedy rozpalam kuchenkę. Strach jednak siedzi w mojej głowie. Z jaką prędkością musi wiać wiatr, by morze weszło na mierzeję? Gdzie wejdzie najpierw? Czy jeśli wejdzie kanałem to odetnie mnie od drogi z betonowych płyt na wale?

Noc jest długa i niespokojna. Morze wyje, a razem z nim wyją drzewa. Jednostajny, złowrogi i głośny szum zdaje się mnie otaczać z każdej strony. Raz po raz wychodzę z namiotu i wykonuję te kilka kroków, po czym świecę latarką w morze. Jakby to mogło cokolwiek zmienić. Fale podchodzą zupełnie blisko. Patrzę na nie jak zahipnotyzowana. Ale tylko przez chwilę. Wiatr wyziębia mocno i szybko. Poza tym, trudno jest ustać prosto i nieruchomo. Chwieję się, tak jak te rachityczne drzewa obok. Są tylko niewiele wyższe niż ja. Staram się nie myśleć zbyt wiele. Jest przecież jeszcze ta mała skarpa. Około metra wysokości, co oddziela mnie od plaży i rozszalałego morza. Myślę sobie, że jeśli przetrwam tę noc, to będę miała niesamowite wspomnienia. A potem, około 3 w nocy, zasypiam.

Ciąg dalszy

No cóż. Tego miało nie być! Nie jestem przygotowana na deszczyk przy temperaturze 4°C. Mam co prawda starą kurtkę deszczową, ale nie zabrałam spodni deszczowych i osłonek na buty oraz na kask. Wyjeżdżam więc z lasu z nadzieją na to, że ta mżawka to tylko jakieś chwilowe nieporozumienie.

Na stacji tankuję paliwo do kuchenki oraz kupuję izotonik. W tej szarzyźnie Koszalin nie wygląda zbyt dobrze. Nie ma zatem co za długo tu siedzieć, trzeba jechać nad morze! Na wyjeździe z miasta trafiam na McD. Krótka gonitwa myśli – wchodzę! Cały czas mży i jest zimno, a przy okazji jest wcześnie i z pewnością mają ofertę śniadaniową, która obecnie została już jedynym jadalnym zestawem, jaki McD oferuje.
Kiedy wychodzę z McD, nadal kropi. Nadzieje na zwykłą mgłę uciekają. Wiem już, że to będzie ciężki dzień. Dlatego nie żałuję sobie dobrego i w Mielnie, tuż przy plaży, przypinam rower i idę do kawiarni na kawę i gofra. Kawa jest wybitna. Jedna z lepszych jakie miałam okazję pić. Gofr zupełnie niezły. Ucinam sobie też miłą pogawędkę z chłopakiem zza lady. Opowiada mi o pewnym podróżniku, którego spotkał minionego lata. Szedł on pieszo przez Europę… bez pieniędzy. Idąc prosił napotkanych ludzi o pomoc finansową lub o jedzenie. Pomysł może i ciekawy, ale zupełnie nie w moim stylu. Uważam, że własne przyjemności należy realizować za własne pieniądze.


Mała godzinka w kawiarni, to ostatnie słodkie chwile tego wyjazdu… od teraz będzie już tylko gorzej i gorzej.

Gęsta mżawka szybko mnie przemoczyła. Mokre spodnie, wkładka, tyłek, nogi, buty, skarpetki. Do tego zimny, przeszywający i coraz silniejszy wiatr. No właśnie, wiatr! Planowałam spać na Mierzei Kopańskiej. Jest to miejsce wyjątkowo ładne,ale czy na pewno bezpieczne w takich warunkach? W prognozach widziałam, że wiatr ma się wzmagać z każdą godziną, aż do samego rana. Napisałam w tej sprawie do M., bo M. z pewnością wie, co będzie dalej w pogodzie. Jadę chwilę promenadą nadmorską. Wieje strasznie! A potem mierzeją jeziora Jamno. Na krótki odcinek zjeżdżam z szosy i łatwym terenem zbliżam się nad brzeg jeziora i kręcę wzdłuż niego. Doskonała szarość. Listopad byłby dumny.



W Łazach odbijam w głąb lądu. Aż do Bukowa Morskiego nie dzieje się nic szczególnego. Cały czas ten sam wredny deszczyk i ziąb. Nad morze wracam w Dąbkach. Wita mnie tu palma z napisem Las Palmas. Teraz, na początku drugiej połowy grudnia, wygląda to zupełnie nierealnie. A może wakacje pod palmami?


Znowu odklejam się od linii brzegowej Bałtyku i w ten sposób dojeżdżam do Darłowa. Stan moich ubrań (solidnie podmoczone spodnie, buty i skarpetki) każe zastanowić się, co dalej. Wbijam na nieduży Orlen. Nic tu nie kupuję. Wchodzę do toalety i w cieple przeglądam Internet. Cel mam jeden: sprawdzić, czy jest tu jakiś Decathlon i kupić na noc jakiekolwiek spodnie do spania. Żeby były suche. Niestety nic tu nie ma. Jazda do Darłówka upływa mi na kombinowaniu.

Przecież idąc spać w mokrych spodniach, a w szczególności z mokrą wkładką, załatwię śpiwór. Wtedy do głowy przychodzi mi genialny pomysł: wiozę przecież ze sobą karimatowe siedzisko. Specjalnie po to, by posiedzieć sobie na plaży i popatrzeć na zachód słońca. Doprawdy, dobre! Żadnego zachodu przecież nie będzie, bo słońce dziś nie pokazało się nawet na ułamek sekundy. Poza tym wieje tak straszliwie, że w tym zimnie nie da się siedzieć na plaży. Za to siedzisko przyda się pod namiotem. Podłożę je pomiędzy tyłek a śpiwór i powinno być ok. Zadowolona jestem bardzo z tego pomysłu i już niczym się nie przejmuję. Do czasu…
W Darłówku mijam mały targ rybny. Rozglądam się trochę i w końcu kupuję 2 porcje wędzonego halibuta. Jadę potem pod latarnię morską i do ujścia Wieprzy do morza. Nie da się tu być zbyt długo. Wiatr wychładza błyskawicznie. Do zachodu słońca mam jakieś pół godziny, gdy wjeżdżam na Mierzeję Kopańską. Droga z płyt betonowych, fragmentami zasypana piaskiem.


Wyjątkowe miejsce, a jednak dziś nie ma tu nikogo. Tylko szalejący wiatr i groźnie szumiące morze. No właśnie, czy w tych warunkach bezpiecznie będzie tu spać? Zanosi się na sztorm. Sprawdzam telefon. Żadnych wiadomości od M. Jadę zatem swoje i kawałek za kanałem łączącym morze i Jezioro Kopań wnikam w las i rozbijam namiot. Robię to na mini skarpie o wysokości mniej więcej 1 metra. Od morza dzieli mnie może z 25-35 metrów. Starannie wybieram miejsce, sprawdzam, czy nie leżą tu gałęzie świadczące o kruchości drzew i kalkuluję ryzyko, czy cokolwiek może tu nocą spaść. Jestem osłonięta od wiatru. Wszystko mam gotowe: namiot rozbity, materac nadmuchany, śpiwór rozłożony, sakwy rozpakowane. Zabieram się do gotowania wody na obiad i wtedy właśnie przychodzi wiadomość od M. Nie – ta noc na Mierzei nie będzie bezpieczna. A to przykra niespodzianka! Teraz, kiedy jest już prawie ciemno, gdy wszystko mam rozpakowane i biwak już stoi, kompletnie nie mam ochoty się pakować i szukać nowej miejscówki. M. pisze, że powinnam spać za Mierzeją, od strony jeziora. Tymczasem ja jestem na Mierzei, mniej więcej na jej środku i blisko morza… przedstawiam swoje dokładne położenie, wysyłam zdjęcia i ostatecznie dostaję akceptację. Dopiero wtedy rozpalam kuchenkę. Strach jednak siedzi w mojej głowie. Z jaką prędkością musi wiać wiatr, by morze weszło na mierzeję? Gdzie wejdzie najpierw? Czy jeśli wejdzie kanałem to odetnie mnie od drogi z betonowych płyt na wale?

Noc jest długa i niespokojna. Morze wyje, a razem z nim wyją drzewa. Jednostajny, złowrogi i głośny szum zdaje się mnie otaczać z każdej strony. Raz po raz wychodzę z namiotu i wykonuję te kilka kroków, po czym świecę latarką w morze. Jakby to mogło cokolwiek zmienić. Fale podchodzą zupełnie blisko. Patrzę na nie jak zahipnotyzowana. Ale tylko przez chwilę. Wiatr wyziębia mocno i szybko. Poza tym, trudno jest ustać prosto i nieruchomo. Chwieję się, tak jak te rachityczne drzewa obok. Są tylko niewiele wyższe niż ja. Staram się nie myśleć zbyt wiele. Jest przecież jeszcze ta mała skarpa. Około metra wysokości, co oddziela mnie od plaży i rozszalałego morza. Myślę sobie, że jeśli przetrwam tę noc, to będę miała niesamowite wspomnienia. A potem, około 3 w nocy, zasypiam.

Ciąg dalszy
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!





