Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Październik, 2021

Dystans całkowity:708.80 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:19:04
Średnia prędkość:20.06 km/h
Maksymalna prędkość:45.80 km/h
Suma podjazdów:6847 m
Liczba aktywności:5
Średnio na aktywność:141.76 km i 9h 32m
Więcej statystyk

Różanka 3

Sobota, 30 października 2021 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 120.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1780m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Na dziś poza pięknym słońcem, jakie towarzyszy mi od początku tego wyjazdu, zapowiadany był również bardzo silny, południowy wiatr. Początek trasy był zatem bardzo łatwy: ruszyłam z Różanki płaskim środkiem Kotliny do Bystrzycy (w końcu udało mi się trafić dobre światło na rynku!) i dalej do Kłodzka. Aż 34 km zupełnie ulgowej jazdy.



W Kłodzku pochodziłam sobie pieszo. Bardzo dawno mnie tu nie było, a podczas jazdy, nawet powolnej, szczegóły uciekają zbyt szybko. Ten rynek, z rozbudowanym ratuszem, kocimi łbami przy kolumnie z Matką Bożą, od zawsze robi na mnie wrażenie. Piękny jest też most na Młynówce. Przypomina mi Pragę.





Z Kłodzka podjazd na Łaszczową. Miły, w lesie, a zatem bez wiatru. Było nawet ciepło. Zjazd niestety dziurawy.



Dalej okrężną drogą do Złotego Stoku. Nic tam nie ma szczególnego. Chociaż… Złoty Stok mógłby być zupełnie pusty, a i tak jest tam coś, co niezmiennie mnie przyciąga jak magnes. Mianowicie właśnie tu zaczyna się mój ulubiony podjazd na Przełęcz Jaworową. Magia. Cudownie. Mogłabym napisać cały elaborat o uczuciach, które we mnie są za każdym razem, gdy tam jadę rowerem. Wzruszenie i radość. Emocje trudne do opisania. Jeśli macie swoje najulubieńsze miejsca, to wiecie, co mam na myśli. Tym razem jadę tu zupełnie turystycznie. Zatrzymuję się więc bardzo często i robię zdjęcia. By zatrzymać jak najwięcej chwil. Właśnie stąd. Jedynych i niepowtarzalnych.



Któregoś dnia przyjadę do Złotego Stoku. Albo do Lądka-Zdroju i będę cały dzień jeździła na tą przełęcz. Raz w jedną, a raz w drugą stronę. Żeby się tym miejscem nasycić.
Zjazd do Lądka nieco dziurawy. Ale w tak wspaniałym miejscu nie można się gniewać na stan szosy.

W Lądku kilka zdjęć na rynku i już jadę dalej, do Stronia Śląskiego.



Lubię Stronie. Zatrzymuję się tu pod tą samą wiatą, co na MRDP. Wtedy szły akurat ciemne chmury, teraz niebo jest niebieściutkie. Jakże inaczej to wygląda!



No i zaczynam podjazd na Puchaczówkę. Puchaczówka nie jest dla mnie tak wspaniała, jak Jaworowa. Robię ten podjazd sercem i umysłem będąc jeszcze na cudownej Jaworowej. Dopiero wiatr przywołuje mnie do rzeczywistości. Pod sławetną kapliczką, prawie wrzuca mnie do rowu. A skoro już stoję, to robię serię zdjęć. Nie mam pojęcia, co tutaj się dzieje, ale z trudem trzymam pion, a momentami wiatr popycha mnie tak mocno, że wbrew własnej woli robię kilka kroków do przodu!



Następnie jest jeszcze gorzej! Na rower nie da się wsiąść, trudno jest utrzymać równowagę idąc. W końcu wiatr wrzuca mnie do rowu. Widzi to kierowca samochodu, który mnie mija. Zatrzymuje się i patrzy, czy wychodzę z tego rowu. Wychodzę, więc on jedzie dalej.

Potem droga chowa się w lesie. Więc mogę zjeżdżać. W Idzikowie ostrożnie, bo zdarzają się mocne podmuchy. Kiedy z Idzikowa odbijam na Wilkanów, zaczyna się prawdziwy cyrk. Wiatr po prostu szaleje. Aż 5 kilometrów, w coraz bardziej gęstniejącej szarówce, a potem w ciemności – idę pieszo. Raz po raz spycha mnie z drogi. Potem się dowiedziałam, że podmuchy wiatru osiągały ponad 100 km/h. W końcu docieram do drogi krajowej nr 33. Jest tu o wiele lepiej. To znaczy wiatr ten sam, ale na szczęście nie boczny, tylko czołowy. Kosztuje to dużo wysiłku, ale da się jechać. W Domaszkowie odbijam w bok na Różankę. Tu szosa jest trochę osłonięta, więc nie szarpie aż tak mocno i również da się jechać w miarę normalnie rowerem. W ten sposób kończę rowerową część tych krótkich wakacji.

Widoki przez wszystkie dni miałam po prostu wspaniałe, za sprawą słonecznej pogody. Trochę szkoda, że cały czas towarzyszył mi silny wiatr.


Różanka 2

Piątek, 29 października 2021 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 90.40 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1632m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Od samego rana dość mocno wiało. Na początku odwiedziłam Międzylesie, a potem zaczęłam długi podjazd przez Jodłów, aż na wysokość 840 m. n.p.m. Wiatr wiał tam bardzo mocno, aż trudno było utrzymać pion, tak szarpało. Nie spędziłam więc na górze zbyt wiele czasu, choć widok był ładny.







Na dłuższą chwilę zatrzymałam się za to w Międzygórzu.



Jest tam bardzo ciekawy wodospad. Na jakiś czas przypięłam więc rower do znaku drogowego i poszłam na dłuższy spacer. Warto było! Potem jeszcze podjazd przez miejscowość, aż do końca asfaltu i długi zjazd.



W Bystrzycy Kłodzkiej znowu dopadł mnie wiatr. W dodatku łańcuch paskudnie zakleszczył mi się w przedniej przerzutce. Na szczęście miałam rękawiczki robocze i całą akcję wyciągania łańcucha zakończyłam z czystymi dłońmi. Następnie zaczął się długi podjazd na Spaloną. Specjalnie tę trasę wybrałam na dziś dlatego, że na końcu podjazdu jest Schronisko Jagodna. Przypuszczałam, że w weekend będzie tam raczej pełno ludzi, więc wolałam tam zjeść obiad dziś, w piątek. Udało się idealnie. Bez tłumów, a jedzonko jak zawsze pyszne.



No a potem zjazd Autostradą Sudecką – szosą, którą uważam za asfalt teoretyczny. Bo w praktyce stan tej drogi daleki jest od wyobrażenia o szosie, a tym bardziej autostradzie.





Do Różanki dotarłam o zmierzchu, a wieczorem wybrałam się jeszcze na saunę do Długopola-Zdroju.



Ciąg dalszy

Różanka 1

Czwartek, 28 października 2021 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 115.20 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1393m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Złota jesień najlepiej wygląda w górach. Zatem wzięłam 2 dni wolnego i nieco przedłużyłam sobie weekend. W środę popołudniem ruszyłam samochodem do Kotliny Kłodzkiej. Cały wyjazd opierał się o jedną bazę – w Różance. Było więc bez sprzętu biwakowego. Zupełnie na lekko.



Pierwszego dnia zrobiłam pętlę przez Zieleniec, Duszniki-Zdrój, Polanicę-Zdrój oraz Bystrzycę Kłodzką. Zieleniec co prawda nie był na trasie, którą zaplanowałam jeszcze w domu, ale jadąc doszłam do wniosku, że warto tam wstąpić i sprawdzić, jak się miewają świąteczne klimaty, które odczuć dały się już w sierpniu, na MRDP. Na myśli mam choinkę, która właśnie latem, ozdobiona świątecznie, stała przy jednym z hoteli. Klimaty świąteczne, jak się okazało, bez zmian. Wystrojona choinka nadal tam była. Poza tym trwały przygotowania do sezonu narciarskiego. Wszędzie pełno sprzętu, przygotowane do zamontowania krzesełka do wyciągów, itd.



Pogoda cały czas była piękna. Z Zieleńca cofnęłam się, ponieważ zjazd do Kudowy nie był mi po drodze. Bardzo przyjemnym, leśnym zjazdem osiągnęłam Duszniki-Zdrój, gdzie odwiedziłam Orlen i wypiłam kawę. Dalsza droga to trasa do Szczytnej i pod zamek Szczytnik.





Wyjątkowo ładnie było na podjeździe pod ten zamek. Wspaniałe kolory. Niesamowite. Z ruinek przy zamku rozciągała się piękna panorama. Sam zamek z zewnątrz, również ładny.



Potem zjazd do Polanicy-Zdroju. Pojeździłam po centrum i w końcu znalazłam Dom Zdrojowy, w którym za drobną opłatą można było nabrać bardzo smacznej wody. Oczywiście skorzystałam z tej możliwości.



12 km później dotarłam do południowej części Kłodzka. Samo miasto zostawiłam jednak na inny dzień. Dziś już mi się nieco spieszyło na obiad do ośrodka w Różance, a przecież przede mną była jeszcze Bystrzyca Kłodzka, którą chciałam dziś pozwiedzać. Zwiedzanie wyszło bardzo pobieżnie, poza tym nie miałam na rynku już zbyt dobrego światła do zdjęć, wiedziałam więc, że trzeba tu będzie wrócić.



Z Bystrzycy 15 km do Różanki. Długopole Dolne, Długopole-Zdrój, Długopole Górne i w końcu Różanka. A wszystko to pod wiatr. Na obiad zdążyłam.




Ciąg dalszy

Achomowy UltraEndo weekend (2)

Sobota, 16 października 2021 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 57.70 Km teren: 0.00 Czas: 03:10 km/h: 18.22
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 625m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Po dużym i bardzo smacznym śniadaniu, dużą grupą ruszamy na rowerową wycieczkę po Jurze. Trasę wymyślił Achom. Jedziemy najpierw pod górę, odwiedzić Żarki. Podjazd nieco nas rozciągnął, więc na rynku chwilę czekamy, by się skompletować. Dalej jest jazda bardzo wygodną, asfaltową drogą wyłącznie dla rowerów. Możemy jechać obok siebie i gadać, bez obaw, że ktoś za kierownicą będzie się denerwować jadąc za nami. Jest chłodno, ale raz po raz przez chmury przebija słońce i dzięki temu można polować na ciekawe kadry z dynamicznym niebem. Odwiedzamy zamki w Mirowie i Bobolicach. To nie lada gratka! Przejeżdżałam tędy rowerem już wcześniej kilka razy, ale nigdy nie było czasu, by spokojnie wejść na te tereny i popatrzeć zupełnie z bliska. Teraz w końcu jest okazja.





W Boblicach razem z K. zostajemy pod zamkiem nieco dłużej i potem muszę gonić grupę.



Oczywiście mam wgraną w GPS naszą trasę, więc wszystko jest ok. Na 36 km trasy odwiedzamy piękny Złoty Potok. Jest tu Staw Irydon i malowniczy dworek. Robimy sobie tutaj całą serię zdjęć. Chłód robi swoje – całą grupą stwierdzamy, że jesteśmy głodni, jedziemy więc na obiad do pobliskiej restauracji.



Po obiedzie rozdzielamy się na frakcję terenową i szosową. Jadę na kolarzówce, więc zostaję na szosie. Przed Suliszowicami czeka na nas dość długi, leśny podjazd. Po jego zrobieniu dzielimy się znowu. Wioletta trochę się spieszy do Ośrodka, a nie ma wgranej trasy, zgłaszam się więc jako chętna, by ją poprowadzić. Przed nami jeszcze kilka niedużych góreczek, a potem zjazd do Ośrodka. Lecimy cały ten odcinek we tylko we dwie, raźnym tempem.
A potem drugi obiad, już w Ośrodku, wieczorne rozmowy, ognisko. Super!





Achomowy UltraEndo weekend (1)

Piątek, 15 października 2021 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
Km: 324.80 Km teren: 0.00 Czas: 15:54 km/h: 20.43
Pr. maks.: 45.80 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1417m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Niespecjalnie lubię jazdę nocną, bo jest to nudne. Tej nocy wstałam jednak z ochotą, bo czekała na mnie fajna trasa. Już z samej mapy wynikało, że chyba udało mi się stworzyć idealny dojazd do Częstochowy. Choć tym razem Jasna Góra nie była celem, a miejscem, które miałam odwiedzić po drodze.
Cel był bowiem jakieś 30 km dalej.



Lubię kontrasty, może dlatego, że dużo ich we mnie. To była trasa solo. Ponad 300 km na rowerze w samotności. A u celu… spotkanie w dużej grupie bardzo sympatycznych ludzi. Nagłe przejście z odosobnienia do spotkania. Z chłodu, wiatru i nocy do ciepła i światła. Z ciszy do gwaru. To miłe. Fajnie jest zrobić dużą trasę, a potem po prostu posiedzieć w cieple, zjeść coś, pogadać ze znajomymi. I od razu poczuć się tak, jakby siedziało się tu już od kilku godzin, a nie od paru zaledwie chwil.

Tymczasem jest noc, coś po drugiej. Właśnie się zbudziłam o tej dziwnej godzinie i dotarło do mnie, że jest to piątek.
Urlop.
Cały długi dzień, choć to przecież jeszcze noc, gdy mam wolny czas tylko dla siebie. Otwieram okno i słyszę świszczący wiatr. No tak, ma być praktycznie w całości z wiatrem bocznym i przednio-bocznym. Nie chcę o tym myśleć teraz, przy śniadaniu, więc zamykam okno i wyobrażam sobie, że na zewnątrz jest spokój.

Ruszam na trasę o 3:35. To jedna z tych nocy, gdy wiatr nie słabnie. Od samego początku muszę więc toczyć z nim nierówną walkę. Drogi są mokre i błyszczące. Jeszcze niedawno padał deszcz. Nudne kilometrogodziny. Nie dzieje się zupełnie nic ciekawego. Rowerowa noc, jakich wiele mam na koncie. Chwilowo skupiam się wyłącznie na Nowym Mieście nad Wartą. Trzeba tam dotrzeć jak najszybciej. Przeprawa przez most na Warcie z pewnością będzie mocno średnia. Ciemno, mokra droga DK nr 11 i nr 15 idące tu razem. Nic miłego. Jadę najpierw przez Środę Wielkopolską. Na chwilę jest więc jasno od lamp. Potem znowu czarne nic. A potem te krajówki skonsolidowane. Te 2,5 km robię szybko, by mieć to z głowy. Nie ma jeszcze godziny 6, a ruch już ogromny. TIRy jeden za drugim, w tych ciemnościach. Niektóre na mnie trąbią, ale ja nie zjeżdżam na bok, by nie prowokować mijanek na gazetę. Z premedytacją jadę środkiem i blokuję ruch.

Kiedy w końcu jest po wszystkim, wpadam na Orlen. Nadal jest to noc. Biorę słodką kawę z czekoladą i czekoladową mufinkę. Nocny standard.



W okolicach Radlina robi się szaro, a to oznacza, że właśnie zaczyna się dzień. Jarocin mijam bokiem. To dobre, bo przejazd przez miasto zawsze był nieprzyjemny. Objazd udany, drogi dobrej jakości i bez ruchu. W podobny sposób objeżdżam Ostrów Wlkp. Znowu omijam miasto i unikam użerania się z beznadziejnymi ścieżkami rowerowymi oraz kierowcami, którzy zawsze wszystko wiedzą najlepiej.



Omijając oba te miasta, omijam również stacje paliw. A one na trasie zawsze są dobrymi miejscami na odpoczynek. Dzień jest chłodny i wietrzny. Temperatura to jakieś 10-13 stopni. Niezbyt przyjemnie jest w takich warunkach robić przerwy na przystankach autobusowych, ale za bardzo nie mam wyjścia, bo tu po prostu niczego innego nie ma.



6-kilometrowy podjazd do Kotłowa. Pod górę i pod wiatr jednocześnie. Potem zjazd i jakieś 15 km dalej Grabów nad Prosną. Droga za Grabowem na długim odcinku bardzo niewygodna, spękana, dziurawa. Za to ładnie poprowadzona przez las. Znam ją nie od dziś.







Na 225 km trasy, drugi dziś i ostatni Orlen – w Wieluniu. Stacja bardzo mała, bez możliwości, by usiąść. Biorę kawę i piję na stojąco. Za to panie z obsługi bardzo miłe.
Z Wielunia do Działoszyna 26 km drogą wojewódzką. Ruch umiarkowany, a więc i jazda umiarkowanie przyjemna. Dalej nie jest nic lepiej, a nawet robi się nieco gorzej. Ruch się wzmaga, a szarówka przechodzi w ciemność.



W takich warunkach jadę aż do Kamyka, który jest na 278 km trasy. Jestem już nieco zmęczona całym dniem walki z wiatrem i chłodem. Na szczęście odbijam w bok z wojewódzkiej i jest przynajmniej spokojniej na drodze.

Kiedy jestem już w Częstochowie i jadę w stronę Jasnej Góry, zaczyna padać deszcz. Prognozy rozminęły się z rzeczywistością. Miało przecież zacząć padać znacznie później. Dociskam więc mocniej i pędzę na Jasną Górę. Zaskoczenie – w ten październikowy, piątkowy wieczór jest tu pełno ludzi! Stawiam rower w miejscu, które znam. Nie przypinam go nawet, bo nieco się spieszę. Wbijam pod Obraz na krótką modlitwę, co nie jest łatwe, bo wszędzie dziki tłum.



Potem, w deszczu, jadę ostatnie 30 km nad Jezioro Porajskie. Po drodze remontowane, frezowane asfalty, piach i inne cuda. W ciemności i deszczu. Aż w końcu, chwilę po 22:00, docieram do Ośrodka. Są tu już prawie wszyscy. Miło jest widzieć znajomych ludzi, a zwłaszcza Achoma, dzięki któremu tu wszyscy mogliśmy się spotkać! Jestem zmarznięta i lekko zmoknięta, a tu tak ciepło i miło! Wymieniam serdeczne uściski (dociera do mnie, że muszę być nieźle zmarznięta, bo wszyscy wydają mi się wręcz gorący!). Idę więc szybko wziąć prysznic i przebrać się w suche rzeczy.
Reszta wieczoru to sama radość, rozmowy, śmiech, a najlepsze jest to, że gdy obudzę się jutro, to wszystko będzie trwało i spędzimy wszyscy uroczy dzień, jeżdżąc rowerami po pięknej Jurze.




Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum