Wpisy archiwalne w miesiącu
Wrzesień, 2015
| Dystans całkowity: | 2021.06 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 30:58 |
| Średnia prędkość: | 24.15 km/h |
| Suma podjazdów: | 7034 m |
| Liczba aktywności: | 32 |
| Średnio na aktywność: | 63.16 km i 7h 44m |
| Więcej statystyk | |
Wyprawka (2)
Sobota, 12 września 2015 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 97.29 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 261m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Spało mi się słabo. Na polu skoszonej kukurydzy, które
bezpośrednio sąsiaduje z naszą kupą gnoju, było pełno myszy. Całą noc biegały,
chrupały, piszczały, drapały w namiot. Budzimy się o 6.00, szybko zbieramy
graty i bez śniadania jedziemy na punkt biwakowy. Mamy właściwe współrzędne,
trafiamy więc szybciutko. Nasi jeszcze śpią, ale już nie długo ;).
Testy
Przychodzi pora by podzielić się wrażeniami z testów namiotów (Magda, Kaha, Turyści). Ja natomiast biorę się za testowanie swojej kapryśnej kuchenki. Mając do pomocy doświadczoną w podróżach ekipę nabieram odwagi: benzyna ekstrakcyjna leje się szerokim strumieniem, nie obywa się bez rozkręcania ustrojstwa i diagnozy - w pompce do pompowania paliwa jest takie śmieszne coś, co się podwinęło. Należy to odwinąć. Pompka zaczyna działać normalnie. Teraz tylko wystarczy przeczyścić dyszę i gotowe! Kuchenka działa, jak za pierwszym razem. Jeszcze tylko podsuszenie namiotów mokrawych od rosy i można jechać.

Szosa
Jedziemy najpierw do sklepu, bo pokończyły nam się zapasy. Z chwili na chwilę robi się coraz cieplej. Przyjemnie jest zarówno jechać, jak i… nie jechać. Czasu mamy dużo – cały dzień, a do przejechania tylko jakieś 90 km. To oznacza, że możemy sobie poleniuchować i zupełnie się nie spieszyć. Mamy kilka kawałków terenowych, w tym niestety też odcinki po wrednej tarce. Jedzie się po tym wybitnie nieprzyjemnie, w dodatku Magdę, która ma problemy z plecami zaczynają one boleć. Szybko dochodzimy do przekonania, że wygodniej i przyjemniej będzie jechać spokojnymi szosami. Co więcej – okazuje się, że nawet najmłodszy uczestnik wyprawki woli szosę od terenu! Chwila nad mapami i już jest plan szosowy. Magda wyraźnie lubi gładkie nawierzchnie i gdy tylko jest okazja, leci do przodu i uskutecznia coś, co wtajemniczeni nazywają „dzidą”, z kolei Kuba raz po raz bawi się w krótkie sprinty.
Nie nasza impreza
W Śremie obkupujemy się na wieczór i robimy sobie sympatyczną przerwę na zielonej trawce. Do przejechania mamy już niecałe 15 km i w planach ponownie nocleg w punkcie Czas w Las. I jak wczoraj – mamy pecha. Tym razem co prawda trafiamy tam bez pudła i jako zwarta grupa, ale od razu widzimy, że z noclegu tutaj nic nie będzie. Odbywa się właśnie jakaś impreza, pełno samochodów, motocykli, głośno, krzyki, muzyka. To zdecydowanie nie nasze klimaty! Jedziemy zatem jeszcze kawałek na wschód, wzdłuż Warty i w końcu znajdujemy bardzo ładne i spokojne miejsce na noc. Rozbijamy namioty, gotujemy kolację (kolejny test mojej kuchenki – nadal działa) i gadamydo nocy do
późnego wieczora. Wczorajsza lekko zarwana nocka i dzisiejsza wczesna pobudka
robią swoje – szybko idziemy spać.
Mapa:
ZDJĘCIA
Testy
Przychodzi pora by podzielić się wrażeniami z testów namiotów (Magda, Kaha, Turyści). Ja natomiast biorę się za testowanie swojej kapryśnej kuchenki. Mając do pomocy doświadczoną w podróżach ekipę nabieram odwagi: benzyna ekstrakcyjna leje się szerokim strumieniem, nie obywa się bez rozkręcania ustrojstwa i diagnozy - w pompce do pompowania paliwa jest takie śmieszne coś, co się podwinęło. Należy to odwinąć. Pompka zaczyna działać normalnie. Teraz tylko wystarczy przeczyścić dyszę i gotowe! Kuchenka działa, jak za pierwszym razem. Jeszcze tylko podsuszenie namiotów mokrawych od rosy i można jechać.

Szosa
Jedziemy najpierw do sklepu, bo pokończyły nam się zapasy. Z chwili na chwilę robi się coraz cieplej. Przyjemnie jest zarówno jechać, jak i… nie jechać. Czasu mamy dużo – cały dzień, a do przejechania tylko jakieś 90 km. To oznacza, że możemy sobie poleniuchować i zupełnie się nie spieszyć. Mamy kilka kawałków terenowych, w tym niestety też odcinki po wrednej tarce. Jedzie się po tym wybitnie nieprzyjemnie, w dodatku Magdę, która ma problemy z plecami zaczynają one boleć. Szybko dochodzimy do przekonania, że wygodniej i przyjemniej będzie jechać spokojnymi szosami. Co więcej – okazuje się, że nawet najmłodszy uczestnik wyprawki woli szosę od terenu! Chwila nad mapami i już jest plan szosowy. Magda wyraźnie lubi gładkie nawierzchnie i gdy tylko jest okazja, leci do przodu i uskutecznia coś, co wtajemniczeni nazywają „dzidą”, z kolei Kuba raz po raz bawi się w krótkie sprinty.
Nie nasza impreza
W Śremie obkupujemy się na wieczór i robimy sobie sympatyczną przerwę na zielonej trawce. Do przejechania mamy już niecałe 15 km i w planach ponownie nocleg w punkcie Czas w Las. I jak wczoraj – mamy pecha. Tym razem co prawda trafiamy tam bez pudła i jako zwarta grupa, ale od razu widzimy, że z noclegu tutaj nic nie będzie. Odbywa się właśnie jakaś impreza, pełno samochodów, motocykli, głośno, krzyki, muzyka. To zdecydowanie nie nasze klimaty! Jedziemy zatem jeszcze kawałek na wschód, wzdłuż Warty i w końcu znajdujemy bardzo ładne i spokojne miejsce na noc. Rozbijamy namioty, gotujemy kolację (kolejny test mojej kuchenki – nadal działa) i gadamy
Mapa:
ZDJĘCIA
Praca + Wyprawka (1)
Piątek, 11 września 2015 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 89.43 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 249m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Idzie jesień, pora na testowanie nowości! Doskonałym
pomysłem jest wspólne testowanie i specjalnie w tym celu zorganizowany wyjazd
weekendowy.
Trójbój siłowy
Bilet kolejowy mam kupiony na dojazd do Leszna, ale Magda proponuje, abym wysiadła wcześniej w Kościanie, wtedy na miejsce pierwszego noclegu pojedziemy razem. Ochoczo się zgadzam. W dodatku mam mnóstwo szczęścia, bo w wagonie siedzi ze mną młody chłopak, który trenuje trójbój siłowy. Mój ciężki, stary rower MTB obwieszony sakwami (rower 15 kg + sakwy z pewnością więcej niż te 5 kg) potrafi unieść jedną ręką i stwierdza, że nie waży to prawie nic! Skoro tak, to pozwalam mu wynieść to „pióreczko” z pociągu, po wysokich schodkach na peron ;). Chwilę czekam na Magdę i w tym czasie się uczę. Klikam w GPSie i udaje mi się dojść do tego, co należy zrobić, aby wytyczyć trasę w urządzeniu bez podpinania go do kompa. Idzie dość topornie i nie wystarcza czasu, by wyklikać całą trasę. Trudno – zrobiłam chociaż fragment i zdobyłam nową (jakże cenną!) umiejętność. Macham do Magdy wielką papierową mapą i po chwili, już razem, raźno mkniemy przed siebie.
Katastrofalna matematyka
Pogoda jest średnia. Ponuro i chyba będzie padać. Załatwiamy po drodze zakupy, jedziemy i... no tak, pada. Trzeba się ubrać. Chronię się przed deszczykiem bardzo skutecznie: kurtka, osłonka na kask i nawet worki na stopy. Trochę to trwa. Akurat tyle, by przestało padać. W Brennie robimy zakupy na nocleg i jedziemy na punkt wypoczynkowy „Czas w las”. Na mapkach nie udało mi się go dokładnie zlokalizować. Wytyczyłam trasę „mniej więcej” – mając nadzieję, że to „mniej więcej” wystarczy. Robi się ciemno, wjeżdżamy w teren. Jadę w butach zatrzaskowych. Zatrzaski + teren + ciemność + ja = katastrofa!
Bez pudła
Jadę pomału, bo słabo widzę. Magda spisuje się na medal w roli mojego pilota: „gałąź, górka, dołek, kilka dołków, dziura, kamień”. Dzięki temu jakoś to idzie. Niestety moje „mniej więcej” jest niewystarczające. Trzeba wbić współrzędne punktu biwakowego, bo bez tego raczej nie trafimy. Stoimy gdzieś na granicy pola i lasu. Ciemno kompletnie. Po raz pierwszy w życiu wbijam współrzędne punktu, do którego GPS ma wytyczyć trasę. Udaje mi się to od razu. Radość – bo to oznacza, że trafimy bez pudła… Prawda, że trafimy?
Nic!
Jedziemy jak po nitce i docieramy gdzieś nad jezioro, w głęboki las, w zarośla. Są tu jeżyny i jest to w zasadzie koniec drogi. A więc tak to ma wyglądać? Co za lipa! Miały być ławeczki, miał być fajnie urządzony punkt postojowy, a tymczasem nie ma tu nic.
Nic! Nic! Nic!!
Konsultujemy się telefonicznie i smsowo z cywilizacją. Wygląda na to, że oficjalnie podane współrzędne są najzwyczajniej w świecie błędne.
KTOŚ
Zastanawiamy się co robić dalej i wtedy zauważany w krzakach światło latarki... Ktoś nas widzi. Świeci w naszą stronę. Czy słyszał nasze głosy? Czy wie, że w środku lasu siedzą dwie dziewczyny? Pół biedy jeśli widzi tylko światło, gorzej, jeśli słyszał nasze głosy... A czy on jest sam? Odruchowo gasimy lampki. Ten ktoś... też gasi... robi się nieco strasznie. Magda jest mocno wystraszona, ja też czuję się mało komfortowo. Zapalamy lampki. Ten ktoś też zapala. Nogi mam jak z waty, serce bije jak szalone. Nie daję jednak tego po sobie poznać, bo to grozi kompletną paniką. Na tyle spokojnie, na ile potrafię proponuję abyśmy pojechały stąd do najbliższej miejscowości. To Nowe Strącze. Blisko. W miejscowości ulica jest oświetlona. Jak na dłoni widać, czy ktoś za nami idzie/jedzie, czy też nie. Nikogo nie ma. Chwilę stoimy pod jedną z latarni. Nie ma mowy by po tej bardzo nieprzyjemnej przygodzie wracać do lasu i szukać polany biwakowej. Decydujemy, że pojedziemy kawałek za wioskę i tam rozbijemy się na dziko.

A zatem, dobrej nocy!
Dookoła same pola, a w oddali coś ciemnego. To wielka kupa obornika, czy kiszonki na betonowej płycie. Wspaniałe miejsce! Nawet największy świr nie wpadnie na pomysł, że w tak obrzydliwej lokalizacji na dziko mogą spać dwie dziewczyny. Cisza, spokój, rozgwieżdżone niebo. Można się wreszcie zrelaksować. Magda zabrała do testowania nowiutki namiot. W ramach testu włażę do środka i wspólnie zjadamy kolację. Pora spać. Reszta ekipy jeszcze jedzie - wysyłamy im nasze współrzędne. Gdzieś koło 1 w nocy wybudzają mnie nadjeżdżające dziewczyny, wołam je, bo jesteśmy tak dobrze schowane przy tej kupie gnoju, że nas przegapiają. Kaha i Tereska nie są zachwycone miejscówką. W sumie trudno się dziwić. Chwilę później zjawiają się Turyści – mówią, że znaleźli punkt – rzeczywiście był w innym miejscu. Cała czwórka jest jeszcze na rowerach, więc decydują, że pojadą na punkt, bo to blisko. Nam nie chce się już wychodzić ze śpiworów i zwijać namiotów. Spotkamy się rano. A zatem, dobrej nocy!
Mapa:
ZDJĘCIA
Trójbój siłowy
Bilet kolejowy mam kupiony na dojazd do Leszna, ale Magda proponuje, abym wysiadła wcześniej w Kościanie, wtedy na miejsce pierwszego noclegu pojedziemy razem. Ochoczo się zgadzam. W dodatku mam mnóstwo szczęścia, bo w wagonie siedzi ze mną młody chłopak, który trenuje trójbój siłowy. Mój ciężki, stary rower MTB obwieszony sakwami (rower 15 kg + sakwy z pewnością więcej niż te 5 kg) potrafi unieść jedną ręką i stwierdza, że nie waży to prawie nic! Skoro tak, to pozwalam mu wynieść to „pióreczko” z pociągu, po wysokich schodkach na peron ;). Chwilę czekam na Magdę i w tym czasie się uczę. Klikam w GPSie i udaje mi się dojść do tego, co należy zrobić, aby wytyczyć trasę w urządzeniu bez podpinania go do kompa. Idzie dość topornie i nie wystarcza czasu, by wyklikać całą trasę. Trudno – zrobiłam chociaż fragment i zdobyłam nową (jakże cenną!) umiejętność. Macham do Magdy wielką papierową mapą i po chwili, już razem, raźno mkniemy przed siebie.
Katastrofalna matematyka
Pogoda jest średnia. Ponuro i chyba będzie padać. Załatwiamy po drodze zakupy, jedziemy i... no tak, pada. Trzeba się ubrać. Chronię się przed deszczykiem bardzo skutecznie: kurtka, osłonka na kask i nawet worki na stopy. Trochę to trwa. Akurat tyle, by przestało padać. W Brennie robimy zakupy na nocleg i jedziemy na punkt wypoczynkowy „Czas w las”. Na mapkach nie udało mi się go dokładnie zlokalizować. Wytyczyłam trasę „mniej więcej” – mając nadzieję, że to „mniej więcej” wystarczy. Robi się ciemno, wjeżdżamy w teren. Jadę w butach zatrzaskowych. Zatrzaski + teren + ciemność + ja = katastrofa!
Bez pudła
Jadę pomału, bo słabo widzę. Magda spisuje się na medal w roli mojego pilota: „gałąź, górka, dołek, kilka dołków, dziura, kamień”. Dzięki temu jakoś to idzie. Niestety moje „mniej więcej” jest niewystarczające. Trzeba wbić współrzędne punktu biwakowego, bo bez tego raczej nie trafimy. Stoimy gdzieś na granicy pola i lasu. Ciemno kompletnie. Po raz pierwszy w życiu wbijam współrzędne punktu, do którego GPS ma wytyczyć trasę. Udaje mi się to od razu. Radość – bo to oznacza, że trafimy bez pudła… Prawda, że trafimy?
Nic!
Jedziemy jak po nitce i docieramy gdzieś nad jezioro, w głęboki las, w zarośla. Są tu jeżyny i jest to w zasadzie koniec drogi. A więc tak to ma wyglądać? Co za lipa! Miały być ławeczki, miał być fajnie urządzony punkt postojowy, a tymczasem nie ma tu nic.
Nic! Nic! Nic!!
Konsultujemy się telefonicznie i smsowo z cywilizacją. Wygląda na to, że oficjalnie podane współrzędne są najzwyczajniej w świecie błędne.
KTOŚ
Zastanawiamy się co robić dalej i wtedy zauważany w krzakach światło latarki... Ktoś nas widzi. Świeci w naszą stronę. Czy słyszał nasze głosy? Czy wie, że w środku lasu siedzą dwie dziewczyny? Pół biedy jeśli widzi tylko światło, gorzej, jeśli słyszał nasze głosy... A czy on jest sam? Odruchowo gasimy lampki. Ten ktoś... też gasi... robi się nieco strasznie. Magda jest mocno wystraszona, ja też czuję się mało komfortowo. Zapalamy lampki. Ten ktoś też zapala. Nogi mam jak z waty, serce bije jak szalone. Nie daję jednak tego po sobie poznać, bo to grozi kompletną paniką. Na tyle spokojnie, na ile potrafię proponuję abyśmy pojechały stąd do najbliższej miejscowości. To Nowe Strącze. Blisko. W miejscowości ulica jest oświetlona. Jak na dłoni widać, czy ktoś za nami idzie/jedzie, czy też nie. Nikogo nie ma. Chwilę stoimy pod jedną z latarni. Nie ma mowy by po tej bardzo nieprzyjemnej przygodzie wracać do lasu i szukać polany biwakowej. Decydujemy, że pojedziemy kawałek za wioskę i tam rozbijemy się na dziko.

A zatem, dobrej nocy!
Dookoła same pola, a w oddali coś ciemnego. To wielka kupa obornika, czy kiszonki na betonowej płycie. Wspaniałe miejsce! Nawet największy świr nie wpadnie na pomysł, że w tak obrzydliwej lokalizacji na dziko mogą spać dwie dziewczyny. Cisza, spokój, rozgwieżdżone niebo. Można się wreszcie zrelaksować. Magda zabrała do testowania nowiutki namiot. W ramach testu włażę do środka i wspólnie zjadamy kolację. Pora spać. Reszta ekipy jeszcze jedzie - wysyłamy im nasze współrzędne. Gdzieś koło 1 w nocy wybudzają mnie nadjeżdżające dziewczyny, wołam je, bo jesteśmy tak dobrze schowane przy tej kupie gnoju, że nas przegapiają. Kaha i Tereska nie są zachwycone miejscówką. W sumie trudno się dziwić. Chwilę później zjawiają się Turyści – mówią, że znaleźli punkt – rzeczywiście był w innym miejscu. Cała czwórka jest jeszcze na rowerach, więc decydują, że pojadą na punkt, bo to blisko. Nam nie chce się już wychodzić ze śpiworów i zwijać namiotów. Spotkamy się rano. A zatem, dobrej nocy!
Mapa:
ZDJĘCIA
Praca
Czwartek, 10 września 2015 Kategoria do 50
| Km: | 35.14 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 160m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Środa, 9 września 2015 Kategoria do 50
| Km: | 33.45 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 164m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Wtorek, 8 września 2015 Kategoria do 50
| Km: | 32.57 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 165m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Poniedziałek, 7 września 2015 Kategoria do 50
| Km: | 34.24 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 179m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Półsen
Niedziela, 6 września 2015 Kategoria do 50
| Km: | 19.89 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 65m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wstaję nieco przed 5. Zupełnie niewyspana, choć spałam jak kamień. Zwijam namiot, zakładam torby na rower i jadę na dworzec kolejowy. Kasy są czynne. Kupuję bilet na siebie i rower i idę na peron. Pociąg już czeka. Niestety strasznie marznę podczas tej podróży - jest chłodno. W przedziale siedzę sama i... balansuję na skraju snu i jawy. Podchodzi gruby facet w obcisłej, różowej koszulce. Coś podaje. Wyciągam rękę - gość znika. I w podobny deseń aż do Mogilna, kiedy to pojawia się prawdziwy facet, a nie jakiś majak - gość z kawą. Rozradowana biorę kawę i wreszcie się wybudzam. Pada tu rekord "najdroższej kawy kolejowej" - aż 7 zł. W tym momencie moje myśli biegną do Wąskiego - on już wie dlaczego! :))


Wrześniówka
Sobota, 5 września 2015 Kategoria do 400, Kocia czytelnia
| Km: | 372.69 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 16:38 | km/h: | 22.41 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1410m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Skoro w Schronisku mnie nie chcieli, skoro nie było normalnego połączenia kolejowego z Poznaniem, nie pozostało mi nic innego, jak wziąć namiot i przenocować gdzieś w krzakach pod miastem i pierwszym porannym pociągiem (6:07 – bezpośredni!) wrócić do domu.
………..............................................................................................................................................................................................…………
Ostre zęby
Na weekend zaplanowane miałam gminobranie, jednak gdy w czwartek późnym wieczorem popatrzyłam na prognozy nieco dokładniej (wiatr!), doszłam do wniosku, że zupełnie nie mam ochoty wiercić się w kółko (jak to zwykle z gminami bywa) i szarpać się z wiatrem. Wiatr układał się idealnie w trasę na Olsztyn. Może więc Olsztyn? Hmm… dlaczego nie? Od dawna ostrzyłam sobie zęby na tę trasę. Tak, aby pociągnąć to na raz z domu. Od zeszłego roku to miałam na myśli. Skoro trafiła się taka okazja, szybko wykreśliłam przebieg wyrypy. (To się potem na mnie zemściło). W piątek popołudniem zastanawiałam się jeszcze, czy jest to na pewno dobry pomysł na wrześniówkę. Dni są już zauważalnie krótsze niż w lipcu i optymalny czas na długie liniówki w zasadzie już w tym roku minął. Zwłaszcza, jeśli ma się taką liniówkę zrobić solo. Planowo - 365 km. Bez wątpienia trzeba będzie zahaczyć o noc.
Zbyt wiele
W sobotę wstaję o 4:00. Jem śniadanie i jakoś po 5:00 ruszam na trasę. Jest jeszcze ciemno, ale niebo jest bezchmurne, więc w zupełnej ciemności wcale nie jadę długo. Początkowy odcinek, aż do Janowca Wlkp., jadę praktycznie na pamięć. W Janowcu na stacji pierwsza kawa. Jak to zwykle tutaj - mówią mi, że bardziej się opłaca duża kawa+babeczka zamiast małej kawy w tym zestawie, ale nauczona doświadczeniem wiem, że ten duży zestaw to jednak dla mnie jest zbyt wiele. Chwilę po 7:00 uruchamia się wreszcie mój wiatr. Pcha mnie wprost przepięknie. Idealnie na Olsztyn. Jadę tak i jest bardzo miło aż do Torunia.

Na przystanku
W Toruniu widok wyjątkowo niskiego stanu Wisły jest smutny. Jest tragicznie sucho i widać to nawet na tak dużej rzece! Zaczyna się dziać. Na moście walczę z bardzo silnymi bocznymi podmuchami. A potem zaczyna się chmurzyć, temperatura spada i w tym ziąbie zaczynają mnie boleć oba kolana (dokładnie ten sam ból co na GMRDP). Jakby tego było mało – właśnie teraz mści się na mnie pośpiech przy planowaniu trasy – Garmin wyrzuca mnie na jakąś paskudnie ruchliwą drogę. Trochę próbuję jechać ścieżkami, ale w końcu ścieżka kończy się na przystanku pełnym ludzi. No to lecę ulicą, aż do drugiego znaku zakazu jazdy rowerami (pierwszego „nie zauważyłam”). Zatrzymuję się. Dalej tak się jechać nie da. Na domiar złego mój GPS – jeśli chodzi o zmiany trasy podczas jazdy – jest beznadziejny – działa bardzo powoli, mapę przewijać można tylko poziomo, albo pionowo. Coś tam próbuję walczyć, ale słabo to idzie i tylko wkurzam się jeszcze mocniej. Ostatecznie po wydostaniu się z tej ruchliwej ulicy siadam na przystanku i jem kanapkę.
Płonące policzki
Myśli mam niewesołe: pogoda kijowa, kolana bolą, zimno, trasa najwyraźniej zaplanowana bez głowy. W zasadzie mogę wracać do domu. Z Torunia dość często jeżdżą pociągi do Poznania. No ale im brzuszek mam pełniejszy, tym myśli robią się mniej ponure. Decyduję, że pojadę jeszcze kawałek ;). Docieram do Golubia-Dobrzynia, potem lecę tą samą trasą, którą jechałam w tym roku do Iławy. W pamięci mam stację na wjeździe do Brodnicy. Idę tam na obiad. Biorę pomidorową. Czuję, że policzki mi płoną. Tak niestety reaguje moja skóra na chłód i wiatr. Posilona jadę dalej. Początek to długi zjazd do miasta. Od Brodnicy aż do Lidzbarka mam same górki. Górka górkę pogania. Widoki są piękne, ale przy cały czas trwającym bólu kolan jakoś średnio idzie mi zachwycanie się. Jadę pomału.
Pod ladą
W Lidzbarku nigdy nie byłam, więc wjeżdżam do centrum (mimo, że nie planowałam). Jest tu ładna fontanna, a poza tym jest… lekko dziwnie. Wchodzę do sklepiku. Pytam o drożdżówki. Pani siedzi pod ladą i ani na chwilę spod niej nie wychodzi! (drożdżówek brak). Podejście nr 2: cukiernio-piekarnia – rój os, poza tym pani, która niby mówi po polsku, ale jakoś tak dziwnie, że ledwie idzie ją zrozumieć (czyżby słynne mazurzenie?). Jakieś 20 km przed Nidzicą robi się niewesoło. Powoli zapada zmierzch, a znaki na Nidzicę są… przekreślone. Obok informacja o zakazie ruchu za 14 km. I nic więcej. Nie mam bladego pojęcia co tam za zonk czeka na mnie. Sprawdzam tylko na GPSie, czy za te 14 km nie mam czasem jakiejś rzeczki, bo jak rzeczka – to pozamiatane – pewnie rozebrany most. Rzeczki Garmin jednak nie wykazuje. Ryzykuję więc i jadę. W końcu docieram w zakazane miejsce. A tam wielki wykop, jakaś kratownica, stalowe zbrojenia.
Pan z latarką
Przejść nijak się nie da. Zrywam lampkę z roweru (jest już zupełnie ciemno) i lustruję okolicę. Ok., jest pole. Da radę napierać polem i obejść to. Wracam z pola na ulicę za wyrwą i wtedy pojawia się pan z latarką. Mówi o zakazie, ale… jest miły. Rozmawiamy chwilę, na koniec pomaga mi nawet przejść pod otaśmowaniem. Żegnamy się wesołym „dobranoc” i jadę dalej. Do Olsztyna zostało już tylko 67 km. Samej Nidzicy nie mam niestety czasu zwiedzać. Wpadam tylko na chwilę na stację i lecę w podolsztyńskie, przepastne lasy. Liczę sobie kilometry (o porannych zapominam) i wychodzi, że samotnie w ciemnościach zrobię dziś 75 km. Dużo. To już jednak nie pora na tak długie solówki. Nudno jest jechać samej w ciemnościach. Nic nie widać poza wstążką drogi. A na mapce GPS widzę, że tu musi być ładnie – lasy, jeziora. Szkoda, że nie mogę tego zobaczyć! Taka jazda po ciemku, niestety krajoznawczo jest porażką.
Królowa nocy
“I've got the stuff that you want
I've got the thing that you need
I've got more than enough
To make you drop to your knees
'Cause I'm the queen of the night
The queen of the night
Oh yeah”
Do I really have it all? ;)
Królowa nocy kilka razy przemawia. Wypowiada jedno jedyne słowo-rozkaz: Sio! W ten sposób przegania z drogi 3 lisy, 2 borsuki i 2 jelenie.
W końcu docieram do Olsztyna! Fajnie? No jasne, że tak! Jadę przez całe miasto, aż na dworzec kolejowy. Poza ochroniarzem nie ma tu nikogo (jest równo północ). Kasy nieczynne, otwarte będą od 5 rano. Wsiadam zatem na rower i oddalam się kawałek od miasta. Miejscówkę noclegową znajduję brzydką. Jest to gęsty las liściasty. Pełno gałęzi, niezbyt równo, dość blisko drogi. Królowa nocy jest jednak bardzo senna i w związku z tym niezbyt wybredna.
Mapa:
Zaliczone gminy: Stawiguda, Purda, Olsztynek, Nidzica, Kozłowo, Płośnica, Lidzbark, Bartniczka (8 gmin).
ZDJĘCIA
Praca
Piątek, 4 września 2015 Kategoria do 50
| Km: | 30.19 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 134m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||





