Wpisy archiwalne w miesiącu
Grudzień, 2014
| Dystans całkowity: | 1535.68 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 23:27 |
| Średnia prędkość: | 25.14 km/h |
| Suma podjazdów: | 6096 m |
| Liczba aktywności: | 30 |
| Średnio na aktywność: | 51.19 km i 11h 43m |
| Więcej statystyk | |
Po prezenty :)
Niedziela, 21 grudnia 2014 Kategoria do 50
| Km: | 25.65 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 107m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Powrót
Sobota, 20 grudnia 2014 Kategoria do 50
| Km: | 7.16 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 39m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wracając pociągiem z wycieczki do Mławy trochę pospałam. W związku z tym odcinek dworzec kolejowy - dom dodaję jako osobny przejazd.
Grudniowa Mława
Sobota, 20 grudnia 2014 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Uczestnicy
| Km: | 317.22 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 12:25 | km/h: | 25.55 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1038m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ona, czyli Mława
Cztery dni przed Wigilią jadę z Wilkiem w trasę. Miało być gdzie indziej. Gdzieś gdzie tuż przed Świętami będzie pięknie, ale cel narzuca nam wiatr. Prognozy zapowiadają wyjątkowo silny wiatr, także przelotne ulewy, być może nawet śnieg i dokuczliwe zimno. W takiej sytuacji jazda z bocznym wiatrem nie ma sensu. Tłusty cel odkładamy na kiedy indziej. Teraz celem staje się Mława i trasa do niej – równiutko zgodna z kierunkiem wiatru. Ponoć w Mławie nie ma niczego ciekawego. Taki Okonek ;). Jednak cel nie zawsze musi być ciekawy, piękny, porywający… To może być gdziekolwiek.
Wszystko takie samo
W piątek krótko przed północą spotykam się z Wilkiem. Przed nami długa noc. Początek trasy (aż do Witkowa) jedziemy zgodnie z moim projektem. Są to spokojne, boczne drogi. Niektóre lekko dziurawe, ale przecież znam tu każdą dziurę na pamięć. Jadąc tak pokazuję Michałowi niektóre charakterystyczne miejsca. Zastanawiam się też jak mu się podobają moje tereny. I wtedy łapię się na tym, że to zupełnie bez sensu! Przecież jest zupełnie ciemno. Droga podobna do drogi, wioska do wioski…. Wszystko takie samo. Zwracam uwagę na „Marylę Rodowicz” w Górze, zatrzymujemy się też na ładnie przystrojonym w lampki świąteczne rynku w Pobiedziskach. W Czerniejewie podjeżdżamy pod pałac. Dziura w bramie, którą zrobił samochód przebijając mur na wylot cały czas zasłonięta jest blachą falistą. Znicze nadal stoją. Ale już się nie palą….
Gwiazdy
Za Witkowem odbijamy na północ, do Trzemeszna. Wiatr zacina z boku, faktycznie jest mocny, ale nie szarpie mi rowerem, więc nie jest źle. W Trzemesznie oglądamy ładną wieżę ciśnień (pięknie podświetloną) oraz po kamiennym bruku jedziemy na rynek. Noc mamy wspaniałą. Nad nami niebo pełne gwiazd.
Automat na monety
Po trzeciej w nocy zaczyna mnie brać senność. Mówię o tym Michałowi i zaczynamy gadać, by jakoś przegonić ten kryzys. Na dłuższy postój zatrzymujemy się w Skulsku, na małej stacji Orlenu. Dla mnie oczywiście kawa! Dziwny tu mają ekspres. Zupełnie nieorlenowski – to automat na monety, który nie wdaje reszty. Miły pan z obsługi od razu mnie o tym informuje i chętnie rozmienia mojego piątaka na drobne. Nie ma tu jak usiąść. To co? Na podłodze? Z grzeczności pytam pana czy możemy. Nie ma nic przeciwko. Pyta jak długa droga przed nami i czy nie straszno nam jechać w taką pogodę. Robi nam nawet fotkę :).
27 choinek
Prawie aż do samego Włocławka jedziemy fajnymi, bocznymi drogami. Wilk spisał się na medal projektując tę trasę. Bocznych dróg jest dużo. Ruch na nich żaden. Same wioski i małe miasteczka. Na nocnym odcinku do Włocławka (188km) naliczyłam ledwie 27 choinek (!), a to świadczy najdobitniej o tym jak mocno boczne to były drogi.
O wschodzie słońca
Przed Włocławkiem ruch trochę większy. Na polach wiatraki pracują jak oszalałe. Ale wieje! A w samym Włocławku przerwa śniadaniowa w McD. Mojego ulubionego zestawu kupić nie mogę, bo obowiązuje menu poranne. Biorę więc jakąś wielką bułę, frytki i herbatę. Siedzimy tak prawie bite 2 godziny. Jemy, pijemy i… podziwiamy (przez okno) wschód słońca ;). Jest ciepło i tak przyjemnie, że miło jest się tak polenić. Tym bardziej, że Wilk uparcie twierdzi, że w Mławie nic nie ma, więc bez sensu jest tam akurat spędzać czas w oczekiwaniu na pociąg. W McD jest lepiej.
Przejeżdżamy przez Włocławek, robimy fotki na rynku i na moście nad Wisłą. A potem mamy… podjazd dnia z doliny Wisły. Niestety po nocnej jeździe mam problemy z krtanią. Boli mnie, lekko zatyka. Kaszlę więc i chrypię. Zakrywam polarkiem usta i nos, jednak aż do końca czuję dyskomfort, a chwilami (od ostrego kaszlenia) nawet lekki posmak krwi w ustach.
Tak jak wtedy
Dość duży ruch trafiamy w Sierpcu, potem do Żuromina jest około 9 km odcinek centralnie na północ. Czyli z wiatrem bocznym. Wszystko (poza deszczem, który miał być, a za wyjątkiem kilku krótkich mżawek nie było wcale) jest zgodne z prognozą – najbardziej wieje przed Mławą. Boczny wiatr szarpie mi rowerem. Kilka razy rzuca mną w bok. Na tym odcinku jest jak podczas marcowej trasy do Sochaczewa. Wpadam w lekką panikę. Wilk szybko zauważa co się święci i przez chwilę mnie osłania przed mocnymi porywami wiatru. Nie da się tak jednak jechać dłużej, bo droga nie ma pobocza, a samochodów trochę tu jest. Jedziemy jednak blisko siebie i powoli. Udaje się przetrwać ten paskudny odcinek. Gdy odkręcamy na wschód, czuję wielką ulgę.
Chłopcy
Przed Mławą dostajemy na deser kilka pagórków. Krtań dokucza cały czas, więc nie pozwalam sobie na głębszy oddech (mocniejszą jazdę). No i w końcu jest – tabliczka „MŁAWA”. Mamy farta, bo akurat bokiem drogi idzie dwóch chłopców. Zagaduję ich i robią nam pamiątkową fotkę z Mławą :). Dworzec kolejowy w Mławie okazuje się tak obrzydliwy, że aż uroczy ;). Kupujemy bilety powrotne i jedziemy do Warszawy. W pociągu jemy ciastka, pijemy colę i… walczymy z sennością. W samej Warszawie z czasem jest ciasno, ale mimo to udaje się odwiedzić Stare Miasto i zobaczyć je w przedświątecznej szacie. Wrażenie jest piorunujące. Nigdy nie widziałam tak pięknych świątecznych dekoracji! Prawdziwa uczta dla oka. I wtedy to się staje – po raz pierwszy w tym roku odczuwam, świąteczną atmosferę. Jest pięknie. Jak Warszawa, to oczywiście mój ulubiony Pałac Kultury. No a potem już dworzec centralny i powrót do domu.
Mapa:
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Cztery dni przed Wigilią jadę z Wilkiem w trasę. Miało być gdzie indziej. Gdzieś gdzie tuż przed Świętami będzie pięknie, ale cel narzuca nam wiatr. Prognozy zapowiadają wyjątkowo silny wiatr, także przelotne ulewy, być może nawet śnieg i dokuczliwe zimno. W takiej sytuacji jazda z bocznym wiatrem nie ma sensu. Tłusty cel odkładamy na kiedy indziej. Teraz celem staje się Mława i trasa do niej – równiutko zgodna z kierunkiem wiatru. Ponoć w Mławie nie ma niczego ciekawego. Taki Okonek ;). Jednak cel nie zawsze musi być ciekawy, piękny, porywający… To może być gdziekolwiek.
Wszystko takie samo
W piątek krótko przed północą spotykam się z Wilkiem. Przed nami długa noc. Początek trasy (aż do Witkowa) jedziemy zgodnie z moim projektem. Są to spokojne, boczne drogi. Niektóre lekko dziurawe, ale przecież znam tu każdą dziurę na pamięć. Jadąc tak pokazuję Michałowi niektóre charakterystyczne miejsca. Zastanawiam się też jak mu się podobają moje tereny. I wtedy łapię się na tym, że to zupełnie bez sensu! Przecież jest zupełnie ciemno. Droga podobna do drogi, wioska do wioski…. Wszystko takie samo. Zwracam uwagę na „Marylę Rodowicz” w Górze, zatrzymujemy się też na ładnie przystrojonym w lampki świąteczne rynku w Pobiedziskach. W Czerniejewie podjeżdżamy pod pałac. Dziura w bramie, którą zrobił samochód przebijając mur na wylot cały czas zasłonięta jest blachą falistą. Znicze nadal stoją. Ale już się nie palą….
Gwiazdy
Za Witkowem odbijamy na północ, do Trzemeszna. Wiatr zacina z boku, faktycznie jest mocny, ale nie szarpie mi rowerem, więc nie jest źle. W Trzemesznie oglądamy ładną wieżę ciśnień (pięknie podświetloną) oraz po kamiennym bruku jedziemy na rynek. Noc mamy wspaniałą. Nad nami niebo pełne gwiazd.
Automat na monety
Po trzeciej w nocy zaczyna mnie brać senność. Mówię o tym Michałowi i zaczynamy gadać, by jakoś przegonić ten kryzys. Na dłuższy postój zatrzymujemy się w Skulsku, na małej stacji Orlenu. Dla mnie oczywiście kawa! Dziwny tu mają ekspres. Zupełnie nieorlenowski – to automat na monety, który nie wdaje reszty. Miły pan z obsługi od razu mnie o tym informuje i chętnie rozmienia mojego piątaka na drobne. Nie ma tu jak usiąść. To co? Na podłodze? Z grzeczności pytam pana czy możemy. Nie ma nic przeciwko. Pyta jak długa droga przed nami i czy nie straszno nam jechać w taką pogodę. Robi nam nawet fotkę :).
27 choinek
Prawie aż do samego Włocławka jedziemy fajnymi, bocznymi drogami. Wilk spisał się na medal projektując tę trasę. Bocznych dróg jest dużo. Ruch na nich żaden. Same wioski i małe miasteczka. Na nocnym odcinku do Włocławka (188km) naliczyłam ledwie 27 choinek (!), a to świadczy najdobitniej o tym jak mocno boczne to były drogi.
O wschodzie słońca
Przed Włocławkiem ruch trochę większy. Na polach wiatraki pracują jak oszalałe. Ale wieje! A w samym Włocławku przerwa śniadaniowa w McD. Mojego ulubionego zestawu kupić nie mogę, bo obowiązuje menu poranne. Biorę więc jakąś wielką bułę, frytki i herbatę. Siedzimy tak prawie bite 2 godziny. Jemy, pijemy i… podziwiamy (przez okno) wschód słońca ;). Jest ciepło i tak przyjemnie, że miło jest się tak polenić. Tym bardziej, że Wilk uparcie twierdzi, że w Mławie nic nie ma, więc bez sensu jest tam akurat spędzać czas w oczekiwaniu na pociąg. W McD jest lepiej.
Przejeżdżamy przez Włocławek, robimy fotki na rynku i na moście nad Wisłą. A potem mamy… podjazd dnia z doliny Wisły. Niestety po nocnej jeździe mam problemy z krtanią. Boli mnie, lekko zatyka. Kaszlę więc i chrypię. Zakrywam polarkiem usta i nos, jednak aż do końca czuję dyskomfort, a chwilami (od ostrego kaszlenia) nawet lekki posmak krwi w ustach.
Tak jak wtedy
Dość duży ruch trafiamy w Sierpcu, potem do Żuromina jest około 9 km odcinek centralnie na północ. Czyli z wiatrem bocznym. Wszystko (poza deszczem, który miał być, a za wyjątkiem kilku krótkich mżawek nie było wcale) jest zgodne z prognozą – najbardziej wieje przed Mławą. Boczny wiatr szarpie mi rowerem. Kilka razy rzuca mną w bok. Na tym odcinku jest jak podczas marcowej trasy do Sochaczewa. Wpadam w lekką panikę. Wilk szybko zauważa co się święci i przez chwilę mnie osłania przed mocnymi porywami wiatru. Nie da się tak jednak jechać dłużej, bo droga nie ma pobocza, a samochodów trochę tu jest. Jedziemy jednak blisko siebie i powoli. Udaje się przetrwać ten paskudny odcinek. Gdy odkręcamy na wschód, czuję wielką ulgę.
Chłopcy
Przed Mławą dostajemy na deser kilka pagórków. Krtań dokucza cały czas, więc nie pozwalam sobie na głębszy oddech (mocniejszą jazdę). No i w końcu jest – tabliczka „MŁAWA”. Mamy farta, bo akurat bokiem drogi idzie dwóch chłopców. Zagaduję ich i robią nam pamiątkową fotkę z Mławą :). Dworzec kolejowy w Mławie okazuje się tak obrzydliwy, że aż uroczy ;). Kupujemy bilety powrotne i jedziemy do Warszawy. W pociągu jemy ciastka, pijemy colę i… walczymy z sennością. W samej Warszawie z czasem jest ciasno, ale mimo to udaje się odwiedzić Stare Miasto i zobaczyć je w przedświątecznej szacie. Wrażenie jest piorunujące. Nigdy nie widziałam tak pięknych świątecznych dekoracji! Prawdziwa uczta dla oka. I wtedy to się staje – po raz pierwszy w tym roku odczuwam, świąteczną atmosferę. Jest pięknie. Jak Warszawa, to oczywiście mój ulubiony Pałac Kultury. No a potem już dworzec centralny i powrót do domu.
Mapa:
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Praca
Piątek, 19 grudnia 2014 Kategoria do 50
| Km: | 35.72 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 153m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca i zabawa w liczenie choinek ;)
Czwartek, 18 grudnia 2014 Kategoria do 50, Pobaw się z Kotem
| Km: | 35.61 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 158m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Święta tuż, tuż. Dziś w drodze do pracy liczyłam obwieszone
lampkami choinki. Taką zabawę bardzo lubiłam w dzieciństwie. Zawsze liczyłam je
z siostrą. Każda po „swojej” stronie drogi. Wygrywała ta, która zauważyła ich
więcej. Dziś w drodze do pracy policzyłam 14 choinek.
Proponuję zatem rowerową zabawę w liczenie choinek, a oto zasady:
Kategoria Choinka Pracowa
Liczymy:
1. Tylko te choinki, które widzimy jadąc rowerem w drodze do pracy / z pracy.
2. Wyłącznie jadąc w jedną stronę (aby nie liczyć podwójnie).
3. Wyłącznie choinki podświetlone lampkami.
4. Wyłącznie jadąc po ciemku.
5. Tylko choinki zewnętrzne.
Nie liczymy:
1. Choinek widzianych podczas przejazdu innego niż pracowy,
2. Choinek widzianych podczas jazdy innym środkiem transportu niż rower,
3. Choinek widzianych podczas marszu / prowadzenia roweru,
4. Choinek obwieszonych ozdobami świątecznymi, ale bez świecących się lampek.
5. Tworów choinkopodobnych, tj:
a) atrap choinek (np. podświetlonych trójkątów w oknach imitujących choinkę),
b) lampek świątecznych ozdabiających wejścia do domów,
c) lampek świątecznych ozdabiających żywopłoty,
d) innych iluminacji świątecznych,
e) neonów w kształcie choinek
6. Stojących w domach, a widocznych z zewnątrz przez okno
Kategoria Choinka Weekendowa
Zasady liczenia takie same jak w przypadku Choinki Pracowej, ale:
1. Jako weekend rozumiemy sobotę i niedzielę.
2. Nie sumują się choinki z soboty i niedzieli. Sobotę i niedzielę liczymy osobno.
3. Dopuszcza się sumowanie soboty i niedzieli jeśli jazda zostanie zaczęta w sobotę i będzie trwała przez część niedzieli. Wtedy liczymy choinki jako sobotnie.
4. W przypadku trasy typu wahadło (po tej samej drodze) – liczymy jadąc tylko w jedną stronę.
5. W przypadku kilku jazd jednego dnia – jeśli jedziemy kilka razy obok tej samej choinki – liczymy ją tylko raz.
Postanowienia końcowe:
1. Nagród nie będzie.
2. Dopuszcza się robienie zdjęć choinkom.
3. Nie oszukujemy!
Proponuję zatem rowerową zabawę w liczenie choinek, a oto zasady:
Kategoria Choinka Pracowa
Liczymy:
1. Tylko te choinki, które widzimy jadąc rowerem w drodze do pracy / z pracy.
2. Wyłącznie jadąc w jedną stronę (aby nie liczyć podwójnie).
3. Wyłącznie choinki podświetlone lampkami.
4. Wyłącznie jadąc po ciemku.
5. Tylko choinki zewnętrzne.
Nie liczymy:
1. Choinek widzianych podczas przejazdu innego niż pracowy,
2. Choinek widzianych podczas jazdy innym środkiem transportu niż rower,
3. Choinek widzianych podczas marszu / prowadzenia roweru,
4. Choinek obwieszonych ozdobami świątecznymi, ale bez świecących się lampek.
5. Tworów choinkopodobnych, tj:
a) atrap choinek (np. podświetlonych trójkątów w oknach imitujących choinkę),
b) lampek świątecznych ozdabiających wejścia do domów,
c) lampek świątecznych ozdabiających żywopłoty,
d) innych iluminacji świątecznych,
e) neonów w kształcie choinek
6. Stojących w domach, a widocznych z zewnątrz przez okno
Kategoria Choinka Weekendowa
Zasady liczenia takie same jak w przypadku Choinki Pracowej, ale:
1. Jako weekend rozumiemy sobotę i niedzielę.
2. Nie sumują się choinki z soboty i niedzieli. Sobotę i niedzielę liczymy osobno.
3. Dopuszcza się sumowanie soboty i niedzieli jeśli jazda zostanie zaczęta w sobotę i będzie trwała przez część niedzieli. Wtedy liczymy choinki jako sobotnie.
4. W przypadku trasy typu wahadło (po tej samej drodze) – liczymy jadąc tylko w jedną stronę.
5. W przypadku kilku jazd jednego dnia – jeśli jedziemy kilka razy obok tej samej choinki – liczymy ją tylko raz.
Postanowienia końcowe:
1. Nagród nie będzie.
2. Dopuszcza się robienie zdjęć choinkom.
3. Nie oszukujemy!
Praca
Środa, 17 grudnia 2014 Kategoria do 50
| Km: | 35.12 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 148m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Wtorek, 16 grudnia 2014 Kategoria do 50
| Km: | 35.16 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 148m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W drodze z pracy zrobiło mi się słabo. Musiałam się zatrzymać i szybko coś zjeść. Nogi jak z waty, szum w uszach, zawrót głowy. Najwyraźniej nie doszłam jeszcze do siebie po sobotnim niedojedzeniu. Grubo. Jeśli jeszcze raz zrobi mi się słabo, to idę na badania krwi.
Praca
Poniedziałek, 15 grudnia 2014 Kategoria do 50
| Km: | 36.32 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 151m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Jamielnik
Sobota, 13 grudnia 2014 Kategoria Kocia czytelnia, do 300
| Km: | 272.29 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 11:02 | km/h: | 24.68 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 938m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
12 kilometrów. Ile to jest?
[...]
Dużo?
[Za dużo...]
Ile czasu potrzebujesz by pokonać 12 kilometrów?
[Zbyt wiele by zdążyć na czas...]
Czas....
[Już po czasie...]
Czy ma to jakieś większe znaczenie?
[Ma! Jasne, że tak!!!]
Bywa tak, że cel jest o 12 kroków za daleko.
[...]
........................................................................................................................................................................................
Orkan Aleksandra miał wyszaleć się w nocy. Pomysł by jechać z wiatrem rzucił Krzysztof. Gdzie poniesie?
Do Iławy?
Trasę mam opracowaną - to w zasadzie sprawdzony gotowiec. Przez Iławę jechałam przecież latem do Ełku. Jako, że do Iławy jedzie się przez Toruń, zagaduję do Olka. Umawiamy się na spotkanie na mieście. Podsyłam mu też do wglądu całą trasę. Koryguje odcinek Toruń – Iława. Fajnie – będzie trochę nowego.
Przeminęło z wiatrem
W sobotę budzik dzwoni o 2.45. Jestem gotowa do zerwania się na równe nogi, ale Krzysztof zarządza 5 minut drzemki. Ok., w sumie chętnie. Przez te 5 minut śpię z całych sił. Kiedy jemy śniadanie, za oknem leje. Ale nie słychać wycia wiatru. Chyba faktycznie najsilniejsze uderzenie przeszło w nocy. Wiatr... przeminął z wiatrem? Tradycyjne śniadanie: kanapka, herbata, kawa, czekolada, Internet. I w drogę. Przed startem Krzysztof jeszcze trochę lata po chacie, motam się i ja. Koniec końców, zamiast o 4.00 rano, ruszamy o 4.20. Ciemno, ciepło jak na grudzień (4`C) i wietrznie. Drogi są mokre, ale już nie pada. Pusto. Jazda idzie sprawnie, choć Krzysztof prawie od razu mi mocno odskakuje (jest w zasięgu wzroku).
Ciemno
GPS pada tuż przed Kiszkowem. A to niemiła niespodzianka! Zaskakujące tym bardziej, że przecież na tę jazdę były zakładane świeżo naładowane akumulatorki. Od pierwszego sygnału, że to wyczerpane baterie, mam jeszcze chwilę czasu nim urządzenie ostatecznie zgaśnie. Krzysztof daleko z przodu. Drę się więc jak wariatka z nadzieją, że mnie usłyszy. Nic. No to rozdzieram się jeszcze głośniej. W końcu daje to rezultat i widzę, że zawraca. Wiatr nie tylko pomaga jechać, ale też doskonale niesie głos ;). W Kiszkowie jest stacja paliw. Wiele razy przejeżdżałam obok - chyba czynna całą dobę. Czynna. Kupujemy baterie i wracamy do nocnej jazdy. Ciemno, ciemno, ciemno. Można mieć wrażenie, że dzień nigdy nie nadejdzie. Ale w końcu nadchodzi - w Żninie, po ponad 70 km jazdy w ciemnościach.
Gdyby...
Na wyjeździe z miasta drugi szybki postój na stacji. Postojów prawie nie ma, z czasem jest ciasno. Krzysztof gada, że do Iławy jest z 260-270 km, mi w głowie się tłucze, że to jednak więcej (przecież jechałam przez Iławę!). Siedzi we mnie jakiś niepokój. Współpraca zupełnie się nie klei, każde z nas jedzie swoje. Problem jest z jedzeniem – trudno cokolwiek sięgnąć z torby i odpakować, gdy ma się na dłoniach grube rękawiczki. Rezultat jest taki, że prawie nie jem. Żałuję, że w bukłaku mam czystą wodę. Gdyby to był jakiś sok... gdyby woda z miodem... to by dało choć trochę energii.
Spotkanie
Do Torunia dojeżdżamy w niedoczasie. Wg moich wyliczeń mamy tu max 10 minut na postój (za Toruniem są lekkie górki, dziurawe drogi – tak to pamiętam). Krótko po wjeździe do miasta spotykamy Olka, który wyjechał nam naprzeciw. Jak miło! Jedziemy razem przez imponujący most na Wiśle. Szarpię się z torbą i aparatem, by zrobić choć jedno zdjęcie z tej wspólnej jazdy. Udaje się, ale zostaję po tej szarpance mocno z tyłu. Olek prowadzi nas na stację. Po drodze czuć cudowny, słodki zapach. Olek gada, że niedaleko jest wytwórnia płatków śniadaniowych. Umieram z głodu, więc ten boski zapach to istna tortura. Na stacji pijemy kawę i jemy babkę (jestem tak głodna, że zjadam prawie pół babki, do kawy sypię cukier). Potem wspólnie wyjeżdżamy z miasta. Na jednym ze skrzyżowań Olek się z nami żegna, a my jedziemy zgodnie z jego wariantem trasy, w stronę Iławy.
Nic strasznego
Na samym początku ślad wyrzuca nas na chwilę na DK10. Nie jest to jednak nic strasznego, bo to krótki kawałek i w dodatku jest szerokie pobocze. Dalsza droga na Golub-Dobrzyń jest już zupełnie spokojna i jedzie się bardzo fajnie - zwłaszcza, że i nawierzchnie są dobre. W Golubiu-Dobrzyniu żadnych przerw. Szybka fotka zamku (z daleka) i jazda. Na chwilę (jakieś 7-8km) jeszcze wyskakujemy na główniejszą drogę – to DK15 Toruń-Olsztyn. Nie ma pobocza, ale ruch nie jest tragiczny. W końcu to sobota (w tygodniu, np. w piątkowe popołudnie, nie chciałabym tu jednak być).
Niedoczas
Brodnicki Park Krajobrazowy to małe, ale częste góreczki. Jest ładnie, ale trudno mi wykrzesać z siebie radość i entuzjazm. Jestem głodna. Na zatrzymywanie się i jedzenie nie ma czasu. Jest niedoczas. Wariant Olka częściowo pokrywa się z moim. Gdy docieramy do Bielic, gdzie nocowałam w drodze do Ełku, wiem już, że z całą pewnością jest źle. Krzysztof, który cały czas leciał z przodu stoi na poboczu, zaraz za przejazdem. Woła bym też się zatrzymała. Nie ma znaków na Iławę. Gdzie ta Iława? Czasu jest już tak mało!
To jeszcze kawałek drogi. Nieco za długi by zrobić go w 50 minut... a mniej więcej tyle mamy do odjazdu pociągu.
Gdy wszystko się wali...
Krzysztof proponuje współpracę. Każe siadać na koło. Po ponad 250 km jazdy osobno... Szlag mnie trafia, o współpracy należało pomyśleć wcześniej! Nie siadam na koło. To i tak już nie ma sensu. Jedziemy jeszcze kawałek. Do dobrze mi znanego znaku „Iława 12”. Krzysztof czeka na rozdrożu. Klikamy w GPSie. Mało co w nim widać. Udaje się jednak znaleźć stację bliższą od Iławy, to Jamielnik. Drogi widać w GPSie tak wspaniale, że odbicie na Jamielnik zupełnie nam umyka. Lecimy jeszcze kawałek na Iławę (ze 3km), Krzysztof pyta przypadkowego faceta o to odbicie. No i musimy się 3km cofnąć. Jest już bardzo głęboka szarówka.
Smacznego!
Pada mi lampka, ale nie ma czasu by zmieniać baterie. Jadę więc nie widząc prawie nic, a są dziury. W dodatku jest mi słabo z głodu. Ledwo się trzymam na rowerze. Staram się o tym głodzie nie myśleć, nie zastanawiać co będzie jeśli stracę przytomność podczas jazdy.
I wtedy gdy wyłączam myślenie stwierdzam, że coś jem.
Poruszam szczęką, gryzę.
Nie połykam.
Co do diaska? Ze zdumieniem odkrywam, że gryzę własny polarek, którym osłaniam usta i nos przed zimnym powietrzem. Aż tak głodna?... W końcu docieramy do Jamielnika. A tu stacja kolejowa za jakimś ogrodzeniem. Okrążamy to ogrodzenie gruntówką. Jadę potem po peronie i prawie ładuję się na słup. Jest mi strasznie smutno, jestem też wściekła. Pierwsze o czym myślę, to że rzucę całą tę jazdę rowerem w cholerę. Zablokuję komentarze na BS, zniknę w ogóle z rowerowego Internetu. Do Iławy zabrakło 12 km.
Granica
Po kilku minutach przyjeżdża pociąg. W środku jest gorąco, ale z tego przegłodzenia cała się trzęsę. Zakładam więc dodatkową kurtkę. Na przesiadce w Toruniu jemy pizzę. Mogliśmy ją zamówić dzięki uprzejmości Olka, który dał nam namiary na pizzerię. Po takim głodnym dniu pizza wchodzi jednak ciężko. Po dwóch kawałkach mam zupełnie dość i czuję się jak lekko podpita. Kolejny pociąg – tym razem już ostatni na dziś. W przedziale 3 osoby. Chłopak w niebieskiej kurtce pyta ile przejechaliśmy. Zaokrąglam w dół: 270km. Jest zszokowany takim przebiegiem. Zupełnie też nie rozumie mojego przygnębienia.
Śmieje się pytając cóż to jest te brakujące 12km...
Cóż to jest?
Otóż to jest właśnie granica między radością a smutkiem, ale zupełnie nie mam serca by mu to wyjaśniać.
Gapię się tępo w czarne okno.
Tak się złożyło, że tym razem się nie udało.
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Mapa:
[...]
Dużo?
[Za dużo...]
Ile czasu potrzebujesz by pokonać 12 kilometrów?
[Zbyt wiele by zdążyć na czas...]
Czas....
[Już po czasie...]
Czy ma to jakieś większe znaczenie?
[Ma! Jasne, że tak!!!]
Bywa tak, że cel jest o 12 kroków za daleko.
[...]
........................................................................................................................................................................................
Orkan Aleksandra miał wyszaleć się w nocy. Pomysł by jechać z wiatrem rzucił Krzysztof. Gdzie poniesie?
Do Iławy?
Trasę mam opracowaną - to w zasadzie sprawdzony gotowiec. Przez Iławę jechałam przecież latem do Ełku. Jako, że do Iławy jedzie się przez Toruń, zagaduję do Olka. Umawiamy się na spotkanie na mieście. Podsyłam mu też do wglądu całą trasę. Koryguje odcinek Toruń – Iława. Fajnie – będzie trochę nowego.
Przeminęło z wiatrem
W sobotę budzik dzwoni o 2.45. Jestem gotowa do zerwania się na równe nogi, ale Krzysztof zarządza 5 minut drzemki. Ok., w sumie chętnie. Przez te 5 minut śpię z całych sił. Kiedy jemy śniadanie, za oknem leje. Ale nie słychać wycia wiatru. Chyba faktycznie najsilniejsze uderzenie przeszło w nocy. Wiatr... przeminął z wiatrem? Tradycyjne śniadanie: kanapka, herbata, kawa, czekolada, Internet. I w drogę. Przed startem Krzysztof jeszcze trochę lata po chacie, motam się i ja. Koniec końców, zamiast o 4.00 rano, ruszamy o 4.20. Ciemno, ciepło jak na grudzień (4`C) i wietrznie. Drogi są mokre, ale już nie pada. Pusto. Jazda idzie sprawnie, choć Krzysztof prawie od razu mi mocno odskakuje (jest w zasięgu wzroku).
Ciemno
GPS pada tuż przed Kiszkowem. A to niemiła niespodzianka! Zaskakujące tym bardziej, że przecież na tę jazdę były zakładane świeżo naładowane akumulatorki. Od pierwszego sygnału, że to wyczerpane baterie, mam jeszcze chwilę czasu nim urządzenie ostatecznie zgaśnie. Krzysztof daleko z przodu. Drę się więc jak wariatka z nadzieją, że mnie usłyszy. Nic. No to rozdzieram się jeszcze głośniej. W końcu daje to rezultat i widzę, że zawraca. Wiatr nie tylko pomaga jechać, ale też doskonale niesie głos ;). W Kiszkowie jest stacja paliw. Wiele razy przejeżdżałam obok - chyba czynna całą dobę. Czynna. Kupujemy baterie i wracamy do nocnej jazdy. Ciemno, ciemno, ciemno. Można mieć wrażenie, że dzień nigdy nie nadejdzie. Ale w końcu nadchodzi - w Żninie, po ponad 70 km jazdy w ciemnościach.
Gdyby...
Na wyjeździe z miasta drugi szybki postój na stacji. Postojów prawie nie ma, z czasem jest ciasno. Krzysztof gada, że do Iławy jest z 260-270 km, mi w głowie się tłucze, że to jednak więcej (przecież jechałam przez Iławę!). Siedzi we mnie jakiś niepokój. Współpraca zupełnie się nie klei, każde z nas jedzie swoje. Problem jest z jedzeniem – trudno cokolwiek sięgnąć z torby i odpakować, gdy ma się na dłoniach grube rękawiczki. Rezultat jest taki, że prawie nie jem. Żałuję, że w bukłaku mam czystą wodę. Gdyby to był jakiś sok... gdyby woda z miodem... to by dało choć trochę energii.
Spotkanie
Do Torunia dojeżdżamy w niedoczasie. Wg moich wyliczeń mamy tu max 10 minut na postój (za Toruniem są lekkie górki, dziurawe drogi – tak to pamiętam). Krótko po wjeździe do miasta spotykamy Olka, który wyjechał nam naprzeciw. Jak miło! Jedziemy razem przez imponujący most na Wiśle. Szarpię się z torbą i aparatem, by zrobić choć jedno zdjęcie z tej wspólnej jazdy. Udaje się, ale zostaję po tej szarpance mocno z tyłu. Olek prowadzi nas na stację. Po drodze czuć cudowny, słodki zapach. Olek gada, że niedaleko jest wytwórnia płatków śniadaniowych. Umieram z głodu, więc ten boski zapach to istna tortura. Na stacji pijemy kawę i jemy babkę (jestem tak głodna, że zjadam prawie pół babki, do kawy sypię cukier). Potem wspólnie wyjeżdżamy z miasta. Na jednym ze skrzyżowań Olek się z nami żegna, a my jedziemy zgodnie z jego wariantem trasy, w stronę Iławy.
Nic strasznego
Na samym początku ślad wyrzuca nas na chwilę na DK10. Nie jest to jednak nic strasznego, bo to krótki kawałek i w dodatku jest szerokie pobocze. Dalsza droga na Golub-Dobrzyń jest już zupełnie spokojna i jedzie się bardzo fajnie - zwłaszcza, że i nawierzchnie są dobre. W Golubiu-Dobrzyniu żadnych przerw. Szybka fotka zamku (z daleka) i jazda. Na chwilę (jakieś 7-8km) jeszcze wyskakujemy na główniejszą drogę – to DK15 Toruń-Olsztyn. Nie ma pobocza, ale ruch nie jest tragiczny. W końcu to sobota (w tygodniu, np. w piątkowe popołudnie, nie chciałabym tu jednak być).
Niedoczas
Brodnicki Park Krajobrazowy to małe, ale częste góreczki. Jest ładnie, ale trudno mi wykrzesać z siebie radość i entuzjazm. Jestem głodna. Na zatrzymywanie się i jedzenie nie ma czasu. Jest niedoczas. Wariant Olka częściowo pokrywa się z moim. Gdy docieramy do Bielic, gdzie nocowałam w drodze do Ełku, wiem już, że z całą pewnością jest źle. Krzysztof, który cały czas leciał z przodu stoi na poboczu, zaraz za przejazdem. Woła bym też się zatrzymała. Nie ma znaków na Iławę. Gdzie ta Iława? Czasu jest już tak mało!
To jeszcze kawałek drogi. Nieco za długi by zrobić go w 50 minut... a mniej więcej tyle mamy do odjazdu pociągu.
Gdy wszystko się wali...
Krzysztof proponuje współpracę. Każe siadać na koło. Po ponad 250 km jazdy osobno... Szlag mnie trafia, o współpracy należało pomyśleć wcześniej! Nie siadam na koło. To i tak już nie ma sensu. Jedziemy jeszcze kawałek. Do dobrze mi znanego znaku „Iława 12”. Krzysztof czeka na rozdrożu. Klikamy w GPSie. Mało co w nim widać. Udaje się jednak znaleźć stację bliższą od Iławy, to Jamielnik. Drogi widać w GPSie tak wspaniale, że odbicie na Jamielnik zupełnie nam umyka. Lecimy jeszcze kawałek na Iławę (ze 3km), Krzysztof pyta przypadkowego faceta o to odbicie. No i musimy się 3km cofnąć. Jest już bardzo głęboka szarówka.
Smacznego!
Pada mi lampka, ale nie ma czasu by zmieniać baterie. Jadę więc nie widząc prawie nic, a są dziury. W dodatku jest mi słabo z głodu. Ledwo się trzymam na rowerze. Staram się o tym głodzie nie myśleć, nie zastanawiać co będzie jeśli stracę przytomność podczas jazdy.
I wtedy gdy wyłączam myślenie stwierdzam, że coś jem.
Poruszam szczęką, gryzę.
Nie połykam.
Co do diaska? Ze zdumieniem odkrywam, że gryzę własny polarek, którym osłaniam usta i nos przed zimnym powietrzem. Aż tak głodna?... W końcu docieramy do Jamielnika. A tu stacja kolejowa za jakimś ogrodzeniem. Okrążamy to ogrodzenie gruntówką. Jadę potem po peronie i prawie ładuję się na słup. Jest mi strasznie smutno, jestem też wściekła. Pierwsze o czym myślę, to że rzucę całą tę jazdę rowerem w cholerę. Zablokuję komentarze na BS, zniknę w ogóle z rowerowego Internetu. Do Iławy zabrakło 12 km.
Granica
Po kilku minutach przyjeżdża pociąg. W środku jest gorąco, ale z tego przegłodzenia cała się trzęsę. Zakładam więc dodatkową kurtkę. Na przesiadce w Toruniu jemy pizzę. Mogliśmy ją zamówić dzięki uprzejmości Olka, który dał nam namiary na pizzerię. Po takim głodnym dniu pizza wchodzi jednak ciężko. Po dwóch kawałkach mam zupełnie dość i czuję się jak lekko podpita. Kolejny pociąg – tym razem już ostatni na dziś. W przedziale 3 osoby. Chłopak w niebieskiej kurtce pyta ile przejechaliśmy. Zaokrąglam w dół: 270km. Jest zszokowany takim przebiegiem. Zupełnie też nie rozumie mojego przygnębienia.
Śmieje się pytając cóż to jest te brakujące 12km...
Cóż to jest?
Otóż to jest właśnie granica między radością a smutkiem, ale zupełnie nie mam serca by mu to wyjaśniać.
Gapię się tępo w czarne okno.
Tak się złożyło, że tym razem się nie udało.
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Mapa:





