Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Wielanowo

Dystans całkowity:1877.37 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:48:25
Średnia prędkość:21.53 km/h
Maksymalna prędkość:40.50 km/h
Suma podjazdów:8036 m
Maks. tętno maksymalne:158 (0 %)
Maks. tętno średnie:128 (0 %)
Liczba aktywności:8
Średnio na aktywność:234.67 km i 12h 06m
Więcej statystyk

Wielanowo 2021

Sobota, 6 listopada 2021 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Wielanowo
Km: 253.53 Km teren: 0.00 Czas: 12:16 km/h: 20.67
Pr. maks.: 40.50 Temperatura: 7.0°C HRmax: 158158 HRavg 128
: kcal Podjazdy: 1269m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Jego noce są dłuższe i ciemniejsze. Łatwiej się zgubić. Łatwiej zaplątać.
Łatwiej zasnąć. Nawet na zawsze.
Łatwiej jest żyć w listopadzie.

*
W kurtce. W szalu. W czapce. W wełnianych skarpetkach i rękawiczkach. Chowam się w tym wszystkim przed zgniłą jesienią.

*
Będę zawsze przy Tobie.
Nie ma znaczenia co powiesz, co zrobisz.
Będę zawsze przy Tobie.
*
Listopad jest chłodnym spokojem. Jest skarbem, którego szukałam.
*
Emocje wirują jak liście na wietrze. Albo jak płatki śniegu. Możesz próbować je łapać.
Ale one wtedy będą już inne. Zmienią kolory i stan skupienia.
Zostaną puste ręce.
*
Nadal lubię grzyby i szpinak. Oraz czereśnie i kolor różowy. Być może lubię również Ciebie. Z pewnością nie lubię większości ludzi.
*
Ludzie - widma. Patrzę na nich. Jak we mgłę. Przejdę obok. Nie zatrzymam wzroku. Nie odwrócę się.
*
"U Twych ramion płaszcz powisa, krzykliwy z leśnego ptactwa, długi przez cały korytarz, przez podwórze, aż gdzie gwiazda Wenus."
*
Zimno. Wieje. Kropi. Szaro. Listopad.

*
Wyizolowałam sterylny świat. Tu "zawsze" i tu "nigdy". Nigdy nie mów nigdy i pamiętaj, że nie ma nic na zawsze.
*
Raz po raz wracam do rzeczywistości. Normalna droga, zwykły chłód, silny wiatr. Mżawka. Środek jesieni.


*
Zapadam się w mech i kolorowe liście. Zapadam się w mokry piasek na dworcu w Wielanowie.
Zapadam się w noc. Zapadam we mgłę i w zimowy sen.
Wszędzie tam mnie znajdziesz po trochu.
*
W prawo, czy w lewo? Zresztą, to bez znaczenia.

*
Patykiem na piasku rysuję słońce. A potem piszę słowa, których nigdy nie wypowiem.
*
Bez przeszłości. Bez przyszłości. Bez perspektyw. Bez wspomnień i bez planów. Tylko tu i teraz.

*
"Błękitne, szerokie okna i jasne smugi od lamp i Twoja postać, jasna postać"
*
Nie mam siły brnąć w złudzenia. Położę się tu, na drewnianej ławce. I poczekam na wiosnę. Meta przecież nie istnieje.
*
Ta droga jest jak rzeka zapomnienia. Zapominam coraz bardziej i więcej. Zapominam się.
Nie pamiętam.
Zamykam oczy i jadę dalej. W zapomnienie. I w noc.


*
Wszystkie smutki zbiegają się w Wielanowie. Co roku, o tej samej porze.
Gdzieś tu, na stacji w lesie. Siedzą na drewnianej ławce.
W pierwszej połowie listopada.

*
A co, jeśli to wszystko jest snem?

*
16:11, za trzy minuty zachód słońca. Właśnie odjeżdża pociąg z Wielanowa.

Wielanowo

Niedziela, 1 listopada 2020 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Wielanowo
Km: 258.91 Km teren: 0.00 Czas: 12:45 km/h: 20.31
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1127m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
W dzień
Ta zieleń jest inna, niepodobna do wiosny, ani do lata. Ciemna, przygaszona. I zieleń dziwnie blada, bez życia.
Listopadowe kwiaty są jak ci, którzy przyszli za późno, nie wiedząc, że to nie czas i miejsce…
Rude i zielone paprocie stroszą pióropusze. Mchy miękkie i zimne, opite deszczem.

W nocy
Jak to jest z czasem? Pierwsza w nocy. Druga nad ranem. To ten moment, gdy noc pochyla się nad dniem.
Pochylam głowę nad zniczem, który zaraz ustawię pod zamkniętą cmentarną bramą. 1:25.
Noc to, czy już nad ranem?



W dzień
Ukradli księżyc i ukradli słońce. Zabrali, w zamian nie dając nic. Pełnia inna niż wszystkie – to noc doskonale czarna. Dzień bez ani jednego przebłysku słońca. Mgła spowija nas…



W dzień
Niski gruntowy peron. Ziemia jest ubita i rośnie tu trawa. Dworzec tonie w kwiatach. Pociąg towarowy wtacza się powoli. Pociąg osobowy wjedzie dziś wyjątkowo na drugi tor.

W nocy
Pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Listopad wiatrem szarpie drzewa, zrywa liście. Tak jakby chciał wszystkie kolory rzucić na ziemię już teraz. Przenika chłodem do szpiku kości. Częstuje deszczem. I otula mgłą.

W nocy
Pusto. W cieple, w domach, chowają się ludzie. Patrzę w okna mijanych domów. Mogłabym być jak oni.

W dzień
A gdyby tak pozwiedzać Wielanowo…
Kilka domków. Ulica. Krzyż. Zakład torfowy. Czas stoi. Czas płynie.

W nocy
Noc jest trudna. Oczy mi się zamykają. Nie ma muzyki, nie ma widoków. Jest tylko zimny wiatr. Liście, które tańczą na drodze.

Rano
W Dolinie Noteci krzyczą rozpaczliwie ptaki. Na szarym od mijającej nocy niebie widzę klucze. W grupie jest łatwiej.
Więc o co ten krzyk?

Rano
Czarne.
Czarno-szare.
Szare. 
Noc zamieniła się w dzień.

W dzień
Trudna i dziury. Szczecinek i zakazy we mgle. Czarne i herbata.

W nocy
Jedyne takie miejsce. Na końcu mojej drogi jest pełna uroku mała stacja kolejowa. Niczego więcej nie potrzeba. Usiądę na drewnianej parkowej ławce, która tam jest.

W dzień
Rzęsiście. Na chwilę. Na zimo. Kropla za kroplą.

W nocy
Nie jestem wystarczająco smutna. Ta noc, ta trasa. Czy jadąc do Wielanowa powinno się być smutnym? Przez pierwsze 50 km myślę sobie, że wrócę do domu. Zawrócę teraz zaraz. I pójdę spać.

W dzień
Zapach opadłych liści. Klonowe pachną najmocniej. Głęboki wdech. Zapach lasu. Trochę drewnianego kościoła, trochę świeżo zatemperowanych ołówków. Stęchlizna i wilgoć i… coś jeszcze. Jesień to nie tylko barwy.

Wszystkich Świętych 
Kolorowe kwiaty rozczulają. Tak jak zielone jeszcze pomidory, które nie zdążą nabrać kolorów, nim listopad rozgości się tu na dobre. Na stacji w Wielanowie błąkają się cienie minionego lata…



Listopadowa noc

Sobota, 3 listopada 2018 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Wielanowo
Km: 249.38 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1084m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Popołudniem
Dróżniczka chodzi po lesie z koszykiem i zbiera grzyby. Patrzę na nią siedząc na brązowej, drewnianej ławce, na dworcu kolejowym w Wielanowie. Nadal kwitną tu kwiaty, mróz ich jeszcze nie ściął. Odjadę stąd, nim skończy się krótki, listopadowy dzień.

W nocy
Ta noc jest prawdziwa. Jej głębi nie umniejszają gwiazdy na niebie, ani zwodniczy księżyc świecący światłem odbitym. Nocne niebo - jak ludzie na ziemi. Niektórzy świecą światłem własnym, inni jedynie odbitym.

Przed wschodem słońca
Dolina Noteci jest szaro-niebiesko-sina. Deszcz nadal siąpi. Szklana pogoda, powietrze niebieskawe, jak od telewizorów. Ziąb nie jest dolegliwy.

W nocy
Pan Listopad ma ciemne oczy, w których szkli się deszcz. W jego włosach poczochrane kolorowe liście. Na skroniach mógłby bielić się szron – lecz nie dzisiaj. Płaszcz ma teraz czarny, rozpływający się w czarności nocy. Zaprasza mnie na długi spacer i odchodzimy razem w noc.

W dzień
Wszystko jest szare i nijakie. Takie jak zwykła szara, codzienność. Trudno wpaść w zachwyt nad zwyczajnością.

W nocy
Poprzez morze świateł i kwiatów płynę ciągnąc za sobą kolarzówkę. Pamiętam dobrze miejsce, w które chcę trafić. Mija czas.

W dzień
Chmury tańczą po niebie - jest gęsto i ciasno, jedna wchodzi na drugą, a niebo przecież takie szerokie… wystarczy tam miejsca dla wszystkich.

W nocy
Nie dzieje się zupełnie nic. Mijają godziny. Tak jak miesiące i lata. Cały czas ta sama noc i deszcz - ten sam. W butach od dawna mam już morko, ale nie marznę, bo... mam w sobie wiosnę.

W nocy
Przez okienko podaje mi kawę i ciastko. Czynne całodobowo, ale drzwi otworzy dopiero o 6 rano. Jest 3.51. Piję kawę schowana pod dachem rozpiętym nad dystrybutorami paliwa. Pada mocniej.

W dzień
Jestem na półmetku, w Łobżenicy. Na Orlenie grzeje grzejnik. Chłonę jego ciepło jak gąbka wodę. Piję gorącą herbatę. Nie spieszy mi się. Mam czas. Uśmiecham się pod nosem.

W nocy
100 km deszczu, 100 km nocy.
100/100 – więcej punktów tej nocy nie zdobędę. Dostałam maksa.

Popołudniem
Dojście do budynku stacji jest jak spacer plażą: sypki, żółty piasek. Budynek taki sam. Niski gruntowy peron też jest ten sam. Las na wyciągnięcie ręki. Czy ktoś widział Wielanowo? Nigdy tam nie byłam. Znam tylko tę stację, która jest schowana w lesie, gdzieś w oddaleniu od... rzeczywistości.

W nocy
Inne miejsca, inne rozświetlone cmentarze. Pod drzewem roztrzaskane czerwone serce. Jedno drzewo wcześniej…. biały znicz. Po raz pierwszy jest tu inaczej niż zwykle.
To tuż pod Charbowem, po prawej stronie drogi.

W dzień
Pociąg odjedzie o 15.40. Czas się kurczy… Spieszmy się kochać… „i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości, czy pierwsza jest ostatnia czy ostatnia pierwsza”

W nocy
Nie patrzę na godzinę. To niczego nie zmieni. Wiedza nie sprawi, że nagle stanie się jasno. W oknach palą się światła. O wy, ludzie!
Dlaczego jeszcze nie śpicie? – Jest środek nocy.
Dlaczego już nie śpicie? – Noc się jeszcze nie skończyła.



Przed wschodem słońca
Chłodno! Pan Listopad podaje mi zwiewny szal z szarej mgły. Przenika mnie d(r)eszcz.

W dzień
Czarne. Nie moje myśli, lecz miejsce. Miejscowość nazywa się „Czarne”. Kupuję rogala i wsiadam na rower. Wtedy pojawia się on: ból. Znalazł nowe miejsce, w lewej łydce. Ciągnie, gdy mięsień pracuje. Teraz, przez chwilę, będzie bolało – droga się zmienia, większy ruch. Więc jadę szybciej. Tak trzeba, aby to co nieprzyjemne nie trwało (zbyt) długo.

W nocy
U moich stóp morze światełek i kwiatów. Pada delikatnie deszcz. Pusto. Cicho. Jest środek nocy. Mój znicz jest biały, jak wszystkie za wyjątkiem trzech. Te są czerwone.

Wschód słońca
Agrafka nad Osiekiem n. Notecią. Tu i teraz słońce budzi się ze snu. Dachy domów w dolince. Wschód z pewnością jest piękny, jednak…. gdzieś wysoko, ponad morzem chmur. Właśnie kończy się deszcz, odchodzi razem z nocą. Po każdej nocy przyjedzie dzień, a po deszczu….

Wieczorem
Zachód słońca jest zjawiskowy. Oglądam go przez okno pociągu. Sen o Wielanowie dobiega końca.

Popołudniem
Wędrujemy tak przez pola i lasy, szary szal z mgieł schowałam do kieszeni. Listopad uśmiecha się do mnie. W jego oczach niespodziewanie grają promienie słońca. Teraz, na sam koniec, zrobiła się piękna, złota jesień.

Zdjęcia
Mapa

Wielanowo

Sobota, 8 września 2018 Kategoria do 250, Kocia czytelnia, Wielanowo
Km: 246.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1046m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano i wieczorem
Z nieba płyną łzy. Z oczu kapie deszcz. Srebrna rzeka wije się jak kręta droga. Cicho. Ciemno. Miękko. Zamykam oczy i patrzę w niebo.

Wieczorem
Dróżniczka w końcu otwiera małe okno. Jest zaskoczona gdy dowiaduje się, że przyjechałam tu specjalnie. Myślała, że to przypadek. Że przez przypadek wysiadłam na niewłaściwej stacji.



Przed południem
Opcje. Opcje. Wystarczy kliknięcie i wszystko się zmienia. Wszystko jest dziecinnie proste. Rzeczywistość obraca się pod moimi palcami.

Wieczorem
A teraz trzeba kawałek się cofnąć. Dalej już tylko pustka, więc tej okazji nie można puścić. Wymagania są adekwatne do okoliczności: woda, czekolada, ciastka. Więcej dziś nie trzeba mi.



Wieczorem
Moje buty i koła kolarzówki zapadają się w jasnym, sypkim piasku. Na stację w Wielanowie właśnie wjechał pociąg. Chwilę po jego odjeździe pod małym budynkiem stoję ja. Ktoś jest w środku, pali się światło.

W środku dnia
Tu i teraz musi być szybko. Tam gdzie nieprzyjemnie, trzeba działać szybko i zdecydowanie. Przed - w trakcie - za. Nie dotykam stopami ziemi. Oddycham głęboko i równo. Skupiam wzrok na drodze. Łamię zakazy. I w końcu Szczecinek zostaje daleko za mną.

Wieczorem
Nie trzeba się spieszyć. To jest czas, by zwolnić i chłonąć wieczór. Żadna z tych chwil się nie powtórzy.

W nocy
Kiedy położę się w namiocie będę słuchać rykowiska. To już wrzesień. Ten czas. Raz po raz obudzi mnie przejeżdżający pociąg. Nie wydarzy się nic nieoczekiwanego.

Przed świtem
Biegnę peronem do ostatniego wagonu. Wrzucenie roweru do pociągu wymaga siły. Peron jest bardzo niski, a schodki wagonu wysokie. Drugie podejście jest skuteczne.

W nocy
Jesteśmy jak gwiazdy na niebie. Świecimy całą noc, lub pojawiamy się tylko na chwilę. Jest nas wielu, układamy się w konstelacje. Jesteśmy bardzo daleko od siebie, choć gdy się na nas patrzy wydaje się, że jesteśmy blisko. Świecimy światłem stałym, lub przewrotnie mrugamy. Czasem spadamy na ziemię. Wszyscy bledniemy, kiedy wschodzi słońce.



Rano
„Hello from the other side, I must have called a thousand times to tell you I`am sorry for everything thatI`ve done , but when I call you never seem to be home.”

Wieczorem
Nie boję się. Zdejmuję okulary i z uśmiechem odpowiadam na pytanie, które mi zadała:
- będę spała tam - lekko się odwracam i pokazuję palcem na las za moimi plecami. Proszę nikomu nie mówić, że tu jestem.
Uśmiecha się i to wystarczy za gwarancję. Dodaje tylko, bym uważała na zwierzęta. Te lasy są pełne zwierząt.

Rano
Kiedy na samym początku idzie źle, łatwo rzucić wszystko w diabły. 27 km od domu łapie mnie ulewa. A może wrócę? Po co moknąć, skoro w domu jest ciepło i nie pada?

W środku dnia
Wiatr wieje w twarz, słońce pali moją skórę. Zapomniałam kremu przeciwsłonecznego.

Wieczorem
Patrzę w okna, w których palą się światła. Ciepłe światła zwykłego życia. Czy tam mieszka szczęście? A może… to tylko iluzje. Lubię patrzeć w okna.

W nocy
Późne lato w Wielanowie. Zimna noc, 8°C. Rykowisko. Las sosnowy pochyla się w milczeniu nade mną. Ja też milczę. Dobranoc.

To ja
Łatwiej jest mi coś napisać, niż powiedzieć przez telefon. Łatwiej pojechać gdzieś samej niż w grupie. Łatwiej zorganizować daleki zagraniczny wyjazd, niż znosić zwykłą codzienność. Nie słodzę herbaty. Lubię grzyby i szpinak. Moje oczy mają kolor zielony.

Przed świtem
Na drewnianej, brązowej ławce czekam na pociąg. Niski, gruntowy peron, kwiaty przed budynkiem dworca. Nic się nie zmieniło. Wyjadę stąd nim wzejdzie słońce. Moja noc w wielanowskim lesie dobiega końca.

Rano
Na rozjeździe pali się czerwone światło. Kilkaset kilometrów dalej ktoś wysadził most i... to jest dobra wiadomość, choć jeszcze o tym nie wiem.

Mapa

Zimna wiosna w Kołobrzegu

Sobota, 24 marca 2018 Kategoria Kocia czytelnia, do 350, Wielanowo
Km: 317.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1243m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Prognozy pogody, aż do piątkowego późnego wieczora, były złe. Na mojej trasie do Kołobrzegu miały się pojawić opady śniegu z deszczem. W tej sytuacji dałam sobie spokój. Poszłam spać, z postanowieniem, że w sobotę pokręcę się pod domem. Nudna to była perspektywa, ale cóż…

Rano obudziłam się w miarę wcześnie – jak na jazdę pod domem, natomiast dość późno – jak na większy wyjazd. Z ciekawości sprawdziłam prognozy – a by to szlag! Wycofali się z opadów. Teraz! Kiedy ja dopiero co się obudziłam, rower nie jest gotowy, nie jestem spakowana, nie mam wgranej trasy. Patrzę na zegarek – późno. Co za kanał – myślę i przewracam się na drugi bok. Sobota zmarnowana. Wiercę się trochę, aż w końcu wstaję. Robię śniadanie, czytam Internet. Gdzieś między kanapką a herbatą wymyślam, że jednak pojadę do Kołobrzegu. Nic, że późno! Ważne, że jest chęć. Szybko szykuję rower, muszę dopompować opony, spakować się, dużo tego! Wszystko robię w pośpiechu, automatycznie. W korytarzu, na kolanie odpalam jeszcze laptopa i naprędce zgrywam trasę do garmina. Kupuję również bilet powrotny z Kołobrzegu do Poznania na jutro. Wygląda na to, że jestem gotowa. Wychodzę z domu grubo po ósmej godzinie. Jak na tę porę roku i tak długą trasę, to bardzo późno. No tak, znowu przyjdzie mi kończyć w środku nocy…

Poranek jest bardzo szary, lekko mglisty i zimny. 2 stopnie powyżej zera. W Janowcu Wlkp. kawa. Rozmarzam. Przed Kcynią jadę nowym wariantem drogi. Omijam miasteczko, które do jazdy rowerem nie jest przyjemne. Im mniej kilometrów na szosie Wągrowiec – Kcynia, tym lepiej. Z objazdu jestem bardzo zadowolona. Trasa była jednak planowana jakiś czas temu i wybywając tak nagle,spontaniczne z domu, nie zdążyłam jej sprawdzić. Pierwszy błąd to przejazd przez dolinę Noteci. Poprowadziłam najgorszą możliwą drogą, tj. tą najbardziej dziurawą. Tak, tak, znam ja tę drogę. Jest tak dziurawa i spękana, że w asfaltowych szczelinach latem radośnie rośnie trawa. Ale trzęsie! Pomstuję pod nosem, jadąc slalomem. Dalej droga idzie przez Samostrzel, a to oznacza, że wyjazd z doliny Noteci jest po kamiennym bruku. Sympatycznie, jak na trasę projektowaną pod kolarzówkę, nie ma co!



Jadąc, oczekuję chwili gdy zawitam w Nakle. Ale do Nakła nie docieram. Z bardzo prostego powodu – trasa nie idzie przez Nakło, mijam je przecież od zachodu. Co za niefart! Miałam ochotę na jakąś ciepłą orlenową zapiekankę, a tu kiszka. W ogóle przez większość trasy jadę poirytowana. Raz po raz łapię się na tym, że żałuję, że w ogóle wyszłam z domu. W domu ciepełko, a tu, na trasie, zimnica. Stacja miała być w Łobżenicy. Wjeżdżając do miasta cieszę się na samą myśl o odpoczynku w cieple, a tu… zonk. Jeden zakręt, drugi, szybko i… nagle okazuje się, że miasto mam już za sobą. A stacji nie ma. Coraz bardziej jestem na siebie zła – za ten spontan i jazdę trasą, której nie zweryfikowałam po wstępnym zaplanowaniu. Modlę się tylko, by dalej nie trafiły się żadne gruntowe kawałki.



Największy podjazd trasy mam w Biernatce. Wdrapuję się tu aż na 195 m n.p.m. Orlen trafia mi się dopiero w Szczecinku, po przejechaniu 150 km od poprzedniego postoju. W międzyczasie raz stałam w lesie, by zjeść drożdżówkę. Drogi na ogół puste, często dziurawe. Stacja przed Szczecinkiem niewygodna. Nie ma gdzie usiąść, rozkładam więc swoje graty na parapecie i na stojąco, jak ten koń, piję herbatę. Do jedzenia nie ma na ciepło niczego, co bym lubiła. Biorę więc, na zimno, kanapkę. Wybór marny. Albo z szynką (nie lubię mięsa), albo z tuńczykiem i cebulą (nie mogę jeść cebuli). Z dwojga złego, wybieram szynkę. Przynajmniej nie będę miała objawów zatrucia. Kiedy kończę jeść, za oknem jest już prawie ciemno. Do przejechania jeszcze 115 km, a na zewnątrz 1 stopień powyżej zera. Wściekam się na siebie – mogłam zostać w domu, zamiast się tłuc taki kawał drogi po nocy. Wiadomo przecież jak będzie – NUDNO. Jazda nocą jest okropnie nudna. Gdyby tylko nie remonty kolejowe, przez które nie da się normalnie wrócić ze Szczecinka do Poznania z rowerem, to bym się tu wycofała. Lasy pod Szczecinkiem są super. Nic tylko spać w nich. Jednak rzeczywistość nie nastraja do snu – trzeba wziąć się w garść i jechać. Najbliższa okazja do wycofu to Białogard. Przed wyjściem kupuję jeszcze kamizelkę odblaskową. Zapomniałam z domu zabrać swojej, a przecież chcę być widoczna. Zmieniam też baterie w tylnej lampce. Upewniwszy się, że świecę jak choinka w dniu 24 grudnia, lecę w mrok.

W Szczecinku, na jednej z głównych dróg, policja kontroluje kierowców. A to pech! Normalnie bym leciała szosami, ale tu są ścieżki rowerowe... no i policja. Jeszcze mi tylko mandatu brakuje do szczęścia. Wpadam więc na pomysł, by pogadać z policjantem. Zatrzymuję się i mówię:
- dobry wieczór, czy mogę jechać normalnie, szosą?
Policjant patrzy na mnie z uśmiechem i wypowiada jedno zaskakujące słowo: oczywiście.
Takie rzeczy tylko w Szczecinku, w sobotni wieczór. Kamień z serca, bo dalej droga dla rowerów jest jeszcze gorsza, to już nawet nie okropna kostka, która wybija nadgarstki i trzepie kręgosłup, lecz grunt z kamieniami, po którym kolarzówką, po ciemku zupełnie nie da się jechać.

Przed Grzmiącą jest dużo w dół. Sama Grzmiąca to podjazd. I nagle, pośród ciemności widzę tabliczkę Nosibądy. To już? Tak szybko? Zaraz zatem po prawej zobaczę zabytkowy kościółek (albo nie zobaczę – ciemno jest). Opuszczony domek, który z całą pewnością mijam po lewej jest niewidoczny. Myślę o tych wszystkich rzeczach, które są. A, których nie widzę. Które zasłaniają różne, życiowe ciemności. A chwilę potem będzie Wielanowo.

Niski, gruntowy peron, stacja oświetlona jest zimnym światłem latarni. Piasek jest grząski. Moje buty się w nim zapadają, ciężko targać za sobą kolarzówkę, bo koła uciekają. Sprawdzam w jakim kolorze jest ławka. Wygląda tak samo jak w listopadzie. Jest brązowa. W kwietniku czeka ziemia. Czeka na wiosenne kwiaty. Czeka na…. Wielanowo. Wiele-na-nowo. Zacząć wszystko, lub wiele, na nowo. Jak tu pusto i cicho! Las nie szumi. Las stoi w miejscu zamarły. Czeka i słucha. A ja… nie mam nic do powiedzenia. A może mam wiele do powiedzenia, ale nie potrafię zacząć. Łapię kolarzówkę i czym prędzej się oddalam. Zaczynam czerpać radość z tej trasy. Dopiero teraz. 72 km przed Kołobrzegiem. Zabawne. Lepiej późno niż wcale. Lepiej było przyjechać tu, niż krążyć pod domem. Lepiej jest robić to co się czuje i do czego ma się pasję. Tylko wtedy może być wyjątkowo. Jeśli robisz coś na siłę, bez przekonania, może być co najwyżej dostatecznie. Być sobą zawsze i wszędzie, nawet jeśli to oznacza wizytę w Wielanowie o 21.00. I nawet jeśli ma się zacząć wiele-na-nowo.



Noc jest ładna, księżyc w pierwszej kwadrze i gwiazdy nade mną. Czyste niebo. Nic dziwnego, że tak zimno. W Tychowie jestem już mocno zmarznięta. Jest przejmujący chłód, odkąd wyjechałam ze Szczecinka jest to 0*C lub -1*C. Wchodzę na Orlen na herbatę. Mówią, że kawy już nie ma, bo wszystko czyszczą i niedługo zamykają, ale herbata – oczywiście, że tak. Doskonale. Ja potrzebuję herbaty. Płacę i po chwili nie pamiętam – jaką herbatę brałam: dużą, czy małą? Pani z rozbrajającym uśmiechem macha ręką i mówi, że to nieistotne jaką zamawiałam – mam wziąć taką, na jaką mam ochotę. Tak wspaniale może być tylko w Tychowie, chwilę przed 22.

Na trasie dwa razy (gdy już jest ciemno) gonią mnie psy. Szczerze nie znoszę tych wrednych kundli, a jeszcze bardziej ich głupich właścicieli, którzy puszczają je luzem. Raz spotykam dzika. Nie widzę go, ale słyszę pochrząkiwanie z boku drogi. Kilka saren, kotów, żurawie, jeden zając. Najbardziej niesamowite są jednak gęsi nocujące na polu. Słyszę jak się odzywają, ale nie mogę ich zobaczyć.

Droga do Białogardu jest płaska i równa. Jedzie się idealnie. Jest tak fajnie, że autentycznie cieszę się, że mogę tu być. Potem jest Karlino. Znowu nie mogę uwierzyć w projekt trasy – jednak to prawda – zaplanowała kawałek po DK6! Przeklikuję to w garminie, pora jest późna, ruch żaden. Nie kombinuję, lecę. Prawdziwa zabawa zaczyna się przed Dygowem. Dzieje się to gdy jestem przekonana, że na bank poprowadziłam przez Gościno. Właśnie wtedy okazuje się, że trasa ucieka w prawo, wymyśliłam przejazd jakąś podrzędną drogą. Ale nic to, chętnie ją sprawdzę. Ciemno, że hej! Na początku jest super. Wąski dywanik. Jednak dalej pojawiają się straszne dziury, wyrwy, piach. W dodatku jest mgła. Mało widzę. Kurde! Pozabijać się tu można. Przejeżdżam przez mostek na Parsęcie. Jest to dość osobliwe uczucie – być w środku lasu, na kompletnie pustej, dziurawej dróżce w nocy, zupełnie samej. Nie, to nie jest strach. Jest to zwalczanie w sobie ochoty, by wejść w ten las głębiej i położyć się spać. Odliczam kilometry. To już tak blisko! Trzeba dojechać. Tak więc jest godz. 00.50, gdy dobijam do tabliczki „Kołobrzeg”. Ale fajnie! Teraz tylko trzeba poszukać miłych krzaków do spania.



Podejścia robię trzy. Mało atrakcyjnie. W końcu znajduję krzaki. Brzydkie. Nie musi być jasno, bym wiedziała, że jest tu brzydko. Mając tyle doświadczeń w nocowaniu na dziko, brzydotę rozpoznaje się od razu. No ale jestem już zmęczona, nie chce mi się szukać czegoś lepszego. -2*C. Rozbijam namiot i idę spać.


Trasa

Zdjęcia

Ciąg dalszy

Brązowa ławka

Sobota, 4 listopada 2017 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Wielanowo
Km: 262.75 Km teren: 0.00 Czas: 11:57 km/h: 21.99
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1130m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano
Bieli się szron na trawie. Zima stoi w progu i pyta, czy może wejść.
Odwracam głowę w stronę słońca.

W nocy
To oszukana noc. Księżyc świeci tak jasno, że wszystkie gwiazdy bledną z zazdrości. Jest jak uliczna latarnia, której światło dochodzi wszędzie.
Pełnia.

Rano
Dolina Noteci skąpana jest w delikatnych promieniach słońca. Woda w stawach rybnych jeszcze nie jest spuszczona. Można tu przyjść z aparatem i robić zdjęcia ptaków. Ptasi raj.
Raj może być wszędzie, na przykład tutaj.

W nocy
Patrzę tylko przez siatkę. Nie wchodzę przez bramę. Jestem pewna, że nic się nie zmieniło.

Rano
Kropelki rosy obficie pokrywają trawy, mienią się w słońcu.
Kropelki czasu uciekają jedna po drugiej. Trzeba się pospieszyć.

W nocy
Minęły dwa lata. Czerwony znicz płonie pod drzewem tak jak wtedy. Na szkle wytopione jest serce. Serce zawsze jest czerwone. To samo miejsce.
Czas się zatrzymał.

O świcie
Kawa nie tylko dla orłów. Mała w dużym kubku. W pośpiechu. Od początku liczę godziny i minuty. Czas płynie bardzo szybko. O 15.54 z Wielanowa odjedzie pociąg, a ja będę siedziała w ostatnim wagonie. Widzę przyszłość.



W dzień
Górki. Wiedziałam, że będą. Nie przeszkadzają mi. Trochę zniszczonych asfaltów. Trzęsie.
Trudna – taka miejscowość.
Czasem droga bywa trudna.

W nocy
Trzy stopnie powyżej zera, chłodno i trochę mgliście. Nocne mgiełki są granatowe i srebrzyste, księżyc nadaje ton.

W dzień
Nie wszystko da się zapamiętać. Pamięć wyrzuca (niektóre) wspomnienia. DK20 do Szczecinka, coś czego zupełnie nie zapamiętałam sprzed dwóch lat. Jak to możliwe, że poprowadziłam tędy? Nigdy więcej. Pasuje do reszty jak pięść do nosa.

O świcie
Ze wesołym uśmiechem pyta dokąd jadę o tak wczesnej godzinie. Dzień jeszcze nie wstał. Pętelka? Nie?
Jak mam wytłumaczyć tamto miejsce? Brakuje mi słów. To logicznie niewytłumaczalne.

W dzień
Pojawia się niczym nieproszony gość. Zajmuje dogodne dla siebie miejsca: plecy, stopy.
Ból zawsze jest niechciany.

W pociągu
Coś czerwonego na mojej dłoni. Krew. Musiałam się zranić wchodząc do pociągu. Jest żywo czerwona. A więc żyję.

Wschód słońca
Dwa lata temu nadszedł szybciej. Ale to złudzenie. Nadszedł w tym samym czasie. Dziś to ja wyjechałam wcześniej z domu, to pociąg odjedzie wcześniej ze stacji.

W nocy
Trzy sarny stoją z boku, patrzą na mnie. Ruszą i przetną mi drogę?…

W dzień
Aleja za aleją. Są podobne, ale każda jest inna. Każda prowadzi do celu.

Wielanowo
Oto jest cel. W nocy. O świcie. Rano. W dzień.
Cały czas niestrudzenie dążyć, by znaleźć się właśnie tutaj i usiąść na zielonej ławce. Stacja kolejowa w środku lasu. Niski, gruntowy peron. Żadnych sklepów, atrakcji. Zupełnie pusto. Kwiatki przed budynkiem ściął mróz. Ławka zmieniła kolor z zielonego na brązowy. Siadam na chwilę.
Teraz mam czas.



Zdjęcia

Wieczorem

Niedziela, 1 listopada 2015 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Wielanowo
Km: 267.45 Km teren: 0.00 Czas: 11:27 km/h: 23.36
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1053m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
" - Pewnego dnia widziałem zachód słońca czterdzieści trzy razy!
A chwilę potem dodałeś:
- Wiesz... jak jest naprawdę smutno, to lubi się zachody słońca...
- Taki byłeś smutny w dniu czterdziestu trzech zachodów?
Ale mały książę nie odpowiedział".

A co, jeśli miarą smutku.....
Jak bardzo dziś.....

.............................................................................................
Wieczorem:
Wieczornie pachnie las... drzewami, mokrawą ziemią, opadłymi liśćmi. Trochę.... jak w starym, drewnianym kościele.
Zaciągam się mocno. I jeszcze. I znowu. I nie mam dość....



W nocy:
To się skończy źle. Czuję, że zaraz stanie się coś strasznego i jestem jak sparaliżowana. Nie mogę zrobić nic... Znajomy dźwięk. Serce wali jak oszalałe. Oczy mam otwarte.
To był tylko zły sen. Pora wstać i zacząć nowy dzień.

W środku dnia:
Słonecznie. Ale to nie jest nachalne, ostre słońce, które kłuje po oczach. Lekka mgiełka dodaje delikatności. Jest ładnie, ale przecież nie obłędnie pięknie. To dobrze, bo doskonałość czasem razi.

W nocy:
Moje buty zapadają się w miękkim piasku. Wąskie opony kolarzówki, którą targam za sobą, żłobią śmieszny zygzak.
Rano przyjdą tu ludzie... moje ślady znikną.

O świcie:
Zimno. Dwa stopnie powyżej zera. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale niebo nie jest już czarne. Gwiazda Poranna blednie. W końcu przestanę ją widzieć. Ponad 50 km od domu. Blisko.... Tu. Piję kawę. To będzie dziś jedyna kawa. Na więcej nie wystarczy czasu. Swoją szansę wykorzystuję właśnie teraz, gdy (być może) jest jeszcze (zbyt) wcześnie.

Rano:
Jestem w niedoczasie. Jeśli dalej pojadę tak jak teraz, to spóźnię się na pociąg o 20 minut. Dyscyplina.

Wieczorem:
Stacja jest schowana w środku lasu. Nie ma tu zupełnie nic. Nie wiem gdzie jest sama miejscowość. Budynków nie ma. To... jak coś pośrodku niczego. Niski, gruntowy peron. Tory. Zatrzymują się tu tylko osobówki.
Kiedyś tu wrócę, by usiąść na zielonej ławce.

W środku dnia:
Prognozy się nie sprawdziły. Zapowiadali południowy wiatr, a wieje z południowego zachodu. To oznacza tylko tyle, że nie jest tak łatwo jak miało być. Nic poza tym. Cel jest jeszcze daleko, ale widzę go wyraźnie. Koncentracja i skupienie.

W nocy:
Jestem pewna, że wszystkie będą białe. Jak zwykle. Idę w głąb cmentarza, na sam kraniec. Dawno mnie tu nie było, lecz mimo ciemności, trafiam od razu. Cicho i spokojnie, poza mną nie ma tu nikogo. Płonące znicze..... gdy pochylisz głowę, wcale nie jest ciemno.

Popołudniem:
Jeśli się boisz, że nie zdążysz, to już nie musisz. Jesteś wysoko. Przed Grzmiącą jest dużo w dół. Lecisz. Sama Grzmiąca to podjazd. 50 m w górę. Nic wielkiego, wciągniesz z blatu. Potem znowu w dół i kolejny mały podjazd. Do Wielanowa, na stację, jest w dół.
Na koniec hamuj! Nie masz pierwszeństwa.

Rano:
Słońce już wstało. Na polach i na trawach bieli się szron. Zmroziło. To jeszcze jesień, ale w progu stoi zima...

W środku dnia:
Mam serdecznie dość górek! Poważnie. Jeśli to potrwa jeszcze i jeszcze, to w końcu się spóźnię. Nie odpuszczę, to jasne jak słońce, ale.... Jadę jak na maratonie. Żarcie podczas jazdy. Gdyby wiatr nie przeszkadzał, gdyby droga nie była tak dziurawa, gdyby było płasko.... gdyby babcia miała wąsy!

Popołudniem:
20 minut niedoczasu skasowane. Co więcej mam nadkład. W Wielanowie będę miała od 15 do 20 minut na… cokolwiek.

W nocy:
...wyobrażam sobie, że one są jak pociąg. Brakuje tylko budki dróżnika, opuszczonego szlabanu i migających czerwonych świateł. Stado jeleni przecina szosę. Stoję w środku lasu i czekam aż sobie pójdą.

Popołudniem:
Pamiętasz pewnie tamten podjazd. 8 %. Zrobiłam Ci tam zdjęcie, gdyśmy w maju jechały do Rzeczenicy. Powspominamy?

Wieczorem:
Wtoczył się powoli.
Stoję przy pierwszym wagonie. Jakoś się wdrapuję do środka z absurdalnie niskiego peronu. I wtedy kolejarz mówi, że z rowerem muszę przejść na sam koniec składu. Oni poczekają. To.... jak skok w przepaść... A potem biegnę peronem. To długi skład. Wspinam się znowu. Czasem w życiu trzeba podbiec, skoczyć, wdrapać się. Czasem warto. Częściej nie.

W nocy:
...a jednak nie wszystkie są białe. Jeden jest czerwony. Ktoś nie wiedział.... a może waśnie wiedział. Mój jest biały. Wtapiam się w tłum.

Wieczorem:
Niebo jak ogień za oknem pociągu. Staram się złapać te chwile.

Po zachodzie słońca:
- Niepotrzebnie pani biegła przez cały peron. Jest pani teraz na samym końcu.
- Nic nie szkodzi. Może to właśnie jest początek.
Uśmiecham się.

Mapa:



ZDJĘCIA


Dojazd (po raz pierwszy w Wielanowie)

Piątek, 25 września 2015 Kategoria Kocia czytelnia, do 50, Wielanowo
Km: 21.35 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 84m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Trasa Poznań – Wielanowo. Koleją.
Wagon dla podróżnych z większym wagonem ręcznym.
4 dziewczyny, które non-stop paplają i chichoczą.
Młody koleś, który z mocno obrażoną miną przesuwa się w bok, gdy pytam czy miejsce, które zajmują jego graty jest wolne.
Dosiada lekko żulowaty gość z niespotykanym zamiłowaniem do porządku. Widząc, że w przedziale nie ma ani jednego pojemnika na drobne śmieci, desperacko walczy z oknem. Nie jest mu duszno – ku zdziwieniu ogółu wywala papierek i natychmiast okno zamyka.

Nuda
Całe to upierdliwe towarzystwo wysiada kilka stacji za Poznaniem. I zaczyna się... nuda. Cały przedział mój. Noga na nogę. Prawa na lewą. A może odwrotnie będzie wygodniej? Pół-siedzę. Pół-leżę. Wstaję. Idę do okna. Idę do roweru. Gapię się na siedzenia. Siadam bokiem i nogi rozciągam na siedzeniu. Ćwiczę skłony. Podkurczam nogi. Gapię się w okno. Na rower. Na podłogę. Kładę głowę na stoliku. Podpieram ją ręką.
Uuuuu! Ale n-u-d-a!
W Szczecinku dosiadają dwaj panowie. Mili. Jeden z nich należy do klubu „200 na rowerze” i ma chęć na więcej. Niestety wysiadają parę stacji dalej.

Jak stąd wyjść?!
Maleńkie Wielanowo i najniższy peron świata. Wysiadam tu tylko ja. W zasadzie – wyskakuję, bo pode mną przepaść – od schodków pociągu do peronu więcej jak pół metra. Panika. Krok w przód. Krok w tył. Cholera jasna! Jak stąd wyjść?! Zeskakuję. Potem wyszarpuję rower. Uff... nogi i ręce aż mi się trzęsą. Peron jest gruntowy, rośnie tu trawa. Dookoła zwarty las. Idę obok budynku stacji. Pani przez okienko gada z kimś o szczekających całą zeszłą noc kozłach. Wierzę im.



Rykowisko
Jadę kilka kilometrów (choć w zasadzie mogłam rozbić namiot tuż za stacją) i rozstawiam się na noc na wielkiej łące. Za sobą mam ścianę lasu, z boku trochę krzaków, a tuż za krzakami tory kolejowe. W linii prostej – ze 30 metrów od namiotu. Kiedy jedzie pociąg, mam wrażenie, że zaraz wjedzie do namiotu. Gdy tylko zachodzi słońce, nad łąką pojawiają się niskie mgły. Robi się wilgotno i zimno. Zasypiam słuchając rykowiska. Jelenie ryczą głośno całą noc.

zdjęcia

Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum