Wpisy archiwalne w kategorii
do 150
| Dystans całkowity: | 15482.26 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 125:04 |
| Średnia prędkość: | 19.52 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 39.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 114978 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 174 (91 %) |
| Maks. tętno średnie: | 143 (75 %) |
| Suma kalorii: | 1924 kcal |
| Liczba aktywności: | 122 |
| Średnio na aktywność: | 126.90 km i 6h 34m |
| Więcej statystyk | |
Wakacje 4
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 135.40 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 696m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano coś gryzie mnie w przedramię. Chyba mrówka. Zostają 4 małe punkciki. Zastanawiam się, czy mój organizm wytworzy silną reakcję alergiczną. Początkowo jednak nie dzieje się nic złego. Zwijamy się z biwaku i ruszamy na trasę.
Odwiedzamy budzący kontrowersje pomnik w Jedwabnem, potem tłuczemy się po drogach z kamiennego bruku.

Prowadzę rower przez kilka kilometrów, bo jest to nawierzchnia pod opony MTB, a nie szosowe. Jest ciepło. Po 65 km osiągamy Wąsosz. Gorąco! Miejscowość ma ładnie malowany przystanek autobusowy i dwa wyjątkowo ciekawe kościoły.


Cały czas jedzie mi się średnio dobrze. Kiedy w Stawiskach trafia się Orlen, od razu wbijam na kawę. Po niej od razu jedzie się lepiej i szybciej. W drugiej części dnia mijamy radar pogodowy, a potem po raz drugi ładujemy się w teren. To znacznie spowalnia.


Końcówka jazdy to obiad w restauracyjce nad Narwią. Akurat kończy się jeden z meczy Euro 2020. Nasi z kimś tam przegrali. Nagle stoliki wystawione na zewnątrz pustoszeją i robi się cicho oraz spokojnie. Przyjemnie.

Zamawiamy obiad, a potem jedziemy zwiedzać Nowogród. Nic specjalnego tu nie ma. Pora uciekać do lasu, na nocleg.

Zaliczone gminy: Wizna, Jedwabne, Przytuły, Radziłów, Wąsosz, Stawiski, Mały Płock, Zbójna, Nowogród.
Odwiedzamy budzący kontrowersje pomnik w Jedwabnem, potem tłuczemy się po drogach z kamiennego bruku.

Prowadzę rower przez kilka kilometrów, bo jest to nawierzchnia pod opony MTB, a nie szosowe. Jest ciepło. Po 65 km osiągamy Wąsosz. Gorąco! Miejscowość ma ładnie malowany przystanek autobusowy i dwa wyjątkowo ciekawe kościoły.


Cały czas jedzie mi się średnio dobrze. Kiedy w Stawiskach trafia się Orlen, od razu wbijam na kawę. Po niej od razu jedzie się lepiej i szybciej. W drugiej części dnia mijamy radar pogodowy, a potem po raz drugi ładujemy się w teren. To znacznie spowalnia.


Końcówka jazdy to obiad w restauracyjce nad Narwią. Akurat kończy się jeden z meczy Euro 2020. Nasi z kimś tam przegrali. Nagle stoliki wystawione na zewnątrz pustoszeją i robi się cicho oraz spokojnie. Przyjemnie.

Zamawiamy obiad, a potem jedziemy zwiedzać Nowogród. Nic specjalnego tu nie ma. Pora uciekać do lasu, na nocleg.

Zaliczone gminy: Wizna, Jedwabne, Przytuły, Radziłów, Wąsosz, Stawiski, Mały Płock, Zbójna, Nowogród.
Do Olsztyna
Niedziela, 6 czerwca 2021 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 101.81 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dziś pobudka o 3. Po to, by ze spokojem zjeść śniadanie,
wypić kawę, dojechać do Białej Piskiej, pozwiedzać ją trochę i zdążyć na pociąg
na 5 rano, który godzinę później jest w Świętajnie. Tym sprytnym sposobem
przedostaję się sprawnie w rejony, w których mnie jeszcze nie było. Niemniej
pobudka jest po prostu straszna. Bardzo nie chce mi się wstawać. I tylko
zapowiedź kolejnego dnia na rowerze sprawia, że jednak wyłażę ze śpiwora i rozpoczynam
ten dzień o godzinie, o której większość ludzi jeszcze mocno śpi.

Biała Piska wcześnie rano jest zupełnie pusta i przyjemna. Nie mam pojęcia jak tu jest w środku dnia. Ale rano – miło.

Do pociągu na jednej z kolejnych stacji wsiada sakwiarz. Jedzie do Szczytna. To jedna stacja dalej niż ja. Ze Świętajna lasami jadę do Szczytna. Mijam słynną szkołę policyjną, spędzam trochę czasu oglądając ruiny zamku.


Za Szczytnem Jedwabno. Nie siedzę tu zbyt długo.

Teren zrobił się pagórkowaty, mam dziś też trochę jazdy krajówkami. Na szczęście to niedzielny poranek i ruch jest niewielki.

W Olsztynie, skąd wracam pociągiem do domu, mam sporo czasu. Jest tu dość tłumnie.


Tradycyjnie w takich warunkach nie bardzo się odnajduję. Wszystkie ogródki restauracyjne pełne. Trudno się wbić, mając w dodatku rower. Daję sobie więc spokój i zamiast normalnego obiadu, zjadam lody. Przypomina mi to inne zakończenie jednej z moich tras. Było to w Krakowie. Stamtąd też wyjechałam głodna.



Biała Piska wcześnie rano jest zupełnie pusta i przyjemna. Nie mam pojęcia jak tu jest w środku dnia. Ale rano – miło.

Do pociągu na jednej z kolejnych stacji wsiada sakwiarz. Jedzie do Szczytna. To jedna stacja dalej niż ja. Ze Świętajna lasami jadę do Szczytna. Mijam słynną szkołę policyjną, spędzam trochę czasu oglądając ruiny zamku.


Za Szczytnem Jedwabno. Nie siedzę tu zbyt długo.

Teren zrobił się pagórkowaty, mam dziś też trochę jazdy krajówkami. Na szczęście to niedzielny poranek i ruch jest niewielki.

W Olsztynie, skąd wracam pociągiem do domu, mam sporo czasu. Jest tu dość tłumnie.


Tradycyjnie w takich warunkach nie bardzo się odnajduję. Wszystkie ogródki restauracyjne pełne. Trudno się wbić, mając w dodatku rower. Daję sobie więc spokój i zamiast normalnego obiadu, zjadam lody. Przypomina mi to inne zakończenie jednej z moich tras. Było to w Krakowie. Stamtąd też wyjechałam głodna.


Czekając na deszcz
Niedziela, 2 maja 2021 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Majówka
| Km: | 144.15 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
To właśnie dziś był ten dzień, gdy miało spaść dużo deszczu i gdy miał zerwać się silny wiatr.
Wszystko się spełniło. Deszcz zaczął padać, gdyśmy dojeżdżali do Narwi, była wtedy godzina 14. Kilka godzin spędziliśmy pod dachem jedząc obiad. To jednak nie uchroniło nas przed zmoknięciem. Jadąc i idąc niemal po kostki w błocie do m. Puchły, by zobaczyć ładną cerkiew, zmokliśmy strasznie. Czułam jak woda leje mi się przez stójkę kurtki i płynie po plechach. Buty - szkoda gadać. W dodatku ten wiatr.... Są to warunki, gdy trzeba szukać miejscówki noclegowej roztropnie. To nie może być wysoki las. Co najwyżej młodnik. A najlepiej śródleśna polana.
Było fajnie.


Supraśl


Narew


Leje

Oni chyba nie lubią deszczu.

Puchły

Wszystko się spełniło. Deszcz zaczął padać, gdyśmy dojeżdżali do Narwi, była wtedy godzina 14. Kilka godzin spędziliśmy pod dachem jedząc obiad. To jednak nie uchroniło nas przed zmoknięciem. Jadąc i idąc niemal po kostki w błocie do m. Puchły, by zobaczyć ładną cerkiew, zmokliśmy strasznie. Czułam jak woda leje mi się przez stójkę kurtki i płynie po plechach. Buty - szkoda gadać. W dodatku ten wiatr.... Są to warunki, gdy trzeba szukać miejscówki noclegowej roztropnie. To nie może być wysoki las. Co najwyżej młodnik. A najlepiej śródleśna polana.
Było fajnie.


Supraśl


Narew


Leje

Oni chyba nie lubią deszczu.

Puchły

Dryfując do Łodzi
Niedziela, 11 kwietnia 2021 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 130.85 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 06:57 | km/h: | 18.83 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 549m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Drugi dzień zaliczania gmin. Wstałam odpowiednio wcześnie. W ten sposób, by wschód słońca powitać jadąc rowerem.
Rano tradycyjnie kawa i śniadanie i dopiero potem zwijanie namiotu. Zabawne. Spałam już na dziko w tym roku 2 razy, ale podczas tego wyjazdu - po raz pierwszy pod namiotem. Kiedy się śpi, to jest wszystko jedno, ale posiedzieć wieczorem, czy rano wygodniej jednak jest w namiocie, niż w worku biwakowym.

Wyszłam z lasu cała szczęśliwa, że bez kapcia. Całkiem dużo było tu jeżyn i musiałam sobie nawet powyjmować kolce z łydek. Na szczęście żaden nie wbił się w oponę.
Ten dzień dla odmiany był słoneczny. Piękny wschód słońca i potem pięknie aż do końca jazdy.

Niestety wiało. Pierwsza połowa trasy przez ten wiatr nie była zbyt przyjemna. Potem się zrobiło znacznie lepiej i wiatr w drodze do Łodzi pomagał.

W samej Łodzi czasu miałam bardzo mało. Mocno cisnąc, udało mi się odwiedzić ul. Piotrkowską. Tylko w nią spojrzałam i już musiałam gnać na pociąg. Dotarłam na stację z 10 minutowym zapasem.

Zaliczone gminy:
Ładzice, Lgota Wielka, Dobryszyce, Gomunice, Kamieńsk, Bełchatów obszar wiejski, Bełchatów miasto, Drużbice, Grabica, Tuszyn, Rzgów, Ksawerów (12 nowych gmin).
Mapa:

Rano tradycyjnie kawa i śniadanie i dopiero potem zwijanie namiotu. Zabawne. Spałam już na dziko w tym roku 2 razy, ale podczas tego wyjazdu - po raz pierwszy pod namiotem. Kiedy się śpi, to jest wszystko jedno, ale posiedzieć wieczorem, czy rano wygodniej jednak jest w namiocie, niż w worku biwakowym.

Wyszłam z lasu cała szczęśliwa, że bez kapcia. Całkiem dużo było tu jeżyn i musiałam sobie nawet powyjmować kolce z łydek. Na szczęście żaden nie wbił się w oponę.
Ten dzień dla odmiany był słoneczny. Piękny wschód słońca i potem pięknie aż do końca jazdy.

Niestety wiało. Pierwsza połowa trasy przez ten wiatr nie była zbyt przyjemna. Potem się zrobiło znacznie lepiej i wiatr w drodze do Łodzi pomagał.

W samej Łodzi czasu miałam bardzo mało. Mocno cisnąc, udało mi się odwiedzić ul. Piotrkowską. Tylko w nią spojrzałam i już musiałam gnać na pociąg. Dotarłam na stację z 10 minutowym zapasem.

Zaliczone gminy:
Ładzice, Lgota Wielka, Dobryszyce, Gomunice, Kamieńsk, Bełchatów obszar wiejski, Bełchatów miasto, Drużbice, Grabica, Tuszyn, Rzgów, Ksawerów (12 nowych gmin).
Mapa:

Zimna, licheńska wiosna
Sobota, 20 marca 2021 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 135.19 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 06:37 | km/h: | 20.43 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 3.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 437m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Przez większość czasu było mi straszliwie zimno. Temperatura wahała się w bardzo wąskim zakresie - pomiędzy zerem a +3 stopniami.
Wiało. Było zimno, ale na zakończenie wyszło słońce.
Jadąc, myślałam tylko o jednym: żeby wreszcie być już z powrotem w domu.
Nie zawsze jest fajnie i nie zawsze się chce jechać.
Wiosnę jakąś znalazłam. Małą i nieśmiałą.
Na koniec był Licheń. A po końcu był jeszcze Kramsk.



Wiało. Było zimno, ale na zakończenie wyszło słońce.
Jadąc, myślałam tylko o jednym: żeby wreszcie być już z powrotem w domu.
Nie zawsze jest fajnie i nie zawsze się chce jechać.
Wiosnę jakąś znalazłam. Małą i nieśmiałą.
Na koniec był Licheń. A po końcu był jeszcze Kramsk.



Sen o jesieni
Sobota, 14 listopada 2020 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 128.40 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 08:11 | km/h: | 15.69 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 739m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wstaję porządnie przed świtem. Dzień nie bardzo chce
wyjść z ciemności i kiedy zwijam namiot, nadal jest ciemnawo. Robiąc zdjęcie
namiotu, świecę czerwonym światłem czołówki i uzyskuję ciekawy efekt. Efekt
płonącego lasu, efekt lasu jak z horroru.

Szary poranek spędzam na Nikiszowcu. Ciekawa dzielnica Katowic, zabudowa robi niesamowite wrażenie. Cieszę się, że jestem tu tak wcześnie rano, bo pora dnia potęguje nierzeczywisty klimat tu panujący.

Dalej są szare, listopadowe lasy. Z drzewami coraz bardziej bezlistnymi, z liśćmi coraz bardziej pozbawionymi kolorów. Lubię listopad chyba od zawsze mimo, że bardziej pewnie by wypadało lubić np. maj. Ja jednak wolę listopad. Ten czas uspokojenia, gdy wszystko zwalnia i przyroda przygotowuje się do nadchodzącej zimy. Lubię krótkie dni na rowerze. Żeby z nich coś wyciągnąć, trzeba się trochę postarać.
Zimny wiatr wyrywa mnie z zamyślenia. Trzeba z nim powalczyć. Do Mikołowa docieram, gdy nadal godzina jest jeszcze wczesna. Mimo pogodowej szarości, rynek wygląda ładnie. W słoneczny dzień, to musi być miłe miejsce.

Przed Łaziskami Górnymi – zaskoczenie dnia. Trasa zupełnie nagle ucieka do parku. W dodatku ucieka bardzo ostro pod górę! Nawierzchnia jest asfaltowa, ale żeby to podjechać z sakwami, należy się przyłożyć do deptania. Koniec podjazdu to jednocześnie najwyższy punkt tego wyjazdu – jestem na wysokości 358 m n.p.m. W parku jest przyjemnie, nie wieje. Siadam na jednej z ławek i robię krótką przerwę na jedzonko. Pusto. To chyba nie jest pora na przesiadywanie na parkowych ławkach.
Następnym przystankiem są Tychy. Droga do miasta pełna była samochodów, dlatego cieszę się, że w końcu tu dojechałam. Na dość dużym placu z fontanną wyjmuję telefon, by porobić zdjęcia i wtedy zauważam, że w torbie na kierownicy jest mokro! Coś się rozlało. Szybko sprawdzam, czy elektronika nie ucierpiała. Na szczęście wszystko jest ok. Natomiast z płynu do dezynfekcji rąk nie zostało nic. Poszedł cały. Wyjmuję zawartość torby i robię dokładne osuszanie chusteczkami. Ostrego, chemicznego zapachu niestety nie udaje mi się pozbyć. Potem jadę na rynek oraz pod Tyskie Browary Książęce.

Cały czas towarzyszy mi myśl, że miło by było gdzieś wejść, wypić coś ciepłego i ogrzać się. Udaje się to urzeczywistnić dopiero na wjeździe do Bierunia. Trafia się akurat Orlen. Biorę dużą kawę z czekoladą i swoją własną kanapkę. Nie ma tu stolików. Jem i piję przy ekspresie do kawy. Na szczęście nikt mnie nie wyprasza na zewnątrz. Rynek w Bieruniu ma fontannę z rzeźbą dziwnego stworka – utopca. Rynek przykuwa też uwagę wyjątkowo zadbaną i różnorodną zielenią. Jest to widoczne nawet teraz, głęboką jesienią!


Z Bierunia jadę do Oświęcimia. Teren wiejski tej gminy zaliczyłam jadąc Wisłę 1200. Teraz pora zobaczyć samo miasto. Jest tu zamek na wzgórzu – wchodzę i oglądam, jest też kościół z wysoką wieżą oraz duży plac rynkowy. Dojazd do miasta był wyjątkowo wredny, drogą krajową numer 44, która na odcinku, który przypadł mi do jazdy, była pełna samochodów i bez pobocza. Ze wzgórza zamkowego udało mi się wypatrzeć alternatywną drogę wyjazdową z miasta.

Przed Pszczyną jadę przez lasy. Dzień chyli się ku końcowi, w dodatku zaczyna padać deszcz. Stoję z boku drogi i zastanawiam się, czy wniknąć w te lasy i rozbić namiot. Do zachodu słońca jakieś 20 minut. Nie jestem jednak przekonana, czy już powinnam kończyć dzień. Zgodnie ze swoją starą zasadą – jeśli nie jestem do jakiegoś miejsca przekonana, jadę dalej.
Jest już po zachodzie słońca i niebo ma kolor granatowy, gdy wjeżdżam na rynek w Pszczynie. Co za miejsce! Jedno ze zadecydowanie najładniejszych na Śląsku! Na tym rynku po prostu chce się być. Jestem więc i zupełnie nie spieszy mi się do dalszej jazdy. Cóż zmieni kwadrans albo dwa? Nic. I tak przecież jest ciemno. I tak kropi deszczyk.

Uroku dodają stalowe rzeźby aniołów.

W tym zachwycie rynkiem ucieka mi to, że miałam jeszcze podjechać do zamku. Cóż… będzie po co tu wrócić. Tymczasem jadę zobaczyć jak wygląda droga nr 933 idąca do Pawłowic. Planując trasę wiedziałam, że może być tu średnio lub nawet nieprzejezdnie, bo długi kilkunastokilometrowy odcinek jest w remoncie. Teraz, po ciemku i w deszczu, okazuje się, że nie wygląda to dobrze. Spotykam tu miłego człowieka, który pyta dokąd zamierzam jechać. Oczywiście nie mówię, że ostatecznie do Zabrza, tylko podaję te Pawłowice, bo w nich kończy się remontowany odcinek. Pytam jak ta droga dalej wygląda i dowiaduję się, że nawierzchnia niekoniecznie będzie zdatna do jazdy dla wąskich szosowych opon. Pan mówi, że są odcinki gruntowe i asfaltowe, ale generalnie poleca wymyślić objazd. Sugeruje nawet konkretne drogi. Drogi te rozważałam jeszcze w domu, ale domyślałam się, że z racji wyłączenia z ruchu drogi 933, pewnie będzie na nich duży ruch…
Ostatecznie jadę kawałek drogą 935. Jest umiarkowanie. To znaczy zimno, kropi deszcz i jest ciemno. Normalne listopadowe warunki. Ruch średni, myślę więc sobie, że dobrze będzie zjechać gdzieś z tej drogi i rozbić namiot. Planuję odbić w lewo i zatrzymać się w niedużym lesie. Plan niestety nie udaje się. Wzdłuż wąskiej drogi wszędzie jest zabudowa. Las średni. Wkrótce dobijam do remontowanej 933. Miejsce, w którym na nią wlatuję jest zupełnie niezłe – jest akurat asfalt! Mijam kościół i zastanawiam się gdzie rozbić namiot. Za kościołem? Trochę nie bardzo. Rozglądam się i zauważam chatkę, a za nią polną drogę i mini las. Wracam tam. Gaszę lampki, zdejmuję odblaskową kamizelkę, wyciszam telefon, spryskuję się preparatem przeciwko kleszczom i idę polną drogą. Przechodzę koło chatki i idę dalej. Droga lekko opada i prowadzi do lasu. Ciemno. Cały czas idę bez świateł. Wchodzę w las. Podłoże jest perfekcyjne. Idealne pod namiot. Rozbijam go szybko, bo zimno! Gdy już jestem w środku, słucham sobie mszy, która odbywa się w kościele za polem i za drogą.
Przede mną długa, listopadowa noc.
I długi listopadowy sen o jesieni.

Zaliczone gminy: Mikołów, Łaziska Górne, Orzesze, Wyry, Kobiór, Tychy, Bieruń, Oświęcim - miasto, Bojszowy, Miedźna, Pszczyna.

Szary poranek spędzam na Nikiszowcu. Ciekawa dzielnica Katowic, zabudowa robi niesamowite wrażenie. Cieszę się, że jestem tu tak wcześnie rano, bo pora dnia potęguje nierzeczywisty klimat tu panujący.

Dalej są szare, listopadowe lasy. Z drzewami coraz bardziej bezlistnymi, z liśćmi coraz bardziej pozbawionymi kolorów. Lubię listopad chyba od zawsze mimo, że bardziej pewnie by wypadało lubić np. maj. Ja jednak wolę listopad. Ten czas uspokojenia, gdy wszystko zwalnia i przyroda przygotowuje się do nadchodzącej zimy. Lubię krótkie dni na rowerze. Żeby z nich coś wyciągnąć, trzeba się trochę postarać.
Zimny wiatr wyrywa mnie z zamyślenia. Trzeba z nim powalczyć. Do Mikołowa docieram, gdy nadal godzina jest jeszcze wczesna. Mimo pogodowej szarości, rynek wygląda ładnie. W słoneczny dzień, to musi być miłe miejsce.

Przed Łaziskami Górnymi – zaskoczenie dnia. Trasa zupełnie nagle ucieka do parku. W dodatku ucieka bardzo ostro pod górę! Nawierzchnia jest asfaltowa, ale żeby to podjechać z sakwami, należy się przyłożyć do deptania. Koniec podjazdu to jednocześnie najwyższy punkt tego wyjazdu – jestem na wysokości 358 m n.p.m. W parku jest przyjemnie, nie wieje. Siadam na jednej z ławek i robię krótką przerwę na jedzonko. Pusto. To chyba nie jest pora na przesiadywanie na parkowych ławkach.
Następnym przystankiem są Tychy. Droga do miasta pełna była samochodów, dlatego cieszę się, że w końcu tu dojechałam. Na dość dużym placu z fontanną wyjmuję telefon, by porobić zdjęcia i wtedy zauważam, że w torbie na kierownicy jest mokro! Coś się rozlało. Szybko sprawdzam, czy elektronika nie ucierpiała. Na szczęście wszystko jest ok. Natomiast z płynu do dezynfekcji rąk nie zostało nic. Poszedł cały. Wyjmuję zawartość torby i robię dokładne osuszanie chusteczkami. Ostrego, chemicznego zapachu niestety nie udaje mi się pozbyć. Potem jadę na rynek oraz pod Tyskie Browary Książęce.

Cały czas towarzyszy mi myśl, że miło by było gdzieś wejść, wypić coś ciepłego i ogrzać się. Udaje się to urzeczywistnić dopiero na wjeździe do Bierunia. Trafia się akurat Orlen. Biorę dużą kawę z czekoladą i swoją własną kanapkę. Nie ma tu stolików. Jem i piję przy ekspresie do kawy. Na szczęście nikt mnie nie wyprasza na zewnątrz. Rynek w Bieruniu ma fontannę z rzeźbą dziwnego stworka – utopca. Rynek przykuwa też uwagę wyjątkowo zadbaną i różnorodną zielenią. Jest to widoczne nawet teraz, głęboką jesienią!


Z Bierunia jadę do Oświęcimia. Teren wiejski tej gminy zaliczyłam jadąc Wisłę 1200. Teraz pora zobaczyć samo miasto. Jest tu zamek na wzgórzu – wchodzę i oglądam, jest też kościół z wysoką wieżą oraz duży plac rynkowy. Dojazd do miasta był wyjątkowo wredny, drogą krajową numer 44, która na odcinku, który przypadł mi do jazdy, była pełna samochodów i bez pobocza. Ze wzgórza zamkowego udało mi się wypatrzeć alternatywną drogę wyjazdową z miasta.

Przed Pszczyną jadę przez lasy. Dzień chyli się ku końcowi, w dodatku zaczyna padać deszcz. Stoję z boku drogi i zastanawiam się, czy wniknąć w te lasy i rozbić namiot. Do zachodu słońca jakieś 20 minut. Nie jestem jednak przekonana, czy już powinnam kończyć dzień. Zgodnie ze swoją starą zasadą – jeśli nie jestem do jakiegoś miejsca przekonana, jadę dalej.
Jest już po zachodzie słońca i niebo ma kolor granatowy, gdy wjeżdżam na rynek w Pszczynie. Co za miejsce! Jedno ze zadecydowanie najładniejszych na Śląsku! Na tym rynku po prostu chce się być. Jestem więc i zupełnie nie spieszy mi się do dalszej jazdy. Cóż zmieni kwadrans albo dwa? Nic. I tak przecież jest ciemno. I tak kropi deszczyk.

Uroku dodają stalowe rzeźby aniołów.

W tym zachwycie rynkiem ucieka mi to, że miałam jeszcze podjechać do zamku. Cóż… będzie po co tu wrócić. Tymczasem jadę zobaczyć jak wygląda droga nr 933 idąca do Pawłowic. Planując trasę wiedziałam, że może być tu średnio lub nawet nieprzejezdnie, bo długi kilkunastokilometrowy odcinek jest w remoncie. Teraz, po ciemku i w deszczu, okazuje się, że nie wygląda to dobrze. Spotykam tu miłego człowieka, który pyta dokąd zamierzam jechać. Oczywiście nie mówię, że ostatecznie do Zabrza, tylko podaję te Pawłowice, bo w nich kończy się remontowany odcinek. Pytam jak ta droga dalej wygląda i dowiaduję się, że nawierzchnia niekoniecznie będzie zdatna do jazdy dla wąskich szosowych opon. Pan mówi, że są odcinki gruntowe i asfaltowe, ale generalnie poleca wymyślić objazd. Sugeruje nawet konkretne drogi. Drogi te rozważałam jeszcze w domu, ale domyślałam się, że z racji wyłączenia z ruchu drogi 933, pewnie będzie na nich duży ruch…
Ostatecznie jadę kawałek drogą 935. Jest umiarkowanie. To znaczy zimno, kropi deszcz i jest ciemno. Normalne listopadowe warunki. Ruch średni, myślę więc sobie, że dobrze będzie zjechać gdzieś z tej drogi i rozbić namiot. Planuję odbić w lewo i zatrzymać się w niedużym lesie. Plan niestety nie udaje się. Wzdłuż wąskiej drogi wszędzie jest zabudowa. Las średni. Wkrótce dobijam do remontowanej 933. Miejsce, w którym na nią wlatuję jest zupełnie niezłe – jest akurat asfalt! Mijam kościół i zastanawiam się gdzie rozbić namiot. Za kościołem? Trochę nie bardzo. Rozglądam się i zauważam chatkę, a za nią polną drogę i mini las. Wracam tam. Gaszę lampki, zdejmuję odblaskową kamizelkę, wyciszam telefon, spryskuję się preparatem przeciwko kleszczom i idę polną drogą. Przechodzę koło chatki i idę dalej. Droga lekko opada i prowadzi do lasu. Ciemno. Cały czas idę bez świateł. Wchodzę w las. Podłoże jest perfekcyjne. Idealne pod namiot. Rozbijam go szybko, bo zimno! Gdy już jestem w środku, słucham sobie mszy, która odbywa się w kościele za polem i za drogą.
Przede mną długa, listopadowa noc.
I długi listopadowy sen o jesieni.

Zaliczone gminy: Mikołów, Łaziska Górne, Orzesze, Wyry, Kobiór, Tychy, Bieruń, Oświęcim - miasto, Bojszowy, Miedźna, Pszczyna.
Droga do Parku Śląskiego
Sobota, 7 listopada 2020 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 143.50 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 09:11 | km/h: | 15.63 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Noc była krótka, ale tak musiało być, skoro przyjechałam do
Katowic blisko północy, a wstałam jeszcze przed świtem. Trzeba rano wstać, aby
coś z tego dnia mieć. Gdy zwijam namiot, jest już prawie zupełnie jasno. Dzień
wstaje szary i tak trwa w szarości aż do 11. Jest jeszcze wcześnie rano, gdy
dogania mnie starszy szosowiec. Jedzie dość blisko za mną całkiem długo.
Pogawędkę rozpoczyna, gdy stoimy na światłach. Pyta dokąd jadę z sakwami.
Opowiadam mu trochę o trasie, a on stwierdza, że z bagażem, to przecież ciężko.
No i w dodatku zimno. Nie za zimno na spanie pod namiotem? Jeszcze nie –
odpowiadam z uśmiechem.
W Jaworznie odwiedzam autostradę rowerową. Ciekawa sprawa. Po dwa pasy dla rowerów w każdą stronę. Kawałek po zjeździe z autostrady mruga na mnie światłami gość w dostawczaku. Uśmiecha się, macha mi i zatrzymuje się, szybko otwierając okno. Przeczesuję wspomnienia i usiłuję sobie przypomnieć, skąd mogę go znać. Zakładam, że z pewnością się znamy, skoro na mój widok reaguje tak entuzjastycznie. Okazuje się, że… jednak nie. Miły kierowca pyta mnie o drogę. Tłumaczę więc, że w sumie nie wiem, nietutejsza jestem, po raz pierwszy w życiu jeżdżę po tym terenie. On macha ręką, stwierdzając, że to nieważne w sumie – ta droga. I zaczyna rozmowę o kolarstwie. Jest bardzo miło, rozmowę musimy kończyć, gdy za dostawczakiem robi się mały korek. Ludzie na Śląsku nie przestają mnie zaskakiwać. Pozytywnie.
Kiedy docieram do Chrzanowa, pogoda jest już zupełnie ładna. Słońce w pełnej krasie i błękitne niebo. Centrum miasta jest ładne.

Na wysokości Bukowna mijam dawną kopalnię piasku. Obecnie ten teren jest zalesiony, a z drogi rozciąga się bardzo fajny widoczek.

Dalej jest Sławków. Na rynek wiedzie podjazd. Długa prosta wznosząca się w górę. Przez chwilę biję się z myślami, czy na pewno chce mi się pod tę górę gramolić. Ciekawość jednak zwycięża – jadę! No i bardzo dobrze, bo ryneczek jest przyjemny. W dodatku zbliża się godzina 15, a zatem do zachodu słońca została jeszcze godzina i światło pięknie wszystko koloruje. Na złoto, na miękko. Zjazd jest wyboisty, trzeba uważać.

Sprawdzam mapę. Kawałek trzeba jeszcze dziś pojechać. Znajduję w aplikacji las, który wydaje się być odpowiedni na dzisiejszą noc. No to jadę. Przede mną dziwna droga, nic nią nie jeździ. Zastanawiam się nawet, czy na pewno można nią jechać, bo stały dziwne znaki zakazu. Jadę jednak i docieram w ten sposób do Sosnowca. Sosnowiec tuż po zachodzie słońca. Wszystko czerwono-purpurowe. Zjaaazd. Tramwaje, samochody. I nagle mgła: Sosnowiec – Klimontów, ogródki działkowe. W takim dymie nie jechałam nigdy w życiu. W głowie jedna myśl – jak ludzie tutaj otwierają okna i czy w ogóle to robią. Dalej jest już ok. Naraz GPS się wyłącza, sam z siebie. A szlag by to! Lecę akurat jedną z głównych arterii i nijak nie mogę się zatrzymać. A urządzenie jak na złość nie chce się włączyć. Przelatuję w ten sposób 2 ronda. W końcu jest miejsce, gdzie mogę przystanąć. Dogania mnie kurier rowerowy, wyraźnie zdziwiony moim zatrzymaniem na trawiastym skraju drogi. Wyjmuję baterie i uruchamiam od nowa. Na szczęście działa i – również na szczęście – trasa szła prosto i nie muszę się nigdzie cofać.

Upatrzona z mapy miejscówka noclegowa to dramat. Niedaleko jest oczyszczalnia ścieków i capi niemiłosiernie. W dodatku coś musiało im się wylać, bo droga do lasu zalana jest cuchnącą cieczą. Znajduję kawałek dalej krzaki. Od biedy mogłyby być. Ale nie jestem przekonana. Kiedy do tego wszystkiego zaczyna szczekać jakiś wstrętny pies, daję sobie spokój i jadę dalej. Nie mam pomysłu na nocleg. Tu wszędzie jest gęsta zabudowa. Jadę aż za Siemianowice Śląskie i za Bytków. Tu jest las. Ale zaraz – to nie las – to rozległy park. Park Śląski. Nie potrzebuję dużo czasu, by wiedzieć, że to jest to. Rozbijam namiot pod ogromnym drzewem i zasypiam.
Zaliczone gminy: Mysłowice, Lędziny, Chełm Śląski, Imielin, Jaworzno, Chrzanów, Trzebinia, Bukowno, Bolesław, Sławków, Chorzów.

W Jaworznie odwiedzam autostradę rowerową. Ciekawa sprawa. Po dwa pasy dla rowerów w każdą stronę. Kawałek po zjeździe z autostrady mruga na mnie światłami gość w dostawczaku. Uśmiecha się, macha mi i zatrzymuje się, szybko otwierając okno. Przeczesuję wspomnienia i usiłuję sobie przypomnieć, skąd mogę go znać. Zakładam, że z pewnością się znamy, skoro na mój widok reaguje tak entuzjastycznie. Okazuje się, że… jednak nie. Miły kierowca pyta mnie o drogę. Tłumaczę więc, że w sumie nie wiem, nietutejsza jestem, po raz pierwszy w życiu jeżdżę po tym terenie. On macha ręką, stwierdzając, że to nieważne w sumie – ta droga. I zaczyna rozmowę o kolarstwie. Jest bardzo miło, rozmowę musimy kończyć, gdy za dostawczakiem robi się mały korek. Ludzie na Śląsku nie przestają mnie zaskakiwać. Pozytywnie.
Kiedy docieram do Chrzanowa, pogoda jest już zupełnie ładna. Słońce w pełnej krasie i błękitne niebo. Centrum miasta jest ładne.

Na wysokości Bukowna mijam dawną kopalnię piasku. Obecnie ten teren jest zalesiony, a z drogi rozciąga się bardzo fajny widoczek.

Dalej jest Sławków. Na rynek wiedzie podjazd. Długa prosta wznosząca się w górę. Przez chwilę biję się z myślami, czy na pewno chce mi się pod tę górę gramolić. Ciekawość jednak zwycięża – jadę! No i bardzo dobrze, bo ryneczek jest przyjemny. W dodatku zbliża się godzina 15, a zatem do zachodu słońca została jeszcze godzina i światło pięknie wszystko koloruje. Na złoto, na miękko. Zjazd jest wyboisty, trzeba uważać.

Sprawdzam mapę. Kawałek trzeba jeszcze dziś pojechać. Znajduję w aplikacji las, który wydaje się być odpowiedni na dzisiejszą noc. No to jadę. Przede mną dziwna droga, nic nią nie jeździ. Zastanawiam się nawet, czy na pewno można nią jechać, bo stały dziwne znaki zakazu. Jadę jednak i docieram w ten sposób do Sosnowca. Sosnowiec tuż po zachodzie słońca. Wszystko czerwono-purpurowe. Zjaaazd. Tramwaje, samochody. I nagle mgła: Sosnowiec – Klimontów, ogródki działkowe. W takim dymie nie jechałam nigdy w życiu. W głowie jedna myśl – jak ludzie tutaj otwierają okna i czy w ogóle to robią. Dalej jest już ok. Naraz GPS się wyłącza, sam z siebie. A szlag by to! Lecę akurat jedną z głównych arterii i nijak nie mogę się zatrzymać. A urządzenie jak na złość nie chce się włączyć. Przelatuję w ten sposób 2 ronda. W końcu jest miejsce, gdzie mogę przystanąć. Dogania mnie kurier rowerowy, wyraźnie zdziwiony moim zatrzymaniem na trawiastym skraju drogi. Wyjmuję baterie i uruchamiam od nowa. Na szczęście działa i – również na szczęście – trasa szła prosto i nie muszę się nigdzie cofać.

Upatrzona z mapy miejscówka noclegowa to dramat. Niedaleko jest oczyszczalnia ścieków i capi niemiłosiernie. W dodatku coś musiało im się wylać, bo droga do lasu zalana jest cuchnącą cieczą. Znajduję kawałek dalej krzaki. Od biedy mogłyby być. Ale nie jestem przekonana. Kiedy do tego wszystkiego zaczyna szczekać jakiś wstrętny pies, daję sobie spokój i jadę dalej. Nie mam pomysłu na nocleg. Tu wszędzie jest gęsta zabudowa. Jadę aż za Siemianowice Śląskie i za Bytków. Tu jest las. Ale zaraz – to nie las – to rozległy park. Park Śląski. Nie potrzebuję dużo czasu, by wiedzieć, że to jest to. Rozbijam namiot pod ogromnym drzewem i zasypiam.
Zaliczone gminy: Mysłowice, Lędziny, Chełm Śląski, Imielin, Jaworzno, Chrzanów, Trzebinia, Bukowno, Bolesław, Sławków, Chorzów.

Miłakowo - Elbląg - Tczew
Niedziela, 25 października 2020 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 137.47 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 07:52 | km/h: | 17.47 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 614m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Tym razem noc była wyjątkowo cicha. Ani samochodów, ani
zwierząt, ani deszczu. Wstaję jeszcze przed wschodem słońca. Świt oglądam z
górki przed Miłakowem. Jakieś 12 km od noclegu. Do samego miasta, które okazuje
się niezbyt ciekawe, jest w dół.

Niedziela jest słoneczna. Piękne kolory jesieni zachęcają do robienia zdjęć.

Jedyne co przeszkadza, to wiatr. Choć na początku wcale nie jest źle – górki, lasy – można się nieco schować. Młynary – to tu zaczyna się największy dziś podjazd. Wspinam się tak przez 13 km, aż do Milejewa. A potem jest bardzo przyjemny zjazd przez Park Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej, no i przez sam Elbląg.

Za Elblągiem wszystko się zmienia. Górki definitywnie się kończą. Jadę wzdłuż trasy S7, przejeżdżam przez most na Nogacie. Odwiedzam Nowy Dwór Gdański, zaliczam gminę Ostaszewo i coraz bardziej zbliżam się do Wisły. Wieje, że hej! Momentami mam wrażenie, że wręcz stoję w miejscu.
Do mostu w Tczewie docieram z bezpiecznym zapasem czasu. Czeka tu na mnie niemiła niespodzianka. Okazuje się, że wyłączony z użytku most drogowy został zamknięty również dla pieszych. Wejście na most jest okratowane i zabezpieczone łańcuchami oraz kłódkami. Aż tyle czasu, by szukać objazdu nie mam. Idę więc na most kolejowy. Na szczęście z boku biegnie techniczna kratownica, którą da się przejść. Uff… Spacer chwilę trwa, a idąc poznaję przyczynę zamknięcia mostu drogowego – ten most urywa się w połowie rzeki! Widok jest niesamowity.

Potem mam przedzieranie się przez tereny kolejowe i w końcu jestem na normalnej drodze. Na stację kolejową docieram z koniec końców niewielkim zapasem czasu.
Zaliczone gminy: Miłakowo, Ostaszewo.
Trasa:


Niedziela jest słoneczna. Piękne kolory jesieni zachęcają do robienia zdjęć.

Jedyne co przeszkadza, to wiatr. Choć na początku wcale nie jest źle – górki, lasy – można się nieco schować. Młynary – to tu zaczyna się największy dziś podjazd. Wspinam się tak przez 13 km, aż do Milejewa. A potem jest bardzo przyjemny zjazd przez Park Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej, no i przez sam Elbląg.

Za Elblągiem wszystko się zmienia. Górki definitywnie się kończą. Jadę wzdłuż trasy S7, przejeżdżam przez most na Nogacie. Odwiedzam Nowy Dwór Gdański, zaliczam gminę Ostaszewo i coraz bardziej zbliżam się do Wisły. Wieje, że hej! Momentami mam wrażenie, że wręcz stoję w miejscu.
Do mostu w Tczewie docieram z bezpiecznym zapasem czasu. Czeka tu na mnie niemiła niespodzianka. Okazuje się, że wyłączony z użytku most drogowy został zamknięty również dla pieszych. Wejście na most jest okratowane i zabezpieczone łańcuchami oraz kłódkami. Aż tyle czasu, by szukać objazdu nie mam. Idę więc na most kolejowy. Na szczęście z boku biegnie techniczna kratownica, którą da się przejść. Uff… Spacer chwilę trwa, a idąc poznaję przyczynę zamknięcia mostu drogowego – ten most urywa się w połowie rzeki! Widok jest niesamowity.

Potem mam przedzieranie się przez tereny kolejowe i w końcu jestem na normalnej drodze. Na stację kolejową docieram z koniec końców niewielkim zapasem czasu.
Zaliczone gminy: Miłakowo, Ostaszewo.
Trasa:

Wakacje 14
Środa, 7 sierpnia 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 135.20 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 955m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzień
zaczyna się od burzy, ulewy i przyjemnych 19 stopni.
W miarę upływu czasu niestety znowu robi się gorąco… Profil trasy jest znacznie mniej pagórkowaty niż wczoraj. Będzie można nieco odpocząć. Jadąc mijam rozległe pola słoneczników, wyglądają one świetnie. Celem na dziś jest dojechanie możliwie blisko miasta Carcassonne i udaje się to zrealizować.

W miarę upływu czasu niestety znowu robi się gorąco… Profil trasy jest znacznie mniej pagórkowaty niż wczoraj. Będzie można nieco odpocząć. Jadąc mijam rozległe pola słoneczników, wyglądają one świetnie. Celem na dziś jest dojechanie możliwie blisko miasta Carcassonne i udaje się to zrealizować.

Wakacje 13
Wtorek, 6 sierpnia 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 121.90 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1411m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Od rana jest
20 stopni i z nieba leci mżawka, wilgotność powietrza jest bardzo wysoka.
Dziwna pogoda. Jak nie upał, to deszcz. W Lourdes, na uliczce handlowej, piję
jeszcze kawę i jem ciastko. Nie widać już stąd sanktuarium. No nic, kupuję
pamiątki i zbieram się. Tereny, przez które teraz jadę, wyglądają inaczej.
Zamiast gór – pagórki.

Zamiast odpornej na suszę roślinności – nierzadko wybujałe paprocie. Drogi są spokojne i prawie puste, raz po raz trafia się wioska, a pagórki są non-stop.

Dzięki temu, że słońce nie przebija się przez chmury, nie jest gorąco i jedzie się przyjemnie. I tak przez cały dzień.


Zamiast odpornej na suszę roślinności – nierzadko wybujałe paprocie. Drogi są spokojne i prawie puste, raz po raz trafia się wioska, a pagórki są non-stop.

Dzięki temu, że słońce nie przebija się przez chmury, nie jest gorąco i jedzie się przyjemnie. I tak przez cały dzień.






