Wpisy archiwalne w kategorii
do 100
| Dystans całkowity: | 10042.79 km (w terenie 114.44 km; 1.14%) |
| Czas w ruchu: | 56:05 |
| Średnia prędkość: | 20.56 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 48.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 61356 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 190 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 172 (90 %) |
| Suma kalorii: | 3057 kcal |
| Liczba aktywności: | 143 |
| Średnio na aktywność: | 70.23 km i 3h 44m |
| Więcej statystyk | |
Szpital
Poniedziałek, 18 września 2017 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 54.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 537m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano
nie zmienia się nic. Nie mogę nawet leżeć na boku, bo kolano dotyka o
prześcieradło, a to mocno boli. Podejmujemy niełatwą decyzję o wycofaniu się z
maratonu. To mój pierwszy w życiu wycof z ultra maratonu. Jeszcze nie możemy w
to uwierzyć. Dla Michała też jest to trudne, bo tak jak ja jest uparty i nie
lubi się poddawać. Widzi jednak jak źle się czuję i postanawia zostać ze mną.
Czas nagle zwalnia. Gasimy światło. Jest nadal środek nocy.
Rano w hotelowej stołówce jemy śniadanie, a potem pakujemy się i jedziemy do szpitala. A tam tłum ludzi. Michał pilnuje rowerów, a ja idę na izbę przyjęć. Kolejki ogromne, mnóstwo ludzi. Jednak z ostrą reakcją alergiczną po użądleniu zostaję przyjęta natychmiast. Całość wizyty trwa może z godzinę. Szczegółowe badanie, mierzenie ciśnienia, kilka zastrzyków, recepta, wypis. I informacja, że teraz trzeba bardzo ostrożnie, bo groźny dla życia wstrząs w tej sytuacji może się pojawić nawet kilkadziesiąt godzin od użądlenia.

Dzień jest słoneczny i wietrzny. Na maratonie by było pod wiatr, ale za to w słońcu. Podejmujemy decyzję, że spróbujemy dostać się na metę. Jedziemy spokojnie do Kielc. Stamtąd chcemy pociągiem, z przesiadką w Krakowie, dotrzeć do Poronina. Jednak pociąg do Krakowa ma 90 min. opóźnienia. To rozwala cały plan. Kupujemy więc bilety na PolskiegoBusa. Kierowca widząc moje straszne kolano nie robi żadnych problemów z przewozem rowerów. Co więcej, kieruje nas na dolny pokład, abym nie musiała chodzić po schodkach. Jaka to miła odmiana po aferze kolejowej z dojazdu na maraton, kiedy to wredny kierownik pociągu Gdynia – Hel wyprosił nas z rowerami i jeszcze wezwał policję oraz straż ochrony kolei!
Z Zakopanego odbiera nas samochodem Wąski i razem jedziemy na metę. Bez jego pomocy bym tam nie dotarła. Podjazd Zakopane – Głodówka z chorym kolanem nie wchodził w grę. Wąski pomógł nam jeszcze raz – wydostać się z mety w środę, o absurdalnie wczesnej godzinie, kiedy było jeszcze zupełnie ciemno. Dziękuję!
Podziękowania dla Michała, który w Końskich został wraz ze mną.
Mapa:
Zaliczone gminy: Stąporków, Bliżyn, Zagnańsk, Kielce (4 gminy).
Zdjęcia
Rano w hotelowej stołówce jemy śniadanie, a potem pakujemy się i jedziemy do szpitala. A tam tłum ludzi. Michał pilnuje rowerów, a ja idę na izbę przyjęć. Kolejki ogromne, mnóstwo ludzi. Jednak z ostrą reakcją alergiczną po użądleniu zostaję przyjęta natychmiast. Całość wizyty trwa może z godzinę. Szczegółowe badanie, mierzenie ciśnienia, kilka zastrzyków, recepta, wypis. I informacja, że teraz trzeba bardzo ostrożnie, bo groźny dla życia wstrząs w tej sytuacji może się pojawić nawet kilkadziesiąt godzin od użądlenia.

Dzień jest słoneczny i wietrzny. Na maratonie by było pod wiatr, ale za to w słońcu. Podejmujemy decyzję, że spróbujemy dostać się na metę. Jedziemy spokojnie do Kielc. Stamtąd chcemy pociągiem, z przesiadką w Krakowie, dotrzeć do Poronina. Jednak pociąg do Krakowa ma 90 min. opóźnienia. To rozwala cały plan. Kupujemy więc bilety na PolskiegoBusa. Kierowca widząc moje straszne kolano nie robi żadnych problemów z przewozem rowerów. Co więcej, kieruje nas na dolny pokład, abym nie musiała chodzić po schodkach. Jaka to miła odmiana po aferze kolejowej z dojazdu na maraton, kiedy to wredny kierownik pociągu Gdynia – Hel wyprosił nas z rowerami i jeszcze wezwał policję oraz straż ochrony kolei!
Z Zakopanego odbiera nas samochodem Wąski i razem jedziemy na metę. Bez jego pomocy bym tam nie dotarła. Podjazd Zakopane – Głodówka z chorym kolanem nie wchodził w grę. Wąski pomógł nam jeszcze raz – wydostać się z mety w środę, o absurdalnie wczesnej godzinie, kiedy było jeszcze zupełnie ciemno. Dziękuję!
Podziękowania dla Michała, który w Końskich został wraz ze mną.
Mapa:
Zaliczone gminy: Stąporków, Bliżyn, Zagnańsk, Kielce (4 gminy).
Zdjęcia
Upalna niedziela
Niedziela, 30 lipca 2017 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 84.63 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:13 | km/h: | 26.31 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 279m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Cały czas walczę z kontuzją kolana. Wczoraj byłam tak przybita, że mimo pięknego dnia - nie poszłam na rower.
Dziś jakoś wykrzesałam z siebie energię do wyjścia z domu, choć grzebałam się jak mucha w smole i już myślałam, że się nie uda. Na szczęście było słonecznie i (wreszcie!) ciepło. 34 stopnie ciepła to jest to, co zdecydowanie lubię, gdy jadę rowerem. Wysmarowałam się więc obficie kremem przeciwsłonecznym i ruszyłam.
Początek bez emocji. Niezbyt szybko. Bacznie obserwowałam kolano i pilnowałam jego ustawienia względem stopy. Potem na drodze pojawili się inni cykliści. W sumie nic dziwnego, piękny dzień - idealny na rower. Wyprzedzałam wszystkich, do czasu, aż sama zostałam wyprzedzona. Młody chłopak w białej koszulce, na kolarzówce. Zwykle nawet nie próbuję siadać na kole, ale tym razem pomyślałam sobie, że to doskonała okazja, by... poobijać się trochę i dać kolanu odpocząć. No więc siadłam na koło i... nie odpadłam. Przejechaliśmy tak parę kilometrów i zrobiło mi się nieco niezręcznie, że tak pasożytuję, zagadałam więc.

Okazało się, że z grubsza i z chudsza jedziemy w tę samą stronę, więc można razem. W tym wspaniałym upale lecieliśmy razem po spontanicznych zmianach (różnej długości) przez jakieś 70 km. Trochę z wiatrem bocznym, trochę w twarz, trochę w plecy.
Tomek miał z tyłu koło Mavic Aksium. Koła Mavic ostatnio mają dziwną wadę od nowości - luz na bębenku. Ustaliliśmy więc sobie, że jak się kiedyś zatrzymamy, to sprawdzę, czy w jego kole też to jest (koło tegoroczne, majowe). Sprawdziłam - w tym konkretnym kole luzu brak! Tomek to farciarz :)
W Tucznie zaczęliśmy wysychać. Woda w taki ciepły dzień idzie jak... woda. Kolega zaproponował więc sklep. Skwapliwie się zgodziłam. Duża butelka lodowatej wody to jest to! Tomek rzecze: daj bidon!
Jaki miły gest - ochoczo podaję - wody wystarcza również dla mnie. No a potem przez dziury, pola i lasy na Kobylnicę.
To była bardzo udana wycieczka :)
Tomek - jeśli czytasz - dzięki za towarzystwo, super się jechało. Sama bym się raczej nie zmusiła do tak szybkiej jazdy. Zbyt leniwa na to jestem :).
Dziś jakoś wykrzesałam z siebie energię do wyjścia z domu, choć grzebałam się jak mucha w smole i już myślałam, że się nie uda. Na szczęście było słonecznie i (wreszcie!) ciepło. 34 stopnie ciepła to jest to, co zdecydowanie lubię, gdy jadę rowerem. Wysmarowałam się więc obficie kremem przeciwsłonecznym i ruszyłam.
Początek bez emocji. Niezbyt szybko. Bacznie obserwowałam kolano i pilnowałam jego ustawienia względem stopy. Potem na drodze pojawili się inni cykliści. W sumie nic dziwnego, piękny dzień - idealny na rower. Wyprzedzałam wszystkich, do czasu, aż sama zostałam wyprzedzona. Młody chłopak w białej koszulce, na kolarzówce. Zwykle nawet nie próbuję siadać na kole, ale tym razem pomyślałam sobie, że to doskonała okazja, by... poobijać się trochę i dać kolanu odpocząć. No więc siadłam na koło i... nie odpadłam. Przejechaliśmy tak parę kilometrów i zrobiło mi się nieco niezręcznie, że tak pasożytuję, zagadałam więc.

Okazało się, że z grubsza i z chudsza jedziemy w tę samą stronę, więc można razem. W tym wspaniałym upale lecieliśmy razem po spontanicznych zmianach (różnej długości) przez jakieś 70 km. Trochę z wiatrem bocznym, trochę w twarz, trochę w plecy.
Tomek miał z tyłu koło Mavic Aksium. Koła Mavic ostatnio mają dziwną wadę od nowości - luz na bębenku. Ustaliliśmy więc sobie, że jak się kiedyś zatrzymamy, to sprawdzę, czy w jego kole też to jest (koło tegoroczne, majowe). Sprawdziłam - w tym konkretnym kole luzu brak! Tomek to farciarz :)
W Tucznie zaczęliśmy wysychać. Woda w taki ciepły dzień idzie jak... woda. Kolega zaproponował więc sklep. Skwapliwie się zgodziłam. Duża butelka lodowatej wody to jest to! Tomek rzecze: daj bidon!
Jaki miły gest - ochoczo podaję - wody wystarcza również dla mnie. No a potem przez dziury, pola i lasy na Kobylnicę.
To była bardzo udana wycieczka :)
Tomek - jeśli czytasz - dzięki za towarzystwo, super się jechało. Sama bym się raczej nie zmusiła do tak szybkiej jazdy. Zbyt leniwa na to jestem :).
Kotlin - Wrocław (1)
Piątek, 14 lipca 2017 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 79.24 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 291m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Punktualnie o 18.00 wysiadam na stacji Kotlin. Pogoda jest idealna, a najlepsze jest to, że w ogóle nie wieje. Nic, a nic! Zapowiada się więc przyjemna jazda. W Czerminie kupuję zapas wody na wieczór, potem jadę do Pleszewa. Miasteczko jest w remoncie, dość mocno rozkopane. Mimo to jego centrum jest bardzo zadbane, wzrok przyciągają starannie wypielęgnowana zieleń oraz fontanna.
Dziś najciekawszym miejscem jest jednak Gołuchów ze słynnym zamkiem. Nawet wieczorem zamkowy park jest otwarty i można wejść na jego teren. Obowiązuje jednak zakaz jazdy rowerem. To nic nie szkodzi, mam czas. Prowadząc rower spaceruję po parku, obchodzę piękny zamek dookoła i tak ucieka mi pół godzinki. Warto jednak się przejść. Park jest ładny i taki spacer to czysta przyjemność.

Na wyjeździe z Gołuchowa mam imponującą aleję drzew. Robi się coraz chłodniej, temperatura spada do 15 stopni. Zaczynam powoli myśleć o noclegu, choć do zachodu słońca zostało jeszcze nieco czasu. Jadę, jadę i jadę... To wcale nie jest takie proste! Jak okiem sięgnąć - same pola. Płasko jak na stole. Nie ma gdzie się schować na noc. To frustrujące. Rozglądam się, ale nadaremnie. W końcu na mapie, którą wyświetla GPS zauważam zieloną plamę. To niechybnie jakiś las! Odbijam z trasy aż 1,5 km, jadę drogami gruntowymi i.... zonk. To nie las, lecz ogródki działkowe. Nie mam już jednak ochoty na szukanie czegoś lepszego. To jedyna większa zieleń w całej dość rozległej okolicy. Ogródki kończą się, droga rozwidla, pojawiają się wysokie zarośla i trochę krzaków. Zarośla sięgają mi ramion. Psikam się obficie preparatem przeciwko kleszczom i wnikam w gęstwinę. Gdy już siedzę w namiocie i jem zupkę, słyszę dobiegające z ogródków pokrzykiwania. Kilku facetów kłóci się o samochód. Spór nie trwa długo, po paru chwilach słyszę jak odpalają silnik i odjeżdżają.
Dziś najciekawszym miejscem jest jednak Gołuchów ze słynnym zamkiem. Nawet wieczorem zamkowy park jest otwarty i można wejść na jego teren. Obowiązuje jednak zakaz jazdy rowerem. To nic nie szkodzi, mam czas. Prowadząc rower spaceruję po parku, obchodzę piękny zamek dookoła i tak ucieka mi pół godzinki. Warto jednak się przejść. Park jest ładny i taki spacer to czysta przyjemność.

Na wyjeździe z Gołuchowa mam imponującą aleję drzew. Robi się coraz chłodniej, temperatura spada do 15 stopni. Zaczynam powoli myśleć o noclegu, choć do zachodu słońca zostało jeszcze nieco czasu. Jadę, jadę i jadę... To wcale nie jest takie proste! Jak okiem sięgnąć - same pola. Płasko jak na stole. Nie ma gdzie się schować na noc. To frustrujące. Rozglądam się, ale nadaremnie. W końcu na mapie, którą wyświetla GPS zauważam zieloną plamę. To niechybnie jakiś las! Odbijam z trasy aż 1,5 km, jadę drogami gruntowymi i.... zonk. To nie las, lecz ogródki działkowe. Nie mam już jednak ochoty na szukanie czegoś lepszego. To jedyna większa zieleń w całej dość rozległej okolicy. Ogródki kończą się, droga rozwidla, pojawiają się wysokie zarośla i trochę krzaków. Zarośla sięgają mi ramion. Psikam się obficie preparatem przeciwko kleszczom i wnikam w gęstwinę. Gdy już siedzę w namiocie i jem zupkę, słyszę dobiegające z ogródków pokrzykiwania. Kilku facetów kłóci się o samochód. Spór nie trwa długo, po paru chwilach słyszę jak odpalają silnik i odjeżdżają.
Mapa:
Zdjęcia
Zaliczone gminy: Kotlin, Czermin, Pleszew, Gołuchów, Nowe Skalmierzyce (5 gmin).
Ciąg dalszy
Dolnośląski maj (6)
Środa, 3 maja 2017 Kategoria do 100, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
| Km: | 54.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 175m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano jest
duża mgła. Jazda w takiej mgle potrafi zamoczyć ubranie jak deszczyk tyle, że
zajmuje to chwilę więcej czasu. Ubieram więc deszczówkę i jadę. W Kątach
Wrocławskich piję kawę na Orlenie. Odwiedzam rynek, a potem jadę do Wrocławia.
W stolicy Dolnego Śląska mam sporo czasu. Bawię się więc w szukanie słynnych
wrocławskich krasnali. Wracam do domu pociągiem Regio o 12.35. Dość wcześnie, więc
udaje mi się uniknąć jazdy w tłumie ludzi wracających z majówki.

Zaliczone gminy: Kąty Wrocławskie, Kostomłoty.
Zdjęcia
Zgierz - Łowicz
Niedziela, 9 kwietnia 2017 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 99.31 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:53 | km/h: | 20.34 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 244m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Gdzieś niedaleko za lasem musi być czyiś dom. Szczekanie
psów słychać dość dobrze. Otwieram oczy. Jest noc, ciemno, ale jakoś tak… jasno.
Księżyc jest blisko pełni. Taka okazja: noc, środek lasu, księżycowa noc.
Wychodzę z namiotu, jest coś po drugiej. Pięknie. Magicznie. Czarna noc,
srebrny księżyc. Opadłe zeszłej jesieni liście drzew srebrzą się i mienią,
drzewa rzucają długie cienie. Robię zdjęcia, lecz
niestety nie udaje mi się oddać nawet w małej części tego niesamowitego piękna.
Kiedy rano się budzę, jestem przekonana, że jestem w domu. Chwilę trwa, nim dociera do mnie, że to nie dom murowany, lecz przenośny. Coś kapie. Słyszę odgłos kropli spadających na mój namiot. Niemożliwe. Jeszcze niedawno było przecież nade mną czyste nocne niebo! Otwieram namiot: mgła. Nie pada, to wilgoć kapie z drzew. Gotuję kawę, jem śniadanie, potem zwijam obóz. Wszystkiemu przygląda się kos siedzący nieopodal. Zupełnie się nie boi.

Terenem jadę aż pod same bloki Zgierza. Miasto śpi. Cieszę się, że z wczorajszej decyzji, by przyjechać tu rano.
Po Strykowie kręcę się i szukam atrakcji, ale jedynym ciekawym miejscem jest Orlen :). Pierwszy na całej mojej dwudniowej trasie. Jak miło – będzie ulubiona orlenowa kawka a może nawet coś więcej. Piję kawę i jem chrupiącą kanapkę na ciepło z zegarkiem w ręku. Teoretycznie z czasem do odjazdu pociągu jest bezpiecznie, ale na wszelki wypadek lepiej nie być na styk. Chociaż… cóż nieoczekiwanego może się wydarzyć?
Wjazd w teren. Tego się nie spodziewałam. Tę trasę zaplanowałam jeszcze w zeszłym roku. W piątek wgrałam, nie sprawdzając nawet. No to teraz mam super atrakcje. Gruntowa droga nie jest zła. Mimo mżawki i chłodu nie jedzie się źle. Potem nagle gps prowadzi w szczery las. Pluję sobie w brodę, że nie sprawdziłam tej trasy przed wyjazdem. Nie jestem pewna, czy to odbicie było zamierzone, bo to granica którejś z gmin, czy może jest to zwykły błąd i mogę to ze spokojem pominąć. Na wszelki wypadek napieram. Biegnę, jadę, idę. Prawdziwy przełaj i aż się sama z siebie śmieję. Gdy teren się kończy, dostaję w nagrodę szosę i wiatr w plecy.
Ale wiatr pomagający jest tylko na chwilę. Trasa wykręca centralnie pod wiatr. 15 km takiej mordęgi. Im dłużej tak jadę, tym więcej mam czarnych myśli. Jedna z nich to wizja podjazdu na wiadukt nad A2 pod sam koniec tej długiej prostej. Próbuję się pocieszać, że może moja droga jest puszczona pod autostradą. Czarny scenariusz spełnia się. Oto moja góra! :)) Jestem już tak umordowana, że zrzucam z blatu. Dalej jest już tylko lepiej. Aż do Łowicza jedzie się przyjemnie. W samym mieście trwają uroczystości Niedzieli Palmowej. Pełno ludzi. Czym prędzej uciekam na dworzec. Nie lubię być w tłumie.
Kiedy rano się budzę, jestem przekonana, że jestem w domu. Chwilę trwa, nim dociera do mnie, że to nie dom murowany, lecz przenośny. Coś kapie. Słyszę odgłos kropli spadających na mój namiot. Niemożliwe. Jeszcze niedawno było przecież nade mną czyste nocne niebo! Otwieram namiot: mgła. Nie pada, to wilgoć kapie z drzew. Gotuję kawę, jem śniadanie, potem zwijam obóz. Wszystkiemu przygląda się kos siedzący nieopodal. Zupełnie się nie boi.

Terenem jadę aż pod same bloki Zgierza. Miasto śpi. Cieszę się, że z wczorajszej decyzji, by przyjechać tu rano.
Po Strykowie kręcę się i szukam atrakcji, ale jedynym ciekawym miejscem jest Orlen :). Pierwszy na całej mojej dwudniowej trasie. Jak miło – będzie ulubiona orlenowa kawka a może nawet coś więcej. Piję kawę i jem chrupiącą kanapkę na ciepło z zegarkiem w ręku. Teoretycznie z czasem do odjazdu pociągu jest bezpiecznie, ale na wszelki wypadek lepiej nie być na styk. Chociaż… cóż nieoczekiwanego może się wydarzyć?
Wjazd w teren. Tego się nie spodziewałam. Tę trasę zaplanowałam jeszcze w zeszłym roku. W piątek wgrałam, nie sprawdzając nawet. No to teraz mam super atrakcje. Gruntowa droga nie jest zła. Mimo mżawki i chłodu nie jedzie się źle. Potem nagle gps prowadzi w szczery las. Pluję sobie w brodę, że nie sprawdziłam tej trasy przed wyjazdem. Nie jestem pewna, czy to odbicie było zamierzone, bo to granica którejś z gmin, czy może jest to zwykły błąd i mogę to ze spokojem pominąć. Na wszelki wypadek napieram. Biegnę, jadę, idę. Prawdziwy przełaj i aż się sama z siebie śmieję. Gdy teren się kończy, dostaję w nagrodę szosę i wiatr w plecy.
Ale wiatr pomagający jest tylko na chwilę. Trasa wykręca centralnie pod wiatr. 15 km takiej mordęgi. Im dłużej tak jadę, tym więcej mam czarnych myśli. Jedna z nich to wizja podjazdu na wiadukt nad A2 pod sam koniec tej długiej prostej. Próbuję się pocieszać, że może moja droga jest puszczona pod autostradą. Czarny scenariusz spełnia się. Oto moja góra! :)) Jestem już tak umordowana, że zrzucam z blatu. Dalej jest już tylko lepiej. Aż do Łowicza jedzie się przyjemnie. W samym mieście trwają uroczystości Niedzieli Palmowej. Pełno ludzi. Czym prędzej uciekam na dworzec. Nie lubię być w tłumie.
Zdjęcia
Zaliczone gminy: Stryków, Głowno (miasto), Głowno (obszar wiejski), Bielawy, Domaniewice, Łyszkowice - 6 gmin.
Poczuj smak zimy
Niedziela, 19 marca 2017 Kategoria do 100
| Km: | 69.44 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:57 | km/h: | 23.54 |
| Pr. maks.: | 38.00 | Temperatura: | 7.0°C | HRmax: | 173173 ( 91%) | HRavg | |
| 1327: | 1327kcal | Podjazdy: | 281m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
To ostatnia niedziela tej zimy, delektowałam się:

(Jeszcze) zimowa nawijka:


(Jeszcze) zimowa nawijka:

Świąteczny Aspołeczny Ponurnik Kota
Poniedziałek, 26 grudnia 2016 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 77.22 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wstaję mocno rano, aby szybko wrócić z rowerowej przejażdżki do domu i oddać się świętowaniu. Mam wielką ochotę pojeździć na rowerze. Wczoraj ułożyłam nawet trasę i cieszę się na wiatr w plecy. Jem śniadanie, wychodzę z domu. Faktycznie wieje! Zapowiada się świetnie.
Ludzie gadają, że z wiatrem to nawet mokra gazeta poleci, ale moja jazda na latanie jakoś nie wygląda. Jadę pomału i czuję się średnio. Entuzjazm i ochota na rower przechodzą mi szybko jak ból głowy po kawie.
Udaje mi się przejechać 30 km z małym okładem.
Udaje mi się nawet na chwilę opuścić powiat poznański.
Jednak gdy myślę o dalszej jeździe i powrocie pociągiem, to czuję, że bardzo nie chcę jechać dalej.
Zawracam więc i od teraz mam 30 km z małym okładem do domu.
Pod wiatr.
O ile z wiatrem jechałam pomału, to teraz już w ogóle jest masakra. Co ciekawe tętno, niezależnie od warunków wiatrowych, cały czas mam na jednym poziomie. Nienaturalnie wysokim poziomie. Nie nastraja mnie to wesoło.
No nic, trzeba jakoś dotoczyć się do domu. Dostojnie. Majestatycznie. Jak dama. Jak na damce.
Po drodze wymyślam, że poprawię sobie humor kawą na Orlenie. Mam w końcu kupon na gratisową kawę. Ważny tylko do 31.12.2016. No to wbijam się na stację. Piję kawę i wtem widzę, że ktoś się pochyla nad moim rowerem, który stoi za drzwiami. Czujnie podbiegam do okna. To cykliści. Przyjechała jakaś grupa i gapią się na mój rower. Może nawet w niego stukają?... Brr! Jak ja nie lubię jak obcy ludzie gapią się na mój rower! A wręcz zgrzytam zębami, gdy go dotykają.
Piję kawę powoooli. Kompletnie nie mam nastroju na pogawędki. Celebrowanie picia kawy nic nie daje. Nadal sterczą nad moim rowerem.
Wychodzę więc zmierzyć się z rzeczywistością. Chłopaki coś tam gadają, że podniecają się tym rowerem, a mnie zbiera się na mdłości. Uwielbiam wprost taką gadaninę. Dziewczyny stoją nieco z boku. Grupa jest głośna i donośna. Zupełnie nie mój klimat. Wymieniam zdawkowo kilka zdań, a gdy pytają dokąd jadę, rzucam nazwą pierwszej lepszej miejscowości, którą będę miała po drodze. Życzę im miłej jazdy i umykam.
Szczęście dziś mi sprzyja. Mogę trochę poodpoczywać, bo trafiam na zamknięty przejazd kolejowy. Jadą 2 pociągi. Stoję z 7 minut. Do domu jeszcze kawałek. Naraz słyszę krzyki i śmiechy. Odwracam się - oto moja grupa spod stacji nadciąga! Są jeszcze daleko, a tak ich słychać. Pozostaje zwolnić, pojechać trochę bez pedałowania, niechże sobie jadą. Zupełnie nie mam ochoty na wrzaskliwe towarzystwo! Dziewczyny lecą przodem, widać wyraźnie, że się popisują. Chłopaki za nimi - zapraszają mnie do wspólnej jazdy. Gryzę się w język, by im nie odpowiedzieć "nie chcę". Przygryzionym językiem nie idzie nic powiedzieć, więc nic nie mówię. Za to czynię - zwalniam prawie do zera.
Ostatnie 5 km przed domem to walka z centralnie wiejącym w twarz wiatrem. Droga jest zupełnie płaska. Wiatr trochę mną rzuca. Daję radę trzymać te 12-13 km/h i nawet przez chwilę zastanawiam się, czy by na tym płaskim stole założyć zygzak...
Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, a jednak miejscowy sklepik spożywczo-alkoholowy jest otwarty. Okoliczne pijaczki już mają z tego użytek, siedzą pod sklepem i wydzierają się. Zdegustowana spoglądam w ich stronę... a tu "moja grupa". Może być wspanialej? Chyba tylko wtedy, gdyby teraz ruszyli i znowu chcieli ze mną jechać. No i spełnia się, ruszają.
Pospiesznie, aspołecznie kombinuję, jak tu ich nie spotkać, gdzie by tu pojechać, aby to nie było im po drodze.... wbijam się więc na pierwszą lepszą posesję i odczekuję chwilę, aż znikną.
Tętno mi cały czas skacze, na dziś to koniec roweru. Zjazd, podjazd, trochę płaskiego, zjazd i wreszcie jest: dom.

Ludzie gadają, że z wiatrem to nawet mokra gazeta poleci, ale moja jazda na latanie jakoś nie wygląda. Jadę pomału i czuję się średnio. Entuzjazm i ochota na rower przechodzą mi szybko jak ból głowy po kawie.
Udaje mi się przejechać 30 km z małym okładem.
Udaje mi się nawet na chwilę opuścić powiat poznański.
Jednak gdy myślę o dalszej jeździe i powrocie pociągiem, to czuję, że bardzo nie chcę jechać dalej.
Zawracam więc i od teraz mam 30 km z małym okładem do domu.
Pod wiatr.
O ile z wiatrem jechałam pomału, to teraz już w ogóle jest masakra. Co ciekawe tętno, niezależnie od warunków wiatrowych, cały czas mam na jednym poziomie. Nienaturalnie wysokim poziomie. Nie nastraja mnie to wesoło.
No nic, trzeba jakoś dotoczyć się do domu. Dostojnie. Majestatycznie. Jak dama. Jak na damce.
Po drodze wymyślam, że poprawię sobie humor kawą na Orlenie. Mam w końcu kupon na gratisową kawę. Ważny tylko do 31.12.2016. No to wbijam się na stację. Piję kawę i wtem widzę, że ktoś się pochyla nad moim rowerem, który stoi za drzwiami. Czujnie podbiegam do okna. To cykliści. Przyjechała jakaś grupa i gapią się na mój rower. Może nawet w niego stukają?... Brr! Jak ja nie lubię jak obcy ludzie gapią się na mój rower! A wręcz zgrzytam zębami, gdy go dotykają.
Piję kawę powoooli. Kompletnie nie mam nastroju na pogawędki. Celebrowanie picia kawy nic nie daje. Nadal sterczą nad moim rowerem.
Wychodzę więc zmierzyć się z rzeczywistością. Chłopaki coś tam gadają, że podniecają się tym rowerem, a mnie zbiera się na mdłości. Uwielbiam wprost taką gadaninę. Dziewczyny stoją nieco z boku. Grupa jest głośna i donośna. Zupełnie nie mój klimat. Wymieniam zdawkowo kilka zdań, a gdy pytają dokąd jadę, rzucam nazwą pierwszej lepszej miejscowości, którą będę miała po drodze. Życzę im miłej jazdy i umykam.
Szczęście dziś mi sprzyja. Mogę trochę poodpoczywać, bo trafiam na zamknięty przejazd kolejowy. Jadą 2 pociągi. Stoję z 7 minut. Do domu jeszcze kawałek. Naraz słyszę krzyki i śmiechy. Odwracam się - oto moja grupa spod stacji nadciąga! Są jeszcze daleko, a tak ich słychać. Pozostaje zwolnić, pojechać trochę bez pedałowania, niechże sobie jadą. Zupełnie nie mam ochoty na wrzaskliwe towarzystwo! Dziewczyny lecą przodem, widać wyraźnie, że się popisują. Chłopaki za nimi - zapraszają mnie do wspólnej jazdy. Gryzę się w język, by im nie odpowiedzieć "nie chcę". Przygryzionym językiem nie idzie nic powiedzieć, więc nic nie mówię. Za to czynię - zwalniam prawie do zera.
Ostatnie 5 km przed domem to walka z centralnie wiejącym w twarz wiatrem. Droga jest zupełnie płaska. Wiatr trochę mną rzuca. Daję radę trzymać te 12-13 km/h i nawet przez chwilę zastanawiam się, czy by na tym płaskim stole założyć zygzak...
Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, a jednak miejscowy sklepik spożywczo-alkoholowy jest otwarty. Okoliczne pijaczki już mają z tego użytek, siedzą pod sklepem i wydzierają się. Zdegustowana spoglądam w ich stronę... a tu "moja grupa". Może być wspanialej? Chyba tylko wtedy, gdyby teraz ruszyli i znowu chcieli ze mną jechać. No i spełnia się, ruszają.
Pospiesznie, aspołecznie kombinuję, jak tu ich nie spotkać, gdzie by tu pojechać, aby to nie było im po drodze.... wbijam się więc na pierwszą lepszą posesję i odczekuję chwilę, aż znikną.
Tętno mi cały czas skacze, na dziś to koniec roweru. Zjazd, podjazd, trochę płaskiego, zjazd i wreszcie jest: dom.

Na fali
Sobota, 3 grudnia 2016 Kategoria do 100
| Km: | 63.23 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
"Po rozległej toni fala falę goni"


Utracony
Czwartek, 24 listopada 2016 Kategoria do 100
| Km: | 52.09 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 275m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kolejny utracony dzień.
Skorzystałam zatem z nocy.
Skorzystałam zatem z nocy.
Co za dużo, to niezdrowo
Niedziela, 30 października 2016 Kategoria do 100
| Km: | 54.38 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 268m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||





