Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Styczeń, 2021

Dystans całkowity:352.39 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:18:11
Średnia prędkość:18.45 km/h
Suma podjazdów:1327 m
Liczba aktywności:2
Średnio na aktywność:176.19 km i 18h 11m
Więcej statystyk

Gdańsk

Sobota, 23 stycznia 2021 Kategoria Kocia czytelnia
Km: 16.99 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Budzik dzwoni o 6:30. Nie wierzę! To na pewno już ta godzina? Tak dobrze się spało.



Chwilę to trwa, muszę się wyplątać ze śpiwora i worka biwakowego i wyjąć telefon. No tak, pora wstawać. Gotuję wodę na kawę i mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Jest jeszcze głęboka szarówka, do wschodu słońca daleko. Słyszę trzask gałązek. Patrzę skąd dobiega i widzę lisa. Stoi jakieś 100 m dalej i gapi się na mnie. Gapi się, a potem idzie w swoją stronę. Kiedy zwijam biwak, dzień wstaje. Idąc po śniegu wychodzę z lasu. Droga wygląda dobrze, ale to tylko pozory. Jest niesamowicie ślisko. Kawałek dalej w rowie leży samochód z przyczepką a kierowca nerwowo gestykulując chodzi w kółko i gada przez telefon. Pewnie myślał, że droga jest tylko mokra…



Idąc i jadąc docieram pod pomnik na Westerplatte. Robię zdjęcia.



A potem wracam do centrum Gdańska. Spędzam tam przemiły poranek.



Kiedy jadę na dworzec, zaczyna padać deszcz. Zimowe okienko pogodowe właśnie się domknęło.

Rowerem i pieszo do Gdańska

Piątek, 22 stycznia 2021 Kategoria do 350, Kot w wielkim mieście, Kocia czytelnia, Gdańsk
Km: 335.40 Km teren: 0.00 Czas: 18:11 km/h: 18.45
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1327m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
" — Widzisz - powiedziała - tyle jest tego, co nie znajduje sobie miejsca ani latem, ani jesienią, ani na wiosnę. To wszystko, co jest nieśmiałe i zagubione. Niektóre rodzaje nocnych zwierząt i tacy, którzy nigdzie nie pasują i w których nikt nie wierzy... Trzymają się na uboczu cały rok. A potem kiedy jest spokojnie i biało i kiedy noce stają się długie, a wszyscy posnęli snem zimowym — wtedy wychodzą".

Tove Jansson "Zima Muminków"


Gwieździsta noc, lecz niebo całe czarne. Pod kołami mojego roweru tysiące gwiazd. Mienią się i skrzą lodowym blaskiem. Ostrożnie. Wystarczy jeden fałszywy ruch…
5:03 w styczniu, to jeszcze noc. Patrzę w gwiazdy rozsypane na asfalcie i nie cieszy mnie ich widok.

Pierwszy postój to Janowiec. Biorę kawę i zjadam kanapkę. Słońce niedawno wstało i zapowiada się ładny dzień. Wiatr sprzyja aż do setnego kilometra. Dopiero za Kcynią, gdy wykręcam na wschód, zaczyna przeszkadzać. Do tego robi się dziwnie. Droga biegnie doliną Noteci, w cieniu zbocza. Mało słońca tu dociera i widać to bardzo wyraźnie. Chodnik i droga dla rowerów całe zaśnieżone i zalodzone. Na szosie śnieżne jęzory. Zastanawiam się jak będą wyglądały szosy w lasach na północy kraju, mając nadzieję, że nie gorzej niż tu.

W Nakle krótki przystanek pod wiatą i szybka wizyta na stacji. Nie biorę niczego ciepłego do picia, postanawiam dociągnąć do Tlenia, gdzie mam nadzieję zjeść, jak co roku, obiad.



Szosa nr 241 z Nakła na Mroczę tradycyjnie jest nieprzyjemna. Ruch umiarkowany, ale jednak drażniący. Z ulgą z niej zjeżdżam i nie przeszkadza mi nawet boczny wiatr, który się pojawia wraz ze zmianą kierunku. W Koronowie jestem o 13:18. Przejeżdżam przez miasteczko, robię kilka fotek nad Kanałem Lateralnym i zagłębiam się w lasy. Nie jest źle. Sporo śniegu, ale drogi czyste.



Najzimniej jest nad jeziorem Wierzchy. Pełno śniegu i ten chłód! Jezioro ma zamarzniętą taflę. Po raz pierwszy widzę je białe. Jest cicho i spokojnie.



Cisza aż dźwięczy w uszach. Aż by się chciało zostać tu dłużej. Niestety dotkliwy ziąb szybko weryfikuje te chęci.



A potem jest Tleń. Pod słynnym Przystankiem zatrzymuję się tylko na chwilę. Przez obostrzenia epidemiczne jedzenie można zamówić tylko na wynos. Nie bardzo wyobrażam sobie obiad na wynos, gdy się ma w nogach ponad 200 km i gdy jedzie się rowerem. Wychłodzenie organizmu z pewnością by przyszło bardzo szybko. Robię fotkę, bo… to wszystko, co w tej sytuacji mogę zrobić. Godzina 16:10, jadę dalej. Za Tleniem jest pod górę. Zwykle podjazd ten robię zregenerowana i posilona dobrym obiadem. Teraz jadę na żelu energetycznym. Jest jakoś inaczej. Niefajnie. Szosy w lasach na szczęście cały czas są ok. Docieram do miejscowości Osie, powoli robi się szaro. Za Osiem szosa znowu wnika w las. Naraz czuję, że tylne koło lekko ucieka. Na asfalcie jest trochę śniegowej chlapy i dużo wody. Trochę podobnie to wygląda, jak w dolinie Noteci. A potem jest już tylko gorzej. Śnieg, śnieg, sporo śniegu. Czasem cała szosa w śniegu, czasem wolne od niego wąskie paski wyjeżdżone przez koła samochodów. No i ciemno. Słońce zaszło już jakiś czas temu.

Kiedy docieram do Lipionek, mam za sobą 222 km i jestem nieco poirytowana. Przeprawa śniegowa, podczas której idę i jadę na zmianę trwa już długo i miło by było, gdyby w końcu dobiegła końca.



Zatrzymuję się na przystanku autobusowym i sprawdzam w telefonie mapę. Nie wygląda to zbyt dobrze. 10 kilometrów zabawy w śniegu już co prawda za mną, ale wszystko wskazuje na to, że zanim dotrę do główniejszej drogi, czeka mnie jeszcze 8 km przeprawy. Karmię się nadzieją, że może nie będzie tak źle, ale sama za bardzo w to nie wierzę. Tak więc aż do Jaszczerka na zmianę idę i jadę. Raz po raz, gdy jedzie jakiś samochód, muszę włazić w głębokie zaspy, żebyśmy mogli bezpiecznie się minąć. 18 kilometrów marszo-jazdy.



Kiedy w końcu docieram do drogi wojewódzkiej, cieszę się jak dzika. Oczywiście obiecuję sobie, że na pierwszej napotkanej stacji robię w pełni zasłużoną przerwę na gorącą herbatę. Stacja taka trafia się w Skórczu i jest to pierwszy przystanek w cieple od… 185 km.



Biorę herbatę i uciekam z nią do toalety. Na wszelki wypadek. Jest epidemia i nigdy nie wiadomo, jak zachowa się obsługa stacji. Gdyby ktoś nadmiernie zatroskany o moje dobro i bezpieczeństwo kazał mi wyjść z herbatą na zewnątrz, to chyba bym tego nie zniosła. Rygluję się więc w toalecie. Opuszczam deskę, myję ręce i siadam. Jem, piję. Wreszcie w cieple i bez strachu, że ktoś mnie wygoni. Te kilka minut działa cuda. Wychodzę ze stacji i gdyby nie ból wychłodzonych kolan, czuję się świetnie. Modlę się o to, by dalsza droga była już bez śniegowych atrakcji. Na przeprawę straciłam bardzo dużo czasu i kosztowała mnie ona dużo energii. Obiecuję sobie, że na drogę krajową nr 91 wyjadę zaraz za Pelplinem, a nie jak zwykle dopiero w Tczewie. Na wszelki wypadek, by na pewno nie władować się już w żaden śnieg. Mam też plan awaryjny. Jeśli pobocza 91 będą zasyfione lub zaśnieżone, to wycofuję się z trasy, kupuję wodę, zakładam biwak i przeczekuję do rana.

Droga do Pelplina jest prawie bez śniegu. Raz po raz pojawiają się śnieżno-lodowe jęzory, ale nie ma tego dużo. Wystarczy tylko jechać uważnie, żeby w nic takiego się nie władować. Na dojeździe do miasta zaczyna lekko kropić deszczyk. Zupełnie tak jakby zima chciała powiedzieć: pamiętaj, zawsze może być gorzej…

Zawsze może być gorzej: temperatura na minimalnym plusie i deszcz. Raz mocniej raz słabiej. Pada. Spędzam w Pelplinie kilka minut. Odwiedzam toaletę na Orlenie, potem na mieście robię zdjęcia iluminacji świątecznych. Deszcz jednak każe się streszczać.



Z coraz mocniej bolącym lewym kolanem jadę dalej. Pod jedną z wiat autobusowych zakładam pełen strój deszczowy.



Planu rezygnacji z trasy na szczęście nie muszę realizować. Ruch na DK 91 jest mały, mimo piątkowego wieczoru. Pobocza natomiast są idealnie lub niemal idealnie czyste. Żadnego śniegu, żadnego lodu. Super!
Ostatni, trzeci postój robię na dużym Orlenie w Pszczółkach. Biorę herbatę i tak jak w Skórczu, chowam się z nią w toalecie. Stąd do Gdańska jest już blisko (31 km), dlatego kupuję tu też dużą butelkę wody mineralnej na nocleg. Te ostatnie 31 km mogę jechać z dodatkowym ciężarem.

Tabliczkę z napisem Gdańsk mijam o godzinie 00:33.



A więc to już sobota. Parę kilometrów dalej jest nowy wiadukt, na którym rok temu miałam wypadek. Coś się we mnie blokuje. Nie potrafię przejechać tego odcinka. Schodzę z roweru. Włażę na chodnik. Idę powoli. Oglądam to miejsce dokładnie…

A potem jest już tylko radość. Nie ma nic więcej poza cudownym, starym Gdańskiem. Wjeżdżam na Most Zielony, zatrzymuję się w bramie. Zachwyt. Pięknie wygląda Długi Targ w świątecznej szacie. Po to właśnie tu jechałam, by zobaczyć te wszystkie światełka, migotliwą choinkę. Robię całą serię zdjęć. Czas spędzony teraz, tu – jest nagrodą za całą trasę. Uśmiecham się sama do siebie, bo wiem, że to jeszcze nie wszystko. W ramach nagrody jest jeszcze noc w lesie na Westerplatte, pomnik na Westerplatte i Gdańsk jutro rano.





Kończę sesję zdjęciową. Staram się zapamiętać dobrze ten piękny widok i mając go cały czas przed oczami, ruszam w drogę na Westerplatte. Noc pełna jest gwiazd. Są wszędzie. Na niebie i na ziemi też. Te na niebie są piękne i czyste. Te na ziemi skrzą się złowrogo i przywołują piątkowy poranek. Ostrożnie!

Na wiadukcie, na ulicy Sucharskiego, siadam na dobrze oświetlonym przystanku autobusowym. To dobry moment na zagotowanie wody i zalanie liofilizatu. Będzie idealny do jedzenia, gdy dojadę do lasu i założę biwak. Wyjmuję kuchenkę i gotuję wodę. Potem mam do przejechania zupełnie krótki odcinek i już jestem na miejscu. Wnikam w las i po raz drugi w życiu kładę się spać do worka biwakowego, jeszcze tylko obiadek i zasłużony odpoczynek. Niebo i korony drzew – to widzę tuż przed snem.

Ciąg dalszy

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum