Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2020

Dystans całkowity:771.00 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:40:31
Średnia prędkość:19.03 km/h
Maksymalna prędkość:45.00 km/h
Suma podjazdów:2066 m
Liczba aktywności:3
Średnio na aktywność:257.00 km i 13h 30m
Więcej statystyk

Długi spacer po lesie

Sobota, 18 lipca 2020 Kategoria Spacer
Km: 23.20 Km teren: 0.00 Czas: 04:29 km/h: 5.17
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Aktywność: Wędrówka
Gdybym miała siedmiomilowe buty... na szczęście ich nie mam, bo posiadając je zapewne skończyłabym spacer zniecierpliwieniem - tak jak w wierszu Brzechwy. Znacznie lepiej jest iść spokojnie. Krok po kroku odkrywać leśne zakątki i sycić oczy soczystą zielonością.



...a kiedy po niemal 15 kilometrach wędrówki okazało się, że sklep w Dąbrówce Kościelnej nie działa, odkryłam, że to jednak daleko. Kilometry na rowerze mijają tak szybko! Tymczasem, kiedy się idzie, jest zupełnie inaczej. Potrzeba cierpliwości. Potrzeba czasu.



Odpoczęłam w lesie. Znalazłam w nim ciszę i spokój. Znalazłam pustkę. Wszystko to, czego potrzebowałam.



Czy mogło być lepiej?
Piękny, lipcowy dzień. Przede mną świetlista droga. Krok po kroku.


Miasto Róż

Sobota, 11 lipca 2020 Kategoria do 250
Km: 206.60 Km teren: 0.00 Czas: 09:21 km/h: 22.10
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wszędzie dookoła pachniało różami.

Uwaga remont! Czyli Augustów 2020

Sobota, 4 lipca 2020 Kategoria Augustów, do 550, Kocia czytelnia
Km: 541.20 Km teren: 0.00 Czas: 26:41 km/h: 20.28
Pr. maks.: 45.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 2066m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Na trasę ruszam w sobotę o 7:25. Nie ma się co spieszyć, pociągi jeżdżą dziwnie. Na 5:02 w niedzielę się nie wyrobię. Następne znośne połączenie jest równo dobę później.
Nie sposób nie porównywać Augustowa zeszłorocznego i tegorocznego. A zatem: w zeszłym roku trasa szła idealnie… pod wiatr. Było zimno i było to blisko równonocy wiosennej. Tego roku wiatr pomagał, było ciepło i blisko najkrótszej nocy w roku. Diametralnie inaczej. Początkowo jedzie się super. Początki zwykle są bardzo fajne. Entuzjazm jest duży, zapas sił również. I tylko nieco nużąco jest jechać ten początek trasy po drogach, które dobrze znam.

Pierwszy przystanek to Orlen w Janowcu Wlkp. Drugi to Toruń. W Toruniu wszystko idzie nie tak. Aż się potem dziwiłam, gdy czytałam samą siebie sprzed roku – wtedy w Toruniu było tak gładko! Teraz zamiast gładkości, jest remont. Już sam przejazd przez most na Wiśle to wyzwanie, bo most w remoncie. Dalej nic nie lepiej – trasę na GPS mam w dużym powiększeniu i jest to błąd. Nie zauważam, że kawałek mi się tu zapętlił i zamiast jechać brzegiem rzeki, jadę na północ. A w zasadzie idę, bo przecież remont nie kończy się na moście. Kiedy stoję przy rozgrzebanej drodze i próbuję z GPSa wydusić jak objechać te wykopy, zagaduje mnie młody chłopak mówiąc: ma pani bardzo fajny rower. Zupełnie wyrywa mnie z zamyślenia, ale wiem już jak się stąd wydostać. Z uśmiechem mu dziękuję za te miłe słowa i przeprawiam się kładką nad torami na drugą stronę. Po całym tym błądzeniu nie bardzo mam ochotę na szukanie McD, w którym jadłam w zeszłym roku. Zwłaszcza, że akurat trafia się Orlen. Biorę herbatę, zapiekankę i bagietkę. Bagietka jest umiarkowanie świeża i potem przez jakiś czas czuję się średnio.

Droga do Golubia-Dobrzynia słoneczna i spokojna. Robię jeden postój pod sklepem. Na lody i zimną wodę gazowaną. Chowam się w cieniu, cieplutko jest. Do Elgiszewa ostry zjazd nad Drwęcę. Wyboisty. To jeden z tych zjazdów, gdzie trzeba zachować czujność. W Golubiu-Dobrzyniu zdjęcie zamku. Widać w oddali balony pod zamkiem, jeden z napisem TVP. Chyba jakaś większa impreza. Ja jednak nie bardzo mam czas, by to sprawdzić. Nie wjeżdżam nawet na rynek. Celem jest Augustów.



Za Szafarnią drogi zupełnie spokojne. To już wieczór i w nogach nieco ponad 200 km. Ostatnie ulewne deszcze narobiły sporo szkód. Mijam domki obstawione workami z piaskiem. Wkrótce wjeżdżam na planowany, bardzo krótki, terenowy odcinek. W całości okazuje się przejezdny dla roweru szosowego. Kilka górek i bokiem mijam Brodnicę. Tak jest lepiej, bo na wojewódzkiej drodze, która prowadzi do miasta zwykle ruch przeszkadza. Wieczór zapada coraz bardziej, ale górki przed Lidzbarkiem jakoś nie męczą. Idą gładko, jedna za drugą. W Lidzbarku jestem o 21.20 i nadal jest jasno! Lubię długie, letnie dni.

Noc, która w końcu przychodzi, jest bardzo jasna. Na niebie księżyc w pełni. W dodatku dni są teraz tak długie, że całkowita ciemność zapadła tylko na godzinę, pomiędzy północą, a 1 w nocy. Jazda jest super. Raz po raz przez drogę przebiegają dzikie zwierzęta. Kilka lisów, dwa dziki. W Koszelewach mijam jasno oświetloną siedzibę OSP. Uznaję, że to dobre miejsce, by poszukać czapki i ją założyć. Jak się jednak okazuje, gorszego miejsca wybrać nie mogłam. Gdzieś nieopodal siedzi dziad. Parszywy zboczeniec, który raczy mnie niewybrednymi tekstami. Wsiadam na rower i już mnie tu nie ma. 5 km dalej jest Gralewo i duża stacja kolejowa. Trasa nie zgadza się z rzeczywistością. Droga powinna przecinać tory kolejowe. Ale nie przecina, zamiast tego są bariery. Trzeba to objechać dookoła, albo przejść na nielegalu. W zeszłym roku było identycznie. Jak żywe wracają do mnie wspomnienia. Stałam tu i wtedy zadzwonił telefon. Po drugiej stronie wesoły głos witający mnie słowami: "cześć siostrzyczko, co tam słychać w rowerowym świecie?" Rozmawialiśmy wtedy bardzo krótko. Teraz nikt nie dzwoni, a ja robię inaczej. Nie objeżdżam tego torowiska, tylko przeprawiam się przez nie. Po drugiej stronie straszne zarośla. Wpadam do głębokiego rowu. Uff… na szczęście bez wody.

W Uzdowie odbicie na Nidzicę. Lubię ten fragment drogi. Jedzie mi się tutaj wprost doskonale. Do Nidzicy, na stację Moya, gdzie zawsze robię postój, docieram już w niedzielę. Jest 00:40. I zaskoczenie: czynne jest tylko nocne okienko. Zdarzało mi się tu bywać o późnych godzinach, jednak dotąd zawsze można było wejść do środka. Poza tym nie ma kota. Tu zawsze kręcił się kot. Biorę herbatę i zjadam własną kanapkę. Raz po raz ktoś podjeżdża. Ludzie kupują piwo / wódkę i papierosy. Z rzadka ktoś tankuje paliwo. Potem, gdy już jadę, mijam parę. Facetowi ręce plączą się z nogami. Myli pion z poziomem, a słowa wypowiada tak, jakby w ustach miał kilka landrynek. Dziewczyna raz po raz chwyta go za ramię, albo za kurtkę. W sumie za co tylko się da, by utrzymać go w pionie. Gość raz po raz wymiotuje. A fe!



Za Nidzicą pojawiają się znaki o zamkniętej remontowanej drodze. Pamiętam, jak kilka lat temu były podobne znaki dotyczące samej Nidzicy. Wtedy remontowany był most, ale dało się przez to przejść. Jestem przyzwyczajona do tego, że jeśli jest remont i droga zamknięta, to dotyczy to nieprzejezdności dla samochodów. Rower jest przecież mały i lekki. W razie czego można go nawet kawałek przenieść. Więc nie zrażam się wcale. Bo przecież jakoś się da.
Prawda, że się da?

Zastanawiam się co to będzie. Wkrótce wiem. Remont drogi na Wielbark. A do miejscowości 13 km. Myślę sobie, że z tego wszystkiego rozkopanej drogi będą może góra z 2 km. No bo przecież nikt normalny nie rozryje drogi na długości 13 km na raz… chyba.

Nie jest źle, na początku nawet da się po tym jechać. Ale potem robi się coraz gorzej. A remontowany odcinek dziwnie długo nie chce się skończyć. Idę żwawym krokiem. I tak idę…. czasem trochę się odpycham jak na hulajnodze. Czasem mijam miejscowości. Mam w nogach około 10 km marszu. Niebo już jaśnieje, idzie dzień. Tymczasem droga przybiera taką postać, że nie da się już nawet iść. Ogarnia mnie niemoc. Ze złości przeklinam na głos: na prawo, na lewo, do przodu i do tyłu. Na wszystkie cztery strony świata złorzeczę.



Przeglądam mapę w GPSie, wnikam w jedną z leśnych ścieżek i wtedy zaczyna padać deszczyk. Jeszcze tylko tego brakowało! Drogą pożarową trochę idę, trochę jadę, w prawo, potem w lewo i docieram do krajówki. W tym 13-kilometrowym dziwacznym marszu miałam chwilę zwątpienia. Moment, gdy chciałam odwrócić się na pięcie i zacząć jechać w stronę dowolnej najbliższej stacji kolejowej, by wrócić do domu. Jednak jadąc ultra trzeba być przygotowanym na różne sytuacje. I sobie z nimi radzić. Jest 4:15 nad ranem i teren kończy się, wreszcie pod kołami mam asfalt! Co za ulga. Straciłam masę czasu i wolę o tym nie myśleć teraz.

Drogą krajową nr 57 osiągam Wielbark. Nadal pada deszcz i to powoduje, że kwitnące lipy pachną wyjątkowo mocno. Wspaniały zapach lata. Zapach lipca.Tymczasem łapie mnie senność.
It's hard to say that I'd rather stay awake when I'm asleep 'Cause everything is never as it seems
Trafia się wiata przystankowa. W dobrym momencie, bo znajome uczucie wiotkości na rowerze jest już zbyt wszechogarniające. Na chwilę się kładę na ławce i rozprostowuję kości. Od razu lepiej, teraz trzeba gnać do Myszyńca. Na całodobowym Orlenie biorę kawę i zapiekankę. To dodaje mi energii. Kiedy wychodzę ze stacji, zaczepia mnie klient, który właśnie wchodzi. Przypatruje mi się, po czym ni z tego ni z owego wypala: ma pani piękne oczy. I cała jest pani piękna. Czy mogę coś dla pani zrobić, może coś kupić? Jestem totalnie zaskoczona. Takiej akcji na stacji paliw o 7 rano w niedzielę zupełnie się nie spodziewałam. Z uśmiechem dziękuję za te miłe słowa i dodaję, że ja już właśnie stąd wyjeżdżam. Życzymy sobie dobrego dnia i lecę dalej. Jakąś godzinę później znowu łapie mnie senność. No nie! Trafia się wiata. Tym razem w wyjątkowo złym stanie. Ławeczka ledwo stoi, podparta na jakiejś desce trzyma chybotliwą równowagę. No to znowu prostuję kości.
Niewiele to daje, dochodzę więc do wniosku, że trzeba zrobić coś modnego.
A mianowicie wyjść ze strefy komfortu.
No to wychodzę: zdejmuję kurtkę, czapkę oraz nogawki. Ubrana w krótki zestaw mierzę się z rześkim porankiem. Senność mija natychmiast i już do końca wyrypy nie wraca.

Drogi są spokojne. Trochę mokre od deszczu, zupełnie puste. Za to coraz bardziej dziurawe. Miejscami rozwalone tak, że zamiast drogi jest piach. Jest to irytujące i bardzo niewygodne. Zatem kiedy docieram do Szczuczyna, cieszę się. Oto jest miejsce, gdzie odpocznę od dziur i piachu. Orlen. Ten sam, na którym w zeszłym roku sprzedawca dał mi krzesło obrotowe, bym sobie usiadła. Teraz się tu zmieniło trochę. Jest mini kanapa i stolik. Można usiąść. Jestem nieco zamotana. Sama nie wiem, czego chcę. I wtedy myśl jak błyskawica: kawa i lody! Jakiś czas temu dostałam kupon punktowy na zakup kawy i lodów. Pomyślałam sobie wtedy, że to zestaw zupełnie bez sensu. Kto normalny kupuje sobie lody i kawę jednocześnie? Teraz już wiem: robię to ja, jadąc ultra, gdzieś na 460 km trasy.

Przed Augustowem mam jeszcze jeden odcinek terenowy. W zeszłym roku też on był, więc nie jest to żadna niespodzianka. Trochę idę, trochę jadę – tak jak wtedy.
Potem jeszcze jest sławetna droga krajowa nr 65 w Prostkach zbudowana z kamiennego bruku. Skaczę z radości… bo nie mam wyboru. Nie da się po tym przejechać nie skacząc. Potem znowu jest super. Boczne drogi, całkiem dobrej jakości. Boleśnie robi się dopiero tak gdzieś od Pisanicy. Masakra. Dziury i wyboje. Wyboje nade wszystko. Obiecuję sobie, że gdy dojadę do DK 16, to poważnie się zastanowię, czy pojechać końcówkę tą właśnie drogą. W zeszłym roku tak zrobiłam, bo od wytrząsania dostałam czegoś w rodzaju choroby lokomocyjnej.
Przychodzi w końcu moment, gdy jestem na rozdrożu. Wyboje są już za mną. Patrzę na krajówkę i widzę, że ruch jest niewielki. Stoję tak dłuższą chwilę, by się przekonać, czy się to za chwilę nie zmieni. Ta droga jest bez pobocza i pagórkowata, czasem nieco kręta. Lepiej tu nie być na rowerze, gdy ruch jest duży. No ale nie jest. No to wiiiio! Kilometry uciekają szybko i oto pojawia się wyczekiwana tabliczka z napisem Augustów. Hurrra! Jest!!!



Robię kilka zdjęć, a potem chwilę stoję pod znakiem drogowym, by się nacieszyć. Następnie jadę do miasta. Jednak nie wg drogowskazów do centrum, ani nawet nie według śladu. Wymyślam na poczekaniu objazd głównej wlotówki do miasta i fajnie to wychodzi. Zero ruchu, Augustów bocznymi uliczkami i voila, jest rynek! Jadę pod fontannę. Ta fontanna jest super. Piękna. No ale niestety trzeba przyjąć szarą rzeczywistość. Fontanna zabezpieczona jakąś plandeką. Nie działa. Chyba w związku z wirusem. Idę zatem coś zjeść.



Rozsiadam się w jednym z ogródków i biorę podwójny makaron z krewetkami. Pyszne! Potem jeszcze kupuję pamiątki. Magnesiki na lodówkę. Pani śmieje się mówiąc, że był już dziś u niej jeden kolarz. Przyjechał i poprosił o najtańszy możliwy magnes z napisem Augustów, żeby jego żona uwierzyła, że na pewno tu był. Zrobiło się bardzo wesoło.



Potem idę do hotelu, pociąg dopiero jutro, o 5:02 rano. Biorę prysznic, przebieram się. Rower, jak się okazuje, mogę zabrać do pokoju. Dziewczyny z obsługi wiedząc, że wyjeżdżam bardzo wcześnie rano na pociąg, zaoferowały, że skoro nie zjem śniadania, bo to za wcześnie, to zrobią mi jedzenie do pociągu. Dały też na rano czajnik do pokoju, bym przed wyjazdem mogła wypić herbatkę. Tak serdeczne i miłe przyjęcie tylko w Bistro Szuflada – bardzo polecam!

Wieczór spędzam spacerując po miasteczku. Idę do bazyliki, siadam na ławeczce Beaty z Albatrosa, wędruję nad Nettę, do tawerny. Słucham muzyki na żywo.



Jest ciepło, gwarno, a na koniec zza chmur wychodzi słońce i oświetla wszystko na złoto-pomarańczowo. Prawdziwe lato. Uśmiecham się do swoich myśli, ciesząc się, że mogę tu być.



Zdjęcia


kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum