Wpisy archiwalne w miesiącu
Marzec, 2019
| Dystans całkowity: | 1652.85 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 14:48 |
| Średnia prędkość: | 22.14 km/h |
| Suma podjazdów: | 7295 m |
| Liczba aktywności: | 26 |
| Średnio na aktywność: | 63.57 km i 14h 48m |
| Więcej statystyk | |
Wtorek
Wtorek, 19 marca 2019 Kategoria do 50
| Km: | 25.36 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 167m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Westerplatte i Gdańsk
Poniedziałek, 18 marca 2019 Kategoria do 50, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
| Km: | 20.15 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 179m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzik ustawiłam tak, by zadzwonił tuż przed wschodem słońca. Tak, abym mogła wystawić twarz z namiotu, o ile oczywiście będzie warto, o ile niebo nie będzie pełne chmur.
Noc minęła szybko. Spałam mocno na tyle, że nie potrzebowałam stoperków. Hałas całej tej wielkiej maszynerii po drugiej strony ulicy zupełnie mi nie przeszkadzał. Ranek wstał zimny - były tylko 4 stopnie na plusie. W poniedziałek rano jest tu inaczej niż w poranek niedzielny. Poprzednio było tu zupełnie pusto. Teraz przez gałęzie drzew mogę patrzeć na ludzi idących do pracy. Dziwne to uczucie: oglądać innych z ukrycia. Wstawiam wodę na kawę. Zjadam śniadanie i czuję, że to już czas złożyć obozowisko i pojechać pod Pomnik, a potem na miasto.
Pogoda jest niezwykła. Niebo to błękit poprzetykany chmurami. Podjeżdżam na plażę. Poza poszukiwaczem bursztynów i mną, nie ma tu nikogo. Potem jadę pod Pomnik Obrońców Westerplatte. Wieje! Wieje niesamowicie mocno! Pomnik stoi na odsłoniętej górce. Pod pomnikiem wywieja jest ogromna. Robię kilka zdjęć i uciekam na dół. Przenikliwe zimno i przeszywający wiatr nie pozwalają tu pobyć dłużej.

Dojazd do miasta w dużym wietrze. No ale dziś nigdzie mi się nie spieszy. Mogę sobie spokojnie jechać. Na Stare Miasto docieram chwilę po godzinie 8 i nie jest tu zupełnie pusto. Nie ma też jednak tłoku. Robię zdjęcia, a potem chowam się w kawiarni. Jak dobrze jest posiedzieć w cieple! Potem znowu wychodzę na miasto. I tak mija czas... przychodzi pora powrotu do domu.
Noc minęła szybko. Spałam mocno na tyle, że nie potrzebowałam stoperków. Hałas całej tej wielkiej maszynerii po drugiej strony ulicy zupełnie mi nie przeszkadzał. Ranek wstał zimny - były tylko 4 stopnie na plusie. W poniedziałek rano jest tu inaczej niż w poranek niedzielny. Poprzednio było tu zupełnie pusto. Teraz przez gałęzie drzew mogę patrzeć na ludzi idących do pracy. Dziwne to uczucie: oglądać innych z ukrycia. Wstawiam wodę na kawę. Zjadam śniadanie i czuję, że to już czas złożyć obozowisko i pojechać pod Pomnik, a potem na miasto.
Pogoda jest niezwykła. Niebo to błękit poprzetykany chmurami. Podjeżdżam na plażę. Poza poszukiwaczem bursztynów i mną, nie ma tu nikogo. Potem jadę pod Pomnik Obrońców Westerplatte. Wieje! Wieje niesamowicie mocno! Pomnik stoi na odsłoniętej górce. Pod pomnikiem wywieja jest ogromna. Robię kilka zdjęć i uciekam na dół. Przenikliwe zimno i przeszywający wiatr nie pozwalają tu pobyć dłużej.

Dojazd do miasta w dużym wietrze. No ale dziś nigdzie mi się nie spieszy. Mogę sobie spokojnie jechać. Na Stare Miasto docieram chwilę po godzinie 8 i nie jest tu zupełnie pusto. Nie ma też jednak tłoku. Robię zdjęcia, a potem chowam się w kawiarni. Jak dobrze jest posiedzieć w cieple! Potem znowu wychodzę na miasto. I tak mija czas... przychodzi pora powrotu do domu.
Westerplatte
Niedziela, 17 marca 2019 Kategoria do 350, Gdańsk, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
| Km: | 327.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 14:48 | km/h: | 22.14 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1327m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzę się znacznie wcześniej niż planowałam. Wiercę się
trochę, ale szybko uznaję, że to bez sensu tak leżeć. Lepiej będzie po prostu
wstać i zjeść śniadanie (o ile śniadaniem można nazwać posiłek zjedzony około 3.50 w nocy). Koniec końców, wychodzę
z domu o 4.25. Ruszam w ciemność. Deszcz, który bębnił o dach, kiedy jadłam
śniadanie akurat szczęśliwie przestał padać. Szosy są mokre i koła rozchlapują
wodę, ale przynajmniej nie moknę od góry. Dość długo jest ciemno. Jednak w
porównaniu z ubiegłorocznym listopadowym Wielanowem – to jest nic. Listopadowe
noce są dłuższe, a poranki wstają niezbyt chętnie…. Dziś czuć, że wiosna się
zbliża wielkimi krokami. Jadąc czuję jej oddech na plecach.
Tak. Są to ostatnie chwile, ostatnia szansa, by – jak co roku – pojechać do Gdańska zimą. Nie ma co czekać na lepszy czas, bo taki - tej zimy, już nie przyjdzie. Zestaw pogodowy jest całkiem dobry: mam silny wiatr w plecy, nie jest zimno (minimalnie 6, a maksymalnie 14 stopni), no i prawie nie pada.
Kiedy docieram do Janowca, jest już jasno. Tuż przed 7 rano. Biorę kawę, przegryzam kanapką i jadę. Zbyt długo ta jazda nie trwa, bo naraz czuję, że dzieje się coś dziwnego. Kapeć. Oczywiście z tyłu. Na flaku toczę się z 200-300 m pod wiatę przystankową, którą widzę w oddali. Zupełnie nie mam ochoty zmieniać dętki gdzieś na rowie, pod płotem, czy znakiem drogowym. Wiata jest lepsza. Narzędzia w podsiodłówce mam na samym dnie, więc aby je wyjąć, muszę najpierw wyjąć wszystko inne. Potem zdejmowanie koła, wymiana dętki, pompowanie i zakładanie koła. Schodzi ponad 20 minut.
Kiedy wsiadam ponownie na rower, jest jakoś inaczej. Od razu i natychmiast. Boli w lewym biodrze. Auć! Niedobrze – nie mogę się mocniej zgiąć, nie mogę zejść w dolny chwyt! Mimo bólu, nie przestaję jechać. Próbuję jakoś to rozciągnąć, rozprowadzić ból. I nic. Przez całe 50 km, do Nakła, jadę z mocnym bólem. W Nakle przerwa na Orlenie. Biorę zapiekankę i herbatę z syropem malinowym. Herbata stygnie powoli. Zapiekanka została już miłym wspomnieniem, a tu jeszcze trzeba chwilę poczekać aż da się ją wypić.
Wyjazd z Nakła jest spokojny. Fajnie, bo zwykle jest tu spory ruch i bywa nieco nerwowo. Po wyjeździe z Nakła przecinam DK 10. A na skrzyżowaniu… McD! To nowość. Jestem przekonana, że wcześniej tego tu nie było. Warto wiedzieć, choć dla mnie, na tej trasie, niczego to nie zmienia. Główny posiłek i tak zjem prawie 100 km za Nakłem, w Tleniu. Kilometry uciekają szybko. Biodro cały czas boli. Próbuję schodzić w dolny chwyt, ale ból jest zbyt dotkliwy i nie mogę w tej pozycji jechać zbyt długo.
Do Koronowa jest ostry zjazd. Droga w tym miejscu została wyremontowana i można teraz to polecieć bardzo szybko, bez ryzyka władowania się w jakąś podłą wyrwę. Niebo wygląda dynamicznie – granatowe, opite deszczem chmury na zmianę ze słońcem. Wieje cały czas mocno. Ten wiatr sprawia, że nie czuć ciepła. Jest 14 stopni, a można mieć wrażenie, że jednak znacznie chłodniej. Nic mnie tu, w Koronowie, nie zatrzymuje. Lecę dalej. Za Kanałem Lateralnym uciekam z krajówki w boczną drogę. Teraz trasa idzie lasem. Co dziwne jest tu dość sporo samochodów. Może to dlatego, że jest niedziela? A może godzina taka – w końcu jestem tu chwilę po 12 w południe. Wcześnie.
Gdy pojawia się osty zjazd nad jezioro Wierzchy, wiem że Przystanek Tleń jest bardzo blisko. Na tym zjeździe, zza zakrętu wypada mi naprzeciw jadące pod górę całe stado motocykli, a wraz z nimi osobówka. Motocykle wyprzedzają z głośnym rykiem silników samochód i robi się nieprzyjemnie ciasno… No tak, skoro motocykliści wyjechali na drogi, to znaczy, że wiosna naprawdę jest już blisko.
Przystanek Tleń wygląda dziś inaczej niż zwykle. Po raz pierwszy zatrzymuje mnie w drzwiach wystawiona plansza z wypisaną prośbą o oczekiwanie na wskazanie stolika. W środku dużo ludzi. Wszystkie stoliki zajęte. Czas oczekiwania to 25 minut. Chociaż… wolna jest jedna z małych sof, z niskim stolikiem – jeśli… chcę usiąść w tym miejscu. Oczywiście, że chcę! Zawsze siedzę właśnie tu. Choć ta jedna jedyna „moja” sofa jest akurat zajęta. Jak zwykle mogę wejść razem z rowerem. Zamawiam porządny obiad. Biorę zupę grzybową, sandacza z ziemniakami, bobem i sosem krewetkowym oraz herbatę. Natomiast w ramach deseru wybieram szarlotkę na ciepło i cappuccino. Wszystko jest wprost przepyszne. Przystanek Tleń to wspaniałe miejsce.
Po bitej godzinie wychodzę na zewnątrz, jest godzina 15.30 i zupełnie jasno. Jest też zaskakująco duży ruch. Zwykle bywam w tym miejscu znacznie później, w sobotę – a nie, jak dziś – w niedzielę. No i nigdy nie byłam tutaj tak blisko pierwszego dnia wiosny! Tłumy ludzi w Przystanku Tleń, duży ruch na zwykle pustych szosach – to już ostatni dzwonek, by zrobić tę trasę. Nie jest zbyt przyjemnie.
Jeszcze przez jakieś 50 km jadę za jasności. Nowa Cerkiew to już głęboka szarówka. W dodatku od jakiegoś czasu przelotnie pada. Zatrzymuję się pod wiatą przystankową i ubieram strój deszczowy. Najgorsze warunki pogodowe trafiają mi się przed Pelplinem. Wiatr dziwnie kręci. Trafiają się bardzo silne boczne podmuchy i wtedy muszę mocno trzymać rower. W dodatku jest ciemno, pada, szosa jest wąska, no i są samochody. W mieście na chwilę zajeżdżam na stację. Kupuję picie oraz 2 pierniczki. Krótki przystanek, praktycznie od razu jadę dalej. Nie ma na co czekać. Coraz bardziej myślę o tym, że chętnie bym poszła spać. Tymczasem kropi, a do Westerplatte brakuje jeszcze 65 km.
Bocznymi drogami jadę dalej, przez 20 km, do Tczewa. Deszcz raz pada, raz nie pada. Jest chłodno. Wieje czasem z tyłu, czasem z boku. Bywało przyjemniej, bywało też gorzej. W Tczewie decyduję, że resztę trasy, tj. następne 40 km, przejadę DK 91. Ruch, co dziwne, nie jest duży. To niedzielny wieczór, więc spodziewałam się, że będzie paskudnie. Tymczasem samochodów jest zaskakująco mało. Co jeszcze dziwniejsze – te co są, jadą na ogół nie w stroną Gdańska, a na południe. To sprawia, że wyprzedza mnie mało samochodów. W dodatku na znacznej części tej szosy jest pobocze.
Jakieś 26 km przed Westerplatte, widzę w oddali światła Rafinerii. To już blisko! Do Gdańska wjeżdżam równo o 21.28. Nigdy nie dotarłam tu tak wcześnie. Mam zatem czas. Mimo kropiącego raz po raz deszczyku, odwiedzam piękne stare miasto. W nocnej scenerii wszystko wygląda zupełnie inaczej niż za dnia. Jest po prostu pięknie. Migotliwie. Ciepłe światła lamp ulicznych, mokry bruk, wszystko lśni.
No a potem pozostaje już tylko dojazd na Westerplatte. Miejscówki noclegowej nie szukam. Wiem gdzie jechać. Nie muszę nawet uważnie się rozglądać. To miejsce można znaleźć nasłuchując. Szum jadących po szynach wagonów. Jęki, zgrzyty i trzaski maszynerii. Osobliwa nocna filharmonia. Wnikam w las…
Zdjęcia
Mapa

Ciąg dalszy
Tak. Są to ostatnie chwile, ostatnia szansa, by – jak co roku – pojechać do Gdańska zimą. Nie ma co czekać na lepszy czas, bo taki - tej zimy, już nie przyjdzie. Zestaw pogodowy jest całkiem dobry: mam silny wiatr w plecy, nie jest zimno (minimalnie 6, a maksymalnie 14 stopni), no i prawie nie pada.
Kiedy docieram do Janowca, jest już jasno. Tuż przed 7 rano. Biorę kawę, przegryzam kanapką i jadę. Zbyt długo ta jazda nie trwa, bo naraz czuję, że dzieje się coś dziwnego. Kapeć. Oczywiście z tyłu. Na flaku toczę się z 200-300 m pod wiatę przystankową, którą widzę w oddali. Zupełnie nie mam ochoty zmieniać dętki gdzieś na rowie, pod płotem, czy znakiem drogowym. Wiata jest lepsza. Narzędzia w podsiodłówce mam na samym dnie, więc aby je wyjąć, muszę najpierw wyjąć wszystko inne. Potem zdejmowanie koła, wymiana dętki, pompowanie i zakładanie koła. Schodzi ponad 20 minut.
Kiedy wsiadam ponownie na rower, jest jakoś inaczej. Od razu i natychmiast. Boli w lewym biodrze. Auć! Niedobrze – nie mogę się mocniej zgiąć, nie mogę zejść w dolny chwyt! Mimo bólu, nie przestaję jechać. Próbuję jakoś to rozciągnąć, rozprowadzić ból. I nic. Przez całe 50 km, do Nakła, jadę z mocnym bólem. W Nakle przerwa na Orlenie. Biorę zapiekankę i herbatę z syropem malinowym. Herbata stygnie powoli. Zapiekanka została już miłym wspomnieniem, a tu jeszcze trzeba chwilę poczekać aż da się ją wypić.
Wyjazd z Nakła jest spokojny. Fajnie, bo zwykle jest tu spory ruch i bywa nieco nerwowo. Po wyjeździe z Nakła przecinam DK 10. A na skrzyżowaniu… McD! To nowość. Jestem przekonana, że wcześniej tego tu nie było. Warto wiedzieć, choć dla mnie, na tej trasie, niczego to nie zmienia. Główny posiłek i tak zjem prawie 100 km za Nakłem, w Tleniu. Kilometry uciekają szybko. Biodro cały czas boli. Próbuję schodzić w dolny chwyt, ale ból jest zbyt dotkliwy i nie mogę w tej pozycji jechać zbyt długo.
Do Koronowa jest ostry zjazd. Droga w tym miejscu została wyremontowana i można teraz to polecieć bardzo szybko, bez ryzyka władowania się w jakąś podłą wyrwę. Niebo wygląda dynamicznie – granatowe, opite deszczem chmury na zmianę ze słońcem. Wieje cały czas mocno. Ten wiatr sprawia, że nie czuć ciepła. Jest 14 stopni, a można mieć wrażenie, że jednak znacznie chłodniej. Nic mnie tu, w Koronowie, nie zatrzymuje. Lecę dalej. Za Kanałem Lateralnym uciekam z krajówki w boczną drogę. Teraz trasa idzie lasem. Co dziwne jest tu dość sporo samochodów. Może to dlatego, że jest niedziela? A może godzina taka – w końcu jestem tu chwilę po 12 w południe. Wcześnie.
Gdy pojawia się osty zjazd nad jezioro Wierzchy, wiem że Przystanek Tleń jest bardzo blisko. Na tym zjeździe, zza zakrętu wypada mi naprzeciw jadące pod górę całe stado motocykli, a wraz z nimi osobówka. Motocykle wyprzedzają z głośnym rykiem silników samochód i robi się nieprzyjemnie ciasno… No tak, skoro motocykliści wyjechali na drogi, to znaczy, że wiosna naprawdę jest już blisko.
Przystanek Tleń wygląda dziś inaczej niż zwykle. Po raz pierwszy zatrzymuje mnie w drzwiach wystawiona plansza z wypisaną prośbą o oczekiwanie na wskazanie stolika. W środku dużo ludzi. Wszystkie stoliki zajęte. Czas oczekiwania to 25 minut. Chociaż… wolna jest jedna z małych sof, z niskim stolikiem – jeśli… chcę usiąść w tym miejscu. Oczywiście, że chcę! Zawsze siedzę właśnie tu. Choć ta jedna jedyna „moja” sofa jest akurat zajęta. Jak zwykle mogę wejść razem z rowerem. Zamawiam porządny obiad. Biorę zupę grzybową, sandacza z ziemniakami, bobem i sosem krewetkowym oraz herbatę. Natomiast w ramach deseru wybieram szarlotkę na ciepło i cappuccino. Wszystko jest wprost przepyszne. Przystanek Tleń to wspaniałe miejsce.
Po bitej godzinie wychodzę na zewnątrz, jest godzina 15.30 i zupełnie jasno. Jest też zaskakująco duży ruch. Zwykle bywam w tym miejscu znacznie później, w sobotę – a nie, jak dziś – w niedzielę. No i nigdy nie byłam tutaj tak blisko pierwszego dnia wiosny! Tłumy ludzi w Przystanku Tleń, duży ruch na zwykle pustych szosach – to już ostatni dzwonek, by zrobić tę trasę. Nie jest zbyt przyjemnie.
Jeszcze przez jakieś 50 km jadę za jasności. Nowa Cerkiew to już głęboka szarówka. W dodatku od jakiegoś czasu przelotnie pada. Zatrzymuję się pod wiatą przystankową i ubieram strój deszczowy. Najgorsze warunki pogodowe trafiają mi się przed Pelplinem. Wiatr dziwnie kręci. Trafiają się bardzo silne boczne podmuchy i wtedy muszę mocno trzymać rower. W dodatku jest ciemno, pada, szosa jest wąska, no i są samochody. W mieście na chwilę zajeżdżam na stację. Kupuję picie oraz 2 pierniczki. Krótki przystanek, praktycznie od razu jadę dalej. Nie ma na co czekać. Coraz bardziej myślę o tym, że chętnie bym poszła spać. Tymczasem kropi, a do Westerplatte brakuje jeszcze 65 km.
Bocznymi drogami jadę dalej, przez 20 km, do Tczewa. Deszcz raz pada, raz nie pada. Jest chłodno. Wieje czasem z tyłu, czasem z boku. Bywało przyjemniej, bywało też gorzej. W Tczewie decyduję, że resztę trasy, tj. następne 40 km, przejadę DK 91. Ruch, co dziwne, nie jest duży. To niedzielny wieczór, więc spodziewałam się, że będzie paskudnie. Tymczasem samochodów jest zaskakująco mało. Co jeszcze dziwniejsze – te co są, jadą na ogół nie w stroną Gdańska, a na południe. To sprawia, że wyprzedza mnie mało samochodów. W dodatku na znacznej części tej szosy jest pobocze.
Jakieś 26 km przed Westerplatte, widzę w oddali światła Rafinerii. To już blisko! Do Gdańska wjeżdżam równo o 21.28. Nigdy nie dotarłam tu tak wcześnie. Mam zatem czas. Mimo kropiącego raz po raz deszczyku, odwiedzam piękne stare miasto. W nocnej scenerii wszystko wygląda zupełnie inaczej niż za dnia. Jest po prostu pięknie. Migotliwie. Ciepłe światła lamp ulicznych, mokry bruk, wszystko lśni.
No a potem pozostaje już tylko dojazd na Westerplatte. Miejscówki noclegowej nie szukam. Wiem gdzie jechać. Nie muszę nawet uważnie się rozglądać. To miejsce można znaleźć nasłuchując. Szum jadących po szynach wagonów. Jęki, zgrzyty i trzaski maszynerii. Osobliwa nocna filharmonia. Wnikam w las…
Zdjęcia
Mapa

Ciąg dalszy
Piątek
Piątek, 15 marca 2019 Kategoria do 50
| Km: | 25.33 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 126m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dobiega końca niełatwy pogodowo tydzień. Za wyjątkiem wtorku, wszystkie dni w deszczu i silnym wietrze.
Czwartek
Czwartek, 14 marca 2019 Kategoria do 50
| Km: | 25.44 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 134m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Deszcz i wiatr. Niezbyt przyjemnie.
Środa w kratkę
Środa, 13 marca 2019 Kategoria do 50
| Km: | 26.09 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 146m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Trochę deszczu i trochę słońca. Do tego trochę wiatru.
Wtorek
Wtorek, 12 marca 2019 Kategoria do 50
| Km: | 25.43 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 147m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Zimno, ale dziś bez deszczu.
Śnieg z deszczem
Poniedziałek, 11 marca 2019 Kategoria do 50
| Km: | 25.38 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 135m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Śnieg z deszczem i jeden stopień powyżej zera. Trwa jeszcze zima.
Konin
Niedziela, 10 marca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 122.28 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 379m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Drugi dzień zwariowanej pogody. Znowu silny wiatr i znowu deszcze. Ruszamy ze świadomością, że z pewnością zmokniemy. Nie przejmujemy się tym jednak zbytnio - obydwoje mamy na swoim koncie dużo wyjazdów w niezbyt przyjemnych warunkach pogodowych. Ruszamy więc, mając dynamiczne niebo nad sobą.
Trasa wiedzie do Konina, przez Miłosław, w którym oglądamy ładnie utrzymany dworek. Dłuższy postój planowaliśmy w Pyzdrach, ale cały czas goniły nas deszcze, więc uznaliśmy, że rozsądniej będzie jedynie szybko uzupełnić zapasy i lecieć dalej. Niedziela trafiła się z zakazem handlu, więc za czynnym sklepem trzeba było się dość mocno rozglądać - w końcu jednak udało się. Kiedy już wszystko mieliśmy, zaczęło padać.

I tak sobie padało mniej lub bardziej aż do samego Konina. Najintensywniejszy deszcz dopadł nas, gdyśmy już zajeżdżali pod dworzec kolejowy. Do odjazdu pociągu było jeszcze nieco czasu, więc uraczyliśmy się obficie azjatyckim jedzeniem.
Trasa wiedzie do Konina, przez Miłosław, w którym oglądamy ładnie utrzymany dworek. Dłuższy postój planowaliśmy w Pyzdrach, ale cały czas goniły nas deszcze, więc uznaliśmy, że rozsądniej będzie jedynie szybko uzupełnić zapasy i lecieć dalej. Niedziela trafiła się z zakazem handlu, więc za czynnym sklepem trzeba było się dość mocno rozglądać - w końcu jednak udało się. Kiedy już wszystko mieliśmy, zaczęło padać.

I tak sobie padało mniej lub bardziej aż do samego Konina. Najintensywniejszy deszcz dopadł nas, gdyśmy już zajeżdżali pod dworzec kolejowy. Do odjazdu pociągu było jeszcze nieco czasu, więc uraczyliśmy się obficie azjatyckim jedzeniem.

Mapa
Inowrocław
Sobota, 9 marca 2019 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 134.72 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 585m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ruszyliśmy niezbyt wcześnie. W zasadzie to raczej późno, bo dopiero około godz. 13. Od rana padał deszcz.... potem też miał padać, ale zawsze to przecież przyjemniej wyjeżdżać na sucho. Pogoda cały czas była bardzo dynamiczna. Wiał silny wiatr, czasem padał deszcz i goniły nas ciemne chmury. Jedyną dużą ulewę przeczekaliśmy w sklepie. Nie trwało to długo.
Pizza w Gnieźnie dodała nam sił. Wiatr na niektórych odcinkach przeszkadzał i... trzeba było się do tego przyzwyczaić. Był już wieczór, gdy dojechaliśmy do Mogilna. Stare wille z boku drogi, nad jeziorem - zawsze lubię na nie popatrzeć... W wodach jeziora Mogileńskiego odbijały się światła latarni ulicznych, a to oznaczało tylko jedno - po raz pierwszy będę w Janikowie po zmroku.
Kilometry z Mogilna do Janikowa umknęły szybko. A w samym Janikowie urokliwa grobla. Niestety nadal w remoncie. Wspięliśmy się zatem na wysoki i stromy nasyp kolejowy i przeszliśmy górą. Po tym krótkim spacerze zaczęło padać. Mały deszczyk. Trafił się jeden fragment szosy z mocno przeszkadzającym wiatrem i cieszyliśmy się wtedy, że to tylko na chwilę. A potem był już Inowrocław.
Inowrocław pamiętam sprzed wielu lat - moja pierwsza samotna podróż koleją. Przesiadałam się tu na pociąg do Włocławka. Zapamiętałam z tamtej podróży tory kolejowe. Dużo torów kolejowych. Ile razy byłam tam później? Nie policzę. Ale wrażenie nadal jest takie samo. Pewne rzeczy pozostają bez zmian.
Pizza w Gnieźnie dodała nam sił. Wiatr na niektórych odcinkach przeszkadzał i... trzeba było się do tego przyzwyczaić. Był już wieczór, gdy dojechaliśmy do Mogilna. Stare wille z boku drogi, nad jeziorem - zawsze lubię na nie popatrzeć... W wodach jeziora Mogileńskiego odbijały się światła latarni ulicznych, a to oznaczało tylko jedno - po raz pierwszy będę w Janikowie po zmroku.
Kilometry z Mogilna do Janikowa umknęły szybko. A w samym Janikowie urokliwa grobla. Niestety nadal w remoncie. Wspięliśmy się zatem na wysoki i stromy nasyp kolejowy i przeszliśmy górą. Po tym krótkim spacerze zaczęło padać. Mały deszczyk. Trafił się jeden fragment szosy z mocno przeszkadzającym wiatrem i cieszyliśmy się wtedy, że to tylko na chwilę. A potem był już Inowrocław.
Inowrocław pamiętam sprzed wielu lat - moja pierwsza samotna podróż koleją. Przesiadałam się tu na pociąg do Włocławka. Zapamiętałam z tamtej podróży tory kolejowe. Dużo torów kolejowych. Ile razy byłam tam później? Nie policzę. Ale wrażenie nadal jest takie samo. Pewne rzeczy pozostają bez zmian.

Mapa





