Wpisy archiwalne w miesiącu
Styczeń, 2018
| Dystans całkowity: | 820.62 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 16:31 |
| Średnia prędkość: | 20.84 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 34.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 2795 m |
| Liczba aktywności: | 20 |
| Średnio na aktywność: | 41.03 km i 8h 15m |
| Więcej statystyk | |
Posypka
Czwartek, 11 stycznia 2018 Kategoria do 50
| Km: | 19.55 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 140m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Posypało śnieżkiem. A fe, fe, fe!
Środa
Środa, 10 stycznia 2018 Kategoria do 50
| Km: | 25.54 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 155m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Przycięty, nieprzeciętny wtorek
Wtorek, 9 stycznia 2018 Kategoria do 50
| Km: | 18.95 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 149m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Zimny poniedziałek
Poniedziałek, 8 stycznia 2018 Kategoria do 50
| Km: | 20.59 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 140m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rankiem -6*C. Ziiiiimno.
Styczniowy Gdańsk
Niedziela, 7 stycznia 2018 Kategoria do 50, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
Uczestnicy
| Km: | 18.85 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kaszlę. Budzi mnie mój własny kaszel. Zimne powietrze
wczorajszego dnia trochę mi chyba zaszkodziło. Odpalam kuchenkę i gotuję wodę
na kawę. Jeden stopień powyżej zera. Zimniutko. W takich warunkach, po takiej
trasie kawa 3w1 smakuje najlepiej. Sącząc gorący napój myślę sobie, że to
genialna miejscówka, dużo lepsza niż Rafineria. Potem zwijam namiot i jadę
szukać pomnika. Ale najpierw wizyta nad morzem. Po raz pierwszy widzę morze w
Gdańsku! Wieje silny wiatr, fale są wysokie. Nie bawię więc tu długo. Droga
nagle się kończy. Zaczyna się teren wojskowy. Ogrodzenie, stróżówka. Napis o
obowiązku okazania przepustki bez wezwania budzi respekt. Gdzież ten monument?
Zdesperowana podchodzę do furtki obiektu wojskowego i nim udaje mi się nacisnąć
dzwonek, wychodzi dwóch żołnierzy.
- Dzień dobry, może to wydać się panom zabawne, ale nie mogę znaleźć pomnika, gdzie to jest?
- Dzień dobry, to nie jest zabawne – odpowiada jeden z nich z poważną miną, po czym kontynuuje:
- Pomnik został rozebrany. Nie ma go już, nie cieszył się zainteresowaniem, coraz mniej ludzi go odwiedzało, wzbudzał kontrowersje.
- To niemożliwe! Pan musi żartować!
Wtedy znika cała powaga. Żołnierz śmieje się łobuzersko i dokładnie wyjaśnia gdzie mam dalej jechać.
Pod monumentem jest zupełnie pusto. Zimny, styczniowy poranek. Spędzam tu w zadumie kilka chwil.
Dalsza część dnia to dojazd co zabytkowego centrum. Towarzyszy mi Giovanni, który wyjeżdża naprzeciw. Razem jedziemy na słynną ul. Długą, pod fontannę Neptuna oraz na śniadanie. Niebo w końcu na dobre się przeciera i robi się błękitne. Świątecznie przystrojone zabytkowe centrum wygląda zjawiskowo. Moja wisienka na torcie.
- Dzień dobry, może to wydać się panom zabawne, ale nie mogę znaleźć pomnika, gdzie to jest?
- Dzień dobry, to nie jest zabawne – odpowiada jeden z nich z poważną miną, po czym kontynuuje:
- Pomnik został rozebrany. Nie ma go już, nie cieszył się zainteresowaniem, coraz mniej ludzi go odwiedzało, wzbudzał kontrowersje.
- To niemożliwe! Pan musi żartować!
Wtedy znika cała powaga. Żołnierz śmieje się łobuzersko i dokładnie wyjaśnia gdzie mam dalej jechać.
Pod monumentem jest zupełnie pusto. Zimny, styczniowy poranek. Spędzam tu w zadumie kilka chwil.
Dalsza część dnia to dojazd co zabytkowego centrum. Towarzyszy mi Giovanni, który wyjeżdża naprzeciw. Razem jedziemy na słynną ul. Długą, pod fontannę Neptuna oraz na śniadanie. Niebo w końcu na dobre się przeciera i robi się błękitne. Świątecznie przystrojone zabytkowe centrum wygląda zjawiskowo. Moja wisienka na torcie.
Bal
Sobota, 6 stycznia 2018 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście, Gdańsk
| Km: | 319.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 15:07 | km/h: | 21.12 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Noworoczny bal zakończyłam na Westerplatte.

Zdjęcia
ciąg dalszy

….czas ruszać w
drogę. Taki wymarsz zawsze jest nagły. W jednej chwili wszystko się zmienia,
temu, kto odchodzi, zależy na każdej minucie, szybko wyciąga namiotowe śledzie
i gasi żar, zanim ktokolwiek przyjdzie przeszkadzać i wypytywać, i zaczyna
biec, w biegu zarzucając plecak, i wreszcie jest już w drodze, raptem spokojny
niczym wędrujące drzewo, na którym nie rusza się ani jeden liść. Tam, gdzie
stał namiot, świeci pusty prostokąt zbielałej trawy. Później, kiedy zrobi się
dzień, zbudzą się przyjaciele i powiedzą: „Odszedł, widać jesień się zbliża”.
Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie
Podczas śniadania sprawdzam prognozy. A jednak ma padać… W pośpiechu przepakowuję bagaż. Planowałam po raz pierwszy spać pod płachtą biwakową, ale skoro ma być deszcz i jeden stopień powyżej zera, to… jednak nie. Zakładam większą torbę trójkątną w ramę roweru i pakuję do niej swój najlżejszy namiot. Płachta zostaje w domu.
Przez to małe zamieszanie wychodzę z domu znacznie później niż planowałam, ale kiedy tylko ruszam, ogarnia mnie znajomy spokój. Jest ciemno. Styczniowy dzień bardzo nie chce wstać, za to noc czerni się w nieskończoność. Tuż nad drogą unoszą się mgły. Niewiele widać. Aby lecieć w chmurach, wcale nie trzeba odrywać się od ziemi. Przychodzi w końcu chwila, gdy niebo przestaje być idealnie czarne. Następuje przedświt. Potem świt. Aż w końcu wschód słońca. Kawa na Orlenie w Janowcu Wielkopolskim jest słodka i wzbogacona czekoladą.
Jest zimno, 2-3 stopnie powyżej zera. Testuję skarpetki i koszulkę z wełny merino. O ile koszulka jest super, to ciepłe skarpetki są super po wielokroć. Jestem mocno zaskoczona, bo mam tylko te skarpetki, bez ochraniaczy na butach, a nie marznę w stopy!
Noc była bezchmurna, poranek był podobnie piękny. Ale jeszcze przed południem słońce chowa się za chmurami. Robi się beznadziejnie szaro. Drzewa są nagie, bezlistne, kolor mają… drewniany. Brązowo-buro-szary. Te same drzewa na wiosnę będą zachwycać soczystą zielenią.
Wiosna? Jak to daleko! To dalej niż do Gdańska.
To dzieje się właśnie teraz: Ameryka zamarza, Australia się gotuje, a Polska - topi. Pola pod wodą. Łąki pod wodą. Topią się słupy energetyczne oraz drzewa. Ziemia jest przesiąknięta, rowy przepełnione, a kałuże wyglądają jak jeziora. To jeszcze bajoro, czy już staw? Nikt nie łowi ryb. A zatem, bajoro. Moja miejscówka pod Rafinerią Gdańską pewnie zamieniła się w bagno. Ale dziś nie potrzebuję się tym martwić. Bo będę spała na Westerplatte.
Wiatrołomy. Drzewa leżące na ziemi, pochylone od wiatru jak źdźbła trawy. Musiał tu przejść huragan. To wszystko widzę dojeżdżając do Nakła. Widok upiorny i wstrząsający.
Nakło n. Notecią wita mnie szarością. Jest lepiej niż rok temu – nie ma takiego ruchu. Miasto jest nieco senne. Nie ma tu niczego co by mnie mogło przytrzymać na dłużej. Chociaż… może jednak się zatrzymam. Nie chce się ocieplić, nie mam ochoty na zimną wodę z bidonu. Kawa już była, więc może teraz herbata? Dlaczego nie? Jak bal, to bal! Orlen i herbata. Idę, trzymając gorący kubek w dłoni i słyszę, że mój prawy but wydaje dziwne dźwięki. Odkręcił się blok. W samą porę zauważyłam! Imbusy na dnie sadlebaga. To jest chyba to, czego w systemie ultralight nie lubię najbardziej: aby wyjąć coś co jest na dnie, najpierw trzeba wyjąć wszystko inne. I uzewnętrznić się.
Za Koronowem zaczynają się tereny, które lubię. Dużo lasów. Małe drogi. Cisza, spokój. No i nadal jasno, jest kwadrans przed czternastą. Zależy mi, by nad jezioro Wierzchy dojechać jeszcze w świetle dziennym. Styczniowy dzień jest bardzo krótki, jednak udaje mi się to. Woda jest bardzo spokojna. Odstawiam rower na bok i idę robić zdjęcia. Temperatura z 5 stopni spada do 3. Wiem już, ze cieplej na pewno nie będzie… zbliża się koniec dnia.
Kiedy licznik wskazuje 190 km trasy wiadomo, że to już. Przystanek Tleń. Wspaniałe miejsce pośrodku lasów, nad jeziorami, we Wdeckim Parku Krajobrazowym. Zawsze docieram tu mniej lub bardziej wymęczona. Zawsze głodna i zmarznięta. To moja trzecia wizyta. Pamiętam jak przyjechałam tu po raz pierwszy dwa lata temu: zimny dzień, początek lutego, ciemno i nagle rozświetlony budynek, okna, w których widać ciepło. Podjeżdżam, niepewna, czy można tu wejść z rowerem, czy można tu coś zjeść. Miejsce zupełnie nieznane. Za drugim razem, chciałam, aby było tak jak wtedy. Siadłam na tej samej kanapie, przy tym samym stoliku, identycznie oparłam rower o ścianę. Tak samo jak wtedy bardzo nie chciało mi się jechać dalej.
Dziś wracają do mnie wszystkie te wspomnienia. Jak ptaki na wiosnę do swoich miejsc. Już prawie jestem w środku i widzę przez okno, że „moje” miejsce jest wolne i czeka na mnie. Wchodzę, rower opieram o ścianę. Zamawiam obiad. Taki sam jak rok temu. Jak dobrze tu być! W miłe miejsca zawsze chętnie się wraca. Delektuję się każdą chwilą, pysznym jedzeniem. Zachwyca mnie szarlotka. Małe cukiernicze cudeńko upieczone w ceramicznej foremce specjalnie na moje zamówienie. Może być lepiej? Jak zwykle pojawia się myśl, by tu zostać i nie jechać dalej. Rozmawiam z dziewczynami z obsługi. To one tworzą niesamowity klimat tego miejsca. Obiecuję sobie i im, że któregoś dnia przyjadę specjalnie tutaj. Nie będzie to przystanek w drodze do Gdańska, lecz cel. Dopijam kawę.
Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. Miał przed sobą sto mil ciszy.
Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie
Po wyjściu z Przystanku Tleń, jest już ciemno. Do Gdańska, do Westerplatte, jeszcze 129 km. Dobrze wiem, co będzie dalej – przepastne lasy. Zaczynam od znajomego podjazdu. Lubię go, bo pozwala od razu się rozgrzać i zatrzymać ciepło. Nie zawsze jest wesoło. W ciemności ktoś może się schować. Ktoś może cię obserwować, a ty o tym nie wiesz, chyba, że wydrze się na całe gardło: sieeeemaaaa! I zaryczy tak kilka razy. Wtedy w żadnym wypadku nie można się odezwać. Tak długo jak jedziesz bez słowa, nikt nie wie, że to ty.
Monotonia małych dróg, ich nierówna nawierzchnia i ciemność wyjątkowo działają mi dziś na nerwy. Nie mogę się wprost doczekać, aż wyjadę na DK91. Ale to dopiero tuż przed Tczewem. Kawał drogi. Najpierw wizyta w Pelplinie. Jest to… ostatni przystanek na trasie. Napełniam bidony wodą, aby było jej trochę na poranną kawę i piję sok pomidorowy. Komu w drogę, temu wrotki. Znowu wychodzę w noc.
I kiedy myślę sobie, że prognozy się nie sprawdzą i nie będzie żadnego deszczu, zaczyna padać. Jeszcze w to nie wierzę. Ale to mokre coś, co leci z nieba to z pewnością jest deszcz. Trafia się wiata, do Gdańska jeszcze jakieś 54, może 56 km. Ubieram strój deszczowy i jadę. Nie jest to opad ciągły. Raczej przelotne mżawki, ale przy temperaturze 2 stopni powyżej zera i po przejechaniu już prawie 300 km jest to przykra niespodzianka.
Nie ma jednak co marudzić. Jak na jeden z pierwszych dni stycznia, warunki są przecież doskonałe! Przed Tczewem wyjeżdżam na upragnioną krajówkę. Odtąd prawie cały odcinek, aż do Gdańska, jest oświetlony. Na stacjach paliw samochody z imprezowiczami. Z każdego wysypuje się przynajmniej po czterech facetów, zachowujących się odrażająco głośno. Nie ma mowy, bym odwiedziła którąkolwiek z tych stacji. Jak już wspominałam, nie zawsze jest wesoło.
Pod tabliczką z napisem Gdańsk melduję się równo minutę po północy. A więc znowu nie udało mi się dojechać w sobotę! Znowu jest to niedziela. A tak niewiele zabrakło!
Od tego momentu, do chwili gdy zasypiam w śpiworze mijają równo 2 godziny. Do Westerplatte nie jest daleko, kilkanaście km. Jednak po drodze łapie mnie ulewa, którą przeczekuję na przystanku. Potem wjeżdżam na półwysep. Jestem tu po raz pierwszy. Droga jest pusta i mokra. Tereny mocno przemysłowe. Jakieś kontenery, składy materiałów, zakłady, tory kolejowe. Dziwnie tu. Rozglądam się w poszukiwaniu miejsca do spania. Ziemia podtopiona od ciągle padającego deszczu. Albo miejsca tak obrzydliwe, że zupełnie nie biorę ich pod uwagę. I nagle jest. Las. Od ulicy odchodzi jakaś boczna dróżka. Gaszę lampki, wyciszam telefon i staję się niewidzialna. Zagłębiam się w las. Rozbijam namiot. Prędzej! Prędzej! Pada deszcz! Dmucham materac. Kładę rower za namiotem. Nie przypinam go. Zakopuję się w śpiworze. Zupełnie blisko, tuż obok drogi, jest jakiś wielki zakład. Przez cały czas jeżdżą tu pociągi, zakład nieustannie wydaje jakieś dźwięki: buczy, warczy, zgrzyta, piszczy. Upiorna, nocna filharmonia.
Koniec balu, zasypiam na Westerplatte.
Trasa:Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie
Podczas śniadania sprawdzam prognozy. A jednak ma padać… W pośpiechu przepakowuję bagaż. Planowałam po raz pierwszy spać pod płachtą biwakową, ale skoro ma być deszcz i jeden stopień powyżej zera, to… jednak nie. Zakładam większą torbę trójkątną w ramę roweru i pakuję do niej swój najlżejszy namiot. Płachta zostaje w domu.
Przez to małe zamieszanie wychodzę z domu znacznie później niż planowałam, ale kiedy tylko ruszam, ogarnia mnie znajomy spokój. Jest ciemno. Styczniowy dzień bardzo nie chce wstać, za to noc czerni się w nieskończoność. Tuż nad drogą unoszą się mgły. Niewiele widać. Aby lecieć w chmurach, wcale nie trzeba odrywać się od ziemi. Przychodzi w końcu chwila, gdy niebo przestaje być idealnie czarne. Następuje przedświt. Potem świt. Aż w końcu wschód słońca. Kawa na Orlenie w Janowcu Wielkopolskim jest słodka i wzbogacona czekoladą.
Jest zimno, 2-3 stopnie powyżej zera. Testuję skarpetki i koszulkę z wełny merino. O ile koszulka jest super, to ciepłe skarpetki są super po wielokroć. Jestem mocno zaskoczona, bo mam tylko te skarpetki, bez ochraniaczy na butach, a nie marznę w stopy!
Noc była bezchmurna, poranek był podobnie piękny. Ale jeszcze przed południem słońce chowa się za chmurami. Robi się beznadziejnie szaro. Drzewa są nagie, bezlistne, kolor mają… drewniany. Brązowo-buro-szary. Te same drzewa na wiosnę będą zachwycać soczystą zielenią.
Wiosna? Jak to daleko! To dalej niż do Gdańska.
To dzieje się właśnie teraz: Ameryka zamarza, Australia się gotuje, a Polska - topi. Pola pod wodą. Łąki pod wodą. Topią się słupy energetyczne oraz drzewa. Ziemia jest przesiąknięta, rowy przepełnione, a kałuże wyglądają jak jeziora. To jeszcze bajoro, czy już staw? Nikt nie łowi ryb. A zatem, bajoro. Moja miejscówka pod Rafinerią Gdańską pewnie zamieniła się w bagno. Ale dziś nie potrzebuję się tym martwić. Bo będę spała na Westerplatte.
Wiatrołomy. Drzewa leżące na ziemi, pochylone od wiatru jak źdźbła trawy. Musiał tu przejść huragan. To wszystko widzę dojeżdżając do Nakła. Widok upiorny i wstrząsający.
Nakło n. Notecią wita mnie szarością. Jest lepiej niż rok temu – nie ma takiego ruchu. Miasto jest nieco senne. Nie ma tu niczego co by mnie mogło przytrzymać na dłużej. Chociaż… może jednak się zatrzymam. Nie chce się ocieplić, nie mam ochoty na zimną wodę z bidonu. Kawa już była, więc może teraz herbata? Dlaczego nie? Jak bal, to bal! Orlen i herbata. Idę, trzymając gorący kubek w dłoni i słyszę, że mój prawy but wydaje dziwne dźwięki. Odkręcił się blok. W samą porę zauważyłam! Imbusy na dnie sadlebaga. To jest chyba to, czego w systemie ultralight nie lubię najbardziej: aby wyjąć coś co jest na dnie, najpierw trzeba wyjąć wszystko inne. I uzewnętrznić się.
Za Koronowem zaczynają się tereny, które lubię. Dużo lasów. Małe drogi. Cisza, spokój. No i nadal jasno, jest kwadrans przed czternastą. Zależy mi, by nad jezioro Wierzchy dojechać jeszcze w świetle dziennym. Styczniowy dzień jest bardzo krótki, jednak udaje mi się to. Woda jest bardzo spokojna. Odstawiam rower na bok i idę robić zdjęcia. Temperatura z 5 stopni spada do 3. Wiem już, ze cieplej na pewno nie będzie… zbliża się koniec dnia.
Kiedy licznik wskazuje 190 km trasy wiadomo, że to już. Przystanek Tleń. Wspaniałe miejsce pośrodku lasów, nad jeziorami, we Wdeckim Parku Krajobrazowym. Zawsze docieram tu mniej lub bardziej wymęczona. Zawsze głodna i zmarznięta. To moja trzecia wizyta. Pamiętam jak przyjechałam tu po raz pierwszy dwa lata temu: zimny dzień, początek lutego, ciemno i nagle rozświetlony budynek, okna, w których widać ciepło. Podjeżdżam, niepewna, czy można tu wejść z rowerem, czy można tu coś zjeść. Miejsce zupełnie nieznane. Za drugim razem, chciałam, aby było tak jak wtedy. Siadłam na tej samej kanapie, przy tym samym stoliku, identycznie oparłam rower o ścianę. Tak samo jak wtedy bardzo nie chciało mi się jechać dalej.
Dziś wracają do mnie wszystkie te wspomnienia. Jak ptaki na wiosnę do swoich miejsc. Już prawie jestem w środku i widzę przez okno, że „moje” miejsce jest wolne i czeka na mnie. Wchodzę, rower opieram o ścianę. Zamawiam obiad. Taki sam jak rok temu. Jak dobrze tu być! W miłe miejsca zawsze chętnie się wraca. Delektuję się każdą chwilą, pysznym jedzeniem. Zachwyca mnie szarlotka. Małe cukiernicze cudeńko upieczone w ceramicznej foremce specjalnie na moje zamówienie. Może być lepiej? Jak zwykle pojawia się myśl, by tu zostać i nie jechać dalej. Rozmawiam z dziewczynami z obsługi. To one tworzą niesamowity klimat tego miejsca. Obiecuję sobie i im, że któregoś dnia przyjadę specjalnie tutaj. Nie będzie to przystanek w drodze do Gdańska, lecz cel. Dopijam kawę.
Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. Miał przed sobą sto mil ciszy.
Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie
Po wyjściu z Przystanku Tleń, jest już ciemno. Do Gdańska, do Westerplatte, jeszcze 129 km. Dobrze wiem, co będzie dalej – przepastne lasy. Zaczynam od znajomego podjazdu. Lubię go, bo pozwala od razu się rozgrzać i zatrzymać ciepło. Nie zawsze jest wesoło. W ciemności ktoś może się schować. Ktoś może cię obserwować, a ty o tym nie wiesz, chyba, że wydrze się na całe gardło: sieeeemaaaa! I zaryczy tak kilka razy. Wtedy w żadnym wypadku nie można się odezwać. Tak długo jak jedziesz bez słowa, nikt nie wie, że to ty.
Monotonia małych dróg, ich nierówna nawierzchnia i ciemność wyjątkowo działają mi dziś na nerwy. Nie mogę się wprost doczekać, aż wyjadę na DK91. Ale to dopiero tuż przed Tczewem. Kawał drogi. Najpierw wizyta w Pelplinie. Jest to… ostatni przystanek na trasie. Napełniam bidony wodą, aby było jej trochę na poranną kawę i piję sok pomidorowy. Komu w drogę, temu wrotki. Znowu wychodzę w noc.
I kiedy myślę sobie, że prognozy się nie sprawdzą i nie będzie żadnego deszczu, zaczyna padać. Jeszcze w to nie wierzę. Ale to mokre coś, co leci z nieba to z pewnością jest deszcz. Trafia się wiata, do Gdańska jeszcze jakieś 54, może 56 km. Ubieram strój deszczowy i jadę. Nie jest to opad ciągły. Raczej przelotne mżawki, ale przy temperaturze 2 stopni powyżej zera i po przejechaniu już prawie 300 km jest to przykra niespodzianka.
Nie ma jednak co marudzić. Jak na jeden z pierwszych dni stycznia, warunki są przecież doskonałe! Przed Tczewem wyjeżdżam na upragnioną krajówkę. Odtąd prawie cały odcinek, aż do Gdańska, jest oświetlony. Na stacjach paliw samochody z imprezowiczami. Z każdego wysypuje się przynajmniej po czterech facetów, zachowujących się odrażająco głośno. Nie ma mowy, bym odwiedziła którąkolwiek z tych stacji. Jak już wspominałam, nie zawsze jest wesoło.
Pod tabliczką z napisem Gdańsk melduję się równo minutę po północy. A więc znowu nie udało mi się dojechać w sobotę! Znowu jest to niedziela. A tak niewiele zabrakło!
Od tego momentu, do chwili gdy zasypiam w śpiworze mijają równo 2 godziny. Do Westerplatte nie jest daleko, kilkanaście km. Jednak po drodze łapie mnie ulewa, którą przeczekuję na przystanku. Potem wjeżdżam na półwysep. Jestem tu po raz pierwszy. Droga jest pusta i mokra. Tereny mocno przemysłowe. Jakieś kontenery, składy materiałów, zakłady, tory kolejowe. Dziwnie tu. Rozglądam się w poszukiwaniu miejsca do spania. Ziemia podtopiona od ciągle padającego deszczu. Albo miejsca tak obrzydliwe, że zupełnie nie biorę ich pod uwagę. I nagle jest. Las. Od ulicy odchodzi jakaś boczna dróżka. Gaszę lampki, wyciszam telefon i staję się niewidzialna. Zagłębiam się w las. Rozbijam namiot. Prędzej! Prędzej! Pada deszcz! Dmucham materac. Kładę rower za namiotem. Nie przypinam go. Zakopuję się w śpiworze. Zupełnie blisko, tuż obok drogi, jest jakiś wielki zakład. Przez cały czas jeżdżą tu pociągi, zakład nieustannie wydaje jakieś dźwięki: buczy, warczy, zgrzyta, piszczy. Upiorna, nocna filharmonia.
Koniec balu, zasypiam na Westerplatte.
Zdjęcia
ciąg dalszy
Piątek
Piątek, 5 stycznia 2018 Kategoria do 50
| Km: | 27.83 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 155m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano była sobie mżawka.
Szaruga
Środa, 3 stycznia 2018 Kategoria do 50
| Km: | 27.88 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 169m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Późnojesienna szaruga.
Przegląd
Wtorek, 2 stycznia 2018 Kategoria do 50
| Km: | 33.47 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 160m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W deszczu.
Spacerek noworoczny
Poniedziałek, 1 stycznia 2018 Kategoria do 50, Kot w wielkim mieście
Uczestnicy
| Km: | 26.29 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 82m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||






