Wpisy archiwalne w miesiącu
Czerwiec, 2017
| Dystans całkowity: | 1741.14 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | b.d. |
| Średnia prędkość: | b.d. |
| Suma podjazdów: | 11306 m |
| Liczba aktywności: | 26 |
| Średnio na aktywność: | 66.97 km |
| Więcej statystyk | |
Wakacje na Ścianie 1
Sobota, 10 czerwca 2017 Kategoria do 150, Kocia czytelnia, Wakacje na Ścianie Wschodniej
Uczestnicy
| Km: | 127.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 550m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ściana Wschodnia to tereny, których zupełnie nie znałam. Namówiłam więc Michała, aby na krótkie wakacje pojechać na wschód i zahaczyć przy okazji o Ukrainę, bo tam też jeszcze mnie nie było.
Wyjazd zaczynamy w sobotni poranek od dotarcia na dworzec kolejowy Warszawa Centralna. Pociąg do Suwałk, na który czekamy, zupełnie nie jest przystosowany do przewozu rowerów. Niby dwa przedziały mają wywieszone na szybkach informacje, że to miejsca na rowery, jednak nijak to nie chce zagrać: w tych przedziałach są normalne siedzenia dla pasażerów. W każdym z nich gniotą się po dwie osoby i po dwa rowery. Więcej nie wejdzie. W całym wagonie pełno jednak jest rowerów, bo nie tylko my wpadliśmy na pomysł, by w pierwszej połowie czerwca wybrać się na wschód. Nasze rowery stoją zatem na wąskim korytarzyku. Co chwilę ktoś przechodzi i je trąca, przestawia. Na początku to denerwuje nieco, no ale ile w końcu można się stresować? Przecież właśnie zaczynają się wakacje.
Witaj przygodo!
Pełną niezwykłych przeżyć podróż koleją kończymy na polskim Biegunie Zimna - w Suwałkach. Robimy pamiątkowe foty przy pięknym budynku dworca i zaczynamy nasze leniwe przetaczanie się po Ścianie Wschodniej.
Każdy pretekst do postoju jest dobry, czyż nie? :) A jeśli jest się akurat nad pięknym jez. Wigry, to tym bardziej. Tu żaglówka, tam urokliwy pomostek wędkarski - nie można przejechać obojętnie. Trzeba przystanąć i zachwycić się tym pięknem oraz spokojem.
Wigry to nie tylko jezioro, ale też miejscowość z pokamedulskim klasztorem. Michał już tu kiedyś był i wie, że warto podjechać. Jedziemy zatem, a przed dojazdem do klasztoru, przysiadamy nad jeziorem i raczymy się lodami.
Za Wysokim Mostem wjeżdżam w teren. Trochę piachu, kamieni, ale na ogół da się jakoś ślamazarnie i nieporadnie jechać. Nie pali się, są wakacje. Jest czas i na spacer z rowerem po piachu i na robienie zdjęć drewnianym domkom. W międzyczasie buntuje się moja elektronika. Współpracy odmawiają pulsometr oraz rowerowy licznik.
Wyjazd zaczynamy w sobotni poranek od dotarcia na dworzec kolejowy Warszawa Centralna. Pociąg do Suwałk, na który czekamy, zupełnie nie jest przystosowany do przewozu rowerów. Niby dwa przedziały mają wywieszone na szybkach informacje, że to miejsca na rowery, jednak nijak to nie chce zagrać: w tych przedziałach są normalne siedzenia dla pasażerów. W każdym z nich gniotą się po dwie osoby i po dwa rowery. Więcej nie wejdzie. W całym wagonie pełno jednak jest rowerów, bo nie tylko my wpadliśmy na pomysł, by w pierwszej połowie czerwca wybrać się na wschód. Nasze rowery stoją zatem na wąskim korytarzyku. Co chwilę ktoś przechodzi i je trąca, przestawia. Na początku to denerwuje nieco, no ale ile w końcu można się stresować? Przecież właśnie zaczynają się wakacje.
Witaj przygodo!
Pełną niezwykłych przeżyć podróż koleją kończymy na polskim Biegunie Zimna - w Suwałkach. Robimy pamiątkowe foty przy pięknym budynku dworca i zaczynamy nasze leniwe przetaczanie się po Ścianie Wschodniej.
Każdy pretekst do postoju jest dobry, czyż nie? :) A jeśli jest się akurat nad pięknym jez. Wigry, to tym bardziej. Tu żaglówka, tam urokliwy pomostek wędkarski - nie można przejechać obojętnie. Trzeba przystanąć i zachwycić się tym pięknem oraz spokojem.
Wigry to nie tylko jezioro, ale też miejscowość z pokamedulskim klasztorem. Michał już tu kiedyś był i wie, że warto podjechać. Jedziemy zatem, a przed dojazdem do klasztoru, przysiadamy nad jeziorem i raczymy się lodami.
Za Wysokim Mostem wjeżdżam w teren. Trochę piachu, kamieni, ale na ogół da się jakoś ślamazarnie i nieporadnie jechać. Nie pali się, są wakacje. Jest czas i na spacer z rowerem po piachu i na robienie zdjęć drewnianym domkom. W międzyczasie buntuje się moja elektronika. Współpracy odmawiają pulsometr oraz rowerowy licznik.

Jedziemy przez przepastne lasy, a potem przez rozległe łąki. Pustawo tu i spokojnie. Samochodów mało, ludzi też. Pod koniec dnia pojawiają się małe góreczki. W Kuźnicy, pod białoruską granicą, robimy zakupy na wieczór. Pora kończyć jazdę na dziś.
Mapa:
Zdjęcia
Zaliczone gminy: Lipsk, Nowy Dwór, Sidra, Kuźnica (4 gminy).
Ciąg dalszy
Dobrzy ludzie
Piątek, 9 czerwca 2017 Kategoria do 50
| Km: | 19.28 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 105m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dziś bardzo miły dzień. Rowerem wyjeżdżając z pracy wstąpiłam na obiad do restauracji. Miałam tylko jeden banknot 100 zł oraz jeden 10 zł. Obiad kosztował 20 zł. Nie mieli mi wydać i... dostałam obiad za 10 zł. Powiedzieli, że przecież nie mogę wyjść od nich głodna. Wszyscy gonią za kasą, a tu taki miły gest!
Wsiadłam z rowerem do pociągu. Z resztką wody w butelce. Chodził pan z płatnym poczęstunkiem. Poprosiłam wodę gazowaną. Znowu z tą nieszczesną stówą. Nie miał wydać. Zapytałam pasażera obok, czy ma rozmienić. Nie miał. Ale miał drobne i... tak po prostu i zwyczajnie kupił mi tę wodę. Po raz drugi dziś bardzo miłe zaskoczenie. Przegadaliśmy potem całą drogę.
Dobrzy ludzie są wśród nas :)
Wsiadłam z rowerem do pociągu. Z resztką wody w butelce. Chodził pan z płatnym poczęstunkiem. Poprosiłam wodę gazowaną. Znowu z tą nieszczesną stówą. Nie miał wydać. Zapytałam pasażera obok, czy ma rozmienić. Nie miał. Ale miał drobne i... tak po prostu i zwyczajnie kupił mi tę wodę. Po raz drugi dziś bardzo miłe zaskoczenie. Przegadaliśmy potem całą drogę.
Dobrzy ludzie są wśród nas :)
Czwartek
Czwartek, 8 czerwca 2017 Kategoria do 50
| Km: | 32.10 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 224m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Colex Poznań - nie polecam!
Środa, 7 czerwca 2017 Kategoria do 50, Kocia czytelnia, Zdaniem Kota
| Km: | 33.99 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 231m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dziś wybrałam się do sklepu rowerowego Colex w Poznaniu. Sprawa niezbyt miła, bo chodziło o reklamację tylnego koła mojej kolarzówki. Byłam wcześniej, na przestrzeni wielu lat, w tym sklepie niejednokrotnie. Zawsze załatwiałam zakupy, nigdy nie byłam z problemem i w związku z tym uważałam obsługę za miłą. Dziś kompletnie zmieniłam zdanie na temat właściciela i wiem już, że nigdy więcej nie będę tam niczego kupować.
Pan właściciel potraktował mnie wyjątkowo lekceważąco. Pozwalał sobie na porównywanie mojej wiedzy o rowerach (dość zabawne, bo nie zna mnie na tyle, by wydawać osądy) do swojej wiedzy o kosmosie (ta jest ponoć żadna). Im dłużej rozmawialiśmy, tym bardziej czułam się zażenowana. Miałam wrażenie, że gdyby przyszła do sklepu z tą samą sprawą inna osoba - np. rosły facet w obcisłych gaciach, to by został potraktowany zupełnie inaczej.
Pan nie był nawet za bardzo zainteresowany zobaczeniem na czym polega problem z kołem, gdyż z góry założył, że problemu nie ma. Dopiero po moich uporczywych naciskach zgodził się na zamontowanie kasety na tym kole i łaskawie zerknął. Po czym... stwierdził, że luz na bębenku zupełnie nowego koła to rzecz całkiem naturalna...
No ludzie, come on!
Nawet w moich najtańszych kołach nie ma takiego luzu, jaki tu jest od nowości!
Pan jednak dalej sobie płynął w nieuprzejmym traktowaniu mnie. Zgryźliwie się dziwił temu, że zamontowałam koła w rowerze dopiero teraz mimo, że kupiłam je kilka miesięcy wcześniej. No cóż. Najdelikatniej jak tylko umiałam, wytłumaczyłam mu, że to nie jego sprawa. Mówił też, że możemy sobie posprawdzać inne rowery, a najlepiej te najdroższe i wtedy zobaczę, że tam też tak jest. Im więcej gadał, tym śmieszniej i straszniej mi się robiło.
Ostatecznie, mając już kompletnie dość jego przemądrzałego i lekceważącego tonu, zażądałam aby w końcu raczył przyjąć moją reklamację. Przyjął, oczywiście cały czas nadając, że luz na bębenku jest normalny i tak ma być.
Nawet jeśli... "tak ma być", to zdecydowanie nie może być tak, że obsługa - a w szczególności właściciel sklepu - lekceważy klienta, traktuje go jak kompletnego ignoranta i nieomal odmawia przyjęcia reklamacji.
Pan właściciel potraktował mnie wyjątkowo lekceważąco. Pozwalał sobie na porównywanie mojej wiedzy o rowerach (dość zabawne, bo nie zna mnie na tyle, by wydawać osądy) do swojej wiedzy o kosmosie (ta jest ponoć żadna). Im dłużej rozmawialiśmy, tym bardziej czułam się zażenowana. Miałam wrażenie, że gdyby przyszła do sklepu z tą samą sprawą inna osoba - np. rosły facet w obcisłych gaciach, to by został potraktowany zupełnie inaczej.
Pan nie był nawet za bardzo zainteresowany zobaczeniem na czym polega problem z kołem, gdyż z góry założył, że problemu nie ma. Dopiero po moich uporczywych naciskach zgodził się na zamontowanie kasety na tym kole i łaskawie zerknął. Po czym... stwierdził, że luz na bębenku zupełnie nowego koła to rzecz całkiem naturalna...
No ludzie, come on!
Nawet w moich najtańszych kołach nie ma takiego luzu, jaki tu jest od nowości!
Pan jednak dalej sobie płynął w nieuprzejmym traktowaniu mnie. Zgryźliwie się dziwił temu, że zamontowałam koła w rowerze dopiero teraz mimo, że kupiłam je kilka miesięcy wcześniej. No cóż. Najdelikatniej jak tylko umiałam, wytłumaczyłam mu, że to nie jego sprawa. Mówił też, że możemy sobie posprawdzać inne rowery, a najlepiej te najdroższe i wtedy zobaczę, że tam też tak jest. Im więcej gadał, tym śmieszniej i straszniej mi się robiło.
Ostatecznie, mając już kompletnie dość jego przemądrzałego i lekceważącego tonu, zażądałam aby w końcu raczył przyjąć moją reklamację. Przyjął, oczywiście cały czas nadając, że luz na bębenku jest normalny i tak ma być.
Nawet jeśli... "tak ma być", to zdecydowanie nie może być tak, że obsługa - a w szczególności właściciel sklepu - lekceważy klienta, traktuje go jak kompletnego ignoranta i nieomal odmawia przyjęcia reklamacji.
Wtorek
Wtorek, 6 czerwca 2017 Kategoria do 50
| Km: | 27.50 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 135m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ciężko, ślamazarnie, ale i tak fajnie :)
Po drugiej stronie
Sobota, 3 czerwca 2017 Kategoria Kocia czytelnia
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
A gdyby tak… przejść na drugą
stronę?
Po stronie, którą dobrze znam jest swojsko. Wiadomo jak będzie: przed startem będę czuła lekką tremę. Prawie tak, jakby to był pierwszy raz. Gdy ruszę, tętno będzie wysokie, cała będę się rwała, by jechać szybciej, mocniej. Będę unosić się w startowej radości kilka centymetrów nad ziemią. A potem przyjdzie pierwsze zmęczenie. Pić! Jeść! Zacznie lekko przeszkadzać nierówna droga, chropowaty asfalt, którego na początku nawet nie zauważyłam. Nadejdzie też chwila, gdy myślami zacznę wybiegać w przyszłość. Do chwili gdy wreszcie będzie można odpocząć nieco dłużej na punkcie żywieniowym. Wszystko będzie się działo szybko i tak jakby… samo. Miseczka z ciepłym jedzeniem sama z siebie trafi do moich rąk, płyny same się uzupełnią, a kieszonki wypełnią jedzonkiem na dalszą drogę. Potem przyjdzie noc, senność, zasypianie na rowerze, zacznę robić się wiotka i po raz pierwszy zapytam samą siebie: do diabła, po co mi to?! Było siedzieć w domu! Wraz ze świtem do senności dojdzie poczucie, że jest przenikliwie chłodno. Żołądek z trudem będzie przyjmował jedzenie, a ja na siłę będę starała się go uszczęśliwić, to batonikiem, to innymi słodyczami. Mdło. Od słodkiego. Kilometry do mety będą uciekały zatrważająco powoli. A na mecie spotkam ludzi, którzy ją przygotowali. Miłych, uśmiechniętych, wypoczętych. Na ich widok sama też odżyję i na chwilę zapomnę, że przecież jeszcze niedawno spadałam z roweru z niewyspania.
Tak jest po mojej stronie. Po stronie, którą dobrze znam. A gdyby tak… przejść na drugą stronę?
Poranek startowy jest dla mnie spokojny. Nie spieszno mi do żadnej z grup. Ostatecznie, żadna z nich nie jest moją grupą. Nie ma tremy, ekscytacji, która w takim momencie zwykle mnie ogarnia. Mam czas na pogaduchy z tymi, którzy za chwilę ruszą. Gdy ostatni uczestnicy opuszczają bazę, robi mi się dziwnie – wszyscy już jadą, a ja nadal stoję na starcie, bez roweru....
Jednak nie ma czasu na roztkliwianie się nad sobą. Dewunska pisze do mnie: „Hej my tu siedzimy koło domku nr 5 :) zapraszamy”. A więc może na coś się przydam! Odrzucam na bok smutki i idę pomagać w przygotowywaniu mety. Zbieramy się przy jednym ze stolików na słoneczku i wypisujemy kartki „META” oraz przygotowujemy banner powitalny. Czas mija dość szybko i przychodzi pora jechać po zakupy na punkt żywieniowy, na którym mam pomagać.
Nie policzę na ilu punktach żywieniowych byłam jako uczestniczka najróżniejszych maratonów. Wspominam je różnie. Na niektórych było wszystko: świetni, mili ludzie, dobre zaopatrzenie i szybkie, sprawne działanie. Innym brakowało do ideału mniej lub więcej. Zwykle spędzałam tam parę chwil. Czasem byłam dosłownie w przelocie. Czasem siedziałam zdecydowanie za długo. Zawsze myślałam, że ludzie obsługujący punkt żywieniowy zbyt wiele pracy nie mają. Nie wiedziałam jeszcze jak bardzo się mylę.
Naszą pracę zaczynamy od wielkich zakupów. Po raz pierwszy mam okazję kupować aż 18 kg bananów. Kupujemy też 2 arbuzy (w tym jednego żółtego), dużo pomarańczy, soki jabłkowy i pomarańczowy, colę, wodę. Do tego trzeba kupić jeszcze ostry nóż do owoców, serwetki, jednorazowe kubeczki, talerzyki, sztućce. Tak zapakowani jedziemy na nasz punkt do Mieroszowa. Na punkcie siedzi i czeka już na nas jedna osoba – mama emesa która przywiozła tu między innymi drożdżówki i wafelki. Rozpakowujemy zakupy i układamy je na stołach pod wiatą. W międzyczasie przyjeżdża pan od cateringu – na nasz punkt trafiają: makaron, sos gulaszowy, biały ser, cukier i sól oraz miseczki do makaronu.
Przygotowujemy również napisy na drzewa z informacją, że punkt żywieniowy jest już blisko.Kiedy wszystko jest gotowe, pozostaje nam czekać na pierwszego zawodnika. W ekscytacji sprawdzamy kto gdzie jest i zastanawiamy się kto przyjedzie pierwszy. Tuż przed przyjazdem tego pierwszego, idziemy we trzy na łąkę zrywać kwiaty, z których pleciemy wieńce dla naszych bohaterów. Są to ostatnie spokojne chwile.
Pierwszy pojawia się Tomek Niepokój. Zupełnie nie wygląda na zmęczonego, żartuje z nami, jest w świetnej formie. Po nim przyjeżdża grupa pościgowa i można zobaczyć słynny obłęd w ich oczach. Niektórzy wyglądają na porządnie wyprutych szybką jazdą po górach. Potem, z każdą chwilą robi się coraz tłoczniej. Czasem trudno ogarnąć kto stoi dlatego, że odpoczywa, a kto cierpliwie, bez słowa czeka na swoją porcję makaronu.
Czy każdy na pewno wpisał się na listę? Czy każdy dostał makaron? Czy wszystkie bidony zostały napełnione wodą albo sokiem? Czy każdy zabrał coś na drogę? Stoję nad pojemnikiem z makaronem i nad garnkiem z sosem gulaszowym, wraz z mamą emesa przygotowujemy kolejne porcje. Czasami nawet nie podnoszę głowy podając dalej pełne miseczki. Makaron i sos stają się całym moim światem :). Po przetoczeniu się przez nasz punkt środkowej stawki maratonu, robi się nieco luźniej. Jednak nadal mamy ręce pełne roboty, bo kolejne osoby dojeżdżają w małych grupkach. Owoce kroimy na bieżąco, aby każdy mógł jeść je świeże i soczyste. Nie myślałam, że one raz rozkrojone na wolnym powietrzu aż tak szybko wysychają.
Niespodziewanie szybko zapada zmrok. Maratończycy, którzy przyjeżdżają są już dość zmęczeni. Niektórzy decydują się na krótką drzemkę. Każdego kto ma wątpliwości czy jechać dalej motywujemy. Czasem przecież wystarczy godzinkę odpocząć, ze spokojem coś zjeść, by dojść do wniosku, że jednak da się pojechać dalej. Niestety nie zawsze namowy przynoszą efekt. Ostatecznie każdy sam najlepiej wie jaka decyzja będzie dla niego najlepsza.
Ostatnimi zawodnikami, którzy do nas docierają są Mario i Młody. Chłopaki są w świetnych nastrojach. Żartują, gadają. Są rześcy jak Tomek, który przyjechał tu jako pierwszy. I tak jak on pełni chęci do dalszej jazdy. Kiedy uciekają w czarną noc, zwijamy się i my. Nikt więcej nas tu nie odwiedzi. Zabieramy do samochodu kilka dużych worków śmieci, które się wyprodukowały podczas tego popołudnia i wieczoru. Zabieramy pozostałe jedzenie i picie – z pewnością przyda się na mecie. Bardzo zadowoleni z tego ciekawego i intensywnego dnia, ale też mocno zmęczeni pracą na najwyższych obrotach i późną już godziną, wracamy samochodem na metę. Krótko po naszym przyjeździe na metę wpada lider z dystansu 300 km. Składam gratulacje i kompletnie padnięta idę spać.
Co za dzień!
Po stronie, którą dobrze znam jest swojsko. Wiadomo jak będzie: przed startem będę czuła lekką tremę. Prawie tak, jakby to był pierwszy raz. Gdy ruszę, tętno będzie wysokie, cała będę się rwała, by jechać szybciej, mocniej. Będę unosić się w startowej radości kilka centymetrów nad ziemią. A potem przyjdzie pierwsze zmęczenie. Pić! Jeść! Zacznie lekko przeszkadzać nierówna droga, chropowaty asfalt, którego na początku nawet nie zauważyłam. Nadejdzie też chwila, gdy myślami zacznę wybiegać w przyszłość. Do chwili gdy wreszcie będzie można odpocząć nieco dłużej na punkcie żywieniowym. Wszystko będzie się działo szybko i tak jakby… samo. Miseczka z ciepłym jedzeniem sama z siebie trafi do moich rąk, płyny same się uzupełnią, a kieszonki wypełnią jedzonkiem na dalszą drogę. Potem przyjdzie noc, senność, zasypianie na rowerze, zacznę robić się wiotka i po raz pierwszy zapytam samą siebie: do diabła, po co mi to?! Było siedzieć w domu! Wraz ze świtem do senności dojdzie poczucie, że jest przenikliwie chłodno. Żołądek z trudem będzie przyjmował jedzenie, a ja na siłę będę starała się go uszczęśliwić, to batonikiem, to innymi słodyczami. Mdło. Od słodkiego. Kilometry do mety będą uciekały zatrważająco powoli. A na mecie spotkam ludzi, którzy ją przygotowali. Miłych, uśmiechniętych, wypoczętych. Na ich widok sama też odżyję i na chwilę zapomnę, że przecież jeszcze niedawno spadałam z roweru z niewyspania.
Tak jest po mojej stronie. Po stronie, którą dobrze znam. A gdyby tak… przejść na drugą stronę?
Poranek startowy jest dla mnie spokojny. Nie spieszno mi do żadnej z grup. Ostatecznie, żadna z nich nie jest moją grupą. Nie ma tremy, ekscytacji, która w takim momencie zwykle mnie ogarnia. Mam czas na pogaduchy z tymi, którzy za chwilę ruszą. Gdy ostatni uczestnicy opuszczają bazę, robi mi się dziwnie – wszyscy już jadą, a ja nadal stoję na starcie, bez roweru....
Jednak nie ma czasu na roztkliwianie się nad sobą. Dewunska pisze do mnie: „Hej my tu siedzimy koło domku nr 5 :) zapraszamy”. A więc może na coś się przydam! Odrzucam na bok smutki i idę pomagać w przygotowywaniu mety. Zbieramy się przy jednym ze stolików na słoneczku i wypisujemy kartki „META” oraz przygotowujemy banner powitalny. Czas mija dość szybko i przychodzi pora jechać po zakupy na punkt żywieniowy, na którym mam pomagać.
Nie policzę na ilu punktach żywieniowych byłam jako uczestniczka najróżniejszych maratonów. Wspominam je różnie. Na niektórych było wszystko: świetni, mili ludzie, dobre zaopatrzenie i szybkie, sprawne działanie. Innym brakowało do ideału mniej lub więcej. Zwykle spędzałam tam parę chwil. Czasem byłam dosłownie w przelocie. Czasem siedziałam zdecydowanie za długo. Zawsze myślałam, że ludzie obsługujący punkt żywieniowy zbyt wiele pracy nie mają. Nie wiedziałam jeszcze jak bardzo się mylę.
Naszą pracę zaczynamy od wielkich zakupów. Po raz pierwszy mam okazję kupować aż 18 kg bananów. Kupujemy też 2 arbuzy (w tym jednego żółtego), dużo pomarańczy, soki jabłkowy i pomarańczowy, colę, wodę. Do tego trzeba kupić jeszcze ostry nóż do owoców, serwetki, jednorazowe kubeczki, talerzyki, sztućce. Tak zapakowani jedziemy na nasz punkt do Mieroszowa. Na punkcie siedzi i czeka już na nas jedna osoba – mama emesa która przywiozła tu między innymi drożdżówki i wafelki. Rozpakowujemy zakupy i układamy je na stołach pod wiatą. W międzyczasie przyjeżdża pan od cateringu – na nasz punkt trafiają: makaron, sos gulaszowy, biały ser, cukier i sól oraz miseczki do makaronu.
Przygotowujemy również napisy na drzewa z informacją, że punkt żywieniowy jest już blisko.Kiedy wszystko jest gotowe, pozostaje nam czekać na pierwszego zawodnika. W ekscytacji sprawdzamy kto gdzie jest i zastanawiamy się kto przyjedzie pierwszy. Tuż przed przyjazdem tego pierwszego, idziemy we trzy na łąkę zrywać kwiaty, z których pleciemy wieńce dla naszych bohaterów. Są to ostatnie spokojne chwile.
Pierwszy pojawia się Tomek Niepokój. Zupełnie nie wygląda na zmęczonego, żartuje z nami, jest w świetnej formie. Po nim przyjeżdża grupa pościgowa i można zobaczyć słynny obłęd w ich oczach. Niektórzy wyglądają na porządnie wyprutych szybką jazdą po górach. Potem, z każdą chwilą robi się coraz tłoczniej. Czasem trudno ogarnąć kto stoi dlatego, że odpoczywa, a kto cierpliwie, bez słowa czeka na swoją porcję makaronu.
Czy każdy na pewno wpisał się na listę? Czy każdy dostał makaron? Czy wszystkie bidony zostały napełnione wodą albo sokiem? Czy każdy zabrał coś na drogę? Stoję nad pojemnikiem z makaronem i nad garnkiem z sosem gulaszowym, wraz z mamą emesa przygotowujemy kolejne porcje. Czasami nawet nie podnoszę głowy podając dalej pełne miseczki. Makaron i sos stają się całym moim światem :). Po przetoczeniu się przez nasz punkt środkowej stawki maratonu, robi się nieco luźniej. Jednak nadal mamy ręce pełne roboty, bo kolejne osoby dojeżdżają w małych grupkach. Owoce kroimy na bieżąco, aby każdy mógł jeść je świeże i soczyste. Nie myślałam, że one raz rozkrojone na wolnym powietrzu aż tak szybko wysychają.
Niespodziewanie szybko zapada zmrok. Maratończycy, którzy przyjeżdżają są już dość zmęczeni. Niektórzy decydują się na krótką drzemkę. Każdego kto ma wątpliwości czy jechać dalej motywujemy. Czasem przecież wystarczy godzinkę odpocząć, ze spokojem coś zjeść, by dojść do wniosku, że jednak da się pojechać dalej. Niestety nie zawsze namowy przynoszą efekt. Ostatecznie każdy sam najlepiej wie jaka decyzja będzie dla niego najlepsza.
Ostatnimi zawodnikami, którzy do nas docierają są Mario i Młody. Chłopaki są w świetnych nastrojach. Żartują, gadają. Są rześcy jak Tomek, który przyjechał tu jako pierwszy. I tak jak on pełni chęci do dalszej jazdy. Kiedy uciekają w czarną noc, zwijamy się i my. Nikt więcej nas tu nie odwiedzi. Zabieramy do samochodu kilka dużych worków śmieci, które się wyprodukowały podczas tego popołudnia i wieczoru. Zabieramy pozostałe jedzenie i picie – z pewnością przyda się na mecie. Bardzo zadowoleni z tego ciekawego i intensywnego dnia, ale też mocno zmęczeni pracą na najwyższych obrotach i późną już godziną, wracamy samochodem na metę. Krótko po naszym przyjeździe na metę wpada lider z dystansu 300 km. Składam gratulacje i kompletnie padnięta idę spać.
Co za dzień!
Kwaśne ogórki
Czwartek, 1 czerwca 2017 Kategoria do 50
| Km: | 31.23 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 143m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Stojąc w kolejce w warzywniaczku, poczułam nagłą, nieodpartą ochotę na kwaśnego ogórka. Kupiłam go i zjadłam pod sklepem :)
Kupiłam też truskawki. Czereśnie też już są, ale obłędnie drogie - 38 zł/kg.
Sezon na owoce można uznać za otwarty.
Kupiłam też truskawki. Czereśnie też już są, ale obłędnie drogie - 38 zł/kg.
Sezon na owoce można uznać za otwarty.





