Wpisy archiwalne w miesiącu
Marzec, 2015
| Dystans całkowity: | 1701.17 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 26:50 |
| Średnia prędkość: | 23.73 km/h |
| Suma podjazdów: | 5575 m |
| Liczba aktywności: | 29 |
| Średnio na aktywność: | 58.66 km i 8h 56m |
| Więcej statystyk | |
Praca
Piątek, 20 marca 2015 Kategoria do 50
| Km: | 36.16 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 148m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Mam na grzbiecie czarny polar. A na nogach czarne spodnie. W moich uszach czarne kolczyki. I w sercu też czarno...
Za oknem już ciemna noc.
W ciemności może kryć się wszystko.
Lecz równie dobrze może tam nie być niczego. Jak widzieć pośród ciemności?
Nocą wszystkie koty są czarne.
Za oknem już ciemna noc.
W ciemności może kryć się wszystko.
Lecz równie dobrze może tam nie być niczego. Jak widzieć pośród ciemności?
Nocą wszystkie koty są czarne.
Praca
Czwartek, 19 marca 2015 Kategoria do 50
| Km: | 35.63 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 151m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
"Mam czystą duszę. Mam brudną duszę. Czystą. Brudną. Czystą... Nie spojrzę w dół, nie otworzę oczu."
Praca
Środa, 18 marca 2015 Kategoria do 50
| Km: | 35.88 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 152m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Wtorek, 17 marca 2015 Kategoria do 50
| Km: | 35.75 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 155m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Poniedziałek, 16 marca 2015 Kategoria do 50
| Km: | 36.15 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 158m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Marcówka z Wilkiem
Niedziela, 15 marca 2015 Kategoria Kocia czytelnia, do 350
Uczestnicy
| Km: | 301.56 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 12:39 | km/h: | 23.84 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 897m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Moje drugie TRZYSTA (w tym roku).
To przypadek. Gdyby był prom tam gdzie miał być i gdybym do domu nie jechała drogą dłuższą o 2 km od optymalnej, to by było jakieś 290km.
............................................
Pogoda zapowiadała się brzydka. Zaplanowałam trasę na zachód (z wiatrem) w połowie tygodnia. Zaprosiłam na nią Michała, a on.... zgodził się ale wymyślił trasę jeszcze inną – też na zachód, ale trochę zygzakowatą (gminną). Nie marudziłam specjalnie – zawsze to fajniej pojechać razem niż samej. Część trasy miała iść po DK92, ale Michał zapewniał, że przeklikał ten odcinek i jest tam szerokie pobocze. Obok zresztą jest autostrada, a dokładając do tego niedzielny poranek – ruch powinien być znikomy. Akceptuję więc tę trasę.
Niewygodnie
Gdybym miała jechać sama, to tym razem pewnie bym dała sobie spokój. Gdy wstaję o 2.30 w niedzielną noc i widzę, że mży, to nieee chceeee miiii się ;). Ale Michał przecież całą noc jedzie do mnie w autokarze, z pewnością słabo śpi i jest mu strasznie niewygodnie. Zjadam więc śniadanie i jadę na spotkanie z nim, na poznański Górczyn. Mży i jest zimno. Tylko 4 stopnie powyżej zera. Na ulicach zupełnie pusto. Jadę głównymi drogami, przez duże ronda. Zaliczam na rowerze ronda: Śródka, Rataje oraz Żegrze. To dopiero dobre! :)
Ofiarnie
Na Górczyn dojeżdżam w sam raz. Chwilę się szukamy na dworcu i praktycznie od razu ruszamy. Jedzie się nieprzyjemnie. Już nie mży, ale ulice są mokre, spod kół chlapie woda. Jadąc na kole czuję się jakbym jechała w deszczu. Namakają mi spodnie i robi się zimno w nogi. Puszczam koło. Od mokrych, czarnych ulic odbijają się światła. W tych warunkach nie widzę prawie nic i tylko modlę się, aby w coś się nie władować. Mocno marzną mi stopy. Michał ofiarnie zdziera ze swoich butów neoprenowe ochraniacze i mi je daje. Od tego momentu jedzie się lepiej. Pierwszy przystanek w cieple robimy w McD w Pniewach. W ramach promocji poranna kawa jest gratis. Bierzemy do tego zestawy śniadaniowe i rozsiadamy się. Miło posiedzieć, trudniej wyjść z powrotem na zimno. Przy drodze mijamy aż dwa punkty sprzedaży figurek ogrodowych (za Pniewami i za Lwówkiem). Większość z nich jest okropna – mamy z tego sporo uciechy. Robimy nawet zdjęcia z absurdalnymi kompozycjami ustawionych blisko siebie figur.
To przypadek. Gdyby był prom tam gdzie miał być i gdybym do domu nie jechała drogą dłuższą o 2 km od optymalnej, to by było jakieś 290km.
............................................
Pogoda zapowiadała się brzydka. Zaplanowałam trasę na zachód (z wiatrem) w połowie tygodnia. Zaprosiłam na nią Michała, a on.... zgodził się ale wymyślił trasę jeszcze inną – też na zachód, ale trochę zygzakowatą (gminną). Nie marudziłam specjalnie – zawsze to fajniej pojechać razem niż samej. Część trasy miała iść po DK92, ale Michał zapewniał, że przeklikał ten odcinek i jest tam szerokie pobocze. Obok zresztą jest autostrada, a dokładając do tego niedzielny poranek – ruch powinien być znikomy. Akceptuję więc tę trasę.
Niewygodnie
Gdybym miała jechać sama, to tym razem pewnie bym dała sobie spokój. Gdy wstaję o 2.30 w niedzielną noc i widzę, że mży, to nieee chceeee miiii się ;). Ale Michał przecież całą noc jedzie do mnie w autokarze, z pewnością słabo śpi i jest mu strasznie niewygodnie. Zjadam więc śniadanie i jadę na spotkanie z nim, na poznański Górczyn. Mży i jest zimno. Tylko 4 stopnie powyżej zera. Na ulicach zupełnie pusto. Jadę głównymi drogami, przez duże ronda. Zaliczam na rowerze ronda: Śródka, Rataje oraz Żegrze. To dopiero dobre! :)
Ofiarnie
Na Górczyn dojeżdżam w sam raz. Chwilę się szukamy na dworcu i praktycznie od razu ruszamy. Jedzie się nieprzyjemnie. Już nie mży, ale ulice są mokre, spod kół chlapie woda. Jadąc na kole czuję się jakbym jechała w deszczu. Namakają mi spodnie i robi się zimno w nogi. Puszczam koło. Od mokrych, czarnych ulic odbijają się światła. W tych warunkach nie widzę prawie nic i tylko modlę się, aby w coś się nie władować. Mocno marzną mi stopy. Michał ofiarnie zdziera ze swoich butów neoprenowe ochraniacze i mi je daje. Od tego momentu jedzie się lepiej. Pierwszy przystanek w cieple robimy w McD w Pniewach. W ramach promocji poranna kawa jest gratis. Bierzemy do tego zestawy śniadaniowe i rozsiadamy się. Miło posiedzieć, trudniej wyjść z powrotem na zimno. Przy drodze mijamy aż dwa punkty sprzedaży figurek ogrodowych (za Pniewami i za Lwówkiem). Większość z nich jest okropna – mamy z tego sporo uciechy. Robimy nawet zdjęcia z absurdalnymi kompozycjami ustawionych blisko siebie figur.
Tyle miłości!
W Międzyrzeczu padają mi baterie od GPSa. Wymieniamy i jedziemy dalej. Drugi dłuższy przystanek robimy w Lubniewicach. Jak się okazuje – jest to miejscowość wyjątkowa – jest tu Park Miłości. Zaciekawieni wchodzimy. Wycieramy mokrą po deszczu „Ławeczkę Miłości” i wypoczywamy. Szkoda tylko, że jest tak strasznie zimno! Potem kręcimy się po parku, robimy fotki, a Michał zalicza nawet niegroźną glebę (przy prędkości bliskiej 0 km/h). W Lubniewicach podoba się nam również ryneczek. Ze śmiechu skręcamy się widząc osobliwą reklamę przydrożnego baru - to ryba wbita w dach budynku. Jedyne co nam się tu nie podoba, to koszmarna ścieżka dla rowerów. Ktoś był na tyle pomysłowy, by specjalnie dla rowerzystów zerwać asfalt i położyć beznadziejną kostkę...
Jakże mi przykro!
Ulice podsychają, już nie chlapie spod kół, mogę więc się wieźć. Idzie to dzisiaj bardzo średnio. Jadę wyjątkowo nierówno. Trzymam koło, potem je puszczam. Są odcinki gdy pracuję sama. Michał jednak często obraca się za siebie i czeka. Po raz pierwszy widzi taką moją nierówną jazdę. Mówi bym siadała na koło, bo przecież już nie chlapie. Rzecz jest jednak w tym, że siedzenie na kole wychodzi mi dzisiaj marnie. Po którymś zerwaniu pyta wprost, czy zwolnić. No to zwalniamy. W Sulęcinie wchodzimy na stację. Biorę dużą kawę. To zły pomysł (trzeba było brać małą). Po tej kawie skręca mnie w żołądku. Potem jest tylko gorzej - nasza trasa nie idzie równo z wiatrem, pojawiają się też górki. To zygzak, bo Michał zalicza gminy. Tak więc trzeba się szarpać z wiatrem bocznym, a chwilami nawet czołowym. Jakże mi przykro! To zdecydowanie nie jest mój dzień, wstyd trochę, że Michał musi oglądać na żywo tę okropną żenadę.
Niedziele i święta
Kiedy pyta mnie wprost, czy chcę poczekać w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu, gdy on pojedzie pod czołowy wiatr po gminę do kolekcji, bliska jestem łez. On niestety doskonale widzi tę masakrę i co jeszcze gorsze - próbuje okazać mi litość! Twardo obstaję, że normalnie pojadę. No to jedziemy. Zaliczamy tę gminę. Potem kierujemy się w stronę przeprawy promowej na Warcie między Witnicą a Kłopotowem. Ponoć jest czynna codziennie do zmierzchu. Niestety gdy docieramy do tablic informacyjnych (jakieś 2 km przed przeprawą) okazuje się, że w niedziele i święta prom nie pływa. Dodatkowo, przypadkowa cyklistka mówi nam, że ostatnio wcale nie pływa, bo jest w konserwacji. Ale pech! Musimy więc nadłożyć drogi i wrócić na most na Warcie. Jakby tego było mało – nadal jadę jak ostatnia łamaga. Michał liczy czas – jest ryzyko, że nie zdążymy na ekspres Berlin – Warszawa, którym mamy wracać. Około dwusetnego kilometra (za Krzeszycami) łapię drugi oddech. Jadę równo, z normalną prędkością, potrafię trzymać koło. W ten to sposób nie tylko udaje nam się zdążyć na pociąg, ale jesteśmy na stacji kolejowej w Rzepinie aż pół godziny przed czasem. Stacja jest raczej mała, ale zaskakująco dużo tu ludzi i samochodów. Kupujemy bilety, potem robimy drobne zakupy. Pociąg jedzie bardzo szybko – po godzinie z małym okładem jestem w Poznaniu. Michał jedzie dalej, aż do Warszawy.
W Międzyrzeczu padają mi baterie od GPSa. Wymieniamy i jedziemy dalej. Drugi dłuższy przystanek robimy w Lubniewicach. Jak się okazuje – jest to miejscowość wyjątkowa – jest tu Park Miłości. Zaciekawieni wchodzimy. Wycieramy mokrą po deszczu „Ławeczkę Miłości” i wypoczywamy. Szkoda tylko, że jest tak strasznie zimno! Potem kręcimy się po parku, robimy fotki, a Michał zalicza nawet niegroźną glebę (przy prędkości bliskiej 0 km/h). W Lubniewicach podoba się nam również ryneczek. Ze śmiechu skręcamy się widząc osobliwą reklamę przydrożnego baru - to ryba wbita w dach budynku. Jedyne co nam się tu nie podoba, to koszmarna ścieżka dla rowerów. Ktoś był na tyle pomysłowy, by specjalnie dla rowerzystów zerwać asfalt i położyć beznadziejną kostkę...
Jakże mi przykro!
Ulice podsychają, już nie chlapie spod kół, mogę więc się wieźć. Idzie to dzisiaj bardzo średnio. Jadę wyjątkowo nierówno. Trzymam koło, potem je puszczam. Są odcinki gdy pracuję sama. Michał jednak często obraca się za siebie i czeka. Po raz pierwszy widzi taką moją nierówną jazdę. Mówi bym siadała na koło, bo przecież już nie chlapie. Rzecz jest jednak w tym, że siedzenie na kole wychodzi mi dzisiaj marnie. Po którymś zerwaniu pyta wprost, czy zwolnić. No to zwalniamy. W Sulęcinie wchodzimy na stację. Biorę dużą kawę. To zły pomysł (trzeba było brać małą). Po tej kawie skręca mnie w żołądku. Potem jest tylko gorzej - nasza trasa nie idzie równo z wiatrem, pojawiają się też górki. To zygzak, bo Michał zalicza gminy. Tak więc trzeba się szarpać z wiatrem bocznym, a chwilami nawet czołowym. Jakże mi przykro! To zdecydowanie nie jest mój dzień, wstyd trochę, że Michał musi oglądać na żywo tę okropną żenadę.
Niedziele i święta
Kiedy pyta mnie wprost, czy chcę poczekać w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu, gdy on pojedzie pod czołowy wiatr po gminę do kolekcji, bliska jestem łez. On niestety doskonale widzi tę masakrę i co jeszcze gorsze - próbuje okazać mi litość! Twardo obstaję, że normalnie pojadę. No to jedziemy. Zaliczamy tę gminę. Potem kierujemy się w stronę przeprawy promowej na Warcie między Witnicą a Kłopotowem. Ponoć jest czynna codziennie do zmierzchu. Niestety gdy docieramy do tablic informacyjnych (jakieś 2 km przed przeprawą) okazuje się, że w niedziele i święta prom nie pływa. Dodatkowo, przypadkowa cyklistka mówi nam, że ostatnio wcale nie pływa, bo jest w konserwacji. Ale pech! Musimy więc nadłożyć drogi i wrócić na most na Warcie. Jakby tego było mało – nadal jadę jak ostatnia łamaga. Michał liczy czas – jest ryzyko, że nie zdążymy na ekspres Berlin – Warszawa, którym mamy wracać. Około dwusetnego kilometra (za Krzeszycami) łapię drugi oddech. Jadę równo, z normalną prędkością, potrafię trzymać koło. W ten to sposób nie tylko udaje nam się zdążyć na pociąg, ale jesteśmy na stacji kolejowej w Rzepinie aż pół godziny przed czasem. Stacja jest raczej mała, ale zaskakująco dużo tu ludzi i samochodów. Kupujemy bilety, potem robimy drobne zakupy. Pociąg jedzie bardzo szybko – po godzinie z małym okładem jestem w Poznaniu. Michał jedzie dalej, aż do Warszawy.
Mapa:
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Zakupy
Sobota, 14 marca 2015 Kategoria do 50
| Km: | 10.68 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 49m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Piątek, 13 marca 2015 Kategoria do 50
| Km: | 35.73 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 159m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca + spotkanie
Czwartek, 12 marca 2015 Kategoria do 100
| Km: | 56.48 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 228m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca + spotkanie
Środa, 11 marca 2015 Kategoria do 100
| Km: | 62.49 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 250m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||





