Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Listopad, 2014

Dystans całkowity:1802.21 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:7552 m
Liczba aktywności:31
Średnio na aktywność:58.14 km
Więcej statystyk

Kociewie i Kaszuby 3

Wtorek, 11 listopada 2014 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 102.19 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 643m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Gdy rano o 5.30 dzwoni budzik, jest zupełnie ciemno. Warto jednak wstać tak wcześnie, by mieć cały dzień na jazdę.

Nie warto
Do śniadania nie ma kawy ani herbaty. Jest zimna woda z camelbaka. Krzysztof zapomniał zabrać jakiejś części od kuchenki i trzeba przetrwać bez ciepłego picia z rana (szczęśliwie zorientował się w tym jeszcze w Śliwicach, przed ruszeniem na wyprawkę i nie taszczy jej niepotrzebnie). Zimna woda wchodzi ciężko. Gdy ruszamy w drogę, jest jasnawo. Nie trzeba już nawet zapalać lampek. Początkowo jedziemy terenem, potem jest trochę szosy. W międzyczasie pokonujemy 2 podjazdy, których nachylenie dochodzi do 10% (jeden w terenie). Drugi z podjazdów (okolice Wieżycy) jest całkiem długi. Deptam ze średniej tarczy i bardzo żałuję, że nie działa mi przerzutka przednia. Na samą Wierzycę nie wjeżdżamy. Zupełnie nie warto – jest tak gęsta mgła, że nie widać prawie nic. Okulary trzeba co chwilę przecierać lub zsuwać z nosa.

Zlew, blat i czajnik oraz wkłady do zniczy
Na dziś zaplanowaną mamy wizytę w Szymbarku. Wielką atrakcją jest tu dom ustawiony do góry nogami. Kiedy podjeżdżamy na miejsce, okazuje się, że cały obiekt jest jeszcze nieczynny. Słynny dom schowany jest za wysokim ogrodzeniem. Nie widać nic. Nieczynna jest również hotelowa restauracja. Nawet herbaty się zatem nie napijemy! Zawiedzeni jedziemy dalej. Po drodze mijamy czynny sklep – cieszę się z tego
bardzo. Wchodzimy do środka i kupuję sok. Wreszcie mam coś do picia o temperaturze nie 8`C, a pokojowej :). Krzysztof – jako ten znacznie bardziej spostrzegawczy - zauważa, że sklepik ma wydzieloną część… kuchenną. Jest tu zlew, blat i czajnik. Pyta ekspedientkę, czy możemy u niej kupić trochę gorącej herbaty. Pani jest bardzo miła i chętnie przygotowuje nam ciepły napój. Na stolik adaptujemy sobie regał z wkładami do zniczy. Ustawiamy na nim kubek z herbatą oraz kanapki i kupione tu ciasto drożdżowe.

Na zamówienie
Murowana atrakcja nr 1, czyli dom zawiodła. Pojawia się za to atrakcja zupełnie niespodziewana – w Garczynie przejeżdżamy obok hodowli strusi afrykańskich. Wstęp jest płatny, jednak my podchodzimy nieco z boku i patrzymy na strusie przez siatkę. Ptaszyska okazują się bardzo towarzyskie – już po chwili całe stado maszeruje w naszą stronę i możemy je oglądać zupełnie z bliska. Drugą planowaną atrakcją tego dnia jest wizyta w Polskich Ogrodach Ozdobnych we Franku. Tu, podobnie jak w Szymbarku, czeka nas rozczarowanie. Ogrody są zamknięte. Listopad. I gdy już jesteśmy jakieś 20km od Śliwic i nie liczymy na żadne niespodzianki, trafiamy na bardzo ciekawą ekspozycję. Ktoś z pomysłem zagospodarował trawiastą dróżkę do swojego domu ustawiając na niej wykonane z drewna postacie oraz tabliczki z zabawnymi napisami. Kiedy kończymy już powoli jazdę, mgła znika. Na chwilę wychodzi nawet słońce. To zupełnie niesamowite – jest tak jak gdyby cała ta gęsta mgła przez te 3 dni była w tej okolicy na moje specjalne zamówienie.

Mapa

Fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...

Kociewie i Kaszuby 2

Poniedziałek, 10 listopada 2014 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 97.37 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 762m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Rano idziemy na śniadanie. Śniadanie w tym Seminarium warte jest grzechu. To dla niego tu nocowaliśmy :).

To co dobre
Wiemy dokładnie czego możemy się spodziewać, bo nie jest to nasz pierwszy nocleg tutaj. Zawodu nie doznajemy: na stole pojawia się bardzo wyczekiwany przeze mnie biały serek, którego smak tak bardzo zapadł mi w pamięć po ostatniej wizycie. Są też pyszne powidła. Apetyty nam dopisują i zjadamy wszystko ze smakiem. To co dobre niestety szybko się kończy. Pora wrócić do mglistej rzeczywistości. Gdy tylko otwieramy drzwi wyjściowe, zauważam, że kamienne schody całe są mokre. Pada? Jak to? Miało nie być deszczu! Deszcz to może zbyt mocno powiedziane – jest to gęsta mżawka.

Rogalik poznański
Sporo jedziemy terenem. Pierwszy dłuższy postój robimy na ciekawym, dość stromym, rynku w Skarszewach. W cukierni, do której wchodzimy załapujemy się nawet na ostatniego „rogalika poznańskiego”. Słodkości sobie nie odmawiamy, ale żeby trochę ją przełamać, bierzemy też kawę. Mój niefart trwa – pani zza lady myli się i zamiast kawy podaje mi gorącą czekoladę ;). Im bliżej Kartuz, tym mżawka mniej dokucza. Powraca za to gęsta mgła. Za Egiertowem wjeżdżamy na szosę nr 224. Nie jest tu zbyt przyjemnie – ruch jest spory. Poza tym jesteśmy przecież na rowerach MTB. W związku z tym domagam się terenu. Moje prośby zostają wysłuchane i już po chwili uciekamy z asfaltu w piękny las.

Dziwny przypadek
Kiedy w końcu docieramy do Kartuz, dzwonię do michała. Może uda się spotkać? Niestety nie udaje mi się dodzwonić. Do zapadnięcia zmroku mamy niewiele ponad 2 godzinki. Szybko podejmujemy decyzję, by jechać do Łapalic, gdzie czeka na nas największa atrakcja wyjazdu - ZAMEK. Szosa Kartuzy – Łapalice jest fatalna: ruch bardzo duży, a do tego wąsko i bez pobocza. Nie jedzie się tu przyjemnie. Na szczęście nie trwa to długo – po kilku kilometrach odbijamy w boczną szosę. Przez chwilę można się zastanawiać, czy może przez jakiś dziwny przypadek trafiliśmy w góry. Najpierw jest zjazd z nachyleniem dochodzącym do 10%, potem podjazd z nachyleniem maksymalnym 11%. Tak, tak – wszystko to niestety twardo mielę ze średniej tarczy, w duchu przeklinając moją przednią przerzutkę.

Jeden nieostrożny ruch
No i w końcu jesteśmy pod zamkiem w Łapalicach. Obiekt jest wprost fantastyczny, zaprojektowany i zbudowany z rozmachem. Gdyby nie to, że budowla jest nielegalna, nieukończona i pozostawiona w stanie surowym otwartym, śmiało by można stwierdzić, że jest to największa atrakcja na Kaszubach. A tak? Próżno szukać informacji o nim w przewodnikach. Nikt nie napisze, że to architektoniczna perełka, warta tego by ją zobaczyć na własne oczy. Jednak mimo to… zwiedzających nie brakuje. A przecież to listopad. Wchodzimy przez potężną bramę i od razu otwiera się wspaniały widok na bryłę zamku. To tylko zaostrza apetyt na więcej - by wejść do środka, pospacerować po wnętrzu. Piorunujące wrażenie robi zamkowa kaplica. W zamku dużo jest okien i schodów. Żadnych barierek, żadnych szyb. Jeden nieostrożny ruch i zwiedzanie może skończyć się źle.

Cicha noc
Z Łapalic wyjeżdżamy o szarówce. Wracamy do Kartuz. Oglądamy kościół z dachem w kształcie trumny i znajdujący się na jednej ze ścian zegar słoneczny z napisem „memento mori”. Robimy jeszcze małe zakupy i jedziemy szukać jakiejś pizzerii. Znajdujemy ją szybko – przy jednym z głównych skrzyżowań. Wnętrze jest przestronne, ludzi prawie nie ma. Obsługa bez żadnych problemów pozwala nam wnieść trochę ubłocone rowery do środka. Pizza jest pyszna. Siedzimy jeszcze chwilę nad mapami, a potem jedziemy (już po ciemku) na rynek. Kilka fotek i ruszamy w las szukać miejsca na rozbicie namiotu.
To cicha noc.
Nie słychać szumu drzew (nie wieje).
Nie słychać trzasku gałązek (gdzież te leśne zwierzęta?).
Nie słychać brzęczenia owadów (czy już zapadły w sen?).
Jest niewiarygodnie cicho.
Jest też kompletnie ciemno. To noc pełna chmur.

Mapa

Fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...


Kociewie i Kaszuby 1

Niedziela, 9 listopada 2014 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 124.69 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 606m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
W niedzielę, dzień po maratonie na orientację Szago, nie wracamy do domu. Zamiast tego pakujemy to co niepotrzebne do auta (które zostaje na przyszkolnym parkingu), natomiast to co potrzebne ładujemy do sakw i toreb. Z tego miejsca ruszamy na listopadowy długi weekend.

546
Długi weekend w listopadzie? Na rowerze? To dość dziwne, ale pogoda jest… idealna! Nie wieje, nie leje, jest chłodno ale znośnie-chłodno. Do tego jest mgła. Gęsta mgła, która spowija całą okolicę. Mgła, która skrapla się na gałęziach drzew, na naszych kaskach i kurtkach. Dziś już nigdzie nie trzeba się spieszyć. Pulsometr został w samochodzie, w uszach mam słuchawki z muzyką, a w kieszeni aparat fotograficzny, którego wręcz nadużywam (podczas trzech wyprawkowych dni robię aż 546 zdjęć!).
[Nie bać się! – Galeria nie będzie zrzutem z karty ;)].
W samych Śliwicach jest wreszcie czas by popatrzeć na podświetlaną fontannę. Jedziemy ponadto zobaczyć replikę groty z Lourdes oraz wystawiony na sprzedaż stary kościół ewangelicki. Jest zimno. Ledwie 1`C powyżej zera. Do tego ta mgła. Początkowo jedziemy szosą. Odwiedzamy Osieczną, a potem wjeżdżamy już w teren, w piękne Bory Tucholskie. We mgle jest tu wprost niesamowicie.

Cebula
Kasparus z drewnianymi domkami, podobnie jak Długie, przez które przejeżdżaliśmy podczas maratonu, wygląda niczym skansen. Ładnie tu. Szkoda tylko, że tak zimno. Wyziębić można się błyskawicznie, dlatego nie bawimy tu zbyt długo. Po przejechaniu niespełna 50km wpadamy na pierwszą napotkaną stację paliw. Oczywiście kawa i ciastka. Mam ochotę na jakąś kanapkę, ale wszystkie dostępne zawierają mięso, na które zupełnie nie mam apetytu. Mgła utrzymuje się cały czas. Jadąc po części szosą, po części terenem docieramy do Starogardu Gdańskiego. Tu, na rynku, idziemy na obiad. Wybieram zapiekane naleśniki z pieczarkami. Mój dzisiejszy pech do jedzenia trwa: dostaję swoje naleśniki i okazuje się, że to nie pieczarki są ich głównym składnikiem, a… cebula, której jeść przecież nie mogę! Zrezygnowana oddaję całą swoją porcję Krzysztofowi, a sama zadowalam się frytkami i herbatą. Marny to obiad.

Seminarium
Chwilę zastanawiamy się nad trasą. Planujemy zakończyć jazdę w Pelplinie. To dość blisko, więc aby wycisnąć jeszcze trochę z tego dnia, wymyślamy zrobienie łuku od południowej strony Starogardu i dopiero potem jazdę do Pelplina. Szarówka nastaje szybciej niż by się tego chciało. Ostatni terenowy fragment przed miasteczkiem robimy już w ciemnościach. Tu Krzysztof zamiast doświetlić mi trochę gruntową drogę, ucieka. Jadę przez to znacznie wolniej, trochę się bojąc władowania na jakiś kamień albo w dziurę. [Po ciemku widzę płasko]. W końcu docieramy do Pelplina. Robimy zakupy i jedziemy do Wyższego Seminarium Duchownego na zarezerwowany uprzednio nocleg.

Mapa (nagrała się tylko końcówka trasy).


Fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...


Szago

Sobota, 8 listopada 2014 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 105.09 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 514m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Na maraton na orientację SZAGO zapisuję się w ostatniej chwili. To w końcu listopad, pogoda może być wredna. Gdy prognozy robią się jednoznaczne, wpłacam startowe. Zapowiadana dobra pogoda oraz to, że całe zawody odbędą się za dnia dają nadzieję na dobry wynik. Tuż przed wyjazdem z domu oglądam jeszcze listę startową. Kobieca obsada jest mocna. Cóż, jeśli teren będzie trudny technicznie, to dziewczyny z pewnością mnie objadą i ustawią na ostatnim miejscu. Gdy w terenie pojawiają się trudności, jeżdżę raczej kiepsko. Jedynym moim atutem jest dobra wytrzymałość i umiejętność bardzo równego kręcenia. Wiem, że 100km (a tyle ma liczyć rajd) z pewnością mnie nie zmęczy.

Licha mżawka
Bazą rajdu jest szkoła w Śliwicach. Kiedy docieramy na miejsce, na sali gimnastycznej, gdzie nocujemy, jest prawie pusto. Witamy się z Jurkiem Ścibiszem i Asią Stanek. Rozpakowujemy się i idziemy spać. Rano przygotowania do startu przebiegają bardzo spokojnie – nie ma tłumów, nie trzeba czekać w kolejce po wrzątek, ani po odbiór rowerów. Nie ma żadnych kolejek. Jemy śniadanie, uczestniczymy w odprawie (spotykamy Turystę z Kubą oraz michała), odbieramy mapy. Wszystko odbywa się na sali gimnastycznej, w cieple. Muzyki na słuchawkach ze sobą nie biorę. Biorę za to bat, tj. pulsometr. Naprędce ustalamy kolejność zaliczania pierwszych punktów i wychodzimy ze szkoły. W powietrzu czuć wilgoć, ktoś coś gada o mżawce.
Doprawdy?
Jak dla mnie to coś jest zbyt liche, by nazwać to mżawką ;).

Woda sodowa
Z map wynika, że prawie wszystko co mamy do przejechania będzie trzeba zrobić w terenie. Szosowych przelotów nie sposób zaplanować, bo... szos tu nie ma. Po asfalcie udaje się zrobić jedynie początek. Krzysztof od razu wyrywa do przodu. Wprost przepięknie! Jest płasko, a ja na szosie muszę pracować sama. Wszystko wskazuje na to, że dzisiejsza jazda to będzie jedna wielka pogoń. Ale to nawet dobrze – w końcu to zawody. Byle tylko nie uciekał z zasięgu wzroku, bo to wybitnie demotywujące. Na pierwszym punkcie kontrolnym – pierwszy zgrzyt: wyjmuję aparat by zrobić fotkę. Krzysztof warczy, bym zamiast bawić się w fotografa, skupiła się na jeździe. Ma rację. Fukam więc symbolicznie i staram się więcej nie podpadać ;). W drodze na drugi punkt kontrolny, spotykamy jakąś grupę. Jeden z chłopaków woła do mnie: „O, Kot w środku lasu!”. Czy na tym polega sława? – Na byciu rozpoznawaną przez osoby, które widzę po raz pierwszy? Od razu woda sodowa uderza mi do głowy ;). Ale tylko na chwilę. Zaraz wracam na ziemię i jadę dalej.

Druga szansa
Najładniejszą wioską, przez jaką jedziemy jest Długie. Wygląda jak skansen. Ale to nie jest skansen, ani żadne muzeum – drewniane domki są zamieszkane. Jeden z nich jest tak ładny, że aż żal serce ściska, że nie ma czasu na foto... i wtedy Krzysztof zarządza zawrócenie o kilka chatek. Tamtą chatkę widzę zatem jeszcze raz. Cieszę się, bo przecież życie na ogół nie daje drugiej szansy. Nie pozwala wrócić do tego samego punktu, ani cofnąć chwili której się nie wykorzystało... Skręcamy w dróżkę między chatkami, przeprawiamy się pod podłączonym do prądu ogrodzeniem. Jedziemy chwilę przez łąkę i docieramy na wąski betonowy mostek, przy którym jest PK16.

Czerwona jesień
Gdy tak jedziemy przez lasy, z drzew spadają liście. W pewnym momencie widzę jak na Krzysztofa spada prawdziwy deszcz czerwonych liści. Liściany opad. Listopad.

Ziarno niepewności
Teren nie jest trudny. Sporo pisaków - podczas suszy jest tu zapewne prawdziwa masakra. Ale dziś te piaski nie są wysuszone. Niedawno padało. No i całe moje w tym szczęście! W drodze na PK18 mija nas wracająca stamtąd ekipa, jest tu chłopak, który rozpoznał we mnie Kota. Udaje mi się go w końcu odwirtualnić – to Darecki z BS. Pytają, czy planujemy przekraczać wpław rzekę. Na samą myśl mam dreszcze. Oczywiście nie mamy takich planów. Ziarno niepewności zostało jednak zasiane: co z tym punktem? Jest na drugim brzegu? Nie jest :). Perforujemy karty i chwilę myślimy nad ciągiem dalszym. Robię kilka fotek. Jem kawałek rogalika. Następny PK jest blisko PK18, ale blisko... w linii prostej. Aby tam dotrzeć, to trzeba albo przeprawić się przez rzekę, albo trochę nadłożyć. Nadkładamy i zaliczamy punkt.



Pośród młodych iglaków
Najcięższym do zaliczenia jest punkt na nieczynnym wiadukcie kolejowym (PK15). Dojazd to paskudna droga. Piach jest grząski. Jadę z prędkością 10-12 km/h, tętno mam przy tym pod 160 uderzeń na minutę. To ciężka praca. Prawdziwa orka. Stop! Krzysztof patrzy na mapę – musimy kawałek zawrócić. Po tej samej wysysającej siły drodze. Co za ból! Ale jak trzeba, to trzeba. Zawracamy, potem docieramy do nieczynnego toru kolejowego. Nie ma tu żadnej drogi, wszystko pozarastane. Zaczyna się przełaj. Wędrujemy z rowerami przez wysokie, mokre trawy. Pośród młodych iglaków. Idziemy tak przez jakieś 800m. Trwa to bez końca. Wędruję (Krzysztof idzie szybciej, jest tak daleko przede mną, że go nie widzę) i myślę sobie, że nawet jeśli nieźle nam szło, to tym morderczym kawałkiem po grząskim piachu, a już zwłaszcza teraz, tym spacerem – kładziemy wynik... Gdy tak idę widzę, że po drugiej stronie toru jedzie ekipa Dareckiego. A więc tam musi być jakaś ścieżka. Nie kombinuję jednak z przechodzeniem przez tor. Idę twardo za Krzysztofem. W końcu docieramy na punkt. (Ekipa Dareckiego nadal tu jest). Darecki robi mi fotki. Robi mi pełno fotek. Nie tylko na tym punkcie, ale też w wielu innych miejscach, gdzie się tasujemy.

Pycha
Mimo dużej straty czasu na dotarcie na PK15, nie odpuszczamy. Nadal patrzę na pulsometr, który jest moim batem. Gdy tętno za bardzo spada, przyspieszam. Wszystkie podjazdy robię ze średniej tarczy. Ale to nie pycha nakazuje mi tak twardą jazdę, a nie do końca działająca przerzutka przednia – łańcuch nie chce spaść na małą zębatkę. Trudno. Satysfakcję odczuwam, gdy jadę w ten sposób podjazdy, które inni wprowadzają. Sama podbiegam tylko raz – jest tam 18% nachylenia i piach. Jak na mnie i moją średnią tarczę z przodu – jednak trochę za dużo ;).

Forsa
Z pewnością bardzo mile będę wspominała PK7. Gdy tam docieramy, znajduję leżący na ziemi banknot 10zł. Czas zaczyna się kurczyć, planujemy odpuścić więc zaliczenie PK5 i jechać już prosto do mety. Dojazd idzie nam jednak szybko – teren nie jest trudny – w końcówce wpada też trochę szosy i wtedy pojawia się myśl, by PK5 jednak zrobić. To jedynie 500m odbicia w teren i 500m powrotu do szosy. Rzutem na taśmę zaliczamy zatem PK5 i pędzimy do mety. Wpadamy na nią z bezpiecznym, kilkuminutowym, zapasem czasu. Kilka minut po nas meldują się Turysta i Kuba.

Pierwsza!
Zjadamy posiłek regeneracyjny (dobry bigos i bułeczki) oraz pijemy mocną kawę. Potem idziemy oglądać wyniki. Okazuje się, że poszło nam świetnie – wśród dziewczyn zajęłam pierwsze miejsce! Otrzymuję dyplom i puchar. Mogę sobie nawet wybrać nagrodę – wybieram biało-czerwony kask.

Zaliczone punkty kontrolne: 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20, 21.
Ilość zaliczonych punktów kontrolnych: 17/21
Ilość zdobytych punktów wagowych: 46/53
Zajęte miejsce: 1/6
Średnie tętno: 142
Tętno maksymalne: 181

Mapa


Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...

Praca

Piątek, 7 listopada 2014 Kategoria do 50
Km: 35.07 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 158m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Rano w deszczu.

Praca

Czwartek, 6 listopada 2014 Kategoria do 50
Km: 35.36 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 139m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Praca

Środa, 5 listopada 2014 Kategoria do 50
Km: 35.07 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 151m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Praca

Wtorek, 4 listopada 2014 Kategoria do 50
Km: 39.52 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 173m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Praca

Poniedziałek, 3 listopada 2014 Kategoria do 50
Km: 35.54 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 158m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Mgliste przełaje (Poznań - Okonek)

Niedziela, 2 listopada 2014 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 213.82 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 744m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
5:00 rano to ponoć nie jest już noc. Jednak gdy w listopadową niedzielę budzik dzwoni o tej właśnie godzinie, za oknem jest ciemno jak... w środku nocy. Jem śniadanie, czytam Internet i zbieram się do wyjazdu. Gdy wychodzę z domu, jest głęboka szarówka i gęsta mgła. Poranek (jak na listopad) ciepły, ale mimo to odczuwam dotkliwy ziąb – wszechobecna wilgoć sprawia, że nie jest zbyt przyjemnie. Co chwilę przecieram okulary – osiada na nich mgła.

Za zasłoną
Mgła jest taka, że chwilami widać drogę jedynie na jakieś 20-30m przed przednim kołem. Zastanawiam się nawet czy nie wrócić do domu. Niby z tyłu mrugają mi aż 2 silne lampki, ale i tak poczucie bezpieczeństwa mam średnie. Czy na pewno mnie widać? Widać – samochodów jest mało, ale jak już jadą, to mijają szerokim łukiem. No to pojadę jeszcze kawałek :). Aż do Kuszewa jadę znaną mi bardzo dobrze wylotówką na północ. Tyle razy tędy jechałam, w różnych warunkach: w deszczu, w słońcu, pod wiatr, za dnia i po ciemku też. Zatem i mgła gęsta jak mleko mi nie przeszkadza. Ten kawałek znam na pamięć. Nie muszę go oglądać. Wiem co kryje się za białą zasłoną.


Nawet pieszo
W Kuszewie odbijam na Skoki. Tej drogi już nie znam. Niewiele widać. Od dawna jest jasno, ale mgła skutecznie skrywa wszystko. Wiem tylko, że nawierzchnia jest chropowata i jest lekko pod górę. To wszystko. W samych Skokach mgła jest dużo mniejsza. Robię kilka fotek i jadę dalej. Za miastem wraca biała ściana. Cóż, wygląda na to, że jak tak dalej pójdzie, to całą trasę przejadę z włączonymi lampkami. W Budziszewku w nogach mam już 60 km. Jestem nieco głodna. Pod wiatą przystankową jem kawałek marcińskiego rogala. Niedługo osiągam Studzieniec i tu szosa się kończy, przechodząc w grunt. Projektując trasę wiedziałam o tym 3km fragmencie. Nie jest to więc żadne zaskoczenie. Zapas czasu mam taki, że ów fragment mogę pokonać nawet pieszo. Nawierzchnia na początku jest zupełnie przyzwoita i daję radę jechać. Niemiłą niespodzianką są ślady po „utwardzaniu” gruzem. Raz po raz nadziewam się na wystające z ziemi ostre fragmenty. Szczęśliwie żadnej gleby, ani kapcia nie zaliczam. Jazdę odpuszczam na jakieś 600 m przed końcem drogi – tu zamiast utwardzenia jest kopny piach. Po wykonaniu kilku efektownych zygzaków, zsiadam i idę. Prawdziwy przełajowiec by wziął rower na plecy i pobiegł, ale mi do prawdziwego przełajowca bardzo daleko ;).

Milcz!

Mgła cały czas nie odpuszcza, lecz widoczność jest już dużo lepsza niż wcześnie rano. Drogi, którymi jadę są prawie zupełnie puste. W ten sposób docieram aż do Chodzieży. Sennie tu i bardzo spokojnie. Można mieć wrażenie, że wszyscy stąd uciekli. Jazda idzie mi dobrze i gdy przeliczam czas wychodzi, że w Okonku będę musiała długo czekać na pociąg. Zastanawiam się co będę robiła gdy już dotrę, przecież tam nic nie ma! Dalej jadę przez miejscowość o zabawnej nazwie: Milcz. Droga opada w dolinę Noteci bardzo łagodnie. Na rzece przebiega granica między powiatami chodzieskim i pilskim.

Nic, tylko pole

Kawałek za Śmiłowem po raz drugi ładuję się w teren. Tego terenu nie planowałam. Niestety nie całą trasę przeklikałam pod kątem „czy na pewno jest tu szosa” i teraz mam za swoje. Zaczyna się niewinnie od szerokiej, ubitej gruntówki. Potem jest to polna droga. Po horyzont nic, tylko pole. Wylatuje za mną kilka burków, ale zamiast atakować, są raczej zdziwione, że ktoś tu zawitał. Podbiegają i patrzą nieufnie. Po 2 km pole się kończy i zaczyna się las. Droga momentami jest fatalna i zupełnie do jazdy na wąskich oponach się nie nadaje (błoto i kamienie pod liśćmi) i tak przez jakieś 3km trochę idę, trochę jadę. Gdy las się kończy, znowu mam przed sobą polną drogę. Prawdziwy przełaj! Tracę powoli nadzieję, czy dziś jeszcze w ogóle zobaczę szosę i cieszę się z dużego zapasu czasu. Już nie zamartwiam się wizją wynudzenia się w Okonku w oczekiwaniu na pociąg. Teraz myślę o tym, czy w ogóle na niego zdążę!

BMW i Garmin
No ale w końcu jest jakaś wieś - to Mościska i wreszcie szosa! Miejscowi patrzą na mnie - wyjeżdżającą z pola na rowerze, który wygląda jak szosówka - niczym na wariatkę. Cóż... Po raz trzeci (i ostatni) GPS próbuje mnie wyprowadzić w pole tuż przed Krajenką. Tym razem jednak udaje mi się znaleźć szosowy objazd terenu ;). GPS (na znak protestu?) wypina się z mocowania i spada na ulicę. Zatrzymuję się, odwracam i widzę jak jadące za mną BMW jedzie wprost na mojego Garmina! Krzyczę, macham rękoma, pokazuję na drogę i kierowca chyba zauważa leżącego Garmina, bo go omija. Ufff.... co za ulga. Mocuję go z powrotem i wtedy wyczuwam, że to wszystko luźno sobie lata. Mocowanie się wyrobiło. Za pomocą taśmy izolacyjnej zabezpieczam całość.

Swój własny głos
W Krajence, na 158 km trasy, mijam pierwszą dziś stację paliw. Z czasem jest w miarę, poza tym mam ogromną ochotę na kawę. Tak, to pora na przerwę kawową! Chłopak z obsługi zagaduje mnie. Po tylu kilometrach, gdzie nie było do kogo ust otworzyć, dziwnie jest usłyszeć swój własny głos ;). Pyta skąd i dokąd jadę oraz czy zawsze jeżdżę sama. Uśmiecha się potem i stwierdza, że chętnie by był moim towarzyszem, ale niestety na trasę tak długą jak Poznań – Okonek by nie miał sił. Gadamy jeszcze chwilę. Delektuję się kawą. Jest mocno ciepła i odpowiednio gorzka. Z Krajenki do Okonka jest niecałe 50km. W Jastrowiu robię kilka fotek (żałuję potem, że nie zabawiłam tu chwilę dłużej, bo jest tu chyba ciekawiej niż w samym Okonku). W Pniewie zatrzymuję się nad jeziorem. Jest bardzo spokojnie i bardzo szaro. Do Okonka już tylko 10km. No i w końcu jestem u celu! Jeszcze objazd miejscowości (niczego ciekawego tu nie znajduję) i udaję się na dworzec kolejowy, gdzie kończę tę mglistą, przełajową wycieczkę.

Mapa:

Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...


kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum