Wpisy archiwalne w miesiącu
Październik, 2014
| Dystans całkowity: | 2365.45 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 20:33 |
| Średnia prędkość: | 20.27 km/h |
| Suma podjazdów: | 9584 m |
| Liczba aktywności: | 30 |
| Średnio na aktywność: | 78.85 km i 10h 16m |
| Więcej statystyk | |
Praca
Wtorek, 21 października 2014 Kategoria do 50
| Km: | 49.79 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 216m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Do pracy w ciemnościach, chłodzie, wietrze i deszczu. Powrót już lepszy.
Praca
Poniedziałek, 20 października 2014 Kategoria do 50
| Km: | 35.83 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 150m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzień z wiatrem w roli głównej. W drodze powrotnej ulewa, potem zwykły deszcz.
Masakra
Niedziela, 19 października 2014 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
| Km: | 242.47 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 10:58 | km/h: | 22.11 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 945m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Masakrować się można na wiele sposobów. Można spróbować np.
tak:
1. Pojechać długi maraton na orientację na WYNIK, a następnego dnia...
2. Pojechać samotnie 240 km pod wiatr, nie będąc zdrową.
Plany
W niedzielę po Harpaganie budzik dzwoni o 6:00. Wraz z Krzysztofem i Werroną69 jem śniadanie. Potem żegnam się z Ewą i Magdą i wsiadam na szosówkę. Ruszyć miałam o 7:00, ale łapię małe opóźnienie i startuję 7:20. Od wczoraj czuję się niespecjalnie. Mimo to – wczoraj udało mi się przecież wykręcić znakomity wynik. Wierzę więc w to, że dzisiejsza jazda do domu pod wiatr też pójdzie dobrze. Pierwsze kilometry weryfikują jednak moje plany. Plan maksymalny zakładał pełen dojazd z bazy Harpagana do domu (około 240 km), natomiast skrócony – dojazd rowerem do Gołańczy (około 150 km) i stamtąd do domu pociągiem. Mam spisane godziny odjazdu pociągów i po nieciekawym początku jazdy już wiem, że z tego skorzystam - dochodzę do wniosku, że mój stan zdrowia nie pozwala na wersję maksymalną.
Poza prawem
W drodze do Chojnic orientuję się, że nie zabrałam ze sobą telefonu. Nieciekawie. W razie jakiegokolwiek większego problemu, do nikogo nie będę mogła zadzwonić. Modlę się, by spotkać po drodze jadącego autem Krzysztofa. Telefon na pewno jest w którejś z toreb. Spotykamy się za Brusami, kawałek za brukowanym odcinkiem przez miasto. Mam z powrotem mój telefon. Jazda do Chojnic jest mało przyjemna. Czuję się dość źle, wieje w twarz (coraz mocniej wieje), a do tego pełno tu ścieżek rowerowych. Ruch na szosie duży nie jest, ale prawie każdy kierowca wściekle na mnie trąbi, jeden nawet specjalnie zwalnia, otwiera szybę i krzyczy. A te ścieżki to prawdziwe utrapienie. Jechać długiej trasy szosówką się po tym po prostu nie da: co chwilę jakieś zjazdy do posesji, piach, krawężniki, odcinki szutrowe, warstwa mokrych liści. Można jechać ale z wioski do wioski komunikacyjnie i na pewno nie szosówką. Mimo trąbienia, tnę więc uparcie szosą.
Słodki uśmiech
W Chojnicach mijam stację Orlenu. To dopiero 50 km trasy, a ja już czuję, że potrzebuję kawy. Normalnie piję po pierwszej setce. Jednak głowa boli mnie dość mocno i czuję, że to nie ma sensu się tak katować. Szybka decyzja – piję kawę już teraz. Stacja jest duża. Wprowadzam rower do przedsionka. Facet z obsługi mówi, że na zewnątrz są stojaki i mogę go przypiąć. Robię pewną siebie minkę i oświadczam mu, że nie mam zapięcia i w związku z tym zostawię jednak rower tutaj. Facet nie jest zachwycony, ale ja zamiast dyskutować posyłam mu słodki uśmiech, po czym zamawiam kawę. Niczym kot siadam na kamiennym parapecie. Przez szybę miło przygrzewa słoneczko. Przez szybę nie czuć wiatru. Piję, jem 1/3 babki mandarynkowej i jadę dalej.
Barwy i zapachy
Za Chojnicami ulga – koniec ścieżek, szosa już zupełnie inna, jeszcze bardziej pusta. Widoki są świetne. To słoneczny dzień. Kolory jesieni są takie piękne. Wiatr zrywa żółte i czerwone liście z drzew. Spada na mnie deszcz liści. Piękne są też jesienne zapachy: zaoranej ziemi, skoszonej kukurydzy, kwitnącej gorczycy, lasu, opadłych liści.... W Więcborku na liczniku mam 95 km. Czuję się źle, do tego cały czas centralnie wieje w twarz. Od wypicia kawy ujechałam ledwie 45 km. Na następną kawę za wcześnie, no to na stacji biorę herbatkę owocową. Dziewczyna z obsługi pyta jak daleko jadę. (Widać to jakoś po mnie? Mam może na plecach napis: „jadę daleko”?). Mówię, że nie aż tak daleko – z Lipusza do Gołańczy 150 km. Dziewczyna jest w szoku, że można rowerem jechać tak daleko. Herbata jest gorąca, mam czas na chwilę pogawędki.
33 kilometry
Od Więcborka planuję już bez postojów dojechać do Gołańczy na pociąg do Poznania, który odjeżdża o 15:29.
Tuż po przekroczeniu DK10 mijam tablicę z napisem „Gołańcz 33”.
Jak to?
Aż 33 kilometry??
Niemożliwe, miały być 23!!
Mści się na mnie niedokładne rysowanie trasy – zamiast wyznaczać dokładnie z zakrętami, zaznaczałam długie proste krechy, którymi „pościnałam” łącznie na odcinku Lipusz – Gołańcz aż 10 km! Szlag by to trafił. Do pociągu mam równą godzinę. Oczywiście cały czas pod wiatr i cały czas z fatalnym samopoczuciem. Pozamiatane – na pociąg nie zdążę. Mam ochotę się rozpłakać.
Myśli w mojej głowie
Jadę prawie aż do Gołańczy, kilka km przed miasteczkiem siadam na przystanku i jem babkę. Niewesoło mi. Z Gołańczy do domu mam około 90 km, a następny pociąg dopiero o 19:40. Nie warto czekać. Jechać rowerem? Czuję się źle i taka perspektywa wcale mnie nie cieszy. Myśli mam różnorakie. Np. takie by zadzwonić do rodziny i poprosić o zwiezienie z trasy. Taka rąbanka po wyścigu pod wiatr zdrowego by mogła pokonać, a co dopiero chorego! Jednak z jakiej racji mam komuś zabierać niedzielne popołudnie tylko dlatego, że popełniłam gruby błąd projektując trasę i niedoszacowując dystansu do Gołańczy? No to wlekę się do domu. To prawdziwa mordęga. Wiatr wieczorem nie słabnie nic a nic. Stan zdrowia też nie poprawia się ani o jotę. Z jednej strony cieszę się, że jestem tu sama. Że nikogo nie masakruję tą trasą i, że nikt nie musi mnie oglądać w tak fatalnym stanie. Z drugiej strony.... desperacko nie chcę być sama. Jeśli zdrowie zupełnie mi padnie, to nikt mi przecież nie pomoże...
Bono
Gdy docieram do Jabłkowa jest już głęboka szarówka i wkrótce robi się ciemno. W szarówce i ciemności pokonuję jakieś 50 km. Po zachodzie słońca robi się chłodniej, a wiatr wychładza jeszcze bardziej. MP3 chyba sobie ze mnie żarty stroi. Jest zupełnie ciemno, a tu Bono coś śpiewa o pięknym dniu :). A potem jest jeszcze lepiej: „...it`s gonna be bright sunshiny day...” Może i zapowiada się piękny, słoneczny dzień ale to już na pewno nie dzisiaj ;). Zakładam wiatrówkę. Kolejne miejscowości, coraz bliżej domu. W ciemności przez pola, czy przez las? Wybieram las. No i w końcu kończę tę straszną trasę. Jestem w domu. Odstawiam rower z prawdziwą ulgą. Jestem porządnie zmasakrowana.
Trasa:
Fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
1. Pojechać długi maraton na orientację na WYNIK, a następnego dnia...
2. Pojechać samotnie 240 km pod wiatr, nie będąc zdrową.
Plany
W niedzielę po Harpaganie budzik dzwoni o 6:00. Wraz z Krzysztofem i Werroną69 jem śniadanie. Potem żegnam się z Ewą i Magdą i wsiadam na szosówkę. Ruszyć miałam o 7:00, ale łapię małe opóźnienie i startuję 7:20. Od wczoraj czuję się niespecjalnie. Mimo to – wczoraj udało mi się przecież wykręcić znakomity wynik. Wierzę więc w to, że dzisiejsza jazda do domu pod wiatr też pójdzie dobrze. Pierwsze kilometry weryfikują jednak moje plany. Plan maksymalny zakładał pełen dojazd z bazy Harpagana do domu (około 240 km), natomiast skrócony – dojazd rowerem do Gołańczy (około 150 km) i stamtąd do domu pociągiem. Mam spisane godziny odjazdu pociągów i po nieciekawym początku jazdy już wiem, że z tego skorzystam - dochodzę do wniosku, że mój stan zdrowia nie pozwala na wersję maksymalną.
Poza prawem
W drodze do Chojnic orientuję się, że nie zabrałam ze sobą telefonu. Nieciekawie. W razie jakiegokolwiek większego problemu, do nikogo nie będę mogła zadzwonić. Modlę się, by spotkać po drodze jadącego autem Krzysztofa. Telefon na pewno jest w którejś z toreb. Spotykamy się za Brusami, kawałek za brukowanym odcinkiem przez miasto. Mam z powrotem mój telefon. Jazda do Chojnic jest mało przyjemna. Czuję się dość źle, wieje w twarz (coraz mocniej wieje), a do tego pełno tu ścieżek rowerowych. Ruch na szosie duży nie jest, ale prawie każdy kierowca wściekle na mnie trąbi, jeden nawet specjalnie zwalnia, otwiera szybę i krzyczy. A te ścieżki to prawdziwe utrapienie. Jechać długiej trasy szosówką się po tym po prostu nie da: co chwilę jakieś zjazdy do posesji, piach, krawężniki, odcinki szutrowe, warstwa mokrych liści. Można jechać ale z wioski do wioski komunikacyjnie i na pewno nie szosówką. Mimo trąbienia, tnę więc uparcie szosą.
Słodki uśmiech
W Chojnicach mijam stację Orlenu. To dopiero 50 km trasy, a ja już czuję, że potrzebuję kawy. Normalnie piję po pierwszej setce. Jednak głowa boli mnie dość mocno i czuję, że to nie ma sensu się tak katować. Szybka decyzja – piję kawę już teraz. Stacja jest duża. Wprowadzam rower do przedsionka. Facet z obsługi mówi, że na zewnątrz są stojaki i mogę go przypiąć. Robię pewną siebie minkę i oświadczam mu, że nie mam zapięcia i w związku z tym zostawię jednak rower tutaj. Facet nie jest zachwycony, ale ja zamiast dyskutować posyłam mu słodki uśmiech, po czym zamawiam kawę. Niczym kot siadam na kamiennym parapecie. Przez szybę miło przygrzewa słoneczko. Przez szybę nie czuć wiatru. Piję, jem 1/3 babki mandarynkowej i jadę dalej.
Barwy i zapachy
Za Chojnicami ulga – koniec ścieżek, szosa już zupełnie inna, jeszcze bardziej pusta. Widoki są świetne. To słoneczny dzień. Kolory jesieni są takie piękne. Wiatr zrywa żółte i czerwone liście z drzew. Spada na mnie deszcz liści. Piękne są też jesienne zapachy: zaoranej ziemi, skoszonej kukurydzy, kwitnącej gorczycy, lasu, opadłych liści.... W Więcborku na liczniku mam 95 km. Czuję się źle, do tego cały czas centralnie wieje w twarz. Od wypicia kawy ujechałam ledwie 45 km. Na następną kawę za wcześnie, no to na stacji biorę herbatkę owocową. Dziewczyna z obsługi pyta jak daleko jadę. (Widać to jakoś po mnie? Mam może na plecach napis: „jadę daleko”?). Mówię, że nie aż tak daleko – z Lipusza do Gołańczy 150 km. Dziewczyna jest w szoku, że można rowerem jechać tak daleko. Herbata jest gorąca, mam czas na chwilę pogawędki.
33 kilometry
Od Więcborka planuję już bez postojów dojechać do Gołańczy na pociąg do Poznania, który odjeżdża o 15:29.
Tuż po przekroczeniu DK10 mijam tablicę z napisem „Gołańcz 33”.
Jak to?
Aż 33 kilometry??
Niemożliwe, miały być 23!!
Mści się na mnie niedokładne rysowanie trasy – zamiast wyznaczać dokładnie z zakrętami, zaznaczałam długie proste krechy, którymi „pościnałam” łącznie na odcinku Lipusz – Gołańcz aż 10 km! Szlag by to trafił. Do pociągu mam równą godzinę. Oczywiście cały czas pod wiatr i cały czas z fatalnym samopoczuciem. Pozamiatane – na pociąg nie zdążę. Mam ochotę się rozpłakać.
Myśli w mojej głowie
Jadę prawie aż do Gołańczy, kilka km przed miasteczkiem siadam na przystanku i jem babkę. Niewesoło mi. Z Gołańczy do domu mam około 90 km, a następny pociąg dopiero o 19:40. Nie warto czekać. Jechać rowerem? Czuję się źle i taka perspektywa wcale mnie nie cieszy. Myśli mam różnorakie. Np. takie by zadzwonić do rodziny i poprosić o zwiezienie z trasy. Taka rąbanka po wyścigu pod wiatr zdrowego by mogła pokonać, a co dopiero chorego! Jednak z jakiej racji mam komuś zabierać niedzielne popołudnie tylko dlatego, że popełniłam gruby błąd projektując trasę i niedoszacowując dystansu do Gołańczy? No to wlekę się do domu. To prawdziwa mordęga. Wiatr wieczorem nie słabnie nic a nic. Stan zdrowia też nie poprawia się ani o jotę. Z jednej strony cieszę się, że jestem tu sama. Że nikogo nie masakruję tą trasą i, że nikt nie musi mnie oglądać w tak fatalnym stanie. Z drugiej strony.... desperacko nie chcę być sama. Jeśli zdrowie zupełnie mi padnie, to nikt mi przecież nie pomoże...
Bono
Gdy docieram do Jabłkowa jest już głęboka szarówka i wkrótce robi się ciemno. W szarówce i ciemności pokonuję jakieś 50 km. Po zachodzie słońca robi się chłodniej, a wiatr wychładza jeszcze bardziej. MP3 chyba sobie ze mnie żarty stroi. Jest zupełnie ciemno, a tu Bono coś śpiewa o pięknym dniu :). A potem jest jeszcze lepiej: „...it`s gonna be bright sunshiny day...” Może i zapowiada się piękny, słoneczny dzień ale to już na pewno nie dzisiaj ;). Zakładam wiatrówkę. Kolejne miejscowości, coraz bliżej domu. W ciemności przez pola, czy przez las? Wybieram las. No i w końcu kończę tę straszną trasę. Jestem w domu. Odstawiam rower z prawdziwą ulgą. Jestem porządnie zmasakrowana.
Trasa:
Fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Harpagan 48 - Lipusz - TR200
Sobota, 18 października 2014 Kategoria do 200, Kocia czytelnia
| Km: | 174.17 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 09:35 | km/h: | 18.17 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1125m | Sprzęt: Terenówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Piątkowy dojazd na jesiennego Harpagana jest nieciekawy.
Jedziemy autem. Na początku pada deszcz, potem jest mgła. Szybko też robi się
ciemno. Niedaleko przed Kcynią Krzysztof zauważa, że zaczyna grzać się silnik
samochodu. Jest coraz gorzej, więc dojazdu do Kcyni (8 km) nie ryzykujemy.
Zatrzymujemy się pod pierwszym napotkanym domem. Wysiadam i proszę o wodę.
Dolewamy do chłodnicy wody i jedziemy. W Kcyni kupujemy płyn do chłodnic. Chłodnica musi być porządnie nieszczelna, bo widać jak kapie spod maski. Jakby
tego było mało, 3 km przed Więcborkiem tuż przed maskę wybiega nam duży dzik.
Nie mamy szans wyhamować, ani go ominąć. Na szczęście szosa jest pusta,
Krzysztof lekko odbija, ale i tak uderzamy w dzika. Zatrzymujemy się. Rozbity
reflektor. Dzik leży w rowie, jeszcze żywy. Dzwonię na 112 aby zgłosić tego
dzika. Proszę, aby się pospieszyli, bo on przecież żyje. Dalsza podróż już bez
sensacji. Na miejscu spotkanie z Ewą i Magdą, które zajęły nam miejsce na sali
(Ewa po raz pierwszy na Harpaganie - razem z Magdą i dwoma kolegami, którzy
mają za sobą kilka startów w tej imprezie - pojedzie jutro TR100). Tym razem
sala jest duża. Sporo miejsc jest wolnych. Odbieramy pakiety startowe, trochę
jeszcze gadamy i idziemy spać.
Wredna małpa
Rano wstajemy bardzo wcześnie. Jemy śniadanie i szykujemy się do startu. Zaczynamy od spóźnienia na rozdanie map. Pięknie po prostu! A przecież chcieliśmy jechać na wynik :-|. Po pobraniu map szybko myślimy nad trasą. Mamy nieco inne pomysły, ostatecznie daje się je jednak pogodzić. Niedługo po starcie podczepia się do nas jakiś chłopak. Coś tam nawet gada, że pojedzie z nami. Zachwycona nie jestem. Stosunek do pijawek mam bardzo konkretny. Jedziemy tak kawałek, gdy pada mi lampka. Krzysztof ma baterie, krzyczę więc do niego, by się zatrzymał. Zatrzymuje się. Przystaje również ten chłopak. No nie! Klasyczna pijawka! Co tu kryć – jestem wściekła. Nie idzie nam: najpierw spóźnienie, teraz zabawa z lampką, a ten tu stoi i czeka jak na cud jakiś. Bez ogródek mówię mu, że nie musi czekać. Gdy ten łagodny komunikat nie dociera, odpalam wprost, że jedziemy we dwójkę, a nie we trójkę i nie ma na nas czekać, bo my nie chcemy jechać we troje. Tak ostre postawienie sprawy daje już efekt. Pewnie sobie ten chłopak pomyślał o mnie wszystko co najgorsze. No ale trudno.
Łamaga
Do pierwszego punktu docieramy w małym tłoku – dużo osób też zaczyna od PK15.
Na dojeździe ktoś zagaduje mnie: Kot?
W tej szarówce nie poznaję i odpowiadam: tak, a ty kto?
On na to: Stasiej!
Chwilę gadamy o tym kto komu dołoży tym razem ;).
Punkt jest w znacznym obniżeniu terenu. Trzeba zejść po skarpie. Chodzenie od stromiznach nigdy nie było moją specjalnością. Krzysztof łapie mnie więc za rękę i pomaga zejść. Chłopak z obsługi punktu pyta, czy z moimi nogami wszystko jest ok. Jak najbardziej ok. Tyle, że ja po prostu łamagą jestem. To wszystko. Punkt ma klimacik – jeszcze głęboka szarówka, a w obniżeniu terenu mały namiot i ognisko. Ładnie to wygląda.
Dywan
Jedziemy dalej na północ do PK19. Punkt jest na plaży, nad jeziorem Kotynia. Jest szaro, a wody jeziora są bardzo spokojne. Na małe molo wchodzi jeden z zawodników razem z rowerem. Robię fotkę. Kolejne punkty: PK7 – na krańcu jez. Mausz i PK9 – na rozwidleniu dróg w Czarnej Dąbrowie, wchodzą szybko. Nawigacja Krzysztofa jest bezbłędna. Idzie wprost świetnie. Przed nami długi przelot szosowy. Mijamy Studzienice, jeszcze kawałek pędzimy szosą i zjeżdżamy w teren. PK18 w Skoszewie na polanie nadjeziornej pada naszym kolejnym łupem. Równie łatwo znajdujemy PK5 (parking leśny) i PK10 (Dziemiany, skrzyżowanie przecinek). Między tymi ostatnimi dwoma punktami jest krótki odcinek po paskudnych kocich łbach. Ktoś chyba z przekory wioskę z tym brukiem nazwał… Dywan :)). Jadąc gadamy trochę o innych imprezach na orientację. Harpagan niewątpliwie ma swój klimat. Punkty z namiotami i często ogniskami. Dzięki temu jest zdecydowanie łatwiej niż na np. Trudach czy Grassorze, gdzie nie ma namiotów i obsługi punktów, a perforatory do potwierdzania wizyty na punkcie często są wymyślnie poukrywane. Tu jeśli się jest blisko punktu, to go widać już z daleka i nie trzeba oglądać każdego drzewa z każdej strony, by znaleźć to właściwe :).
Bo cię nienawidzę!!!
Droga do PK6 to najpierw przejazd szosą przez Dziemiany do Radunia. W Raduniu robimy krótką przerwę pod sklepikiem. Stoi tu jakiś stary rzęch. Silnik odpalony, szyby opuszczone. Jego właściciel musi kochać muzykę, bo ta ryczy na cały głos. Jest to jakiś smętne wycie i przygnębiająca melodia. Do tego wszystko to dobywa się z fatalnych głośników. W depresję można wpaść. Właściciel to mocno wychudzony jegomość z papierosem w gębie. Cóż, gdybym musiała słuchać takiej muzyki i z takich głośników, to chyba też z rozpaczy przestałabym jeść ;). Zbieramy się do odjazdu, gdy nagle słyszymy kobiecy wrzask gdzieś za sklepem: bo cię nienawidzę!!! Co za dziwaczne miejsce ;)). W drogę! Zanim docieramy do PK6 mijamy wieś o nazwie Kolano. Punkt nawigacyjnie znowu łatwy.
Skrojony na miarę
W drugiej części dnia terenu jest więcej niż szosy. Jednak zupełnie to nie przeszkadza. Drogi i ścieżki są ubite. Piaskownice trafiają się sporadycznie. Nie ma też większych trudności technicznych, ani wymagających podjazdów, które potrafią zaskoczyć na Harpaganach np. w okolicach Gdańska. Można zatem jechać równym tempem. Ten Harpagan jest jak skrojony pode mnie :). Na postojach pilnujemy się, choć ostatecznie i tak tracimy na nie 1 godzinę i 47 minut.
Pechowa 13
Jedziemy na południe do Leśna po PK16. Jeszcze bardziej oddalamy się od bazy i zdobywamy PK8 nad jez. Skąpe oraz położony ponad 10 km na wschód od niego PK20 (na leśnej polanie). Przelot do PK14 na półwyspie nad jez. Wdzydze to najpierw szosa, potem trochę terenu. Sama końcówka to pocięty korzeniami piaszczysty singiel opadający 24% zjazdem nad samo jezioro. Punkt zaliczony. W planach mamy jeszcze PK13, PK17 i PK11. Jedziemy najpierw na PK13. Tu po raz pierwszy pojawiają się problemy. Ścieżka jakby znikała. Potem trafiamy na rozwalający się mostek z pni drzew i desek. Na szczęście dalej jest już lepiej. Przed PK13 błądzimy. Nie tylko my. Wielu zawodników się tu mota. Z wieloma mijamy się kilka razy. Czeszemy teren. Nikt z mijanych nie ma punktu. A czas leci. Decydujemy, że odpuszczamy ten punkt. Przystajemy z boku. Jem bułkę. I wtedy pojawia się ekipa, z którą już się dziś tu tasowaliśmy. Pytają czy trafiliśmy na punkt. Mówimy, że nie. Na co oni odpalają, że punkt znaleźli. Miła dziewczyna, która jest w tej grupie szczegółowo opowiada jak tam trafić. Chowam bułkę. Pojem kiedy indziej. No to dzida! Jedziemy zgodnie z instrukcją. Pierwszy skręt to jednak nie jest to. Kłania się tutaj nasz brak pokory – trzeba jednak czytać opisy punktów, zwłaszcza jeśli są problemy ze znalezieniem. W tym momencie pomagam Krzysztofowi - posłyszałam jak ktoś gadał, że do punktu jedzie się wzdłuż rowu. Obydwoje wiemy, o który rów chodzi. Motaliśmy się już tu dziś. I byliśmy tak blisko punktu! Przedzieramy się wzdłuż rowu przez jagodziny. Ścieżką, której prawie nie ma. Lekko w dół i jest PK13. Punkt z namiotem - jak pozostałe, ale świetnie zamaskowany.
Mój dzień
Niestety straciliśmy tu sporo czasu. PK17 musimy odpuścić, by nie ryzykować spóźnienia na metę i związanego z tym odejmowania punktów za każdą minutę spóźnienia. Jedziemy na PK11. To po drodze do mety. Na mapie 11 oznaczona jest jako punkt z pomocą medyczną. Nie powinno być więc problemów z szukaniem. I nie ma. Punkt jest widoczny z daleka za sprawą wywieszonych na drzewach kamizelek odblaskowych. Zaliczamy go i w powoli zapadającej szarówce jedziemy na metę. Zapas czasu mamy bezpieczny, nie musimy się denerwować. Na mecie jesteśmy o godzinie 17:52, na pół godziny i osiem minut przed jej zamknięciem. Już wiemy, że to nasz rekordowy Harpagan. Takiego wyniku to nigdy wcześniej nie mieliśmy. Cieszę się jeszcze bardziej, gdy się okazuje, że nasz przejazd zapewnił mi pierwsze miejsce wśród kobiet. Wreszcie!!! Tyle lat na to czekałam! Tyle było Harpaganów, gdy zupełnie załamana kończyłam jazdę ze świadomością, że znowu nie poszło, albo mogło pójść lepiej. Harpagan to chyba jedyne zawody, do których podchodzę bardzo emocjonalnie. Cieszę się więc bardzo :)). To mój dzień. O tak, zdecydowanie! Na mecie pyszny (choć zbyt mały!) posiłek regeneracyjny.
H-48
Uroczyste zakończenie jest szczególnie miłe. Otrzymuję statuetkę z wyciętą w żelastwie wielką literą H. Pod spodem jest napis, że to za pierwsze miejsce na trasie rowerowej 200km wśród kobiet. Do tego dostaję też wspaniały okrągły bochen chleba z napisem Harpagan 48. Wieczór spędzam na rozmowach. Na jednym z materacy obok siedzi dziewczyna z ognisto-rudą czupryną. W ten sposób odwirtualnia się Werrona69.
Zaliczonych punktów kontrolnych: 14/20.
Zdobytych punktów wagowych: 48/60.
Zajęte miejsce: 1/19.
Temperatura minimalna / maksymalna: +3`C , +10`C
Czas jazdy netto: 9:35
Czas jazdy brutto: 11:22
Postoje: 1:47
Trasa:
Fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Tych co nie mają dość czytania i oglądania zapraszam do poczytania o niedzieli:
http://kot.bikestats.pl/1241034,Masakra.html
Wredna małpa
Rano wstajemy bardzo wcześnie. Jemy śniadanie i szykujemy się do startu. Zaczynamy od spóźnienia na rozdanie map. Pięknie po prostu! A przecież chcieliśmy jechać na wynik :-|. Po pobraniu map szybko myślimy nad trasą. Mamy nieco inne pomysły, ostatecznie daje się je jednak pogodzić. Niedługo po starcie podczepia się do nas jakiś chłopak. Coś tam nawet gada, że pojedzie z nami. Zachwycona nie jestem. Stosunek do pijawek mam bardzo konkretny. Jedziemy tak kawałek, gdy pada mi lampka. Krzysztof ma baterie, krzyczę więc do niego, by się zatrzymał. Zatrzymuje się. Przystaje również ten chłopak. No nie! Klasyczna pijawka! Co tu kryć – jestem wściekła. Nie idzie nam: najpierw spóźnienie, teraz zabawa z lampką, a ten tu stoi i czeka jak na cud jakiś. Bez ogródek mówię mu, że nie musi czekać. Gdy ten łagodny komunikat nie dociera, odpalam wprost, że jedziemy we dwójkę, a nie we trójkę i nie ma na nas czekać, bo my nie chcemy jechać we troje. Tak ostre postawienie sprawy daje już efekt. Pewnie sobie ten chłopak pomyślał o mnie wszystko co najgorsze. No ale trudno.
Łamaga
Do pierwszego punktu docieramy w małym tłoku – dużo osób też zaczyna od PK15.
Na dojeździe ktoś zagaduje mnie: Kot?
W tej szarówce nie poznaję i odpowiadam: tak, a ty kto?
On na to: Stasiej!
Chwilę gadamy o tym kto komu dołoży tym razem ;).
Punkt jest w znacznym obniżeniu terenu. Trzeba zejść po skarpie. Chodzenie od stromiznach nigdy nie było moją specjalnością. Krzysztof łapie mnie więc za rękę i pomaga zejść. Chłopak z obsługi punktu pyta, czy z moimi nogami wszystko jest ok. Jak najbardziej ok. Tyle, że ja po prostu łamagą jestem. To wszystko. Punkt ma klimacik – jeszcze głęboka szarówka, a w obniżeniu terenu mały namiot i ognisko. Ładnie to wygląda.
Dywan
Jedziemy dalej na północ do PK19. Punkt jest na plaży, nad jeziorem Kotynia. Jest szaro, a wody jeziora są bardzo spokojne. Na małe molo wchodzi jeden z zawodników razem z rowerem. Robię fotkę. Kolejne punkty: PK7 – na krańcu jez. Mausz i PK9 – na rozwidleniu dróg w Czarnej Dąbrowie, wchodzą szybko. Nawigacja Krzysztofa jest bezbłędna. Idzie wprost świetnie. Przed nami długi przelot szosowy. Mijamy Studzienice, jeszcze kawałek pędzimy szosą i zjeżdżamy w teren. PK18 w Skoszewie na polanie nadjeziornej pada naszym kolejnym łupem. Równie łatwo znajdujemy PK5 (parking leśny) i PK10 (Dziemiany, skrzyżowanie przecinek). Między tymi ostatnimi dwoma punktami jest krótki odcinek po paskudnych kocich łbach. Ktoś chyba z przekory wioskę z tym brukiem nazwał… Dywan :)). Jadąc gadamy trochę o innych imprezach na orientację. Harpagan niewątpliwie ma swój klimat. Punkty z namiotami i często ogniskami. Dzięki temu jest zdecydowanie łatwiej niż na np. Trudach czy Grassorze, gdzie nie ma namiotów i obsługi punktów, a perforatory do potwierdzania wizyty na punkcie często są wymyślnie poukrywane. Tu jeśli się jest blisko punktu, to go widać już z daleka i nie trzeba oglądać każdego drzewa z każdej strony, by znaleźć to właściwe :).
Bo cię nienawidzę!!!
Droga do PK6 to najpierw przejazd szosą przez Dziemiany do Radunia. W Raduniu robimy krótką przerwę pod sklepikiem. Stoi tu jakiś stary rzęch. Silnik odpalony, szyby opuszczone. Jego właściciel musi kochać muzykę, bo ta ryczy na cały głos. Jest to jakiś smętne wycie i przygnębiająca melodia. Do tego wszystko to dobywa się z fatalnych głośników. W depresję można wpaść. Właściciel to mocno wychudzony jegomość z papierosem w gębie. Cóż, gdybym musiała słuchać takiej muzyki i z takich głośników, to chyba też z rozpaczy przestałabym jeść ;). Zbieramy się do odjazdu, gdy nagle słyszymy kobiecy wrzask gdzieś za sklepem: bo cię nienawidzę!!! Co za dziwaczne miejsce ;)). W drogę! Zanim docieramy do PK6 mijamy wieś o nazwie Kolano. Punkt nawigacyjnie znowu łatwy.
Skrojony na miarę
W drugiej części dnia terenu jest więcej niż szosy. Jednak zupełnie to nie przeszkadza. Drogi i ścieżki są ubite. Piaskownice trafiają się sporadycznie. Nie ma też większych trudności technicznych, ani wymagających podjazdów, które potrafią zaskoczyć na Harpaganach np. w okolicach Gdańska. Można zatem jechać równym tempem. Ten Harpagan jest jak skrojony pode mnie :). Na postojach pilnujemy się, choć ostatecznie i tak tracimy na nie 1 godzinę i 47 minut.
Pechowa 13
Jedziemy na południe do Leśna po PK16. Jeszcze bardziej oddalamy się od bazy i zdobywamy PK8 nad jez. Skąpe oraz położony ponad 10 km na wschód od niego PK20 (na leśnej polanie). Przelot do PK14 na półwyspie nad jez. Wdzydze to najpierw szosa, potem trochę terenu. Sama końcówka to pocięty korzeniami piaszczysty singiel opadający 24% zjazdem nad samo jezioro. Punkt zaliczony. W planach mamy jeszcze PK13, PK17 i PK11. Jedziemy najpierw na PK13. Tu po raz pierwszy pojawiają się problemy. Ścieżka jakby znikała. Potem trafiamy na rozwalający się mostek z pni drzew i desek. Na szczęście dalej jest już lepiej. Przed PK13 błądzimy. Nie tylko my. Wielu zawodników się tu mota. Z wieloma mijamy się kilka razy. Czeszemy teren. Nikt z mijanych nie ma punktu. A czas leci. Decydujemy, że odpuszczamy ten punkt. Przystajemy z boku. Jem bułkę. I wtedy pojawia się ekipa, z którą już się dziś tu tasowaliśmy. Pytają czy trafiliśmy na punkt. Mówimy, że nie. Na co oni odpalają, że punkt znaleźli. Miła dziewczyna, która jest w tej grupie szczegółowo opowiada jak tam trafić. Chowam bułkę. Pojem kiedy indziej. No to dzida! Jedziemy zgodnie z instrukcją. Pierwszy skręt to jednak nie jest to. Kłania się tutaj nasz brak pokory – trzeba jednak czytać opisy punktów, zwłaszcza jeśli są problemy ze znalezieniem. W tym momencie pomagam Krzysztofowi - posłyszałam jak ktoś gadał, że do punktu jedzie się wzdłuż rowu. Obydwoje wiemy, o który rów chodzi. Motaliśmy się już tu dziś. I byliśmy tak blisko punktu! Przedzieramy się wzdłuż rowu przez jagodziny. Ścieżką, której prawie nie ma. Lekko w dół i jest PK13. Punkt z namiotem - jak pozostałe, ale świetnie zamaskowany.
Mój dzień
Niestety straciliśmy tu sporo czasu. PK17 musimy odpuścić, by nie ryzykować spóźnienia na metę i związanego z tym odejmowania punktów za każdą minutę spóźnienia. Jedziemy na PK11. To po drodze do mety. Na mapie 11 oznaczona jest jako punkt z pomocą medyczną. Nie powinno być więc problemów z szukaniem. I nie ma. Punkt jest widoczny z daleka za sprawą wywieszonych na drzewach kamizelek odblaskowych. Zaliczamy go i w powoli zapadającej szarówce jedziemy na metę. Zapas czasu mamy bezpieczny, nie musimy się denerwować. Na mecie jesteśmy o godzinie 17:52, na pół godziny i osiem minut przed jej zamknięciem. Już wiemy, że to nasz rekordowy Harpagan. Takiego wyniku to nigdy wcześniej nie mieliśmy. Cieszę się jeszcze bardziej, gdy się okazuje, że nasz przejazd zapewnił mi pierwsze miejsce wśród kobiet. Wreszcie!!! Tyle lat na to czekałam! Tyle było Harpaganów, gdy zupełnie załamana kończyłam jazdę ze świadomością, że znowu nie poszło, albo mogło pójść lepiej. Harpagan to chyba jedyne zawody, do których podchodzę bardzo emocjonalnie. Cieszę się więc bardzo :)). To mój dzień. O tak, zdecydowanie! Na mecie pyszny (choć zbyt mały!) posiłek regeneracyjny.
H-48
Uroczyste zakończenie jest szczególnie miłe. Otrzymuję statuetkę z wyciętą w żelastwie wielką literą H. Pod spodem jest napis, że to za pierwsze miejsce na trasie rowerowej 200km wśród kobiet. Do tego dostaję też wspaniały okrągły bochen chleba z napisem Harpagan 48. Wieczór spędzam na rozmowach. Na jednym z materacy obok siedzi dziewczyna z ognisto-rudą czupryną. W ten sposób odwirtualnia się Werrona69.
Zaliczonych punktów kontrolnych: 14/20.
Zdobytych punktów wagowych: 48/60.
Zajęte miejsce: 1/19.
Temperatura minimalna / maksymalna: +3`C , +10`C
Czas jazdy netto: 9:35
Czas jazdy brutto: 11:22
Postoje: 1:47
Trasa:
Fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Tych co nie mają dość czytania i oglądania zapraszam do poczytania o niedzieli:
http://kot.bikestats.pl/1241034,Masakra.html
Praca
Piątek, 17 października 2014 Kategoria do 50
| Km: | 35.37 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 155m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Czwartek, 16 października 2014 Kategoria do 50
| Km: | 40.03 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 155m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Do pracy w gęstej mgle. Z pracy w przelotnym deszczu.
Praca
Środa, 15 października 2014 Kategoria do 100
| Km: | 62.54 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 244m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Do pracy w ciemnościach i mgle tak gęstej, że prawie musiałam się zatrzymywać, by szukać drogi. Z pracy w deszczu. A po pracy na spotkanie. Bez mgły i bez deszczu.
Praca
Wtorek, 14 października 2014 Kategoria do 50
| Km: | 35.40 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 142m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano we mgle. Powrót w przelotnej mżawce.
Praca
Poniedziałek, 13 października 2014 Kategoria do 100
| Km: | 35.60 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 154m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||





