Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

MRDP 2021 (7)

Sobota, 28 sierpnia 2021 Kategoria MRDP 2021, Kocia czytelnia, do 250
Km: 218.00 Km teren: 0.00 Czas: 11:43 km/h: 18.61
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1856m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Dziś ma być bardziej płasko. Trzeba tylko dociągnąć do Kubalonki i chyba jakoś to będzie. Żałuję, że wczoraj nie dałam rady dotrzeć do Jaworzynki. To tam pierwotnie planowałam spać.

Na razie nie pada. Początkowo jest płasko, ale oczywiście pamiętam, co na tej trasie czeka mnie już niebawem: Szare. Ostra ściana po betonowych, ażurowych płytach. To jedna z kultowych już chyba ścianek MRDP. Nie pamiętam za to, by 4 lata temu na trasie była Jaworzynka. To chyba nowość. Prowadzą tu pełne uroku wąskie, często leśne drogi. Bardzo fajny kawałek.

No i to jest prawie koniec gór, przynajmniej na jakiś czas. Teraz pozostają Istebna i Kubalonka. Istebnej nigdy nie lubiłam. I myślę, że już nie polubię. Po dziurawym asfalcie pełznę pod górę. Na górze, po prawej stronie drogi, restauracja. Jest około godziny 9:00 rano i szybko decyduję, że to pora w sam raz… na obiad. Wnętrze restauracji jest wyjątkowo ładne. Duże i chyba zabytkowe. Bardzo podoba mi się ciemny, stary, drewniany parkiet. Boski!



Zamawiam pierogi na dziś wieczór i jutro rano oraz dwudaniowy obiad na teraz. Najadam się do syta i jadę na Kubalonkę. Ten podjazd nie jest jakoś wybitnie ciężki, nawet jest całkiem ładny. Ale po przejeździe przez Istebną, chwilowo nie podoba mi się nic.

A potem robi się nawet gorzej. Zarówno łydka, jak i Achilles dokuczają. Jadę przez to znacznie wolniej, niż bym mogła. Każde mocniejsze depnięcie / pociągnięcie nasila ból. Wszystko bez sensu. W Wiśle wbijam na Orlen po kawę. Jazda jest nieprzyjemna. Tradycyjnie jest tu duży ruch. W dodatku są akurat prowadzone roboty drogowe i korki samochodowe ciągną się przez wiele kilometrów. Takie odcinki trzeba po prostu jakoś przetrwać. Kiedyś będzie lepiej. Chyba.

Dziś wypadam poza limit czasowy. Nie sądzę, bym mogła to jeszcze odwrócić. Nie przy tych kontuzjach. Powracają do mnie jak bumerang słowa, które napisał mi jakiś czas temu M. - o walce o limit. Czuję się, jakbym właśnie połknęła gorzkie lekarstwo, bez szans na popicie tego słodką herbatą.

W Cieszynie jest szaro i ponuro. Dopada mnie dziwny strach przed rozcięciem opony. Do lubuskich bruków jeszcze daleko, ale myślę sobie, że jeśli tam trafi mi się tego typu awaria, to do mety nie dojadę wcale. Dlatego jadąc teraz rozglądam się za sklepem rowerowym. No i jest! Kupuję 1 oponę szosową. Najlżejszą dostępną. Chłopaki ze sklepu obserwują MRDP i dają mi dużą zniżkę na tę oponę. Życzą powodzenia mówiąc, że będą dalej patrzeć, jak jadę. Miło!

W Skotnicy trasa odbija na Żelazny Szlak Rowerowy. To nowość. Zupełnie odseparowana od ruchu droga dla rowerów. Mimo, że dzień nie należy do pięknych, rowerzystów trochę się tu kręci. K. pisze, żebym pamiętała o zaakceptowanym przez Daniela – Dyrektora Wyścigu, punkcie wsparcia w Gorzyczkach. Sprawdzam więc i okazuje się, że to już całkiem niedaleko. Jak się jednak okazuje, punktu nie muszę szukać, ani się za nim rozglądać, bo na spotkanie wyjeżdża mi Roman, który ten punkt zorganizował! Docieramy wspólnie do Gorzyczek (108 km trasy na dziś). Po drodze opowiadam mu o sytuacji w peletonie na MRDP.

Obecnie wygląda to mniej więcej tak:
Konie galopują już wybrzeżem.
Średnia krajowa obstawia zachód.
Betony siedzą nadal w górach.
Natomiast pistolety już się wystrzelały i leżą porozrzucane po różnych punktach trasy.
Śmiejemy się – ale tak to właśnie wygląda. Nie ulega wątpliwości, że niestety należę do kategorii betonów. Choć to i tak lepiej, niż być pistoletem. Szczytem marzeń natomiast jest dołączenie, do tych co galopują, gdzieś tam, daleko.

Na miejscu, u Romana, jest wszystko. Nawet materace do spania! Tyle tego dobrego, że zupełnie nie wiem, co pić i jeść. Mój zmęczony umysł nie analizuje wystarczająco szybko. Na pewno zjadłam bardzo dobry makaron. Chyba też jajecznicę. Popijam colą lub pepsi i chyba kawą. Na pewno wzięłam na drogę princessę. A może 2 lub 3?... Roman, w czasie gdy jadłam, zaopiekował się moim rowerem. Umył i nasmarował napęd oraz wymienił klocki hamulcowe przy tylnym hamulcu. Następnie weszłam na chwilę na korytarz, do domu, by złapać wi-fi. To już pora na rezerwację noclegu. Rezerwuję pokój w Złotym Stoku, nie wiedząc jeszcze, że… nic z tego nie będzie. Że będę nocowała w Głuchołazach.





Roman odprowadza mnie kawałek – dziękuję mu za przemiłą gościnę, pyszne jedzenie i pracę nad moim rowerem. Myślę sobie, że nasze największe polskie ultra powoli zaczyna przypominać TransAm Bike Race w Stanach. Tam wyścig żyje. Żyją nim nie tylko uczestnicy, ale też wielu ludzi mieszkających przy trasie. My, uczestnicy wyścigu, nazywaliśmy ich Road Angels.
My Road Angel is just flying away - patrzę na Romana, jak stopniowo się oddala. Dalsza jazda boli. Łydka ciągnie i nie mam za bardzo pomysłu, jak ją ustawić, aby było poprawnie. Jedyne co mogę zrobić, to jechać wolniej.

Kietrz (149 km dziś), kolejny punkt kontrolny. Stukam smsa potwierdzającego dotarcie do punktu, siedząc na schodach jakiegoś małego kościółka, albo większej kapliczki, zaraz przy drodze, po prawej stronie. Pamiętam ceglane ściany, zaryglowane drzwi, ciepławe schody, bramę obok. Próbuję rozciągać łydkę i rozmasować ją. Efekt w sumie żaden. Jadę dalej, bez prędkości, bez nastroju. Jest zupełnie nijako. W Głubczycach odwiedzam Orlen (172 km trasy). Zimno mi, więc chowam się w toalecie. Wiem już, że nie dotrę dziś do Złotego Stoku. Nocleg musi być niestety wcześniej. Dziś rezerwacja noclegu idzie mi jak po grudzie i tracę na nią dużo czasu. Wykonuję chyba milion połączeń. Nigdzie nie ma wolnych miejsc. Czyżbym jednak MUSIAŁA jechać do Złotego Stoku? Wcale nie chcę. Dotrę tam w środku nocy i ze snem wejdę na dzień. A przecież za dnia jedzie się znacznie bardziej efektywnie, więc szkoda wtedy spać. Ostatecznie udaje się nagrać pokój w hotelu w Głuchołazach. To również tu, na tej stacji, odbieram aż dwa telefony. Zupełnie mi się nie chce gadać. Z nikim, ani o niczym. Staram się być miła, ale obie rozmowy kończę bardzo szybko.

Nie bardzo pamiętam drogę do Prudnika. Z pewnością w międzyczasie zrobiło się ciemno. Prudnik już był po ciemku. 4 lata temu byłam tu rano (następnego dnia) i piłam kawę. Nadal jadę lepiej, niż 4 lata temu. Teraz nawet się tu nie zatrzymuję. Do Głuchołazów już przecież blisko, 18 km. Droga jest prawie płaska, minimalnie idzie pod górę. Praktycznie tego nie czuję. Mój hotel jest trochę w bok od trasy. Na szczęście nie jest to daleko, nie trzeba też pokonywać żadnej górki. Zarezerwowany mam… apartament. Ale to tylko dlatego, że był to jedyny wolny pokój. Jest to najdroższy mój nocleg na całym tegorocznym MRDP. Płacę aż 180 zł, a nawet nie mogę zabrać roweru do pokoju! Muszę rozpakować wszystko co potrzebne, na co schodzi dodatkowy czas. Paru rzeczy zapominam zabrać, ale już się nie cofam.

Schemat wieczorny taki, jak zwykle: zjadam pół porcji obiadowej (tym razem przywiezionej z Istebnej), piję coś ciepłego (tym razem herbatę, bo w pokoju jest czajnik i torebki z herbatą), gorący prysznic i …. Nie. Jeszcze nie do snu. Najpierw rolowanie łydki przy użyciu szklanki z dość grubego szkła i wcieranie maści, którą kupiłam w Zawoi – w prawą łydkę i w lewego Achillesa.

Dobranoc. Jutro będzie nowy dzień. I cały dzień będę jeździć rowerem.





Ciąg dalszy

komentarze
Smutna opowieść o zmęczeniu, cierpieniu, zniechęceniu... :(
yurek55
- 19:54 środa, 22 września 2021 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum