Olsztyn-Toruń (2)
Sobota, 29 września 2018 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 124.80 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 989m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Około drugiej w nocy budzi mnie jednostajny szum. Pada
deszcz. Po każdej nocy przychodzi dzień, a po każdym deszczu wychodzi słońce.
Odpływam w sen.
Rano już tylko mokry rower i tropik namiotu są potwierdzeniem nocnego deszczu tego, że to nie był sen, ani wytwór mojej wyobraźni. Mgiełki zalegają w dolinie, nieco poniżej mojego miejsca. Idę robić zdjęcia. Potem jest czas na kawę i śniadanie. Gdy ruszam w drogę, nadal jest wcześnie rano. Wczorajsza dziurawa i wyboista droga w sposób naturalny przechodzi w teren. Słonce niedawno się obudziło i jest jeszcze niskie, ale jego promienie przenikają już coraz śmielej do lasu i ogrzewają skąpane w rosie łąki. Wszystko paruje i ucieka w zaczynający się dzień. Łapię te chwile, jedną po drugiej.
W sklepie z pieczywem siadam przy stoliku i zajadam drożdżówkę. Zza szyby wszystko wygląda inaczej. Tu, w środku, jest ciepło. Na zewnątrz słońce i błękit nieba pozwalają wierzyć w ciepły poranek. W rzeczywistości to tylko gra pozorów. Jest zaledwie 5 stopni na plusie i wieje zimny, przeciwny wiatr. Drożdżówka znika, drugą biorę do sakwy. Czas się ruszyć.

Drogi, którymi jadę, są w dużej części terenowe. Miał być teren, ale jego ilością jestem nieco zaskoczona. Dróżki są różne: ubite, czasem lekko kamieniste, bywają zapiaszczone albo brukowane. Czasem da się normalnie jechać, czasem trzeba dłuższy lub krótszy kawałek przejść pieszo. Nie przeszkadza mi to. Czasu mam dużo, no i jestem tu sama. Nie muszę się niczym przejmować. Opony przełajówki mają terenowy bieżnik, ale jednak są wąskie. W piachu łatwo grzęzną. Dzień jest piękny, więc robię dużo zdjęć.
Po mniej więcej 30 km docieram do Olsztynka. Nigdy wcześniej tu nie byłam. Miasteczko ma dość duży plac z fontanną, zadbany ratusz, uliczki z kamiennego, równego bruku.
Wiatr czołowy przeszkadza. Nie przewraca, nie zmienia mi toru jazdy, ale znacznie spowalnia. Mocno wywiana docieram na pola Grunwaldu. Tu również jestem po raz pierwszy. Zaczynam od zjedzenia obiadu, potem jadę zobaczyć to miejsce z bliska. Ludzi jest niewielu. Cisza, spokój, tylko wiatr szumi.
Dalsza droga to początkowo szosa. Potem znowu są kamienne bruki, polne i leśne ścieżki, liczne pagórki. Czasem na rowerze, czasem obok roweru.
W przyrodzie jeszcze dominuje zieleń. Lato powoli ustępuje jesieni, która raz po raz pojawia się migając przed oczami czerwienią i żółcią, rzucając pod koła liście, żołędzie oraz kasztany. Stoję na pagórku, poniżej jest świeżo zaorane pole, w oddali zabudowania jakiejś miejscowości. Wdycham zapach wilgotnej ziemi.
Kiedy nastaje wieczór, w dolinkach ścielą się dymy. Jest chłodno, zaczął się sezon grzewczy. Jesień to również zapach dymu.
Złota godzina, kiedy można robić najfajniejsze zdjęcia, wypada kiedy docieram do Brodnickiego Parku Krajobrazowego. Cały blask zachodu słońca chowa się między drzewami. Znam to miejsce z wielokrotnych przelotów do Iławy. Zwykle pojawiałam się tu tylko na chwilę. Szosa uciekała szybko pod kołami, odnotowywałam w głowie, że jest tu ładnie, że kiedyś wrócę na dłużej i…. już byłam gdzieś dalej, w innym miejscu. Teraz jest ten dzień, wieczór, gdy jestem tu. Nie chcę tracić tego wszystkiego co mogę zobaczyć, więc wraz końcem dnia, kończę jazdę. Uważnie się rozglądam za miejscówką. Nie jest to trudne. Bo tu… prawie wszędzie jest miejscówka.
Rozbijam namiot w leśnej gęstwinie. Jest doskonale ciemno.
Zdjęcia
Mapa
Ciąg dalszy
Rano już tylko mokry rower i tropik namiotu są potwierdzeniem nocnego deszczu tego, że to nie był sen, ani wytwór mojej wyobraźni. Mgiełki zalegają w dolinie, nieco poniżej mojego miejsca. Idę robić zdjęcia. Potem jest czas na kawę i śniadanie. Gdy ruszam w drogę, nadal jest wcześnie rano. Wczorajsza dziurawa i wyboista droga w sposób naturalny przechodzi w teren. Słonce niedawno się obudziło i jest jeszcze niskie, ale jego promienie przenikają już coraz śmielej do lasu i ogrzewają skąpane w rosie łąki. Wszystko paruje i ucieka w zaczynający się dzień. Łapię te chwile, jedną po drugiej.
W sklepie z pieczywem siadam przy stoliku i zajadam drożdżówkę. Zza szyby wszystko wygląda inaczej. Tu, w środku, jest ciepło. Na zewnątrz słońce i błękit nieba pozwalają wierzyć w ciepły poranek. W rzeczywistości to tylko gra pozorów. Jest zaledwie 5 stopni na plusie i wieje zimny, przeciwny wiatr. Drożdżówka znika, drugą biorę do sakwy. Czas się ruszyć.

Drogi, którymi jadę, są w dużej części terenowe. Miał być teren, ale jego ilością jestem nieco zaskoczona. Dróżki są różne: ubite, czasem lekko kamieniste, bywają zapiaszczone albo brukowane. Czasem da się normalnie jechać, czasem trzeba dłuższy lub krótszy kawałek przejść pieszo. Nie przeszkadza mi to. Czasu mam dużo, no i jestem tu sama. Nie muszę się niczym przejmować. Opony przełajówki mają terenowy bieżnik, ale jednak są wąskie. W piachu łatwo grzęzną. Dzień jest piękny, więc robię dużo zdjęć.
Po mniej więcej 30 km docieram do Olsztynka. Nigdy wcześniej tu nie byłam. Miasteczko ma dość duży plac z fontanną, zadbany ratusz, uliczki z kamiennego, równego bruku.
Wiatr czołowy przeszkadza. Nie przewraca, nie zmienia mi toru jazdy, ale znacznie spowalnia. Mocno wywiana docieram na pola Grunwaldu. Tu również jestem po raz pierwszy. Zaczynam od zjedzenia obiadu, potem jadę zobaczyć to miejsce z bliska. Ludzi jest niewielu. Cisza, spokój, tylko wiatr szumi.
Dalsza droga to początkowo szosa. Potem znowu są kamienne bruki, polne i leśne ścieżki, liczne pagórki. Czasem na rowerze, czasem obok roweru.
W przyrodzie jeszcze dominuje zieleń. Lato powoli ustępuje jesieni, która raz po raz pojawia się migając przed oczami czerwienią i żółcią, rzucając pod koła liście, żołędzie oraz kasztany. Stoję na pagórku, poniżej jest świeżo zaorane pole, w oddali zabudowania jakiejś miejscowości. Wdycham zapach wilgotnej ziemi.
Kiedy nastaje wieczór, w dolinkach ścielą się dymy. Jest chłodno, zaczął się sezon grzewczy. Jesień to również zapach dymu.
Złota godzina, kiedy można robić najfajniejsze zdjęcia, wypada kiedy docieram do Brodnickiego Parku Krajobrazowego. Cały blask zachodu słońca chowa się między drzewami. Znam to miejsce z wielokrotnych przelotów do Iławy. Zwykle pojawiałam się tu tylko na chwilę. Szosa uciekała szybko pod kołami, odnotowywałam w głowie, że jest tu ładnie, że kiedyś wrócę na dłużej i…. już byłam gdzieś dalej, w innym miejscu. Teraz jest ten dzień, wieczór, gdy jestem tu. Nie chcę tracić tego wszystkiego co mogę zobaczyć, więc wraz końcem dnia, kończę jazdę. Uważnie się rozglądam za miejscówką. Nie jest to trudne. Bo tu… prawie wszędzie jest miejscówka.
Rozbijam namiot w leśnej gęstwinie. Jest doskonale ciemno.
Zdjęcia
Mapa
Ciąg dalszy
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!





