Olsztyn-Toruń (1)
Piątek, 28 września 2018 Kategoria do 50, Kocia czytelnia
| Km: | 24.41 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 114m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Nie jest to miejsce, w którym chciałabym być dłużej niż
jeden dzień, jedną noc, czy parę chwil. Nie chciałabym tu spędzać świąt,
ani wakacji, ani tym bardziej mieszkać, czy pracować. Jest to tak daleko od
domu, że można tu jechać rowerem przez calutki dzień i zahaczyć lekko o noc.
Można tu jechać pociągiem i... przez kilka godzin spać.
Jest to zatem…. dobre miejsce, aby coś zacząć albo coś skończyć, tak aby być tu tylko przez chwilę: dotrzeć, klepnąć dłonią tablicę z nazwą miasta i uciec pierwszym porannym pociągiem lub… wysiąść z pociągu właśnie tu – jedynie po to, by za chwilę być już w innym miejscu.
Tego piątkowego wieczoru na stację Olsztyn Główny wtacza się pociąg. A z pociągu wytaczamy się my: ja i moja przełajówka. Pociąg kończy bieg, to ostatnia stacja. My natomiast niczego nie kończymy, lecz właśnie zaczynamy.
Zaraz, na samym początku, wybaczam sobie grzech obżarstwa, który mam w planach popełnić w najbliższej przyszłości. Olsztyn, jako miasto-cel, znam dość dobrze. Na tej stacji wielokrotnie kończyłam długie wyrypy zaczynane z domu. Wiem czego można się tu spodziewać. Swoje kroki kieruję do zacnego przybytku. Czyli do McD. Po raz pierwszy spotykam się z sytuacją, gdy w McD nikt przy kasie nie przyjmuje zamówień. Jedna z dziewczyn informuje mnie, że zamawiać dziś można tylko w automatach. Bardzo nie lubię automatów wszelkiej maści. Z pewną dozą nieufności podchodzę do wielkiego wyświetlacza i zaczynam próbę skompletowania zamówienia. Nie udaje mi się to i wychodzę z poczuciem straconego czasu. Oraz z pustym żołądkiem. Trudno.

Olsztyn późnym wieczorem to jest dziwne miejsce. Od razu trafiam na jakieś remonty nawierzchni. Droga jest gruntowa, kamienisto-błotnista. Nawet fajnie, bo już od pierwszych metrów znajduję zastosowanie dla przełajowych opon, w jakie ubrałam mój rower specjalnie na ten wyjazd. Robię kilka zdjęć, nieco się plączę po uliczkach i… oto kolejny McD! W środku tłum ludzi, czekanie nie ma sensu, uciekam z miasta. Na jednej z głównych arterii mija mnie auto-impreza. Panowie koniecznie chcą wiedzieć, gdzie jadę. Cóż. Przecież im nie powiem.
Wzdłuż drogi idzie ścieżka rowerowa. Mam przełajowe opony, więc w ramach przedterenowych ćwiczeń, wjeżdżam na nią. Potem docieram na duże osiedle domków jednorodzinnych. Kończy się to wszystko bardzo dziurawym i wyboistym zjazdem. To jeszcze jest asfalt?
Nie ma czasu na dumanie, tu trzeba się skupić, by nie zaliczyć gleby! Po kolejnym prawie katapultowaniu, zatrzymuję się.
Dość!
Osiedle chwilę temu się skończyło. Patrzę w lewo, potem w prawo. Wszędzie noc. Noc na prawo zdaje się być bardziej zachęcająca niż ta po lewej. Robię to co zwykle w takiej sytuacji: gaszę lampki, wyciszam telefon, zdejmuję i chowam kamizelkę odblaskową, spryskuję się obficie preparatem przeciwko kleszczom i wnikam w zarośla. Miejscówka, mimo że niewiele widać, wydaje się być perfekcyjna. Schowana, w dolince, pośród starych drzew, w miarę płasko, równo. Świeci mocno księżyc. Nie muszę używać czołówki. Rozbijam namiot bez doświetlania. Czas spać.
Ciąg dalszy
Jest to zatem…. dobre miejsce, aby coś zacząć albo coś skończyć, tak aby być tu tylko przez chwilę: dotrzeć, klepnąć dłonią tablicę z nazwą miasta i uciec pierwszym porannym pociągiem lub… wysiąść z pociągu właśnie tu – jedynie po to, by za chwilę być już w innym miejscu.
Tego piątkowego wieczoru na stację Olsztyn Główny wtacza się pociąg. A z pociągu wytaczamy się my: ja i moja przełajówka. Pociąg kończy bieg, to ostatnia stacja. My natomiast niczego nie kończymy, lecz właśnie zaczynamy.
Zaraz, na samym początku, wybaczam sobie grzech obżarstwa, który mam w planach popełnić w najbliższej przyszłości. Olsztyn, jako miasto-cel, znam dość dobrze. Na tej stacji wielokrotnie kończyłam długie wyrypy zaczynane z domu. Wiem czego można się tu spodziewać. Swoje kroki kieruję do zacnego przybytku. Czyli do McD. Po raz pierwszy spotykam się z sytuacją, gdy w McD nikt przy kasie nie przyjmuje zamówień. Jedna z dziewczyn informuje mnie, że zamawiać dziś można tylko w automatach. Bardzo nie lubię automatów wszelkiej maści. Z pewną dozą nieufności podchodzę do wielkiego wyświetlacza i zaczynam próbę skompletowania zamówienia. Nie udaje mi się to i wychodzę z poczuciem straconego czasu. Oraz z pustym żołądkiem. Trudno.

Olsztyn późnym wieczorem to jest dziwne miejsce. Od razu trafiam na jakieś remonty nawierzchni. Droga jest gruntowa, kamienisto-błotnista. Nawet fajnie, bo już od pierwszych metrów znajduję zastosowanie dla przełajowych opon, w jakie ubrałam mój rower specjalnie na ten wyjazd. Robię kilka zdjęć, nieco się plączę po uliczkach i… oto kolejny McD! W środku tłum ludzi, czekanie nie ma sensu, uciekam z miasta. Na jednej z głównych arterii mija mnie auto-impreza. Panowie koniecznie chcą wiedzieć, gdzie jadę. Cóż. Przecież im nie powiem.
Wzdłuż drogi idzie ścieżka rowerowa. Mam przełajowe opony, więc w ramach przedterenowych ćwiczeń, wjeżdżam na nią. Potem docieram na duże osiedle domków jednorodzinnych. Kończy się to wszystko bardzo dziurawym i wyboistym zjazdem. To jeszcze jest asfalt?
Nie ma czasu na dumanie, tu trzeba się skupić, by nie zaliczyć gleby! Po kolejnym prawie katapultowaniu, zatrzymuję się.
Dość!
Osiedle chwilę temu się skończyło. Patrzę w lewo, potem w prawo. Wszędzie noc. Noc na prawo zdaje się być bardziej zachęcająca niż ta po lewej. Robię to co zwykle w takiej sytuacji: gaszę lampki, wyciszam telefon, zdejmuję i chowam kamizelkę odblaskową, spryskuję się obficie preparatem przeciwko kleszczom i wnikam w zarośla. Miejscówka, mimo że niewiele widać, wydaje się być perfekcyjna. Schowana, w dolince, pośród starych drzew, w miarę płasko, równo. Świeci mocno księżyc. Nie muszę używać czołówki. Rozbijam namiot bez doświetlania. Czas spać.
Ciąg dalszy
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!





